Change font size Change site colors contrast
Felieton

Moje, twoje, nasze… O tym, jak zmieniłam stan cywilny, ale nie tożsamość

18 października 2018 / Alicja Skibińska

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż.

Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie… Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną,...

Trzy miesiące temu wyszłam za mąż. Nazywam się tak samo jak przed ślubem. Mieści wam się to w głowie? Bo wielu osobom nie…

Kwiaty ze ślubnego bukietu zwiędły, łzy wzruszenia obeschły, pęcherze na stopach (od weselnych tańców do białego rana) się zagoiły, a ja wciąż muszę tłumaczyć się ze swojej decyzji. Nie, nie mojemu Mężowi, bo to mądry facet, z którym mam fajną, partnerską relację. Za innego bym zresztą nie wyszła.

Klimat, który panuje w Polsce wokół kwestii nazwiska po ślubie, jest wprost przedziwny.

Choć mamy kilka różnych opcji, wiele osób wciąż uważa, że istnieje tylko jedna dopuszczalna. No, ewentualnie dwie, ale opierające się na tym samym schemacie. Niby mamy to upragnione równouprawnienie, większość z nas tworzy związki (przynajmniej z pozoru) oparte na partnerstwie, a mimo to duża część społeczeństwa jest zdania, że tylko nazwisko noszone przez mężczyznę jest dobrem, które warto zachować.

Nie zrozumcie mnie źle, mam świadomość, że moje nazwisko również zostało mi przekazane w linii męskiej, po ojcu.

Ale noszę je od urodzenia i uważam za swoje, podobnie jak imię (którego również sama sobie nie wybrałam). Wyobraźcie sobie, jak kuriozalnym wymaganiem byłoby narzucanie ludziom, by zmieniali swoje imię po ślubie. Kilka lat temu natknęłam się na wypowiedź Aleksandry Kwaśniewskiej, która podczas wywiadu dla „Vivy!” została zapytana o to, co sądzi o zwyczaju przyjmowania nazwiska męża:

To jest, szczerze mówiąc, przedziwne. Tak, jakbym w ciągu tej jednej godziny, kiedy przysięgam wierność po grób pewnemu facetowi, przeistaczała się z Oli w Kasię. Uważam, że jest to jednak odebranie nam ważnego elementu naszej tożsamości.

Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Bo przecież zlepek naszego imienia i nazwiska tworzą naszą „nazwę”, coś, co odróżnia nas od innych i stanowi pewną osobistą markę. Naszą tożsamość. Anna Kowalska to ktoś inny niż Anna Nowak. Przez te wszystkie lata, które minęły od czasu, gdy nauczyliśmy się mówić i pisać, do momentu wstąpienia w związek małżeński (dla jednych będzie to 20, a dla innych 40 lat), tysiące, a może miliony razy przedstawialiśmy się swoim imieniem i nazwiskiem, podpisywaliśmy się nimi na dokumentach, sprawdzianach w szkole oraz kartkach urodzinowych. Widnieją one na naszych dyplomach, pod ewentualnymi publikacjami naszego autorstwa, na wszelkich trofeach, wizytówkach itp.

Płeć nie ma tu nic do rzeczy.

Nie jest prawdą, że kobiety z jakiegoś powodu mniej identyfikują się z tym, jak się nazywają. Dla wielu z nich pozbycie się dotychczasowego nazwiska jest naprawdę sporym poświęceniem. W końcu jest ono jednym z naszych dóbr osobistych, chronionym przez prawo cywilne. I choćby dlatego nikt nie powinien się go wyzbywać pod przymusem. Zmiana nazwiska to w pewnym stopniu akt zerwania z tym, kim byliśmy do tej pory, tak jakbyśmy po ślubie przyjmowali nową tożsamość.

Oczywiście, z zasady nie ma w tym niczego złego.

Niektórzy zmieniają nazwisko z radością (choć domyślam się, że już z mniejszą frajdą stoją w dziesiątkach kolejek, wymieniając dokumenty, karty płatnicze i lojalnościowe oraz zmieniając swoje dane w rozmaitych rejestrach…) i mają ku temu różne powody. Można przecież nie przepadać za swoim nazwiskiem choćby z powodu jego niefortunnego brzmienia, długości lub pospolitości, nie chcieć podkreślać swoich związków z nielubianą rodziną, pragnąć uciec od przeszłości i swoich dotychczasowych czynów. Wreszcie, dla wielu osób zmiana nazwiska po ślubie jest symbolem rozpoczęcia nowego życia i założenia własnej rodziny. Ale to ostatnie dziwnym trafem na ogół dotyczy tylko kobiet. Kiedy ludzie słyszą o tym, że mężczyzna przyjął nazwisko swojej żony, prześcigają się w domysłach: „Co, pewnie miał bardzo brzydkie albo wulgarne nazwisko? A może wstydzi się swojego ojca?”. W odwrotnym przypadku nikt nie uznaje, że świeżo upieczona mężatka wyrzekła się własnych rodziców.

Absolutnie nie przeszkadza mi to, że inne kobiety zmieniają nazwiska po zawarciu małżeństwa.

Wkurza mnie jednak to, że tak rzadko jest to emanacja ich wolności i swobody wyboru. Niestety, bardzo wiele z nich robi to pod naciskiem – narzeczonego, jego rodziny, innych osób z otoczenia lub niepisanej, społecznej zasady. Wiecie, jak reagowali moi bliscy i znajomi, kiedy dowiadywali się, że ja i mój mąż po ślubie będziemy nazywali się inaczej? Oczywiście, każdy komentował to w nieco inny sposób (a niektórzy wcale), ale wśród całego przekroju reakcji można było wyodrębnić dwie najbardziej typowe. Pierwsza to zdziwienie, niezrozumienie, a nawet oburzenie. Niektórzy z góry zakładali, że mój mąż jest nieszczęśliwy, że nie przyjęłam jego nazwiska, uznawali, że zrobiłam mu tym krzywdę, odebrałam coś, co mu się należało lub przyjmowali, że odbyła się między nami batalia, którą z kretesem przegrał. Z pewnością jeszcze bardziej zdziwiliby się, gdyby usłyszeli, że opcja przyjęcia przeze mnie jego nazwiska (lub odwrotnie, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał) nigdy nie była przez nas rozważana. Bo (uwaga, uwaga)… w momencie zaręczyn byliśmy ze sobą już od kilku lat, w ciągu których zdarzało nam się ze sobą rozmawiać, w związku z czym znaliśmy swoje poglądy na różne tematy – również i na ten. Z całego serca polecam takie rozwiązanie.

Trudno mi sobie wyobrazić związek z kimś, kto narzucałby mi w nim podporządkowaną rolę (no bo gdzie jest miejsce na partnerstwo w sytuacji, w której dwie osoby obowiązują zupełnie różne zasady, tylko dlatego, że mają co innego między nogami?).

Nie wyobrażam sobie, żeby mój partner wymuszał na mnie cokolwiek argumentem „bo jesteś kobietą”. Po prostu nie dogadałabym się z taką osobą. I wydawało mi się, że czasy typowo patriarchalnych związków mamy już dawno za sobą. Myślałam też, że jestem otoczona osobami o postępowych, nowoczesnych poglądach. Niestety, jeśli chodzi o kwestię nazwiska po ślubie, społeczna mentalność najwyraźniej tkwi w zupełnie innej epoce. Wciąż przecieram sobie oczy ze zdumienia, przypominając sobie niektóre z tekstów, jakimi mnie raczono: „Ojej, to pewnie Michał jest nieszczęśliwy?”, „Myślałam, że chociaż weźmiesz podwójne, żeby sprawić mu przyjemność”, „A co on na to?”, „Teściowie się nie obrażą?”, „Michał nie miał nic przeciwko?”, „Musi cię kochać, że się na to zgodził”. Ludzie (również moi rówieśnicy) naprawdę są przekonani, że facet ma prawo po prostu zmusić do czegoś swoją życiową partnerkę. Żeby nie było wątpliwości, ta zasada nie działa w obie strony. Oczywiście, mnie nikt nigdy nie zapytał, jak czuję się z tym, że mój mąż nie przyjął mojego nazwiska. On nie musiał się z tego nikomu tłumaczyć. Fakt, że łaskawie wyraziłam zgodę, by zachował swoje dane osobowe po naszym ślubie, nie wzbudził niczyjego zdziwienia ani troski o moje samopoczucie.

Drugi rodzaj reakcji dotyczył przede wszystkim kobiet, które same zmieniły nazwisko po ślubie lub dołączyły nazwisko męża do swojego panieńskiego.

Nie wyobrażacie sobie, jak wiele z nich powiedziało mi, że… bardzo dobrze robię. Że gdyby one brały ślub w tych czasach, też nie pozbyłyby się tak ważnej cząstki własnej tożsamości. Albo że same chciały tak zrobić, ale facet urządził im awanturę lub tak długo marudził, że uległy jego naciskom. Jeszcze inne czuły się bardzo źle ze zmianą nazwiska, ale nawet nie miały świadomości, że nie muszą się go pozbywać – wydawało im się, że to ich „kobiecy” obowiązek. Jeśli do tej pory myślałam, że kwestia nazwiska po ślubie jest czymś, w czym mamy dowolność, a kobiety w moim otoczeniu zmieniają je, bo same tego chcą, w tamtym momencie zweryfikowałam swoje przekonanie.

Co ciekawe, choć ludzie traktują przyjmowanie nazwiska męża jako opcję automatyczną i oczywistą, polskie prawo podchodzi do tego znacznie bardziej równościowo.

Osoby, które planują zawrzeć związek małżeński, muszą wcześniej udać się do stanu cywilnego i wypełnić kilka świstków – w tym taki, w którym deklarują, jak będą się nazywały one oraz ich ewentualne potomstwo. Jeśli jednak jakimś cudem taka deklaracja nie zostałaby złożona, domyślnie każde z małżonków zostałoby przy swoim nazwisku, a ich przyszłe, wspólne dzieci nosiłyby podwójne. To o tyle zabawne, że zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że mąż i żona w ogóle mogą nie mieć wspólnego nazwiska! Oczywiście, że mogą. Mogą również zdecydować się na wiele innych opcji. Warto je znać i nie dawać sobie wmówić, że istnieje tylko jedna właściwa oraz niepodlegająca dyskusji. Tam, gdzie nie ma dyskusji, nie ma mowy o zdrowym, dojrzałym związku między dwojgiem ludzi.

Każdy wie o tym, że małżonkowie mogą wybrać nazwisko noszone do tej pory przez jedno z nich.

Zarówno mąż, jak i żona (a także oboje) mogą również przyjąć nazwisko dwuczłonowe i dowolnie zdecydować o kolejności członów. Warto przy tym pamiętać, że polskie prawo dopuszcza wyłącznie dwa człony, więc jeśli jeden z małżonków miał do tej pory podwójne nazwisko, należy wybrać tylko jeden z dotychczasowych członów (tak, jak to zrobiła m.in. Paulina Krupińska-Karpiel, żona Sebastiana Karpiela-Bułecki). Ponadto nie można zamienić się nazwiskami. Poza tym wszystkie kombinacje są dozwolone, co ilustruje poniższa tabela, w której prezentuję opcje dla pani, która przed ślubem nazywała się Kowalska i pana o nazwisku rodowym Nowak:

Podaję te możliwości, bo chciałabym, żeby to była powszechna wiedza. Wydaje mi się, że nie da się podjąć własnej, autonomicznej decyzji, kiedy nie zna się swoich praw. Z drugiej strony, świadomość to jedno, a asertywność to zupełnie odrębna kwestia. Mam wrażenie, że Polki mają z nią duży problem. Żeby była jasność: nie mówię teraz o kobietach, które przyjęły nazwisko męża z własnej, nieprzymuszonej woli i są z tego faktu zadowolone. Mam na myśli zadziwiająco dużą liczbę dziewczyn, które uległy szantażowi emocjonalnemu, bały się reakcji otoczenia lub dały sobie wmówić, że przyjęcie nazwiska męża jest ich obowiązkiem. Nie mówcie mi, że „tradycja” przyjmowania nazwiska męża przez kobiety nie jest seksistowska – pochodzi przecież z kultur patriarchalnych i nawiązuje do symbolicznego przejścia kobiety spod opieki oraz władzy ojca pod kuratelę małżonka.

Oprócz tego są jeszcze pary, które nawet nie rozważają przyjęcia podwójnego nazwiska zarówno przez męża, jak i żonę lub niebiorące pod uwagę przyjęcia nazwiska partnerki przez faceta, bo „to niemęskie”, „jego rodzina się obrazi”, „facetowi nie przystoi” itp.

Mamy XXI wiek, jeżeli ktoś się nie zorientował. Możemy robić, co nam się podoba i każdego dnia powinniśmy dziękować losowi za to, że żyjemy w takich, a nie innych czasach. Korzystajmy z tego, nawet jeśli otoczenie miałoby parę razy krzywo na nas spojrzeć. Kiedyś ludzie reagowali zdziwieniem na kobiety, które chodziły w spodniach lub pracowały zawodowo oraz na gotujących i zajmujących się dziećmi mężczyzn. Mentalność społeczeństwa zmieniła się właśnie dzięki temu, że takie widoki były coraz bardziej powszechne i po prostu trzeba było się do nich przyzwyczaić. Czekanie na zmiany z założonymi rękami nie ma najmniejszego sensu – jeśli ich chcemy, sami musimy je współtworzyć.

Więc jeśli spotkacie parę taką jak my albo taką, która zdecydowała się na jakiekolwiek inne, nawet bardzo niestandardowe rozwiązanie związane z nazwiskami po ślubie, przybijcie jej piątkę, życzcie wszystkiego najlepszego i nie kwestionujcie jej decyzji (chyba, że dojdzie do was sygnał, że któraś ze stron została do czegoś przymuszona). Skoro dwoje ludzi zdecydowało się na ślub, to najprawdopodobniej się kochają, akceptują i są z tego powodu szczęśliwi. Z pewnością znajdzie się mnóstwo osób, które wytkną im, że coś zrobili nie tak i pokażą im, że mają gdzieś ich wolność wyboru. Ale wy nie dołączajcie do tego niezbyt zacnego grona.

A wy, dziewczyny, nie dajcie sobie wmówić, że macie mniejsze prawo do zachowania własnej tożsamości niż wasi faceci.

Jeśli chcecie zmienić nazwisko po ślubie, to w porządku. Równie w porządku będzie, jeśli wasz małżonek przyjmie wasze lub każde z was zachowa własne. Każda z możliwych decyzji będzie w porządku, o ile zostanie podjęta wspólnie, z poszanowaniem wolności i potrzeb obu stron. Nie pozwólcie, by ktokolwiek mówił wam, że musicie coś zrobić tylko dlatego, że jesteście kobietami. Seksizm pozostaje seksizmem, niezależnie od tego, czy nazwiecie go po imieniu, czy nadacie mu jakiś bardziej akceptowalny pseudonim, taki jak „tradycja” czy „męska duma”. Rozmowa o nazwiskach po ślubie stanowi idealny sprawdzian dla partnerstwa i wzajemnego szacunku w związku. Niestety, mam wrażenie, że niewiele par go zdaje. A co jeszcze smutniejsze, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet nie poddając tego stanu rzeczy głębszej refleksji.

 

Felieton

Znajdź język miłości swój i partnera i ciesz się szczęściem?

3 sierpnia 2020 / Agnieszka Jabłońska

Ile razy czułaś lekkie uderzenia gorąca i musiałaś liczyć do dziesięciu, gdy Twój partner zamiast pomóc Ci ogarnąć cyrk w domu – płaczące dziecko, sterta naczyń, pranie do wywieszenia, góra ubranek do wyprasowania – przynosił Ci prezent i zupełnie na serio dziwił się, że jesteś wściekła?

Ile razy miałaś ochotę krzyczeć, gdy Twój mąż zamiast usiąść z Tobą przy stole lub na kanapie i rozmawiać, brał się za mycie naczyń lub odkurzanie? Do ilu kłótni doszło w waszym domu tylko dlatego, że miłosny list, kwiaty lub śniadanie zrobione do łóżka nie wystarczyły, gdy czułaś rozczarowanie spowodowane tym, że on znowu wychodzi z kumplami zamiast spędzić wartościowy czas z Tobą? 

Kilka dobrych informacji, które sprawią, że odłożysz papiery rozwodowe lub ciężkie przedmioty na bok!

Po pierwsze, zarówno z Tobą, jak i z Twoim partnerem jest wszystko w porządku. Co więcej, również z Waszym związkiem jest wszystko dobrze, a jedyne czego Wam brakuje to nieco zrozumienia, jak poruszać się w miłości. Jest to niezwykle proste i jeśli z czasem stanie się dla Was intuicyjne, będziecie znowu zakochani w sobie, jak wtedy gdy pierwszy raz spojrzeliście sobie w oczy. 

Twój własny zbiornik na miłość

Każdy z nas nosi w sobie swój indywidualny zbiornik na miłość, który może się regularnie napełniać lub pozostawać pusty. Zbiornik wypełniony miłością daje nam poczucie szczęścia, zadowolenia z siebie i z naszego związku oraz innych relacji. Jego napełnianie oznacza, że w naszym życiu jest wiele sytuacji, w których czujemy się kochani. Gdy zachowanie drugiej osoby sprawia, że czujesz się wyjątkowa i dowartościowana, Twój zbiornik właśnie się napełnia. To bardzo przyjemne uczucie, prawda? Z drugiej strony pustka w zbiorniku sprawia, że jest nam źle, nasze samopoczucie leci w dół. 

Czy bycie w relacji z kimś jest równoznaczne z napełnianiem się zbiornika? 

Cóż, mogłoby się wydawać, że gdy jesteście w związku, Wasze zbiorniki na miłość będą nieustannie pełne. Okazuje się jednak, że wiele sytuacji powoduje ich opróżnienie. Wystarczy poranny konflikt i za szybko powiedziane kilka zdań, problemy z komunikacją wieczorem, stres i zmęczenie, byśmy zostali z pustą bańką. To jednak nie jest podstawowy problem. Widzisz, pusty zbiornik można szybko napełnić. Niestety wielu parom brakuje tej umiejętności – nie potrafimy sprawić, by druga osoba poczuła się natychmiast lepiej. Dlaczego? Ich język miłości jest nam nieznany! 

Język miłości – działaj tak, by wyrażać miłość

Każdy z nas mówi jednym językiem miłości (lub dwoma). Kochając drugą osobę i chcąc pokazać jej tę miłość, wykorzystujesz bliskie i naturalne dla Ciebie środki przekazu. To dlatego przygotowujesz mężowi kanapki do pracy i prasujesz koszulę. Twój język miłości sprawia, że chcesz z nim godzinami rozmawiać, gdy ma problem lub nieustannie go przytulać. Według amerykańskiego wieloletniego terapeuty par Gary’ego Chapmana zgodnie z jego książką „5 języków miłości” możemy wyróżnić:

  • wyrażenia afirmatywne, 
  • dobry czas, 
  • przyjmowanie podarunków, 
  • drobne przysługi, 
  • dotyk. 

Są to języki, które najczęściej wykorzystujemy, by powiedzieć drugiej osobie swoim zachowaniem, że ją kochamy. O idylli możemy mówić wtedy, gdy Wasze języki miłości są takie same. To cudowna sytuacja – wszystko, co wysyłasz, wraca do Ciebie silniejsze i pełniejsze, a przy tym oboje jesteście po prostu szczęśliwi. Często jednak posługujemy się odmiennymi językami i wtedy mamy klops. Widzisz, Twój mąż, na którego masz dzisiaj od samego rana takie nerwy, codziennie stara się ze wszystkich sił – a przynajmniej powinien – pokazać Ci, że Cię kocha i jesteś dla niego ważna. Robi to w sposób naturalny dla siebie. To wcale nie oznacza, że Ty odczytasz jego komunikaty, Twój zbiornik napełni się i będziecie żyli szczęśliwie. 

Co, jeśli trafiłaś na osobę, która używa innych języków miłości?

Nie zawsze w pary dobierają się osoby używające tych samych języków miłości. Czasami jednak jesteśmy w stanie intuicyjnie odgadnąć, co sprawia, że nasz partner czuje się doceniany i kochany. W niektórych związkach dochodzi do zakamuflowania języka. Dlaczego? Wszyscy jesteśmy osobami empatycznymi w mniejszym lub większym stopniu dlatego, gdy tworzymy z kimś bardzo bliską, intymną relację, próbujemy spełnić oczekiwania tej osoby. Chcąc zaspokoić jej potrzeby, wczuwamy się w nie i odkrywamy, czego pragnie nasz partner. Często udaje się to idealnie. Czasami jednak, gdy obie strony starają się za mocno, może dojść do zakamuflowania ich języka. 

Twój mąż Cię kocha, więc, aby uczynić Cię szczęśliwą, codziennie wieczorem zmywa naczynia. Narzekasz głównie na bałagan w domu, dlatego z miłości chce Ci pomóc i Cię odciążyć. W tym samym czasie Ty dosłownie usychasz na kanapie, tęskniąc za jego ciepłym ramieniem i kojącym dotykiem, gdy masuje Ci plecy. Pamiętasz, jak bardzo Twój mąż był zachwycony, gdy narzeczona kolegi pisała mu miłe słówka na karteczkach i zostawiała je w różnych miejscach. Robisz to samo, plus dodajesz słodki drobiazg do każdej wiadomości. Tymczasem Twój mąż oczywiście docenia Twoje starania, ale pragnie jedynie zagrać z Tobą w planszówkę lub wspólnie ugotować obiad. W wyżej wymienionych sytuacjach doszło do zakamuflowania języków miłości. Co więcej, często to my sami nie wiemy, jakim językiem mówimy! 

Skąd masz wiedzieć, jakim mówisz językiem miłości?

W Internecie oraz w książce Gary’ego Chapmana są testy, które pozwolą Wam poznać Wasze język miłości. Pytania wcale nie są łatwe i możecie z partnerem mieć mętlik w głowie, jeśli zdecydujecie się usiąść do nich na poważnie. Często w ogóle nie dotyczą żadnego języka ani miłości, badają po prostu Twoje preferencje. Jeśli jednak podejdziesz do zagadnienia rzetelnie i szczerze, może okazać się, że nigdy do końca nie uświadomiłaś sobie swojego języka miłości. Dlatego starania i wysiłki Twojego partnera mogły być intensywne, ale jednocześnie nie przynosić oczekiwanych rezultatów – Twój zbiornik na miłość przez wiele lat pozostawał pusty. Dlaczego?

Skąd wziął się Twój język miłości?

Języka miłości uczymy się, gdy jesteśmy dziećmi. Najczęściej więc przejmujemy język, jakim posługują się nasi najbliżsi, a najczęściej osoba, która się nami najwięcej zajmuje w tym okresie. Możesz nawet nie pamiętać ze wszystkimi szczegółami, że to babcia zawsze miała dla Ciebie czas i wyrażała miłość poprzez długie rozmowy z Tobą i wkraczanie do Twojego świata dziecięcej fantazji w stroju magicznej wróżki. Możesz nie pamiętać, jak ogromne znaczenie miało dla Twojego rozwoju wykonywanie różnych czynności z dziadkiem – o wiele większe niż drogie prezenty, które kupował Ci ojciec. Jeśli to Twoi rodzice mówią innymi językami, być może wcale nie mówisz językiem ukochanego taty, a podświadomie przyjęłaś styl wyrażania miłości, jaki stosowała Twoja mama, mimo że dzisiaj Wasze stosunki są jedynie poprawne. Jeśli przebijesz się przez warstwę tego, co wydaje Ci się, że powinnaś czuć i dojdziesz do tego, co naprawdę czujesz, efekty będą zaskakujące! 

Znam mój język miłości, co dalej?

Skoro poznałaś już swój język, jesteś w 1/3 drogi do szczęścia. Teraz pora, aby ćwiczenie wykonał Twój partner. Możesz również spróbować – uzbrojona w wiedzę z książki „5 języków miłości” zrobić mu analizę i spróbować odgadnąć, jakim językiem mówi. Gdy poznasz teorię, nie będzie to trudne. Wiesz dlaczego? Jesteśmy szczodrzy, jeśli chodzi o wyrażanie miłości. Nie oszczędzamy gestów i wyrazów, bo naprawdę z całego serca chcemy, by druga osoba czuła się przez nas kochana. Po prostu mówimy o tym w naszym języku. Założę się, że jeśli językiem miłości Twojego męża jest przyjmowanie podarunków, jesteś dosłownie zasypywana prezentami i prezencikami. To może być kawa na wynos, którą kupi Ci do pracy, batonik w torebce, notesik z ulubionym motywem, książka na wieczór, czy plakat malarki, o którym marzyłaś. Mężczyzna, który lubi spędzać wspólnie czas, chętnie zaprosi Cię na kolację – w domu, w restauracji nie ma to znaczenia – a co więcej, pewnie jeszcze zapędzi do wspólnego gotowania pod pretekstem, że nie umie dobrze kroić pomidorów albo doprawiać potraw. Możliwe, że będzie codziennie wstawał godzinę wcześniej, by odwieźć Cię do pracy i spędzić z Tobą rano w samochodzie miłe chwile. Naprawdę nasza kreatywność nie zna granic, jeśli chodzi o miłość. Podobnie jak nasze starania. Nie jesteśmy cisi i spokojni, nasze komunikaty to raczej walanie w bębny lub koncert zespołu rockowego z naprawdę dobrym nagłośnieniem. 

Pora na konkretne działania!

Teraz teorię już znasz. Pewnie macie za sobą test, więc wiesz, jakie są Wasze języki miłości. Pytanie, co robić dalej? Jak połączyć teorię z praktyką? Jak zacząć mówić do partnera tak, by poczuł się kochany? Czy to znaczy, że masz zrezygnować z mówienia swoim językiem miłości? W idealnym związku Ty mówisz do partnera jego językiem miłości, a on Twoim. To oznacza, że mąż pamięta, aby kupić Ci kwiaty lub jakiś drobiazg kompletnie bez okazji, a Ty odkładasz smartfona, tablet, haft krzyżykowy i siadasz w nim do rozmowy skupiona wyłącznie na nim. Mówienie do siebie swoimi językami miłości oznacza, że tworzycie dobre nawyki, które sprawiają, że druga osoba czuje się kochana i bezpieczna. Pakujesz partnerowi kanapki do pracy, a on zawsze mocno Cię przytula przed wyjściem. Pamiętasz, by odebrać jego płaszcz z pralni, a on szykuje dla Ciebie pyszny obiad. Pamiętajcie, że to drobiazgi budują nasze codzienne, szczęśliwe życie. Pewnie, żona, która lubi podarunki, na pewno ucieszy się z diamentowego naszyjnika, a mąż, dla którego najważniejszy jest wspólny czas, nie będzie miał nic przeciwko wycieczce we dwoje do Dubaju. Jeśli jednak stan Waszego konta chwilowo zbliża się do pierścionka z bazarku za 5 zeta i wycieczki tramwajem do sąsiedniego miasteczka, jeśli włożycie w to odpowiednio dużo serca, to takie wyrażenie miłości na pewno sprawi Waszej połówce radość i przyczyni się do napełniania jej zbiornika nam miłość. 

Niech zawita do Was obfitość!

Tak naprawdę, aby związek był szczęśliwy i harmonijny, powinniśmy używać wszystkich pięciu języków miłości. Dopiero taki mix pozwoli nam poczuć się w pełni zaakceptowanymi i kochanymi. Połóżcie największy nacisk na te gest, które najwięcej znaczą dla Waszego partnera, ale nie zapominajcie o innych drobnych elementach, które budują szczęśliwy związek. Komplement, gdy żona ładnie wygląda, batonik czekoladowy dla męża w ważnym dniu, spokojna i czuła rozmowa podczas spaceru, wspólne granie na konsoli, wywieszenie prania przed jej powrotem z pracy lub podjechanie na stację benzynową, zanim oddasz mu kluczyli przed następną jazdą. 

To wszystko są małe iskierki, które sprawią, że ogień Waszej miłości będzie płonął mocno i wciąż rozniecał się na nowo! Dlatego zaproście do swojego domu i do swojego związku obfitość i bądźcie nieco szaleni i szczodrzy w Waszym okazywaniu uczuć! Przecież  nie da się kochać za bardzo z wzajemnością, prawda?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo