Change font size Change site colors contrast
Felieton

Moje, twoje, nasze… O tym, jak zmieniłam stan cywilny, ale nie tożsamość

18 października 2018 / Alicja Skibińska

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż.

Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie… Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną,...

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż. Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie…

Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną, partnerską relację. Za innego bym zresztą nie wyszła.

Klimat, który panuje w Polsce wokół kwestii nazwiska po ślubie, jest wprost przedziwny.

Choć mamy kilka różnych opcji, wiele osób wciąż uważa, że istnieje tylko jedna dopuszczalna. No, ewentualnie dwie, ale opierające się na tym samym schemacie. Niby mamy to upragnione równouprawnienie, większość z nas tworzy związki (przynajmniej z pozoru) oparte na partnerstwie, a mimo to duża część społeczeństwa jest zdania, że tylko nazwisko noszone przez mężczyznę jest dobrem, które warto zachować.

Nie zrozumcie mnie źle, mam świadomość, że moje nazwisko również zostało mi przekazane w linii męskiej, po ojcu.

Ale noszę je od urodzenia i uważam za swoje, podobnie jak imię (którego również sama sobie nie wybrałam). Wyobraźcie sobie, jak kuriozalnym wymaganiem byłoby narzucanie ludziom, by zmieniali swoje imię po ślubie. Kilka lat temu natknęłam się na wypowiedź Aleksandry Kwaśniewskiej, która podczas wywiadu dla „Vivy!” została zapytana o to, co sądzi o zwyczaju przyjmowania nazwiska męża:

To jest, szczerze mówiąc, przedziwne. Tak, jakbym w ciągu tej jednej godziny, kiedy przysięgam wierność po grób pewnemu facetowi, przeistaczała się z Oli w Kasię. Uważam, że jest to jednak odebranie nam ważnego elementu naszej tożsamości.

Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Bo przecież zlepek naszego imienia i nazwiska tworzą naszą „nazwę”, coś, co odróżnia nas od innych i stanowi pewną osobistą markę. Naszą tożsamość. Anna Kowalska to ktoś inny niż Anna Nowak. Przez te wszystkie lata, które minęły od czasu, gdy nauczyliśmy się mówić i pisać, do momentu wstąpienia w związek małżeński (dla jednych będzie to 20, a dla innych 40 lat), tysiące, a może miliony razy przedstawialiśmy się swoim imieniem i nazwiskiem, podpisywaliśmy się nimi na dokumentach, sprawdzianach w szkole oraz kartkach urodzinowych. Widnieją one na naszych dyplomach, pod ewentualnymi publikacjami naszego autorstwa, na wszelkich trofeach, wizytówkach itp.

Płeć nie ma tu nic do rzeczy.

Nie jest prawdą, że kobiety z jakiegoś powodu mniej identyfikują się z tym, jak się nazywają. Dla wielu z nich pozbycie się dotychczasowego nazwiska jest naprawdę sporym poświęceniem. W końcu jest ono jednym z naszych dóbr osobistych, chronionym przez prawo cywilne. I choćby dlatego nikt nie powinien się go wyzbywać pod przymusem. Zmiana nazwiska to w pewnym stopniu akt zerwania z tym, kim byliśmy do tej pory, tak jakbyśmy po ślubie przyjmowali nową tożsamość.

Oczywiście, z zasady nie ma w tym niczego złego.

Niektórzy zmieniają nazwisko z radością (choć domyślam się, że już z mniejszą frajdą stoją w dziesiątkach kolejek, wymieniając dokumenty, karty płatnicze i lojalnościowe oraz zmieniając swoje dane w rozmaitych rejestrach…) i mają ku temu różne powody. Można przecież nie przepadać za swoim nazwiskiem choćby z powodu jego niefortunnego brzmienia, długości lub pospolitości, nie chcieć podkreślać swoich związków z nielubianą rodziną, pragnąć uciec od przeszłości i swoich dotychczasowych czynów. Wreszcie, dla wielu osób zmiana nazwiska po ślubie jest symbolem rozpoczęcia nowego życia i założenia własnej rodziny. Ale to ostatnie dziwnym trafem na ogół dotyczy tylko kobiet. Kiedy ludzie słyszą o tym, że mężczyzna przyjął nazwisko swojej żony, prześcigają się w domysłach: „Co, pewnie miał bardzo brzydkie albo wulgarne nazwisko? A może wstydzi się swojego ojca?”. W odwrotnym przypadku nikt nie uznaje, że świeżo upieczona mężatka wyrzekła się własnych rodziców.

Absolutnie nie przeszkadza mi to, że inne kobiety zmieniają nazwiska po zawarciu małżeństwa.

Wkurza mnie jednak to, że tak rzadko jest to emanacja ich wolności i swobody wyboru. Niestety, bardzo wiele z nich robi to pod naciskiem – narzeczonego, jego rodziny, innych osób z otoczenia lub niepisanej, społecznej zasady. Wiecie, jak reagowali moi bliscy i znajomi, kiedy dowiadywali się, że ja i mój mąż po ślubie będziemy nazywali się inaczej? Oczywiście, każdy komentował to w nieco inny sposób (a niektórzy wcale), ale wśród całego przekroju reakcji można było wyodrębnić dwie najbardziej typowe. Pierwsza to zdziwienie, niezrozumienie, a nawet oburzenie. Niektórzy z góry zakładali, że mój mąż jest nieszczęśliwy, że nie przyjęłam jego nazwiska, uznawali, że zrobiłam mu tym krzywdę, odebrałam coś, co mu się należało lub przyjmowali, że odbyła się między nami batalia, którą z kretesem przegrał. Z pewnością jeszcze bardziej zdziwiliby się, gdyby usłyszeli, że opcja przyjęcia przeze mnie jego nazwiska (lub odwrotnie, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał) nigdy nie była przez nas rozważana. Bo (uwaga, uwaga)… w momencie zaręczyn byliśmy ze sobą już od kilku lat, w ciągu których zdarzało nam się ze sobą rozmawiać, w związku z czym znaliśmy swoje poglądy na różne tematy – również i na ten. Z całego serca polecam takie rozwiązanie.

Trudno mi sobie wyobrazić związek z kimś, kto narzucałby mi w nim podporządkowaną rolę (no bo gdzie jest miejsce na partnerstwo w sytuacji, w której dwie osoby obowiązują zupełnie różne zasady, tylko dlatego, że mają co innego między nogami?).

Nie wyobrażam sobie, żeby mój partner wymuszał na mnie cokolwiek argumentem „bo jesteś kobietą”. Po prostu nie dogadałabym się z taką osobą. I wydawało mi się, że czasy typowo patriarchalnych związków mamy już dawno za sobą. Myślałam też, że jestem otoczona osobami o postępowych, nowoczesnych poglądach. Niestety, jeśli chodzi o kwestię nazwiska po ślubie, społeczna mentalność najwyraźniej tkwi w zupełnie innej epoce. Wciąż przecieram sobie oczy ze zdumienia, przypominając sobie niektóre z tekstów, jakimi mnie raczono: „Ojej, to pewnie Michał jest nieszczęśliwy?”, „Myślałam, że chociaż weźmiesz podwójne, żeby sprawić mu przyjemność”, „A co on na to?”, „Teściowie się nie obrażą?”, „Michał nie miał nic przeciwko?”, „Musi cię kochać, że się na to zgodził”. Ludzie (również moi rówieśnicy) naprawdę są przekonani, że facet ma prawo po prostu zmusić do czegoś swoją życiową partnerkę. Żeby nie było wątpliwości, ta zasada nie działa w obie strony. Oczywiście, mnie nikt nigdy nie zapytał, jak czuję się z tym, że mój mąż nie przyjął mojego nazwiska. On nie musiał się z tego nikomu tłumaczyć. Fakt, że łaskawie wyraziłam zgodę, by zachował swoje dane osobowe po naszym ślubie, nie wzbudził niczyjego zdziwienia ani troski o moje samopoczucie.

Drugi rodzaj reakcji dotyczył przede wszystkim kobiet, które same zmieniły nazwisko po ślubie lub dołączyły nazwisko męża do swojego panieńskiego.

Nie wyobrażacie sobie, jak wiele z nich powiedziało mi, że… bardzo dobrze robię. Że gdyby one brały ślub w tych czasach, też nie pozbyłyby się tak ważnej cząstki własnej tożsamości. Albo że same chciały tak zrobić, ale facet urządził im awanturę lub tak długo marudził, że uległy jego naciskom. Jeszcze inne czuły się bardzo źle ze zmianą nazwiska, ale nawet nie miały świadomości, że nie muszą się go pozbywać – wydawało im się, że to ich „kobiecy” obowiązek. Jeśli do tej pory myślałam, że kwestia nazwiska po ślubie jest czymś, w czym mamy dowolność, a kobiety w moim otoczeniu zmieniają je, bo same tego chcą, w tamtym momencie zweryfikowałam swoje przekonanie.

Co ciekawe, choć ludzie traktują przyjmowanie nazwiska męża jako opcję automatyczną i oczywistą, polskie prawo podchodzi do tego znacznie bardziej równościowo.

Osoby, które planują zawrzeć związek małżeński, muszą wcześniej udać się do stanu cywilnego i wypełnić kilka świstków – w tym taki, w którym deklarują, jak będą się nazywały one oraz ich ewentualne potomstwo. Jeśli jednak jakimś cudem taka deklaracja nie zostałaby złożona, domyślnie każde z małżonków zostałoby przy swoim nazwisku, a ich przyszłe, wspólne dzieci nosiłyby podwójne. To o tyle zabawne, że zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że mąż i żona w ogóle mogą nie mieć wspólnego nazwiska! Oczywiście, że mogą. Mogą również zdecydować się na wiele innych opcji. Warto je znać i nie dawać sobie wmówić, że istnieje tylko jedna właściwa oraz niepodlegająca dyskusji. Tam, gdzie nie ma dyskusji, nie ma mowy o zdrowym, dojrzałym związku między dwojgiem ludzi.

Każdy wie o tym, że małżonkowie mogą wybrać nazwisko noszone do tej pory przez jedno z nich.

Zarówno mąż, jak i żona (a także oboje) mogą również przyjąć nazwisko dwuczłonowe i dowolnie zdecydować o kolejności członów. Warto przy tym pamiętać, że polskie prawo dopuszcza wyłącznie dwa człony, więc jeśli jeden z małżonków miał do tej pory podwójne nazwisko, należy wybrać tylko jeden z dotychczasowych członów (tak, jak to zrobiła m.in. Paulina Krupińska-Karpiel, żona Sebastiana Karpiela-Bułecki). Ponadto nie można zamienić się nazwiskami. Poza tym wszystkie kombinacje są dozwolone, co ilustruje poniższa tabela, w której prezentuję opcje dla pani, która przed ślubem nazywała się Kowalska i pana o nazwisku rodowym Nowak:

Podaję te możliwości, bo chciałabym, żeby to była powszechna wiedza. Wydaje mi się, że nie da się podjąć własnej, autonomicznej decyzji, kiedy nie zna się swoich praw. Z drugiej strony, świadomość to jedno, a asertywność to zupełnie odrębna kwestia. Mam wrażenie, że Polki mają z nią duży problem. Żeby była jasność: nie mówię teraz o kobietach, które przyjęły nazwisko męża z własnej, nieprzymuszonej woli i są z tego faktu zadowolone. Mam na myśli zadziwiająco dużą liczbę dziewczyn, które uległy szantażowi emocjonalnemu, bały się reakcji otoczenia lub dały sobie wmówić, że przyjęcie nazwiska męża jest ich obowiązkiem. Nie mówcie mi, że „tradycja” przyjmowania nazwiska męża przez kobiety nie jest seksistowska – pochodzi przecież z kultur patriarchalnych i nawiązuje do symbolicznego przejścia kobiety spod opieki oraz władzy ojca pod kuratelę małżonka.

Oprócz tego są jeszcze pary, które nawet nie rozważają przyjęcia podwójnego nazwiska zarówno przez męża, jak i żonę lub niebiorące pod uwagę przyjęcia nazwiska partnerki przez faceta, bo „to niemęskie”, „jego rodzina się obrazi”, „facetowi nie przystoi” itp.

Mamy XXI wiek, jeżeli ktoś się nie zorientował. Możemy robić, co nam się podoba i każdego dnia powinniśmy dziękować losowi za to, że żyjemy w takich, a nie innych czasach. Korzystajmy z tego, nawet jeśli otoczenie miałoby parę razy krzywo na nas spojrzeć. Kiedyś ludzie reagowali zdziwieniem na kobiety, które chodziły w spodniach lub pracowały zawodowo oraz na gotujących i zajmujących się dziećmi mężczyzn. Mentalność społeczeństwa zmieniła się właśnie dzięki temu, że takie widoki były coraz bardziej powszechne i po prostu trzeba było się do nich przyzwyczaić. Czekanie na zmiany z założonymi rękami nie ma najmniejszego sensu – jeśli ich chcemy, sami musimy je współtworzyć.

Więc jeśli spotkacie parę taką jak my albo taką, która zdecydowała się na jakiekolwiek inne, nawet bardzo niestandardowe rozwiązanie związane z nazwiskami po ślubie, przybijcie jej piątkę, życzcie wszystkiego najlepszego i nie kwestionujcie jej decyzji (chyba, że dojdzie do was sygnał, że któraś ze stron została do czegoś przymuszona). Skoro dwoje ludzi zdecydowało się na ślub, to najprawdopodobniej się kochają, akceptują i są z tego powodu szczęśliwi. Z pewnością znajdzie się mnóstwo osób, które wytkną im, że coś zrobili nie tak i pokażą im, że mają gdzieś ich wolność wyboru. Ale wy nie dołączajcie do tego niezbyt zacnego grona.

A wy, dziewczyny, nie dajcie sobie wmówić, że macie mniejsze prawo do zachowania własnej tożsamości niż wasi faceci.

Jeśli chcecie zmienić nazwisko po ślubie, to w porządku. Równie w porządku będzie, jeśli wasz małżonek przyjmie wasze lub każde z was zachowa własne. Każda z możliwych decyzji będzie w porządku, o ile zostanie podjęta wspólnie, z poszanowaniem wolności i potrzeb obu stron. Nie pozwólcie, by ktokolwiek mówił wam, że musicie coś zrobić tylko dlatego, że jesteście kobietami. Seksizm pozostaje seksizmem, niezależnie od tego, czy nazwiecie go po imieniu, czy nadacie mu jakiś bardziej akceptowalny pseudonim, taki jak „tradycja” czy „męska duma”. Rozmowa o nazwiskach po ślubie stanowi idealny sprawdzian dla partnerstwa i wzajemnego szacunku w związku. Niestety, mam wrażenie, że niewiele par go zdaje. A co jeszcze smutniejsze, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet nie poddając tego stanu rzeczy głębszej refleksji.

 

Felieton

Co udało mi się spełnić z dziecięcych marzeń? Konkurs na Dzień Dziecka

22 maja 2020 / Paulina Kondratowicz

Niedługo Dzień Dziecka, w moim domu obchodzone zawsze, niezależnie od tego, ile mam lat.

Co roku z tej okazji moja Mama kupuje mi czekoladę, a jeśli jestem w domu, to spędzamy czas razem. Mówi, że to nieważne, że jestem już dorosłą kobietą, dla niej zawsze będę małą dziewczynką, której zaplatała włosy i uczyła poprawnie pisać, liczyć i dbać o to, aby być dobrym człowiekiem.

Dzień Dziecka to też taki specjalny moment, kiedy zatrzymuję się na chwilę, spoglądam wstecz i próbuję złapać za ogon wszystkie te chwile, kiedy moją głowę wypełniały kolorowe marzenia o dorosłości. 

Jak to zwykle bywa, w dzieciństwie wyobrażamy sobie, że pod łóżkiem mieszkają potwory, ktoś, kto ma trzydziestkę na karku powinien w zasadzie już żegnać się z życiem, krzaki w parku to idealne miejsce na bazę, a najlepszym jedzeniem na świecie są frytki z keczupem. Wyobrażamy sobie kim będziemy, gdy dorośniemy, a wtedy to już żadne zakazy nie będą nas obowiązywały. Mamy plan, jak będzie wyglądał nasz wymarzony dom, czy w naszym łóżku zamieszka owczarek alpejski, a ten śmieszny, gorzki napój z pianką (piwo) zacznie nam smakować. Obiecamy sobie, że nigdy nie będziemy palić papierosów, obetniemy te długie warkocze, które codziennie rano starannie są zaplatane przy kubku z mlekiem. Albo że wyjedziemy na bezludną wyspę łapać kolorowe motyle. 

Ze swoich dziecięcych marzeń wyraźnie pamiętam osobliwe etapy planów zawodowych. Na początku byłam zafascynowana pracą stomatologa (chociaż chodziłam leczyć zęby i  borowanie ich okropnie bolało). Potem postanowiłam, że zostanę panią z telewizji, która zapowiada wieczorny program i będę mówić, że prezydent Jelcyn podpisał porozumienie w sprawie zniesienia embarga na ziemniaki z Polski. Kiedy miałam może z 7 lat uwierzyłam, że praca w radio to moje przeznaczenie i codziennie wieczorem prowadziłam program z piosenkami Natalki Kukulskiej, z programu ,,Ciuchcia’’ lub opowiadałam jakieś zupełnie odjechane historie grupce moich słuchaczy – pluszowych zabawek. Żadne z tych marzeń się nie spełniło. Nie zostałam dentystą, panią Krystyną Loską lub tajemniczym głosem w radioodbiorniku. 

Dzisiaj najmłodsze pokolenie w mojej rodzinie ma mniej więcej tyle lat, ile ja miałam, gdy uznałam, że wszystko to co dobre, jeszcze przede mną. Moja mama do dzisiaj powtarza mi, mimo że skończyłam studia prawie 10 lat temu, zawsze mogę być kimś, kim sobie wymarzę. Postanowiłam więc dzisiaj spojrzeć wstecz i zastanowić się, co pozostało po tych pstrokatych, odważnych marzeniach i czy mam do powiedzenia coś dzieciom z mojej rodziny, które właśnie zaczynają tworzyć swoje doskonałe plany na przyszłość?

Są talenty, które czekają na odkrycie 

Dzieciństwo to taki magiczny czas, kiedy dorośli ze zdumieniem odkrywają, że ich dzieci mają jakieś wyjątkowe predyspozycje, a sami zainteresowani uważają, że przecież każdy coś takiego ma! Dla młodego człowieka fakt, że ma na przykład doskonały słuch, jest rzeczą tak naturalną jak umiejętność samodzielnego zjedzenia śniadania. To coś, z czym budzi się i zasypia, traktując swój talent jako integralną część siebie. Jednak nieodkryte albo ukryte pod kołderką wstydu i nieśmiałości, talenty najczęściej nie ujawniają się potem w dorosłym życiu. Obserwując dziecko, można szybko zrozumieć, czy ma się do czynienia z matematycznym mądralą, Picasso w rozwiązanych trampkach albo małoletnią Madonną paradującą w szpilkach mamy przed lustrem. Z pomocą przychodzą też zabawki, które znacząco dbają o rozwój motoryczny i sensoryczny już kilkumiesięcznego szkraba. Och, gdybym miała pod ręką pluszowe pianino, z wygodną poduszką, naśladujące dźwięki prawdziwego instrumentu. Wyobrażam sobie, że dzisiaj byłabym żeńską wersją Leszka Możdżera. Prawda jest jednak taka, że to jest fascynujące móc obserwować, jak dzieci odkrywają świat — dzieją się wówczas wyjątkowe rzeczy. Odkrywanie poprzez zabawę, w swoim własnym rytmie jest najbardziej naturalne i przynosi najlepsze rezultaty. Jeśli tylko damy dzieciom czas, przestrzeń, podarujemy odpowiedniej jakości zabawki, które przede wszystkim uczą, za chwilę możemy być świadkami, kiedy z malucha wyrasta artysta na miarę naszych czasów. Co ciekawe, zabawki sensoryczne nie tylko wspierają rozwój, ale są też po prostu świetnym sposobem na dziecięcą nudę. A nikt nie lubi znudzonych, naburmuszonych maluchów, prawda?

Wspieranie rozwoju dziecka od pierwszych dni to fascynująca podróż w jego indywidualny świat. Ponieważ sama jestem wychowanką lat dziewięćdziesiątych, strasznie zazdroszczę dzisiejszym dzieciakom tych wszystkich gadżetów, Internetu bez limitów i możliwości sięgania po wszystkie książki i filmy świata bez przeszkód. I myślę, że gdyby dla takich jak ja istniały równie tak szerokie możliwości dostępu do świata, dzisiaj byłabym może… kimś innym? 

Każdy ma swoją rolę 

Pamiętacie zabawy w dom? W sklep? Ja pamiętam doskonale. Przyrządzanie zup z piasku, przewijanie lalek-niemowlaków, udawana rola mamy albo żony? Podwórkowe śluby, rozwody i adoptowanie zwierząt? Od dziecka jesteśmy zafascynowani dorosłym życiem, które, kiedy nadejdzie, nie zawsze jest słodkie i smakuje wyobrażonym rosołem z makaronem. Pragniemy jednak odtwarzać role, które obserwujemy w swoim otoczeniu i jesteśmy zafascynowani dorosłością. Kiedyś „zakładało się” dom w pokoju, korzystając z poduszek, koców, urządzało się salony, ubierało korale mamy albo uciszało wiecznie płaczącego lalkowego niemowlaka. Dzisiaj mądrzy kreatorzy spełniania dziecięcych marzeń tworzą zabawki, które mają tak samo przenieść nasze własne dzieci w świat odgrywania ról dorosłych. Dzisiejsze przedszkolaki mogą wypróbować, jak to jest zostać mamą interaktywnych lalek, sprostać zadaniom „dziecięcych mam”, a przy tym rozwijać zręczność, uczyć empatii i kształtowania wyobraźni. Wiele różnych elementów pozwala dzieciom puścić wodze fantazji i wymyślać rozmaite historyjki. Spójrzcie na Little People Pokoik dziecięcy

Jednak w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że wyobrażałam sobie swoją przyszłą rodzinę, mieliśmy nasze rodzinne problemy (pewnie ukradzione z serialu „Pełna chata”), a nade wszystko chciałam, aby było tam miejsce na odgrywanie scenek opieki nad bobasem, które uczy, jak być troskliwym, dobrym i miłym dla innych. I częściowo te role, sceny i scenariusze rzeczywiście sprawdzają się w życiu codziennym. Mam na koncie pracę jako nauczyciel, a w dzieciństwie przecież, wzorem mojej mamy, też nauczycielki, wykładałam „dzieciom” swoją wiedzę. I to było super. Najwyraźniej, niezależnie od pokoleń, każdy z nas zaliczył epizod zabawy w dom, sklep, szkołę lub inne, równie ciekawe, bo bezpiecznie znajome miejsce. 

Dzisiaj dzieci gotują w telewizji

Nie mogę wyjść też z podziwu dla rozpędzonej, marketingowej machiny, która wepchnęła dzieci w odgrywanie dorosłych ról przed kamery telewizyjne. Pewnie kojarzycie „Mastechef Junior”. W niedzielne wieczory pół Polski oglądało, jak dzieciaki gotują. Nie, nie piaskowe babki. Autentyczne jedzenie – przegrzebki, steki, owoce morza i inne, równie finezyjne rzeczy. I wiecie, można uważać, że to wszystko jest reżyserowane, robione pod publiczkę, bo przecież wszystko dzisiaj można zaaranżować. Ale szczerze? Mnie ruszają kilkulatki machające łyżkami, igrające z kuchenką gazową, próbujące łączyć smaki i robią to tak, że nawet ja, dorosła baba, która lubi stać przy garach, nie zawsze kojarzę, czym różni się duszenie od redukcji. W każdym razie – kiedy gotowaliśmy sobie nasze zupy z dżdżownic albo kamieni na podwórkach. Miałam nawet koleżankę, która odważnie zbierała grzyby „trujaki” i wekowała je w podwórkowej spiżarce. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego to robiła, ale każdy był pod wrażeniem. My siekaliśmy ogrodową marchewkę i mieszaliśmy z mleczem, a dzieciaki w telewizji opowiadają o wegańskich sorbetach z musem z mango i liczi. Przysięgam, dopiero niedawno dowiedziałam się, co to jest liczi. Zastanawiam się, jeśli dziecko występujące w Masterchefie, ma, powiedzmy 10 lat, to kiedy ono zaczęło podpalać gaz i robić rodzicom jajecznicę? Do czego zmierzam. Myślę, że współczesne pokolenie dzieci urodzonych po 2010 roku, wraz z wyprawką niemowlaka, dostają zabawki, które uczą gotowania. Takie cacko nie dość, że wesoło gaworzy to jeszcze pozwoli rozwijać wiele umiejętności malucha i to w przyjemny sposób, tak jak edukacyjny mikser malucha. Wesołe piosenki i wypowiedzi nauczą liter, kolorów, liczenia i nie tylko. Wystarczy, że dziecko wrzuci coś do misy lub naciśnie przyciski, by usłyszeć piosenki. Dzieci czeka doskonała zabawa w odkrywanie związków przyczynowo-skutkowych, gdy będą próbowały aktywować światełka i muzykę. Natomiast chwytanie poszczególnych składników potrawy i umieszczanie ich w mikserze pomoże w rozwijaniu zręczność i koordynację ręka–oko. Jak na pierwszy krok do fascynacji gotowaniem – wygląda świetnie. A potem już tylko kilka „lekcji” od babci lub mamy i kariera młodego kucharza czeka otworem. 

I chociaż aż zazdrość chwyta za serce, kiedy ogląda się te super ogarnięte dzieci, utalentowanych geniuszy patelni, to jednak ciągle należy pamiętać, że są to dzieci. Muszę jednak przyznać, że jestem po ogromnym wrażeniem, jak dzieciaki świetnie sobie radzą przed kamerami i z własnym, na pewno ogromnym stresem. Zastanawiam się, czy to właśnie to najnowsze pokolenie, które dopiero zaczyna swoje życie, naznaczone jest taką odwagą i naturalną zdolnością do rywalizacji. Muszę przyznać, że dzieci w mojej rodzinie są równie odważne, pełne zapału i z tak ogromną chęcią manifestacji siebie, że aż sama im zazdroszczę bycia bohaterami życia. 

Nie chcę brzmieć jak stara, zrzędząca baba, której coś umknęło w życiu. Jednak muszę przyznać, że obserwując to, w jaki sposób współczesne dzieciaki adaptują się do życia, warunków wzrastania, otoczone często bańkami (nad)opiekuńczości rodziców, budzi we mnie szczery podziw. Cóż, zamiast taplania się w błocie, często taplają się w ciastolinie. Zamiast chodzenia biegania z kijkami po podwórku, dostają wypasione zabawki, które mają ich uczyć. Mam nadzieję, że nadal, my, pokolenie 30+, potrafimy dać im to, co dano nam, kiedy byliśmy mali. I, że mimo, że nasz czas dziecięcych marzeń minął, to jednak nadal pamiętamy, że w wieku 6 lat chcieliśmy ratować wombaty albo odkrywać Atlantydę. I to jest piękne. Z okazji Dnia Dziecka, życzę Wam powrotu do tych pięknych, niewinnych i niewiarygodnych marzeń!

 

 

___________________________

 

UWAGA konkurs! 🙂

 

Dzień Dziecka to też…. nasz dzień, a co!

 

Dlatego dziś pytamy Ciebie – Jaka była Twoja ulubiona zabawka w dzieciństwie? 

 

Opisz w komentarzu swoją ukochaną zabawkę (ale najpierw przeczytaj regulamin!) i dołącz do zabawy! 

 

Partnerem konkursu jest Fisher-Price

Do wygrania jedna z trzech zabawek:

 

Miękkie Pianinko Poduszeczka 

Edukacyjny Mikser Malucha 

Little People Pokoik Dziecięcy  

 

 #badzmydziecmi i bawmy się. Ten konkurs jest dla Ciebie.

 

LINK do REGULAMINU

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo