Change font size Change site colors contrast
Felieton

Jak Małgorzata Kożuchowska uchyliła rąbka kołdry z wielką klasą, a ja poczułam girl power

19 listopada 2019 / Agnieszka Jabłońska

Niedzielna rozmowa przy tostach ze świeżą figą przeszła płynnie z pogody na temat Małgorzaty Kożuchowskiej.

To wykształcona – ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie – aktorka, która pięknie buduje swoją karierę.  Od 1994 roku oglądamy Kożuchowską w przedstawieniach teatralnych, polskich filmach i serialach. Co więcej, aktorka zajmuje się również dubbingiem, a jej głos możemy usłyszeć między innymi w Małym Księciu oraz w dwóch częściach Alicji w Krainie Czarów. 

Hanka Mostowiak – nie będę do tego wracać 

Mogłabym się teraz przyczepić do Hanki Mostowiak i pudeł. Mogłabym powiedzieć, że Kożuchowska grała dziunię z malutkiej wsi i tak właśnie wyglądała w latach 2000-2011, ale tego nie zrobię. Aktorka podjęła decyzję o odejściu z serialu, argumentując, że „nawet najpiękniejsza przygoda musi kiedyś się skończyć”. Ilona Łepkowska i Tadeusz Lampka zmienili scenariusz kolejnych odcinków, by umożliwić koleżance rozstanie z MjakMiłość. Nie o tym chciałam jednak powiedzieć. 

Małgorzata Kożuchowska i jej wizerunek 

Chciałam o Małgorzacie Kożuchowskiej dzisiaj, o kobiecie 48-letniej, która młodnieje w oczach. Jestem zachwycona jej figurą i chylę czoła przed jej niepowtarzalnym stylem. Projektantką, która pomaga Kożuchowskiej tworzyć wyjątkowe kreacje na wielkie wyjścia, jest – jak podają źródła internetowe – Gosia Baczyńska. Chciałabym tutaj zauważyć, że wszystkie stroje, w jakich możemy zobaczyć Kożuchowską, są nie tylko dopasowane do jej figury i podkreślają atuty sylwetki, ale przede wszystkim stanowią spójną całość z osobowością, fryzurą i makijażem aktorki. To nie są kreacje na czerwony dywan, chociaż w takich przepysznych strojach również możemy zobaczyć Małgorzatę. To stroje, które doskonale korespondują z wizerunkiem aktorki. Do mnie to, co widzę na zdjęciach, po prostu przemawia. Małgorzata Kożuchowska jest bardzo atrakcyjną, zadbaną kobietą, która dba o swój wizerunek. Pamiętajmy, że wygląd aktora jest jego wizytówką, a obecność na galach i eventach, gdzie paparazzi czekają z obiektywami, zobowiązuje. 

Cena popularności? 

Media. Polskie media plotkarskie dorównują tym na całym świecie. Śledzą aktorów, piosenkarzy, prezenterów. Starają się robić zdjęcia z ukrycia, z zaskoczenia, na stacji benzynowej, w galerii handlowej – życie polskiego celebryty nie jest wyłącznie usłane różami sławy. Cena popularności? Być może. Przekraczanie zdrowych granicy intymności? Jak najbardziej. Prasa brukowa dostarcza ludziom to, na czym im najbardziej zależy – tanią plotkę i smaczną pożywkę dla hejtu. Tylko ja nie o tym chciałam. 

Zaglądamy pod kołdrę Kożuchowskiej? 

Presja, jaką media wywierały na Małgorzatę Kożuchowską, wyszła daleko poza granicę dobrego smaku. Płodność żadnej kobiety – również księżnych Kate i Meghan – nie powinna być tematem publicznej debaty. Nie żyjemy w średniowieczu, a decyzja o posiadaniu dziecka już dawno przestała być drażniącą kwestią ciągłości rodu i zachowania często kruchej politycznej równowagi w królestwie. Gdy Kożuchowska konsekwentnie odmawiała udzielenia odpowiedzi, pojawiły się głosy, że jest bezpłodna. 

Nie umiem wyobrazić sobie, co czuje kobieta, której macica zaczyna świecić medialnym światłem niczym choinka na Placu Zamkowym i staje się przedmiotem ogólnej troski. Wiem, jak wkurza zaglądanie do łóżka przez bliskie osoby, jedną, dwie, wkładanie nosa tam, gdzie żaden nos nie powinien się znaleźć. Nie chciałabym przekonać się na własnej skórze, jak to jest, gdy do pochwy próbują wepchnąć mikrofon reporterski i kamerę telewizyjną. Zastanawiam się, jakie musi to być uczucie dla dojrzałej kobiety, wspaniałej aktorki i żony. Kożuchowska, słysząc po raz kolejny pytanie o swoją płodność, powiedziała, że nie ma ochoty na In vitro. Wtedy się zaczęło. 

„Nie mam ochoty na coś” – to zdanie nie oznacza, że jestem czemuś przeciwna. Mogę nie mieć ochoty na kanapkę z serem albo nowy film Patryka Vegi, co nie oznacza, że mam już w domu gotowe transparenty i stroje protestacyjne. Mogę nie mieć ochoty na spotkanie z kimś, chociaż darzę tę osobę sympatią. Mogę nie mieć ochoty na procedurę medyczną, jaką jest zapłodnienie metodą In vitro, ale mogę serdecznie trzymać kciuki za kobiety, które wybierają taką metodę walki z bezpłodnością. 

Aktorka z wielką klasą uchyla rąbek kołdry

Małgorzata Kożuchowska powiedziała w jednym z wywiadów, że:

Aktor, wiadomo, jak nie przychodzi do pracy, znaczy, że nie żyje. Po prostu się gra i nikt się nad sobą nie użala. Więc latałam na spektakle, na plan z gorączką, katarem, kaszlem”.

Okazało się, że aktorka potrzebowała zadbać o swoje zdrowie, wyciszyć się. Pod okiem lekarza skorzystała również z naprotechnologii – metody, która ma na celu monitorowanie i utrzymanie zdrowia układu rozrodczego kobiety. Gdy była w zdrowej ciąży z synem dowiedziała się, że przed wdrożeniem leczenia, jej szansa na posiadanie dziecka wynosiła około 2-3%. 

Kożuchowska ambasadorską świadomego macierzyństwa 

43-letnia Kożuchowska została spełnioną mamą. Przez dwie dekady życia zawodowego poznała już smak sukcesu, doświadczyła zawrotnego tempa kariery aktorskiej, miała okazję wziąć udział w wielkich galach, reklamować różne produkty i stać się osobą rozpoznawalną, która podbiła serca fanów w całej Polsce. Małgorzata Kożuchowska konsekwentnie – ciężką pracą i zaangażowaniem – pracowała na to, co osiągnęła. 

To nie ma być tekst pochwalny na cześć utalentowanej polskiej aktorki. To ma być tekst o tym, że często nie trzeba wybierać. Oczywiście podjęcie decyzji o ciąży po 40. roku życia powoduje, że ryzyko wzrasta. Zmniejszają się również realne szanse na zajście w ciążę i jej utrzymanie. ALE różnica między 30-stką, która w mentalności społecznej stała się magiczną granicą, a 40-stką wciąż wynosi 10 lat!

Moja macica moja sprawa? 

Coraz więcej kobiet w Polsce stając przed wyborem kariera albo macierzyństwo, odkłada swoje plany prokreacyjne. Anonimowe dziewczyny mogą liczyć na pełne dezaprobaty spojrzenia koleżanek, docinki własnych matek lub teściowych, a na dokładkę złośliwe komentarze zupełnie obcych osób. Wciąż jeszcze brakuje nam kreowania wizerunku kobiety świadomej, spełnionej, dla której macierzyństwo będzie dopełnieniem, a nie celem samym w sobie. W moim odczuciu Kożuchowska jest doskonałą ambasadorką pięknego macierzyństwa. 

Nie dajmy sobie wmówić, że istnieje jakaś liczba-linia mety, do której musimy mieć już męża, dom, dziecko i psa. Nie pozwalajmy nikomu wchodzić do naszego łóżka z buciorami i określać, kiedy powinno nastąpić poczęcie. Dziecko to nie jest projekt badawczy, nie możemy wykonać próbnego testu i zawiesić całego eksperymentu. Matką nie zostaje się na próbę, chociaż poruszanie się w macierzyństwie, to często jest próba – wytrzymałości fizycznej i psychicznej lub cierpliwości. 

Nie pozwólmy na to, by statystyka i opinie innych wytrąciły nas z określonego kursu. Jeśli mamy cel zorientowany na karierę zawodową, czy rozwój pasji, to możemy dążyć do jego realizacji, a po drodze cieszyć się szczęściem. 

To, że bez dziecka czujemy się spełnione, nie stawia nas w gorszej pozycji w stosunku do koleżanek, które są matkami. To, że żyjemy w klasycznym modelu 2+1 i ani nam się śni rozszerzać rodzinę o kolejną płaczącą i zależną od nas istotę, nie stawia nas na kamieniu z napisem „egoistka”. To, że nosimy zdrową, czwartą ciążę i cieszymy się, jak wariatki również jest powodem do szczęścia. W każdym przypadku ustaliłyśmy nasze aktualne priorytety.

A może ja nie chcę dziecka wcale? 

Decyzja o posiadaniu dziecka to sprawa indywidualna każdej kobiety oraz jej partnera, z którym stanowią rodzinę (wbrew słownikowi języka polskiego i katolickiej propagandzie). 

Podziwiam Małgorzatę Kożuchowską za jej spokojny dialog z polskimi mediami i klasę, jaką zachowała wobec nacisków ze strony wścibstwa środowisk plotkarskich. Podkreślam, że ta kobieta to połączenie elegancji podanej w unowocześnionej pełnej wdzięku i spełnienia zawodowego odsłonie. 

Aktorka może stać się wzorem zarówno dla swoich koleżanek z branży, jak i dla nas – kobiet, które codziennie przyjmują zadawane niechcący lub z premedytacją ciosy na klatę i muszą mocno trzymać stopami kołdrę, żeby nikt nie próbował nam pod nią wepchnąć nosa. Kożuchowska z wielką klasą uchyliła rąbka kołdry i darzę ją ogromnym szacunkiem, czuję girl power.  

Felieton

Nie chcę, aby moje dziecko miało wszystko

11 września 2020 / Agnieszka Jabłońska

Pamiętam tę radość, jaką odczuwałam w czasie pisania listu do Świętego Mikołaj na kilka tygodni przed Świętami Bożego Narodzenia.

Proszenie o coś, o czym się marzyło tak bardzo mocno, że człowiek zaciskał kciuki przed snem, aby na pewno „święty” z dużą brodą o tym nie zapomniał. I ta niepewność, czy lista nie była za długa i czy wszystkie pozycje znajdę pod choinką.

Pamiętam radość z domku dla lalek, o którym naprawdę śniłam po nocach i chociaż nie był jak z żurnala, a ja w sumie nie lubiłam bawić się lalkami, spędziłam przy nim kilka ładnych miesięcy.

Wymarzony, choć nietrafiony prezent 

Pamiętam radość z prezentu na Pierwszą Komunię – wymarzyłam sobie Furby’ego – puszyste zwierzątko, które miało być moim najlepszym przyjacielem. Cóż, tutaj była ogromna radość w momencie otworzenia paczki, ale równocześnie wielkie rozczarowanie, gdy okazało się, że zabawka nie jest tak interaktywna, jak na reklamie amerykańskiego Cartoon Network. 

Marzenia powodują, że bardziej się cieszysz, gdy coś otrzymasz 

Mogłam się tak cieszyć z prezentów, bo miałam marzenia i potrzeby. Były rzeczy, które mi się naprawdę podobały, czasami były mi potrzebne do budowanie mojego dziecięcego świata i na które musiałam poczekać. To nie była żadna próba wychowawcza ze strony moich rodziców. Na tamtym etapie naszego życia mieli po prostu wiele bardzo poważnych decyzji finansowych do podjęcia, co powodowało, że niektóre moje dziecięce marzenia musiały zejść na drugi plan. Dzisiaj jestem im za to bardzo wdzięczna, bo gdyby kupowali mi wszystko na pstryknięcie, gdybym miała wszystko najwyższej jakości i jako jedna z pierwszych dziewczynek w grupie przedszkolnej, a później w klasie, być może dzisiaj musiałabym poświęcić o wiele więcej czasu i włożyć zdecydowanie więcej serca w to, by cieszyć się z małych rzeczy. A tak? Szybko się tego nauczyłam. 

Idealny zakup dla siebie to taki, który jest chętnie używany 

W gimnazjum marzyłam o markowym plecaku i naprawdę rzetelnie odkładałam  na niego z kieszonkowego. Miałam też pieniądze ze sprzedaży starych podręczników. Pod koniec czerwca znalazłam model na przecenie, ale go nie kupiłam, bo i tak zabrakło mi pieniędzy. Wtedy brakującą kasę dołożyła mi mama – i tak na wrzesień musiałaby kupić dla mnie nowy plecak. Jechałam tramwajem cała w stresie, czy plecak jeszcze będzie w sklepie? Czekał jednak na mnie, a ja chodziłam przez kilka lat dumna jak paw – mój idealny plecak miał nawet kieszonkę na mp-3 i wyjście na słuchawki. To były czasy! 

Nie chcę, aby moje dziecko miało wszystko! 

Często śmieję się do mojego męża, że ja jestem prosta dziewczyna z Bałut (to taka dzielnica Łodzi) i mnie dużo do szczęścia nie potrzeba. Dlatego również nie chcę, aby moje dziecko miało wszystko, skoro ja sama wszystkiego nie mam i czasami, gdy coś chcę, to sobie na to cierpliwie czekam.  Nie chcę oszczędzać na jego potrzebach, ale nie zamierzam spełniać każdej zachcianki. Chcę, aby moje dziecko odczuwało radość z rzeczy, które go otaczają i nauczyło się odróżniać właśnie „potrzeby” od „zachcianek” i zawsze, gdy wybierze rzecz z tej drugiej kategorii, umiało się z niej cieszyć.

Przedmioty docenia się, gdy ma się ich niewiele. Wtedy każdy staje się ukochanym. 

Którą biżuterię najbardziej lubisz? Ten jeden, jedyny łańcuszek od ukochanego albo bransoletkę od mamy, czy tonę ozdób prosto z Chin, które kupiłaś za grosze na targu? Zasypywanie mieszkania i dziecięcego pokoju niepoliczalną liczbą zabawek, które po – w najlepszym wypadku kilku tygodniach – powędrują w kąt, to dla mnie po prostu marnowanie pieniędzy moich lub cudzych. 

Prezent dla 11-latki za 400 złotych – nie sądzę! 

Zaszokował mnie ostatnio post na jednej z grup na Facebooku. Jego autorka prosiła o poradę, bo nie wiedziała, co ma kupić 11-letniej dziewczynce na urodziny. Określiła budżet na 400 złotych  i poprosiła o propozycję. Jednocześnie zaznaczyła, aby nie wymieniać smartwatcha, bo dziecko już go ma. 

W moim odczuciu 400 złotych to jest naprawdę duża suma pieniędzy. Abstrahuję w tym  momencie od zarobków, patrzę tylko i wyłącznie na ilość przedmiotów, które można za tyle pieniędzy nabyć. Przed oczami przelatuje mi cały katalog, a większość z tych rzeczy to artykuły, których sama mogłabym używać. Nie widzę sensu, aby prezentem za takie pieniądze obdarowywać 11-letnie dziecko. Zdaję sobie sprawę, że w pewnych kręgach po prostu nie wypada wręczyć tańszego prezentu, ale co jest realnie potrzebne 11-latce za taką kwotę?

Każdy pomysł, który przychodzi mi do głowy, pasuje o wiele lepiej do nastolatki, licealistki niż do uczennicy podstawówki. Myślę, że 400 złotych to wspaniała suma, którą można przeznaczyć na coś wartościowego.  Obecnie jest wiele możliwości i po rozmowie z rodzicami dziecka można wybrać kurs lub wydarzenie (takie jak koncert ulubionego zespołu, czy spektakl w teatrze), na który dziecko może wybrać się wspólnie z opiekunem.

Z drugiej strony popatrzyłam na mój mądry zegarek, który kupiłam w zeszłym roku i przypomniałam sobie, jak bardzo się cieszyłam. Jestem aktywna, korzystam z wielu jego funkcji. Zaczęłam się zastanawiać, jaki pożytek ma z takiego zegarka 11-latka? Oczywiście, dziewczynka może trenować sport. Jednak czy treningi sportowe 11-latki powinny wyglądać tak, że mierzy za każdym razem tętno, oblicza kalorie? Co z jej dzieciństwem? A może ktoś podarował jej ten zegarek, bo chciał być fajną ciocią albo cool wujkiem i zasłużyć na wdzięczność? 

Dlaczego kupujemy uczucia?

Wiem, że są osoby, których językiem miłości są prezenty. Mówią „kocham Cię”, dając prezenty i krzyczą „jestem szczęśliwa i czuję się kochana”, przyjmując podarunki. Zastanawiasz się, czy to materializm? Niekoniecznie, wszystko zależy od kwoty prezentów, sytuacji i intencji oraz języka miłości

Czy 11-letnie dziecko powinno być definiowane przez swój (rodziców?) stan posiadania? Czy żyjemy w świecie, w którym kolejną nadgodzinę w pracy wynagradza się jedzeniem i prezentami? Czy McDonalds zajmuje się wychowywaniem dzieci i pracą nad ich emocjami? Czy Fifa ma zastąpić wyjście z ojcem na trawnik i pogranie w piłkę? Czy kolejna sukienka, lalka, torebka i zestaw biżuterii zastąpi lepienie pierogów albo gotowanie obiadu z mamą? Czy elektroniczny pies będzie dobrym substytutem dla ciepłego i miękkiego futra? 

Ograniczenia są potrzebne i Tobie, i Twojemu dziecku! 

Nie wychowamy dzieci empatycznych i świadomych, jeśli nie wprowadzimy w ich życie ograniczeń. Ok, my nie mieliśmy wszystkiego, bo jeszcze wszystkiego nie było. Nasi rodzice nie mogli przebierać w morzu zabawek z Chin, brodzić po pas w towarach, aby zaspokoić nasze potrzeby, ale jednocześnie wciąż jako kilkuletni gówniarze jeszcze byliśmy szczęśliwi. Metki już miały znaczenie, ale jeszcze nie takie duże, a dobry status materialny można było poznać po kanapkach z Nutellą zrobionych przez mamę,  a nie po smartwatchu na ręku. 

Dlatego nie chcę, aby moje dziecko miało wszystko. Chcę nauczyć je szacunku do pracy i do każdego z przedmiotów. Nie chcę, aby jego pokój wypełnił się gadżetami, które będą leżały nieużywane i się kurzyły, aby wczorajsze marzenia już jutro były spełniane, zanim mała głowa przemyśli, czy naprawdę czegoś chce i potrzebuje. Nam, dorosłym jest ciężko odróżnić, czy coś, co nam się podoba, jest nam faktycznie potrzebne! Sama czekam kilka dni przed zakupem, porównuję ceny i biję się z myślami – nie mów mi, że tak nie robisz… 

Z drugiej strony nie chcę być mamą-minimalistką, która pod nieobecność dziecka, pakuje jego rzeczy osobiste do worka i wynosi do piwnicy (sic!), bo sama cierpi z powodu dziecięcego nadmiaru. Nie chcę naruszać osobistej przestrzeni małego dziecka, zamierzam po prostu, dając najlepszy przykład, jaki jestem w stanie, kształtować jego upodobania. 

Chciałabym wręczać tylko te wymarzone prezenty, które dają radość 

Chciałabym, aby moje dziecko dostawało tylko takie prezenty, na których widok będzie mówiło „wow” i cieszyło się serdecznie. Takie, które będą przyczyną wielkich emocji i wielkiej radości (nawet gdyby miało to potrwać tylko chwilkę). Nie chcę, aby każda rzecz, którą dostanie, była praktyczna – nie chcę odbierać dziecku jego dzieciństwa i zamierzam szanować każde marzenie – i małe,  i duże. Po prostu nie zamierzam dawać wszystkiego i uczyć przy okazji tego, że wszelką radość można czerpać z materialnego świata. Bo nie można.

„Kochacie swoje dzieci, ale ich nie lubicie.”

Miałam kiedyś przyjemność rozmawiać z bardzo mądrym nauczycielem i wspaniałą Panią Dyrektor jednej z łódzkich podstawówek. Dyskutowałyśmy o tym,  jak zmieniła się polska szkoła i jak inne są obecnie dzieci.  Pamiętam, że ta wspaniała kobieta opowiedziała mi wtedy, że na jednym z zebrań z rodzicami – chodziło o wyjaśnienie jakiegoś głębszego konfliktu, który z dzieci przeniósł się na rodziców, jak to się czasami zdarza – powiedziała do tych ludzi: „Bo Państwo, i to widać, bardzo swoje dzieci kochacie, ale – co również widać – po prostu ich nie lubicie.” W sali lekcyjnej zapadła cisza, a dorośli usadowieni na malutkich krzesełkach i przy malutkich ławkach nie wiedzieli, co mają powiedzieć. 

To się jednak dzieje. Dziecko jest planem do odhaczenia na liście „to do” dla zdobycia w social media tytułu: „kobieta i mężczyzna sukcesu”. Przychodzi taki wiek, gdy osiągnęło się już wszystko i dalej po prostu nie wypada tego dziecka nie mieć, więc warto je sobie po prostu zrobić. Do tego oczywiście dochodzą uczucia, które najczęściej są ogromne i prawie zawsze szczere. Pojawia się miłość, tylko wyrażana jest jakoś na opak.

My, pokolenie lat 90-tych nieco wybrakowane 

Pamiętajmy jednak, że mówimy o pokoleniu ludzi, których domy nie zawsze działały dobrze, nie zawsze były szczęśliwe. Rozwód, rodziny patchworkowe, awantury, kilka miesięcy u mamy i kilka u taty, wakacje na pół, prezenty od ojca, gdy nie dał rady przyjechać na święta, mama z nowym facetem, który niczego nie rozumie – to była nasza codzienność! Gdy chodziłam do liceum, zastanawialiśmy się, jakimi rodzicami będzie nasze pokolenie i nie mieliśmy zbyt optymistycznych wniosków… po prostu niektórzy z nas wciąż noszą rany, których wygojenie wymaga ogromnej chęci i włożenia sporej dawki pracy własnej.

Tacy ludzie potrafią kochać wspaniałą miłością i potrafią wiele dawać, ale nie zawsze są w stanie zaangażować się i spełniać tę podstawową potrzebę swojego dziecka, które mówi: „bądź przy mnie”. Odnajdują się w nowej roli, czują się rodzicami, czują, że tworzą rodzinę i w ich mniemaniu osiągnęli pełnię szczęścia. Są o krok milowy dalej, niż byli ich starzy, bo mają swoją ostoję. Nie zdradzają, nie kłamią i się nie oszukują. 

Po prostu jedną nogą są tu – w domu, a drugą (tak im się wydaje) są „tam”. Okazuje się jednak, że „tam” zostawili głowę Później dochodzi do tego, że szansa na awans jest ważniejsza niż nauka wierszyka na szkolne przedstawienie, a prezentacja przed zarządem jest wyżej w hierarchii nad jasełkami. Mama w żakiecie i doskonale ułożonych włosach, która wiecznie nie może zdążyć, tata w podartych jeansach, który organizuje kolejny fantastyczny wywiad. Szum i zamieszanie i prezent jeden przy łóżku, drugi w plecaku, wymarzony na urodziny, chociaż urodziny dopiero za 3 miesiące – to nic, kupi się drugi. Pieniądze są, brakuje jedynie sił i chęci, by pograć w badmintona w parku, poczytać książkę przed snem choćby wymęczony egzemplarz z biblioteki, pomalować starymi farbami wnętrze pudełka po ryżu i ulepić sobie wymarzoną rodzinę z masy solnej. Tego potrzebuje Twoje dziecko – Ciebie, Was obok w czasie rzeczywistym, nie zawieszonych nad smartfonem i biorących udział w cudzym przyjęciu, podziwiających cudze dzieci, czy lajkujących cudze wakacje. 

Chcę dawać mojemu dziecko wszystko 

Chcę poświęcać mojemu dziecku czas, jakiego potrzebuje. Wiem, że zabawa ze mną to cenniejszy prezent, niż najlepsza zabawka. Wiem, że kuchenna patelnia i łyżka mogą być równie fascynujące, co pudełko interaktywnych gadżetów tak zaprojektowanych, by jak najlepiej stymulowały rozwój.

Jeśli zabawki mają być dla mojego dziecka wyłącznie materialną rekompensatą za to, że mnie przy nim nie ma, to nie chcę, aby miało chociaż jedną zabawkę!

Chciałabym, aby nasza więź był szczera i mocna, a zabawki były tylko i aż przedmiotami, które mogą urozmaicić zabawę i ciekawym przerywnikiem, gdy czasami dorosły musi być dorosłym i zająć się swoimi dorosłymi sprawami. Jestem również świadoma, że przyjdzie ten czas, gdy moje towarzystwo będzie mniej atrakcyjne niż figurka kolejnego superbohatera, gra na konsolę, czy zestaw kucyków. Zamierzam wtedy zaparzyć sobie kubek dobrej herbaty i być gdzieś obok, bo pewnie i tak skończy się na: „Mamoooooo, zobacz!”

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo