Change font size Change site colors contrast
Felieton

Moje, twoje, nasze… O tym, jak zmieniłam stan cywilny, ale nie tożsamość

18 października 2018 / Alicja Skibińska

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż.

Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie… Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną,...

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż. Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie…

Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną, partnerską relację. Za innego bym zresztą nie wyszła.

Klimat, który panuje w Polsce wokół kwestii nazwiska po ślubie, jest wprost przedziwny.

Choć mamy kilka różnych opcji, wiele osób wciąż uważa, że istnieje tylko jedna dopuszczalna. No, ewentualnie dwie, ale opierające się na tym samym schemacie. Niby mamy to upragnione równouprawnienie, większość z nas tworzy związki (przynajmniej z pozoru) oparte na partnerstwie, a mimo to duża część społeczeństwa jest zdania, że tylko nazwisko noszone przez mężczyznę jest dobrem, które warto zachować.

Nie zrozumcie mnie źle, mam świadomość, że moje nazwisko również zostało mi przekazane w linii męskiej, po ojcu.

Ale noszę je od urodzenia i uważam za swoje, podobnie jak imię (którego również sama sobie nie wybrałam). Wyobraźcie sobie, jak kuriozalnym wymaganiem byłoby narzucanie ludziom, by zmieniali swoje imię po ślubie. Kilka lat temu natknęłam się na wypowiedź Aleksandry Kwaśniewskiej, która podczas wywiadu dla „Vivy!” została zapytana o to, co sądzi o zwyczaju przyjmowania nazwiska męża:

To jest, szczerze mówiąc, przedziwne. Tak, jakbym w ciągu tej jednej godziny, kiedy przysięgam wierność po grób pewnemu facetowi, przeistaczała się z Oli w Kasię. Uważam, że jest to jednak odebranie nam ważnego elementu naszej tożsamości.

Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Bo przecież zlepek naszego imienia i nazwiska tworzą naszą „nazwę”, coś, co odróżnia nas od innych i stanowi pewną osobistą markę. Naszą tożsamość. Anna Kowalska to ktoś inny niż Anna Nowak. Przez te wszystkie lata, które minęły od czasu, gdy nauczyliśmy się mówić i pisać, do momentu wstąpienia w związek małżeński (dla jednych będzie to 20, a dla innych 40 lat), tysiące, a może miliony razy przedstawialiśmy się swoim imieniem i nazwiskiem, podpisywaliśmy się nimi na dokumentach, sprawdzianach w szkole oraz kartkach urodzinowych. Widnieją one na naszych dyplomach, pod ewentualnymi publikacjami naszego autorstwa, na wszelkich trofeach, wizytówkach itp.

Płeć nie ma tu nic do rzeczy.

Nie jest prawdą, że kobiety z jakiegoś powodu mniej identyfikują się z tym, jak się nazywają. Dla wielu z nich pozbycie się dotychczasowego nazwiska jest naprawdę sporym poświęceniem. W końcu jest ono jednym z naszych dóbr osobistych, chronionym przez prawo cywilne. I choćby dlatego nikt nie powinien się go wyzbywać pod przymusem. Zmiana nazwiska to w pewnym stopniu akt zerwania z tym, kim byliśmy do tej pory, tak jakbyśmy po ślubie przyjmowali nową tożsamość.

Oczywiście, z zasady nie ma w tym niczego złego.

Niektórzy zmieniają nazwisko z radością (choć domyślam się, że już z mniejszą frajdą stoją w dziesiątkach kolejek, wymieniając dokumenty, karty płatnicze i lojalnościowe oraz zmieniając swoje dane w rozmaitych rejestrach…) i mają ku temu różne powody. Można przecież nie przepadać za swoim nazwiskiem choćby z powodu jego niefortunnego brzmienia, długości lub pospolitości, nie chcieć podkreślać swoich związków z nielubianą rodziną, pragnąć uciec od przeszłości i swoich dotychczasowych czynów. Wreszcie, dla wielu osób zmiana nazwiska po ślubie jest symbolem rozpoczęcia nowego życia i założenia własnej rodziny. Ale to ostatnie dziwnym trafem na ogół dotyczy tylko kobiet. Kiedy ludzie słyszą o tym, że mężczyzna przyjął nazwisko swojej żony, prześcigają się w domysłach: „Co, pewnie miał bardzo brzydkie albo wulgarne nazwisko? A może wstydzi się swojego ojca?”. W odwrotnym przypadku nikt nie uznaje, że świeżo upieczona mężatka wyrzekła się własnych rodziców.

Absolutnie nie przeszkadza mi to, że inne kobiety zmieniają nazwiska po zawarciu małżeństwa.

Wkurza mnie jednak to, że tak rzadko jest to emanacja ich wolności i swobody wyboru. Niestety, bardzo wiele z nich robi to pod naciskiem – narzeczonego, jego rodziny, innych osób z otoczenia lub niepisanej, społecznej zasady. Wiecie, jak reagowali moi bliscy i znajomi, kiedy dowiadywali się, że ja i mój mąż po ślubie będziemy nazywali się inaczej? Oczywiście, każdy komentował to w nieco inny sposób (a niektórzy wcale), ale wśród całego przekroju reakcji można było wyodrębnić dwie najbardziej typowe. Pierwsza to zdziwienie, niezrozumienie, a nawet oburzenie. Niektórzy z góry zakładali, że mój mąż jest nieszczęśliwy, że nie przyjęłam jego nazwiska, uznawali, że zrobiłam mu tym krzywdę, odebrałam coś, co mu się należało lub przyjmowali, że odbyła się między nami batalia, którą z kretesem przegrał. Z pewnością jeszcze bardziej zdziwiliby się, gdyby usłyszeli, że opcja przyjęcia przeze mnie jego nazwiska (lub odwrotnie, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał) nigdy nie była przez nas rozważana. Bo (uwaga, uwaga)… w momencie zaręczyn byliśmy ze sobą już od kilku lat, w ciągu których zdarzało nam się ze sobą rozmawiać, w związku z czym znaliśmy swoje poglądy na różne tematy – również i na ten. Z całego serca polecam takie rozwiązanie.

Trudno mi sobie wyobrazić związek z kimś, kto narzucałby mi w nim podporządkowaną rolę (no bo gdzie jest miejsce na partnerstwo w sytuacji, w której dwie osoby obowiązują zupełnie różne zasady, tylko dlatego, że mają co innego między nogami?).

Nie wyobrażam sobie, żeby mój partner wymuszał na mnie cokolwiek argumentem „bo jesteś kobietą”. Po prostu nie dogadałabym się z taką osobą. I wydawało mi się, że czasy typowo patriarchalnych związków mamy już dawno za sobą. Myślałam też, że jestem otoczona osobami o postępowych, nowoczesnych poglądach. Niestety, jeśli chodzi o kwestię nazwiska po ślubie, społeczna mentalność najwyraźniej tkwi w zupełnie innej epoce. Wciąż przecieram sobie oczy ze zdumienia, przypominając sobie niektóre z tekstów, jakimi mnie raczono: „Ojej, to pewnie Michał jest nieszczęśliwy?”, „Myślałam, że chociaż weźmiesz podwójne, żeby sprawić mu przyjemność”, „A co on na to?”, „Teściowie się nie obrażą?”, „Michał nie miał nic przeciwko?”, „Musi cię kochać, że się na to zgodził”. Ludzie (również moi rówieśnicy) naprawdę są przekonani, że facet ma prawo po prostu zmusić do czegoś swoją życiową partnerkę. Żeby nie było wątpliwości, ta zasada nie działa w obie strony. Oczywiście, mnie nikt nigdy nie zapytał, jak czuję się z tym, że mój mąż nie przyjął mojego nazwiska. On nie musiał się z tego nikomu tłumaczyć. Fakt, że łaskawie wyraziłam zgodę, by zachował swoje dane osobowe po naszym ślubie, nie wzbudził niczyjego zdziwienia ani troski o moje samopoczucie.

Drugi rodzaj reakcji dotyczył przede wszystkim kobiet, które same zmieniły nazwisko po ślubie lub dołączyły nazwisko męża do swojego panieńskiego.

Nie wyobrażacie sobie, jak wiele z nich powiedziało mi, że… bardzo dobrze robię. Że gdyby one brały ślub w tych czasach, też nie pozbyłyby się tak ważnej cząstki własnej tożsamości. Albo że same chciały tak zrobić, ale facet urządził im awanturę lub tak długo marudził, że uległy jego naciskom. Jeszcze inne czuły się bardzo źle ze zmianą nazwiska, ale nawet nie miały świadomości, że nie muszą się go pozbywać – wydawało im się, że to ich „kobiecy” obowiązek. Jeśli do tej pory myślałam, że kwestia nazwiska po ślubie jest czymś, w czym mamy dowolność, a kobiety w moim otoczeniu zmieniają je, bo same tego chcą, w tamtym momencie zweryfikowałam swoje przekonanie.

Co ciekawe, choć ludzie traktują przyjmowanie nazwiska męża jako opcję automatyczną i oczywistą, polskie prawo podchodzi do tego znacznie bardziej równościowo.

Osoby, które planują zawrzeć związek małżeński, muszą wcześniej udać się do stanu cywilnego i wypełnić kilka świstków – w tym taki, w którym deklarują, jak będą się nazywały one oraz ich ewentualne potomstwo. Jeśli jednak jakimś cudem taka deklaracja nie zostałaby złożona, domyślnie każde z małżonków zostałoby przy swoim nazwisku, a ich przyszłe, wspólne dzieci nosiłyby podwójne. To o tyle zabawne, że zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że mąż i żona w ogóle mogą nie mieć wspólnego nazwiska! Oczywiście, że mogą. Mogą również zdecydować się na wiele innych opcji. Warto je znać i nie dawać sobie wmówić, że istnieje tylko jedna właściwa oraz niepodlegająca dyskusji. Tam, gdzie nie ma dyskusji, nie ma mowy o zdrowym, dojrzałym związku między dwojgiem ludzi.

Każdy wie o tym, że małżonkowie mogą wybrać nazwisko noszone do tej pory przez jedno z nich.

Zarówno mąż, jak i żona (a także oboje) mogą również przyjąć nazwisko dwuczłonowe i dowolnie zdecydować o kolejności członów. Warto przy tym pamiętać, że polskie prawo dopuszcza wyłącznie dwa człony, więc jeśli jeden z małżonków miał do tej pory podwójne nazwisko, należy wybrać tylko jeden z dotychczasowych członów (tak, jak to zrobiła m.in. Paulina Krupińska-Karpiel, żona Sebastiana Karpiela-Bułecki). Ponadto nie można zamienić się nazwiskami. Poza tym wszystkie kombinacje są dozwolone, co ilustruje poniższa tabela, w której prezentuję opcje dla pani, która przed ślubem nazywała się Kowalska i pana o nazwisku rodowym Nowak:

Podaję te możliwości, bo chciałabym, żeby to była powszechna wiedza. Wydaje mi się, że nie da się podjąć własnej, autonomicznej decyzji, kiedy nie zna się swoich praw. Z drugiej strony, świadomość to jedno, a asertywność to zupełnie odrębna kwestia. Mam wrażenie, że Polki mają z nią duży problem. Żeby była jasność: nie mówię teraz o kobietach, które przyjęły nazwisko męża z własnej, nieprzymuszonej woli i są z tego faktu zadowolone. Mam na myśli zadziwiająco dużą liczbę dziewczyn, które uległy szantażowi emocjonalnemu, bały się reakcji otoczenia lub dały sobie wmówić, że przyjęcie nazwiska męża jest ich obowiązkiem. Nie mówcie mi, że „tradycja” przyjmowania nazwiska męża przez kobiety nie jest seksistowska – pochodzi przecież z kultur patriarchalnych i nawiązuje do symbolicznego przejścia kobiety spod opieki oraz władzy ojca pod kuratelę małżonka.

Oprócz tego są jeszcze pary, które nawet nie rozważają przyjęcia podwójnego nazwiska zarówno przez męża, jak i żonę lub niebiorące pod uwagę przyjęcia nazwiska partnerki przez faceta, bo „to niemęskie”, „jego rodzina się obrazi”, „facetowi nie przystoi” itp.

Mamy XXI wiek, jeżeli ktoś się nie zorientował. Możemy robić, co nam się podoba i każdego dnia powinniśmy dziękować losowi za to, że żyjemy w takich, a nie innych czasach. Korzystajmy z tego, nawet jeśli otoczenie miałoby parę razy krzywo na nas spojrzeć. Kiedyś ludzie reagowali zdziwieniem na kobiety, które chodziły w spodniach lub pracowały zawodowo oraz na gotujących i zajmujących się dziećmi mężczyzn. Mentalność społeczeństwa zmieniła się właśnie dzięki temu, że takie widoki były coraz bardziej powszechne i po prostu trzeba było się do nich przyzwyczaić. Czekanie na zmiany z założonymi rękami nie ma najmniejszego sensu – jeśli ich chcemy, sami musimy je współtworzyć.

Więc jeśli spotkacie parę taką jak my albo taką, która zdecydowała się na jakiekolwiek inne, nawet bardzo niestandardowe rozwiązanie związane z nazwiskami po ślubie, przybijcie jej piątkę, życzcie wszystkiego najlepszego i nie kwestionujcie jej decyzji (chyba, że dojdzie do was sygnał, że któraś ze stron została do czegoś przymuszona). Skoro dwoje ludzi zdecydowało się na ślub, to najprawdopodobniej się kochają, akceptują i są z tego powodu szczęśliwi. Z pewnością znajdzie się mnóstwo osób, które wytkną im, że coś zrobili nie tak i pokażą im, że mają gdzieś ich wolność wyboru. Ale wy nie dołączajcie do tego niezbyt zacnego grona.

A wy, dziewczyny, nie dajcie sobie wmówić, że macie mniejsze prawo do zachowania własnej tożsamości niż wasi faceci.

Jeśli chcecie zmienić nazwisko po ślubie, to w porządku. Równie w porządku będzie, jeśli wasz małżonek przyjmie wasze lub każde z was zachowa własne. Każda z możliwych decyzji będzie w porządku, o ile zostanie podjęta wspólnie, z poszanowaniem wolności i potrzeb obu stron. Nie pozwólcie, by ktokolwiek mówił wam, że musicie coś zrobić tylko dlatego, że jesteście kobietami. Seksizm pozostaje seksizmem, niezależnie od tego, czy nazwiecie go po imieniu, czy nadacie mu jakiś bardziej akceptowalny pseudonim, taki jak „tradycja” czy „męska duma”. Rozmowa o nazwiskach po ślubie stanowi idealny sprawdzian dla partnerstwa i wzajemnego szacunku w związku. Niestety, mam wrażenie, że niewiele par go zdaje. A co jeszcze smutniejsze, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet nie poddając tego stanu rzeczy głębszej refleksji.

 

Felieton

O kulturze chorowania, której w Polsce nie ma

10 grudnia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Od jakiegoś czasu ze zdziwieniem obserwuję pewne zjawisko.

W moim mieście (pozdrawiam Łódź), gdy samochód zatrzyma się przed przejściem dla pieszych – pamiętajmy, że ma obowiązek – by osoba mogła przejść na drugą stronę ulicy, pieszy dziękuje. Każdy jeden człowiek: dziecko, kobieta, mężczyzna kłania się kierującemu pojazdem, wyrażając wdzięczność za to, że postanowił przestrzegać przepisów. Jeśli ktoś, kazałby mi napisać referat naukowy o symptomach problemów społecznych, ten punkt zająłby wysokie miejsce na mojej liście. Tak jak kultura chorowania...

Czy wciąż „służba” zdrowia? 

Nie mniej interesujące są działania podejmowane w obszarze zdrowia. Lekarze, którzy jeszcze nie tak dawno wypisywali zwolnienia na mycie okien, na „teściowa do mnie przyjeżdża” i na „mam dość, muszę odpocząć panie doktorze” dzisiaj trzymają klawiatury pod pachą i z politowaniem kręcą głową. Gorączka, kaszel, dreszcze? No cóż, trzeba będzie wziąć jakiś „-ex” i położyć się do łóżka, ale tylko wieczorem, bo „ja pani zwolnienia na przeziębienie nie przepiszę”. Tak więc jeżdżą komunikacją i chodzą po ulicach ludzie zasmarkani, ludzie zakasłani, którzy wyziębieni w poniedziałek marzą tylko o piątku i ciepłym łóżku. 

Inną grupą są „ja nie dam rady?!” O, to jest dla mnie inny gatunek ludzi, serio, ludzie XXI wieku, idealnie przystosowani do pracy w korporacjach. Antybiotyk w kieszeń i można pędzić do biura. Do tego jeszcze ze dwie zielone kapsułki – koniecznie z płynem, bo szybko się wchłania i coś na katar. Tutaj najlepszy będzie bloker, żeby z nosa nie leciało podczas ważnego spotkania. W przypadku pań niezbędna będzie jeszcze dodatkowa warstwa podkładu, ale czego się nie robi dla pracy, prawda? Na pewno wszystko to, czego praca nie robi dla nas. 

Zdowie? A co to? 

Myślę, że mogę to śmiało powiedzieć: w Polsce nie mamy kultury chorowania. Jesteśmy jej absolutnie pozbawieni, a własne zdrowie – w kontekście pracy zawodowej – jest punktem, który najmniej nas interesuje. 

Zawsze mnie zastanawia, jak bardzo trzeba być zafiksowanym na cyferkach (mam na myśli tę wartość między przychodami a kosztami i hasło, na którego dźwięk większość właścicieli firm i zarządzających zaczyna się szeroko uśmiechać – „dochód”), aby nie widzieć ludzi. Mam rewelacyjny pomysł! Niektórzy pracodawcy oraz dyrektorzy zarządzający w firmach powinni przyklejać do biurek numery. W ten sposób musieliby rozmawiać z 10, 15 i 23 bez męczenia swojego zajętego umysłu takimi głupotami jak imiona i nazwiska. Nawet ładnie wyglądałoby to w comiesięcznym zestawieniu – 10 jest rentowna, ale 15 nie, więc trzeba ją wyłączyć z projektu. Zero sentymentów i można śmiało zrezygnować z tego trudnego i krępującego – tylko czasami i tylko dla niektórych – „niestety, ale nie spełnia pani oczekiwań naszego zespołu”. Zamiast żenującej rozmowy można by wysłać po prostu załącznik w mailu z krótką adnotacją „plan kwartalny nie został wykonany, umowa wygaśnie dnia x”. O ileż takie zarządzanie lepiej wpisuje się w koncepcję przedsiębiorstwa otwartego na zmiany i młodego, dynamicznego zespołu, prawda? 

Zdrowie mamy jedno – trywialne? Ale prawdziwe 

Pracę zawsze można zmienić, grono klientów odświeżyć, a priorytety przewartościować. Przedsiębiorstwo można przeorientować z podmiotu, który generuje dużo transakcji przynoszących niewielki zysk, na firmę obsługującą niewielu, ale starannie wyselekcjonowanych klientów. Dobre zarządzanie, opracowanie właściwej strategii może przynieść zadowalające rezultaty i to nie zawsze w długim okresie! I wiesz co? Twój szef pewnie o tym wszystkim wie, ale ma to gdzieś. (Jeśli nie, to się go trzymaj). 

Zdrowia przeorientować się nie da. Latami pracujemy na to, żeby dorobić się poważnych chorób, żeby spieprzyć sobie wymarzoną emeryturę, na którą tak czekamy. Z braku czasu rezygnujemy z regularnych kontroli i wizyt u lekarzy specjalistów. Wiesz, że od zepsutego zęba można nabawić się poważnej choroby serca lub nerek? Brakiem pieniędzy tłumaczymy kolejny rok bez badań kontrolnych. Początki anemii to dla nas przesilenie zimowe/letnie/wiosenne/wyprzedażowe. Nie mierzymy ciśnienia, chociaż naszą normą są cztery kawy dziennie, bo „to dobre dla starych ludzi”. Jemy szybko, byle co, byle jak – na przystanku, w samochodzie, przed szkołą, czekając na dzieci. Rezygnujemy z herbaty i zdrowego śniadania, ale nie pogardzimy urodzinowym ciastem koleżanki. Tyjemy – otłuszczamy się, zapychamy sobie tętnice tłuszczem, nasz cholesterol zaczyna nieśmiało dopominać się o uwagę – w okolicy 40stki – i idziemy pewnym krokiem w stronę miażdżycy. Chcemy mieć chorobę wieńcową, bo to takie modne i lekarstwa można sobie pobrać fajne, bo „na coś trzeba umrzeć”. A jeszcze goni nas cukrzyca i ona jest czasami pierwsza. 

Pierwszy raz, gdy my, kobiety myślimy o zdrowiu 

Wiesz, co jest często najlepszą motywacją dla kobiet, żeby schudły? Celowo nie mówię o zmianie nawyków żywieniowych, bo to po prostu za dużo. Ciąża lub jej brak! Tak, czas prokreacji sprawia, że zaczynamy myśleć o swoim organizmie – niektóre z nas pierwszy raz w swoim dorosłym życiu, jak o złożonym systemie, który potrzebuje naszego wsparcia, by dać nam to, czego pragniemy – zdrowe dziecko. Wtedy następuje odchył w drugą stronę. 

Żebyś mnie dobrze zrozumiała – nie bronię żadnej przyszłej mamie przeżywania ciąży dokładnie tak jak sobie wymarzyła i według optymistycznego scenariusza. Zastanawia mnie jednak, co myślą kobiety, które idą na L4 chwilę po zobaczeniu na teście dwóch kresek i potwierdzeniu ciąży – zdrowej! – przez ginekologa. Może chcą odpocząć od nudnej i męczącej pracy, może mają dość kieratu, w które same dały się wpakować. Może liczą na to, że z pozycji domu i wygodnej kanapy po prostu miło spędzą kilka miesięcy. Kobiety w ciąży są mocno nastawione, by zadbać o swoje zdrowie. Łykają wszystkie witaminy, mocno dbają o to, co znajduje się na ich talerzu. Często dobrowolnie rezygnują z ruchu i zapominają o kontakcie z własnym ciałem. 

Chwila, chwila! Zastanówmy się, dlaczego ciężarna kobieta, która czuje się dobrze, ucieka z pracy na L4? Często koronnym argumentem (oczywiście niejedynym) jest ten, że wszyscy przychodzą do biura chorzy – latem klimatyzacja, w pozostałym okresie wirusy – i ryzyko, że przyszła mama się zarazi, jest bardzo duże. Brak kultury chorowania z firmach może wykluczać świadome ciężarne bardzo wcześnie z życia zawodowego. 

Chorujmy porządnie, no! 

Jak ja bym chciała, żebyśmy znowu nauczyli się chorować! Żeby chory pracownik mógł iść i spokojnie położyć się do łóżka, wypocić, wspomóc swój organizm za pomocą snu i ziół. Spędzić w tym łóżku 2-3 dni i wypocząć, nabrać sił – wyzdrowieć porządnie! Chciałabym, żeby pracodawca sam wysłał do domu chorego pracownika po to, żeby nie zarażał reszty zespołu i – jeśli ma z nimi styczność – klientów! To jest jednak wierzchołek góry lodowej. 

Szybciej się nie da? 

Zobacz, wszyscy chcemy wszystko szybko. Sorry, taki mamy klimat. Nikt nie chce czekać dwa razy dłużej na ofertę, na usługę, na obsługę – ciśniemy siebie wszyscy równo. W nosie mamy zdrowie  samopoczucie drugiego człowieka. Jedna z najsmutniejszych sytuacji, o jakich słyszałam ostatnio? Pracodawca nie uznał dnia wolnego na pogrzeb ojca pracownika – po prostu powiedział, że nie ma takiej możliwości. Jak się pewnie domyślasz, cała sprawa skończyła się ustaniem stosunku pracy i przykrymi słowami. Znów zabrakło empatii. Jak więc mamy mieć empatię w stosunku do osoby, która ma katar i dreszcze, jeśli nikt nie współczuje nam, gdy chorzy przychodzimy do pracy? 

Takie słowo na „e”, o którym nie pamiętamy 

Uważam, że współczesnej kadrze zarządzającej – pozwolę sobie na generalizację – brakuje empatii. To nie jest wymagana cecha w czasie rozmów o pracę, czy spotkań ewaluacyjnych. Po prostu jej nie badamy, a powinniśmy. Z punktu widzenia zarządzania przedsiębiorstwem lub zespołem ludzi nie jest to cecha najważniejsza, ale! powinna być wymagana! Dobry lider, który nie rozumie, że pracownik chory, to pracownik bezproduktywny, nie powinien określać siebie, jak osoby o szerokich kompetencjach. 

Czy możemy działać inaczej? TAK! 

Myślę, że po prostu możemy spróbować. Nie denerwować się na poczcie, gdy z powodu choroby jest czynne tylko jedno okienko, zastąpić w pracy koleżankę, która ma anginę, spokojnie podejść do pracownika, który przynosi L4. Miałam okazję poznać wspaniałą kobietę – pełną empatii i serdecznego ciepła. Dopiero później dowiedziałam się, że zawodowo zajmuje wysokie, kierownicze stanowisko w popularnej w Polsce firmie. Jestem pewna, że całą swoją pozytywną energię wkłada w pracę. Jestem przekonana, że jej pracownicy – kieruje zespołem ludzi – to nie cyferki w tabelce, tylko ludzie z historiami, problemami i czasami chorobami. 

Chciałabym, żebyśmy wszyscy na każdym szczeblu kariery zawodowej i w różnych sytuacjach – również na przejściu dla pieszych – byli po prostu bardziej ludzcy dla siebie. 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo