Change font size Change site colors contrast
Felieton

Moje, twoje, nasze… O tym, jak zmieniłam stan cywilny, ale nie tożsamość

18 października 2018 / Alicja Skibińska

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż.

Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie… Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną,...

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż. Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie…

Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną, partnerską relację. Za innego bym zresztą nie wyszła.

Klimat, który panuje w Polsce wokół kwestii nazwiska po ślubie, jest wprost przedziwny.

Choć mamy kilka różnych opcji, wiele osób wciąż uważa, że istnieje tylko jedna dopuszczalna. No, ewentualnie dwie, ale opierające się na tym samym schemacie. Niby mamy to upragnione równouprawnienie, większość z nas tworzy związki (przynajmniej z pozoru) oparte na partnerstwie, a mimo to duża część społeczeństwa jest zdania, że tylko nazwisko noszone przez mężczyznę jest dobrem, które warto zachować.

Nie zrozumcie mnie źle, mam świadomość, że moje nazwisko również zostało mi przekazane w linii męskiej, po ojcu.

Ale noszę je od urodzenia i uważam za swoje, podobnie jak imię (którego również sama sobie nie wybrałam). Wyobraźcie sobie, jak kuriozalnym wymaganiem byłoby narzucanie ludziom, by zmieniali swoje imię po ślubie. Kilka lat temu natknęłam się na wypowiedź Aleksandry Kwaśniewskiej, która podczas wywiadu dla „Vivy!” została zapytana o to, co sądzi o zwyczaju przyjmowania nazwiska męża:

To jest, szczerze mówiąc, przedziwne. Tak, jakbym w ciągu tej jednej godziny, kiedy przysięgam wierność po grób pewnemu facetowi, przeistaczała się z Oli w Kasię. Uważam, że jest to jednak odebranie nam ważnego elementu naszej tożsamości.

Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Bo przecież zlepek naszego imienia i nazwiska tworzą naszą „nazwę”, coś, co odróżnia nas od innych i stanowi pewną osobistą markę. Naszą tożsamość. Anna Kowalska to ktoś inny niż Anna Nowak. Przez te wszystkie lata, które minęły od czasu, gdy nauczyliśmy się mówić i pisać, do momentu wstąpienia w związek małżeński (dla jednych będzie to 20, a dla innych 40 lat), tysiące, a może miliony razy przedstawialiśmy się swoim imieniem i nazwiskiem, podpisywaliśmy się nimi na dokumentach, sprawdzianach w szkole oraz kartkach urodzinowych. Widnieją one na naszych dyplomach, pod ewentualnymi publikacjami naszego autorstwa, na wszelkich trofeach, wizytówkach itp.

Płeć nie ma tu nic do rzeczy.

Nie jest prawdą, że kobiety z jakiegoś powodu mniej identyfikują się z tym, jak się nazywają. Dla wielu z nich pozbycie się dotychczasowego nazwiska jest naprawdę sporym poświęceniem. W końcu jest ono jednym z naszych dóbr osobistych, chronionym przez prawo cywilne. I choćby dlatego nikt nie powinien się go wyzbywać pod przymusem. Zmiana nazwiska to w pewnym stopniu akt zerwania z tym, kim byliśmy do tej pory, tak jakbyśmy po ślubie przyjmowali nową tożsamość.

Oczywiście, z zasady nie ma w tym niczego złego.

Niektórzy zmieniają nazwisko z radością (choć domyślam się, że już z mniejszą frajdą stoją w dziesiątkach kolejek, wymieniając dokumenty, karty płatnicze i lojalnościowe oraz zmieniając swoje dane w rozmaitych rejestrach…) i mają ku temu różne powody. Można przecież nie przepadać za swoim nazwiskiem choćby z powodu jego niefortunnego brzmienia, długości lub pospolitości, nie chcieć podkreślać swoich związków z nielubianą rodziną, pragnąć uciec od przeszłości i swoich dotychczasowych czynów. Wreszcie, dla wielu osób zmiana nazwiska po ślubie jest symbolem rozpoczęcia nowego życia i założenia własnej rodziny. Ale to ostatnie dziwnym trafem na ogół dotyczy tylko kobiet. Kiedy ludzie słyszą o tym, że mężczyzna przyjął nazwisko swojej żony, prześcigają się w domysłach: „Co, pewnie miał bardzo brzydkie albo wulgarne nazwisko? A może wstydzi się swojego ojca?”. W odwrotnym przypadku nikt nie uznaje, że świeżo upieczona mężatka wyrzekła się własnych rodziców.

Absolutnie nie przeszkadza mi to, że inne kobiety zmieniają nazwiska po zawarciu małżeństwa.

Wkurza mnie jednak to, że tak rzadko jest to emanacja ich wolności i swobody wyboru. Niestety, bardzo wiele z nich robi to pod naciskiem – narzeczonego, jego rodziny, innych osób z otoczenia lub niepisanej, społecznej zasady. Wiecie, jak reagowali moi bliscy i znajomi, kiedy dowiadywali się, że ja i mój mąż po ślubie będziemy nazywali się inaczej? Oczywiście, każdy komentował to w nieco inny sposób (a niektórzy wcale), ale wśród całego przekroju reakcji można było wyodrębnić dwie najbardziej typowe. Pierwsza to zdziwienie, niezrozumienie, a nawet oburzenie. Niektórzy z góry zakładali, że mój mąż jest nieszczęśliwy, że nie przyjęłam jego nazwiska, uznawali, że zrobiłam mu tym krzywdę, odebrałam coś, co mu się należało lub przyjmowali, że odbyła się między nami batalia, którą z kretesem przegrał. Z pewnością jeszcze bardziej zdziwiliby się, gdyby usłyszeli, że opcja przyjęcia przeze mnie jego nazwiska (lub odwrotnie, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał) nigdy nie była przez nas rozważana. Bo (uwaga, uwaga)… w momencie zaręczyn byliśmy ze sobą już od kilku lat, w ciągu których zdarzało nam się ze sobą rozmawiać, w związku z czym znaliśmy swoje poglądy na różne tematy – również i na ten. Z całego serca polecam takie rozwiązanie.

Trudno mi sobie wyobrazić związek z kimś, kto narzucałby mi w nim podporządkowaną rolę (no bo gdzie jest miejsce na partnerstwo w sytuacji, w której dwie osoby obowiązują zupełnie różne zasady, tylko dlatego, że mają co innego między nogami?).

Nie wyobrażam sobie, żeby mój partner wymuszał na mnie cokolwiek argumentem „bo jesteś kobietą”. Po prostu nie dogadałabym się z taką osobą. I wydawało mi się, że czasy typowo patriarchalnych związków mamy już dawno za sobą. Myślałam też, że jestem otoczona osobami o postępowych, nowoczesnych poglądach. Niestety, jeśli chodzi o kwestię nazwiska po ślubie, społeczna mentalność najwyraźniej tkwi w zupełnie innej epoce. Wciąż przecieram sobie oczy ze zdumienia, przypominając sobie niektóre z tekstów, jakimi mnie raczono: „Ojej, to pewnie Michał jest nieszczęśliwy?”, „Myślałam, że chociaż weźmiesz podwójne, żeby sprawić mu przyjemność”, „A co on na to?”, „Teściowie się nie obrażą?”, „Michał nie miał nic przeciwko?”, „Musi cię kochać, że się na to zgodził”. Ludzie (również moi rówieśnicy) naprawdę są przekonani, że facet ma prawo po prostu zmusić do czegoś swoją życiową partnerkę. Żeby nie było wątpliwości, ta zasada nie działa w obie strony. Oczywiście, mnie nikt nigdy nie zapytał, jak czuję się z tym, że mój mąż nie przyjął mojego nazwiska. On nie musiał się z tego nikomu tłumaczyć. Fakt, że łaskawie wyraziłam zgodę, by zachował swoje dane osobowe po naszym ślubie, nie wzbudził niczyjego zdziwienia ani troski o moje samopoczucie.

Drugi rodzaj reakcji dotyczył przede wszystkim kobiet, które same zmieniły nazwisko po ślubie lub dołączyły nazwisko męża do swojego panieńskiego.

Nie wyobrażacie sobie, jak wiele z nich powiedziało mi, że… bardzo dobrze robię. Że gdyby one brały ślub w tych czasach, też nie pozbyłyby się tak ważnej cząstki własnej tożsamości. Albo że same chciały tak zrobić, ale facet urządził im awanturę lub tak długo marudził, że uległy jego naciskom. Jeszcze inne czuły się bardzo źle ze zmianą nazwiska, ale nawet nie miały świadomości, że nie muszą się go pozbywać – wydawało im się, że to ich „kobiecy” obowiązek. Jeśli do tej pory myślałam, że kwestia nazwiska po ślubie jest czymś, w czym mamy dowolność, a kobiety w moim otoczeniu zmieniają je, bo same tego chcą, w tamtym momencie zweryfikowałam swoje przekonanie.

Co ciekawe, choć ludzie traktują przyjmowanie nazwiska męża jako opcję automatyczną i oczywistą, polskie prawo podchodzi do tego znacznie bardziej równościowo.

Osoby, które planują zawrzeć związek małżeński, muszą wcześniej udać się do stanu cywilnego i wypełnić kilka świstków – w tym taki, w którym deklarują, jak będą się nazywały one oraz ich ewentualne potomstwo. Jeśli jednak jakimś cudem taka deklaracja nie zostałaby złożona, domyślnie każde z małżonków zostałoby przy swoim nazwisku, a ich przyszłe, wspólne dzieci nosiłyby podwójne. To o tyle zabawne, że zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że mąż i żona w ogóle mogą nie mieć wspólnego nazwiska! Oczywiście, że mogą. Mogą również zdecydować się na wiele innych opcji. Warto je znać i nie dawać sobie wmówić, że istnieje tylko jedna właściwa oraz niepodlegająca dyskusji. Tam, gdzie nie ma dyskusji, nie ma mowy o zdrowym, dojrzałym związku między dwojgiem ludzi.

Każdy wie o tym, że małżonkowie mogą wybrać nazwisko noszone do tej pory przez jedno z nich.

Zarówno mąż, jak i żona (a także oboje) mogą również przyjąć nazwisko dwuczłonowe i dowolnie zdecydować o kolejności członów. Warto przy tym pamiętać, że polskie prawo dopuszcza wyłącznie dwa człony, więc jeśli jeden z małżonków miał do tej pory podwójne nazwisko, należy wybrać tylko jeden z dotychczasowych członów (tak, jak to zrobiła m.in. Paulina Krupińska-Karpiel, żona Sebastiana Karpiela-Bułecki). Ponadto nie można zamienić się nazwiskami. Poza tym wszystkie kombinacje są dozwolone, co ilustruje poniższa tabela, w której prezentuję opcje dla pani, która przed ślubem nazywała się Kowalska i pana o nazwisku rodowym Nowak:

Podaję te możliwości, bo chciałabym, żeby to była powszechna wiedza. Wydaje mi się, że nie da się podjąć własnej, autonomicznej decyzji, kiedy nie zna się swoich praw. Z drugiej strony, świadomość to jedno, a asertywność to zupełnie odrębna kwestia. Mam wrażenie, że Polki mają z nią duży problem. Żeby była jasność: nie mówię teraz o kobietach, które przyjęły nazwisko męża z własnej, nieprzymuszonej woli i są z tego faktu zadowolone. Mam na myśli zadziwiająco dużą liczbę dziewczyn, które uległy szantażowi emocjonalnemu, bały się reakcji otoczenia lub dały sobie wmówić, że przyjęcie nazwiska męża jest ich obowiązkiem. Nie mówcie mi, że „tradycja” przyjmowania nazwiska męża przez kobiety nie jest seksistowska – pochodzi przecież z kultur patriarchalnych i nawiązuje do symbolicznego przejścia kobiety spod opieki oraz władzy ojca pod kuratelę małżonka.

Oprócz tego są jeszcze pary, które nawet nie rozważają przyjęcia podwójnego nazwiska zarówno przez męża, jak i żonę lub niebiorące pod uwagę przyjęcia nazwiska partnerki przez faceta, bo „to niemęskie”, „jego rodzina się obrazi”, „facetowi nie przystoi” itp.

Mamy XXI wiek, jeżeli ktoś się nie zorientował. Możemy robić, co nam się podoba i każdego dnia powinniśmy dziękować losowi za to, że żyjemy w takich, a nie innych czasach. Korzystajmy z tego, nawet jeśli otoczenie miałoby parę razy krzywo na nas spojrzeć. Kiedyś ludzie reagowali zdziwieniem na kobiety, które chodziły w spodniach lub pracowały zawodowo oraz na gotujących i zajmujących się dziećmi mężczyzn. Mentalność społeczeństwa zmieniła się właśnie dzięki temu, że takie widoki były coraz bardziej powszechne i po prostu trzeba było się do nich przyzwyczaić. Czekanie na zmiany z założonymi rękami nie ma najmniejszego sensu – jeśli ich chcemy, sami musimy je współtworzyć.

Więc jeśli spotkacie parę taką jak my albo taką, która zdecydowała się na jakiekolwiek inne, nawet bardzo niestandardowe rozwiązanie związane z nazwiskami po ślubie, przybijcie jej piątkę, życzcie wszystkiego najlepszego i nie kwestionujcie jej decyzji (chyba, że dojdzie do was sygnał, że któraś ze stron została do czegoś przymuszona). Skoro dwoje ludzi zdecydowało się na ślub, to najprawdopodobniej się kochają, akceptują i są z tego powodu szczęśliwi. Z pewnością znajdzie się mnóstwo osób, które wytkną im, że coś zrobili nie tak i pokażą im, że mają gdzieś ich wolność wyboru. Ale wy nie dołączajcie do tego niezbyt zacnego grona.

A wy, dziewczyny, nie dajcie sobie wmówić, że macie mniejsze prawo do zachowania własnej tożsamości niż wasi faceci.

Jeśli chcecie zmienić nazwisko po ślubie, to w porządku. Równie w porządku będzie, jeśli wasz małżonek przyjmie wasze lub każde z was zachowa własne. Każda z możliwych decyzji będzie w porządku, o ile zostanie podjęta wspólnie, z poszanowaniem wolności i potrzeb obu stron. Nie pozwólcie, by ktokolwiek mówił wam, że musicie coś zrobić tylko dlatego, że jesteście kobietami. Seksizm pozostaje seksizmem, niezależnie od tego, czy nazwiecie go po imieniu, czy nadacie mu jakiś bardziej akceptowalny pseudonim, taki jak „tradycja” czy „męska duma”. Rozmowa o nazwiskach po ślubie stanowi idealny sprawdzian dla partnerstwa i wzajemnego szacunku w związku. Niestety, mam wrażenie, że niewiele par go zdaje. A co jeszcze smutniejsze, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet nie poddając tego stanu rzeczy głębszej refleksji.

 

Felieton

Gdzie jesteś Bernadette

2 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

Myślisz, że Ciebie nigdy to nie spotka?

Że Ty zawsze zostaniesz sobą, zawsze wyjątkowa, oryginalna, ta, u której ze słownika wykreślono słowo „normalność”? Dziewczyna 100 pomysłów i tysiąca spotkań. Toastów, bali i wielkich projektów. Kobieta stworzona, by tworzyć, by zdobywać. Myślisz, że taka jesteś niepowtarzalna, że nikt Ci tego nie odbierze, prawda?

A później pojawia się pierwsze niepowodzenie na fali sukcesów.

Jedna mała kreska i jedna kropla krwi, które sprawiają, że żołądek przewraca Ci się do góry nogami, a nos robi się czerwony. Hej, supergirls don’t cry, do they? Nie płaczesz, to przecież tylko biologia nic innego. Podział, do którego nie doszło, reakcja chemiczna, która się nie wydarzyła. W tym wszystkim Ty  – taka wolna, taka niezależna i taka wciąż oryginalna, tylko wina pijesz nieco więcej niż zwykle.

Krew na majtkach. Dlaczego na Twoich majtkach jest krew? Dlaczego nie widziała czerwonej plamy ta dziewczyna w kwiecistej sukience, którą widziałaś w Biedronce? Dlaczego nie Wiolka z działu HR, która nie umie odstawić wina na 9 głupich miesięcy? Dlaczego nie sąsiadka, która tydzień przed porodem wiesza firanki w oknach, jakby nie miała nic lepszego do roboty? Dlaczego znowu Ty? Dlaczego słowo „terminacja” kojarzy Ci się z termitami i czujesz jak ból wwierca Ci się w czaszkę?

Pierwsze kopnięcie.

Czy może być coś lepszego niż pierwszy znak, że nosisz w sobie dziecko? To wtedy zaczynasz je tak nazywać, prawda?  Oczywiście w tajemnicy przed światem, bo na zewnątrz to wciąż „tylko płód”, ale Ty wiesz, to Twoje dziecko.

A później okazuje się, że Twoja córeczka – idealna z 10 paluszkami u rączek i u stópek i z oczami, jak jej ojciec – ma wadę serca. Okazuje się, że nie możesz zrobić skóra do skóry, chociaż je miałaś wpisane w planie porodu. Chcesz tylko potrzymać swoją córkę. Nie możesz, Twoim dzieckiem muszą zająć się lekarze. Białe kitle, które uczestniczą w cudzie narodzin, biegną po korytarzu, a Ty słyszysz tylko stukot, jaki wydają ich klapki odbijające się  od twardego, szpitalnego linoleum. Siedzisz na nim później w szpitalnej koszuli, gdy nie masz już siły stać przy inkubatorze. Chciałabyś dziękować komuś, ale nie przychodzą Ci do głowy żadne słowa, bo i za co? Za dwie kreski, za pierwsze usg, za sześć miesięcy oczekiwania, czy za ból i strach, który wykręca Ci wnętrzności od dwóch tygodni?

Robisz sobie zakład, spierasz się sama ze sobą.

Jesteś jak „Matka” z baśni Andersena, idziesz. Nie możesz oddać rąk, bo nigdy jej nie obejmiesz, nie możesz oddać nóg, bo nigdy za nią nie pobiegniesz, nie chcesz oddawać oczu, bo musisz ciągle na nią patrzeć, a głos – i tak nie masz go w gardle. W końcu obiecujesz, zrzekasz się tego, co masz najcenniejsze. Odwieszasz na szpitalnym wieszaku swój talent, swoją skórę. Odnosisz na strych swoje projekty, zakopujesz w najczarniejszym dole własnej podświadomości sukcesy. Liczy się tylko ona i to, że (prze)żyje.

Myślałaś, że Ciebie to ominie, co?

Że syndrom pustego gniazda to tylko na filmach, że życie w zgodzie ze wszystkimi to może być Twoje życie, a nie refren jakieś durnej, hipisowskiej piosenki. Jesteś, zbyt wrażliwa i za mało zorganizowana. Niedopasowana do codzienności, niedostosowana. Nie bawi Cię szykowanie eleganckiego drugiego śniadania od szkoły, nie zgłaszasz się na opiekuna szkolnej wycieczki i po raz kolejny oblewasz sprawdzian na żonę, gdy śpisz do późnego popołudnia w ubraniu na Waszym łóżku. W nocy z kolei nie możesz spać, bo masz jak to wszyscy mówią „za dużo stresów”. Problem polega na tym, że Ty nie masz żadnych stresów, niczego nie masz, jest tylko pustka. Stajesz się pustą przestrzenią, niewypełnioną, białą plamą w domu, niezapisaną kartką, wolną od wszelkiej treści. Łykasz tabletki na sen, ale one tylko działają Ci na nerwy i nie możesz po nich prowadzić samochodu rano.

Gdzie jesteś, Bernadette?

Gdzie Ty się do cholery podziałaś ze swoją pasją tworzenia? Ze swoim wyczuciem i umiejętnością rozwiązywania problemów? Pomiędzy którą zmarszczkę, gdzie schowałaś swoje poczucie humoru i dystans do świata? Bernadette, w tej roli, którą dla siebie wybrałaś nie osiągniesz perfekcjonizmu.  Jesteś zakałą dla społeczeństwa i najwyższa pora, żebyś coś z sobą zrobiła, dziewczyno! Przecież nie powiedziałaś ostatniego słowa, co?

Gdzie jesteś, moja droga?

Gdzie zgubiłaś ten piękny uśmiech – między papką, a pleceniem warkoczyków do szkoły? Między złamaną ręką, a pierwszą pałą z klasówki? Gdzie podziała się Twoja miłość do muzyki i zamiłowanie po poezji? Zostało w samochodzie na parkingu pod szkołą tańca, a może na przedszkolnej wycieczce, gdzie wypadł pierwszy mleczak? Gdzie Twoje plany na życie? Spakowały się i pojechały na wymarzoną podróż do Portugalii? A może utopiłaś je w butelce wypijanego co weekend wina? Może przykryłaś je pierzynką sosu beszamel i upiekłaś w lasagne? A może Twoja radość kreowania przysiadła zmęczona między kolejną porcją modeliny i farbkami plakatowymi za 8,99?

Ja Ciebie będę wołać.

Nie przestanę, dopóki mnie nie usłyszysz i nie weźmiesz do ręki książki i nie zaczniesz śmiać się w głos albo śpiewać. Będę Cię szukać, bo musisz znowu pisać pierwsze, piec torty i robić tabele przestawne w Excelu. Będę szła za Tobą, bo wcale tak daleko nie odeszłaś, bo chociaż minęły lata, nie pokonałaś aż tak wielkiego dystansu, jak dzisiaj uważasz. I możesz mi zaprzeczać, ile chcesz, ale złapię Cię babo za kudły i wyciągnę z Ciebie tę świetną laskę, która po prostu śpi.

Czy ja dobrze widzę moja droga, kącik Twoich ust podnosi się nieznacznie do góry?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo