ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Felieton

Co udało mi się spełnić z dziecięcych marzeń? Konkurs na Dzień Dziecka

22 maja 2020 / Paulina Kondratowicz

Niedługo Dzień Dziecka, w moim domu obchodzone zawsze, niezależnie od tego, ile mam lat.

Co roku z tej okazji moja Mama kupuje mi czekoladę, a jeśli jestem w domu, to spędzamy czas razem. Mówi, że to nieważne, że jestem już dorosłą kobietą, dla niej zawsze będę małą dziewczynką, której zaplatała włosy i uczyła poprawnie pisać, liczyć i dbać o to, aby być dobrym człowiekiem.

Dzień Dziecka to też taki specjalny moment, kiedy zatrzymuję się na chwilę, spoglądam wstecz i próbuję złapać za ogon wszystkie te chwile, kiedy moją głowę wypełniały kolorowe marzenia o dorosłości. 

Jak to zwykle bywa, w dzieciństwie wyobrażamy sobie, że pod łóżkiem mieszkają potwory, ktoś, kto ma trzydziestkę na karku powinien w zasadzie już żegnać się z życiem, krzaki w parku to idealne miejsce na bazę, a najlepszym jedzeniem na świecie są frytki z keczupem. Wyobrażamy sobie kim będziemy, gdy dorośniemy, a wtedy to już żadne zakazy nie będą nas obowiązywały. Mamy plan, jak będzie wyglądał nasz wymarzony dom, czy w naszym łóżku zamieszka owczarek alpejski, a ten śmieszny, gorzki napój z pianką (piwo) zacznie nam smakować. Obiecamy sobie, że nigdy nie będziemy palić papierosów, obetniemy te długie warkocze, które codziennie rano starannie są zaplatane przy kubku z mlekiem. Albo że wyjedziemy na bezludną wyspę łapać kolorowe motyle. 

Ze swoich dziecięcych marzeń wyraźnie pamiętam osobliwe etapy planów zawodowych. Na początku byłam zafascynowana pracą stomatologa (chociaż chodziłam leczyć zęby i  borowanie ich okropnie bolało). Potem postanowiłam, że zostanę panią z telewizji, która zapowiada wieczorny program i będę mówić, że prezydent Jelcyn podpisał porozumienie w sprawie zniesienia embarga na ziemniaki z Polski. Kiedy miałam może z 7 lat uwierzyłam, że praca w radio to moje przeznaczenie i codziennie wieczorem prowadziłam program z piosenkami Natalki Kukulskiej, z programu ,,Ciuchcia’’ lub opowiadałam jakieś zupełnie odjechane historie grupce moich słuchaczy – pluszowych zabawek. Żadne z tych marzeń się nie spełniło. Nie zostałam dentystą, panią Krystyną Loską lub tajemniczym głosem w radioodbiorniku. 

Dzisiaj najmłodsze pokolenie w mojej rodzinie ma mniej więcej tyle lat, ile ja miałam, gdy uznałam, że wszystko to co dobre, jeszcze przede mną. Moja mama do dzisiaj powtarza mi, mimo że skończyłam studia prawie 10 lat temu, zawsze mogę być kimś, kim sobie wymarzę. Postanowiłam więc dzisiaj spojrzeć wstecz i zastanowić się, co pozostało po tych pstrokatych, odważnych marzeniach i czy mam do powiedzenia coś dzieciom z mojej rodziny, które właśnie zaczynają tworzyć swoje doskonałe plany na przyszłość?

Są talenty, które czekają na odkrycie 

Dzieciństwo to taki magiczny czas, kiedy dorośli ze zdumieniem odkrywają, że ich dzieci mają jakieś wyjątkowe predyspozycje, a sami zainteresowani uważają, że przecież każdy coś takiego ma! Dla młodego człowieka fakt, że ma na przykład doskonały słuch, jest rzeczą tak naturalną jak umiejętność samodzielnego zjedzenia śniadania. To coś, z czym budzi się i zasypia, traktując swój talent jako integralną część siebie. Jednak nieodkryte albo ukryte pod kołderką wstydu i nieśmiałości, talenty najczęściej nie ujawniają się potem w dorosłym życiu. Obserwując dziecko, można szybko zrozumieć, czy ma się do czynienia z matematycznym mądralą, Picasso w rozwiązanych trampkach albo małoletnią Madonną paradującą w szpilkach mamy przed lustrem. Z pomocą przychodzą też zabawki, które znacząco dbają o rozwój motoryczny i sensoryczny już kilkumiesięcznego szkraba. Och, gdybym miała pod ręką pluszowe pianino, z wygodną poduszką, naśladujące dźwięki prawdziwego instrumentu. Wyobrażam sobie, że dzisiaj byłabym żeńską wersją Leszka Możdżera. Prawda jest jednak taka, że to jest fascynujące móc obserwować, jak dzieci odkrywają świat — dzieją się wówczas wyjątkowe rzeczy. Odkrywanie poprzez zabawę, w swoim własnym rytmie jest najbardziej naturalne i przynosi najlepsze rezultaty. Jeśli tylko damy dzieciom czas, przestrzeń, podarujemy odpowiedniej jakości zabawki, które przede wszystkim uczą, za chwilę możemy być świadkami, kiedy z malucha wyrasta artysta na miarę naszych czasów. Co ciekawe, zabawki sensoryczne nie tylko wspierają rozwój, ale są też po prostu świetnym sposobem na dziecięcą nudę. A nikt nie lubi znudzonych, naburmuszonych maluchów, prawda?

Wspieranie rozwoju dziecka od pierwszych dni to fascynująca podróż w jego indywidualny świat. Ponieważ sama jestem wychowanką lat dziewięćdziesiątych, strasznie zazdroszczę dzisiejszym dzieciakom tych wszystkich gadżetów, Internetu bez limitów i możliwości sięgania po wszystkie książki i filmy świata bez przeszkód. I myślę, że gdyby dla takich jak ja istniały równie tak szerokie możliwości dostępu do świata, dzisiaj byłabym może… kimś innym? 

Każdy ma swoją rolę 

Pamiętacie zabawy w dom? W sklep? Ja pamiętam doskonale. Przyrządzanie zup z piasku, przewijanie lalek-niemowlaków, udawana rola mamy albo żony? Podwórkowe śluby, rozwody i adoptowanie zwierząt? Od dziecka jesteśmy zafascynowani dorosłym życiem, które, kiedy nadejdzie, nie zawsze jest słodkie i smakuje wyobrażonym rosołem z makaronem. Pragniemy jednak odtwarzać role, które obserwujemy w swoim otoczeniu i jesteśmy zafascynowani dorosłością. Kiedyś „zakładało się” dom w pokoju, korzystając z poduszek, koców, urządzało się salony, ubierało korale mamy albo uciszało wiecznie płaczącego lalkowego niemowlaka. Dzisiaj mądrzy kreatorzy spełniania dziecięcych marzeń tworzą zabawki, które mają tak samo przenieść nasze własne dzieci w świat odgrywania ról dorosłych. Dzisiejsze przedszkolaki mogą wypróbować, jak to jest zostać mamą interaktywnych lalek, sprostać zadaniom „dziecięcych mam”, a przy tym rozwijać zręczność, uczyć empatii i kształtowania wyobraźni. Wiele różnych elementów pozwala dzieciom puścić wodze fantazji i wymyślać rozmaite historyjki. Spójrzcie na Little People Pokoik dziecięcy

Jednak w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że wyobrażałam sobie swoją przyszłą rodzinę, mieliśmy nasze rodzinne problemy (pewnie ukradzione z serialu „Pełna chata”), a nade wszystko chciałam, aby było tam miejsce na odgrywanie scenek opieki nad bobasem, które uczy, jak być troskliwym, dobrym i miłym dla innych. I częściowo te role, sceny i scenariusze rzeczywiście sprawdzają się w życiu codziennym. Mam na koncie pracę jako nauczyciel, a w dzieciństwie przecież, wzorem mojej mamy, też nauczycielki, wykładałam „dzieciom” swoją wiedzę. I to było super. Najwyraźniej, niezależnie od pokoleń, każdy z nas zaliczył epizod zabawy w dom, sklep, szkołę lub inne, równie ciekawe, bo bezpiecznie znajome miejsce. 

Dzisiaj dzieci gotują w telewizji

Nie mogę wyjść też z podziwu dla rozpędzonej, marketingowej machiny, która wepchnęła dzieci w odgrywanie dorosłych ról przed kamery telewizyjne. Pewnie kojarzycie „Mastechef Junior”. W niedzielne wieczory pół Polski oglądało, jak dzieciaki gotują. Nie, nie piaskowe babki. Autentyczne jedzenie – przegrzebki, steki, owoce morza i inne, równie finezyjne rzeczy. I wiecie, można uważać, że to wszystko jest reżyserowane, robione pod publiczkę, bo przecież wszystko dzisiaj można zaaranżować. Ale szczerze? Mnie ruszają kilkulatki machające łyżkami, igrające z kuchenką gazową, próbujące łączyć smaki i robią to tak, że nawet ja, dorosła baba, która lubi stać przy garach, nie zawsze kojarzę, czym różni się duszenie od redukcji. W każdym razie – kiedy gotowaliśmy sobie nasze zupy z dżdżownic albo kamieni na podwórkach. Miałam nawet koleżankę, która odważnie zbierała grzyby „trujaki” i wekowała je w podwórkowej spiżarce. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego to robiła, ale każdy był pod wrażeniem. My siekaliśmy ogrodową marchewkę i mieszaliśmy z mleczem, a dzieciaki w telewizji opowiadają o wegańskich sorbetach z musem z mango i liczi. Przysięgam, dopiero niedawno dowiedziałam się, co to jest liczi. Zastanawiam się, jeśli dziecko występujące w Masterchefie, ma, powiedzmy 10 lat, to kiedy ono zaczęło podpalać gaz i robić rodzicom jajecznicę? Do czego zmierzam. Myślę, że współczesne pokolenie dzieci urodzonych po 2010 roku, wraz z wyprawką niemowlaka, dostają zabawki, które uczą gotowania. Takie cacko nie dość, że wesoło gaworzy to jeszcze pozwoli rozwijać wiele umiejętności malucha i to w przyjemny sposób, tak jak edukacyjny mikser malucha. Wesołe piosenki i wypowiedzi nauczą liter, kolorów, liczenia i nie tylko. Wystarczy, że dziecko wrzuci coś do misy lub naciśnie przyciski, by usłyszeć piosenki. Dzieci czeka doskonała zabawa w odkrywanie związków przyczynowo-skutkowych, gdy będą próbowały aktywować światełka i muzykę. Natomiast chwytanie poszczególnych składników potrawy i umieszczanie ich w mikserze pomoże w rozwijaniu zręczność i koordynację ręka–oko. Jak na pierwszy krok do fascynacji gotowaniem – wygląda świetnie. A potem już tylko kilka „lekcji” od babci lub mamy i kariera młodego kucharza czeka otworem. 

I chociaż aż zazdrość chwyta za serce, kiedy ogląda się te super ogarnięte dzieci, utalentowanych geniuszy patelni, to jednak ciągle należy pamiętać, że są to dzieci. Muszę jednak przyznać, że jestem po ogromnym wrażeniem, jak dzieciaki świetnie sobie radzą przed kamerami i z własnym, na pewno ogromnym stresem. Zastanawiam się, czy to właśnie to najnowsze pokolenie, które dopiero zaczyna swoje życie, naznaczone jest taką odwagą i naturalną zdolnością do rywalizacji. Muszę przyznać, że dzieci w mojej rodzinie są równie odważne, pełne zapału i z tak ogromną chęcią manifestacji siebie, że aż sama im zazdroszczę bycia bohaterami życia. 

Nie chcę brzmieć jak stara, zrzędząca baba, której coś umknęło w życiu. Jednak muszę przyznać, że obserwując to, w jaki sposób współczesne dzieciaki adaptują się do życia, warunków wzrastania, otoczone często bańkami (nad)opiekuńczości rodziców, budzi we mnie szczery podziw. Cóż, zamiast taplania się w błocie, często taplają się w ciastolinie. Zamiast chodzenia biegania z kijkami po podwórku, dostają wypasione zabawki, które mają ich uczyć. Mam nadzieję, że nadal, my, pokolenie 30+, potrafimy dać im to, co dano nam, kiedy byliśmy mali. I, że mimo, że nasz czas dziecięcych marzeń minął, to jednak nadal pamiętamy, że w wieku 6 lat chcieliśmy ratować wombaty albo odkrywać Atlantydę. I to jest piękne. Z okazji Dnia Dziecka, życzę Wam powrotu do tych pięknych, niewinnych i niewiarygodnych marzeń!

 

 

___________________________

 

UWAGA konkurs! 🙂

 

Dzień Dziecka to też…. nasz dzień, a co!

 

Dlatego dziś pytamy Ciebie – Jaka była Twoja ulubiona zabawka w dzieciństwie? 

 

Opisz w komentarzu swoją ukochaną zabawkę (ale najpierw przeczytaj regulamin!) i dołącz do zabawy! 

 

Partnerem konkursu jest Fisher-Price

Do wygrania jedna z trzech zabawek:

 

Miękkie Pianinko Poduszeczka 

Edukacyjny Mikser Malucha 

Little People Pokoik Dziecięcy  

 

 #badzmydziecmi i bawmy się. Ten konkurs jest dla Ciebie.

 

LINK do REGULAMINU

 

 

____________________

WYBRANE ODPOWIEDZI:

 

Magda:

Miś- mój nieodłączny przyjaciel z młodych lat!😊 Rodzice przechowali go i pokazali jak już przekroczyłam wiek… no w każdym razie byłam dorosła 😁 Trzymaj się kumplu, bo młode pokolenie czeka i także potrzebuje, byś przegonił im potwory spod łóżek, szalał z nimi na podwórku, pomagał zasnąć w przedszkolu, a może nawet pływał na łajbie i wędrował w góry?🐾🐻

 

 

Alicja:

Ulubione zabawki z dzieciństwa? Kreda zamiast flamastrów. Glina zamiast ciastoliny. Kijek zamiast świetlnego miecza. Guma od majtek do skakania zamiast trampoliny. Łyżka kuchenna do kopania dołka zamiast zestawu plastikowych łopatek. Rajtki bawełniane jako warkocz – nie Elzy tylko mój! Pies babci zamiast Psiego Patrolu. Kartka i kredki. Łąka i robaki. Las i szyszki! Jezioro i ryby… i łabędzie! Papierowa łódka lub ta wykonana z tatą, który odciął trochę kory z drzewa. Mogłabym wymieniać w nieskończoność. I choć wieczorem zasypiałam zapewne w towarzystwie jakiegoś pluszaka, miałam drewniane klocki, a nawet pegazusa i grę Mario – takie „zabawki” wspominam najlepiej ❣️

 

 

Justyna:

 Rower! Dostałam pierwszy rowerek od mojej Babci! Jezdziłam całe dnie, w kólko, bez opamiętania😂to były czasy….a ktoregoś dnia rowerek rozpadł się na pół🤔 do dziś nie wiem czemu…przecież był solidny, metalowy…ale ja byłam grubaskiem i myślę, że może dlatego 🤣waga cieżka na rowerku😅To były czasy😈

 

Gratulujemy!

Skontaktujemy się z Wami w wiadomościach prywatnych!

Reportaż

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

7 czerwca 2021 / Agnieszka Jabłońska

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

Zazwyczaj gdy zadaję to pytanie, spotykam się ze szczerym oburzeniem – no jak to?!

Oczywiście, że kobieta powinna mieć swoje pieniądze,  i pracę, i przyjemności, i płacić na randce, jeśli ma na to ochotę. Nie poprzestaję na tym i drążę dalej, a czy mama powinna mieć swoje pieniądze? Tutaj odpowiedzi nie są już tak jednoznaczne, a zdania mocno podzielone. Dlatego zebrałam kilka historii wspaniałych kobiet, które poradziły sobie mimo braku środków i wyszły z opresji obronną ręką. 

Jednocześnie po wysłuchaniu moich rozmówczyń zbiera mi się na płacz na samą myśl o tym, ile jest kobiet, które nie mają do kogo zwrócić się o pomoc i muszą trwać, nieustannie pijąc bardzo gorzkie piwo, którego same naważyły bez szans na zmianę swojego położenia. 

Kasia (Kicia): od miłości do wielkich długów 

– Nie słonko, mój mąż ode mnie nie odszedł. – Kasia, którą wszyscy znajomi nazywają „Kicią”, ma długie czarne włosy, ciemne oczy i brwi. Sama siebie nazywa kobietą po przejściach, która wciąż wierzy w szczęśliwy los. To może trochę patetyczne, ale w jej ustach to zdanie brzmi… prawdziwe. Spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o tym, czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze.  – Mój mąż nie odszedł, to ja wykopałam go z domu, ale to zupełnie nic nie zmieniło – Kicia zaciąga się papierosem – i tak musiałam spłacać jego długi, a komornik zajął moją pensję. Byłam sama z dwójką dzieci, już nie takich małych – Jasiek miał 6, a Tomek 8 lat i jedną pensją, na której łapy położył komornik. 55 tysięcy długu dokładnie to pamiętam, to zabrzmiało jak wyrok. Jak przeczytałam pismo, to poczułam takie kłucie tutaj – Kicia kładzie wypielęgnowaną dłoń z krótkimi bordowymi paznokciami na biuście – że myślałam, że osierocę moje dzieciaki. Ale przetrwałam i każda z nas przetrwa. – Przez chwilę pali w milczeniu. 

O matczynym poświęceniu i miłości silniejszej niż rozsądek 

– Pomogła moja matka świętej pamięci. Poszła i sprzedała mieszkanie, rozumiesz? Sprzedała swoje małe dwa pokoiki i przyniosła te pieniądze i dwie walizki. Zamieszkała z nami i tak już zostało do końca. Ostatnia ofiara mojej matki można powiedzieć. – Kicia znowu się zamyśla. Gdyby była kimś innym, pewnie teraz zaczęłaby płakać, ale Kicia nie płacze, już nie – Największa głupota? Powinnam powiedzieć teraz jak w telenoweli, że wyjście za mąż za tego gnoja, ale nie uważam tak. Mam z nim dwóch synów, którzy – Bogu niech będą dzięki – wyszli na ludzi. Jeden pracuje jako kierowca autobusu, drugi jest księgowym, ma swoją firmę, dobrze zarabia. Jestem zadowolona i spokojna. Najbardziej żałuję, że byłam młoda i zakochana, nie myślałam o pieniądzach, wcale. Pieniądze? Na co to komu, jak ma się miłość – Kicia śmieje się i kaszle, to taki typowy suchy kaszel palacza. Upija łyk mocnej kawy ze szklanki, wiem, bo w mojej jest dokładnie ta sama fusiara,  i po chwili kontynuuje – Dzisiaj mówię dziewczynom jedno: rozdzielność majątkowa i własne pieniądze. Taka się zrobiłam wykształcona, ale co się nalatałam po prawnikach, jak gnoja wykopałam z domu, to moje. Hazard. – uprzedza moje pytanie – zorientowałam się trochę wcześniej, bo Tomusia pobili, szli za nim ze szkoły, wciągnęli w bramę i obili, wrócił zapłakany, krew na koszulce, myślałam, że wdał się w bójkę. Na początku krył ojca, oh oni obaj byli w starego wpatrzeni jak w święty obrazek, moja kochana, tylko „tatuś” i „tatuś”, a jak go wykopywałam, jaki był lament. Jeden stał i krzyczał na mnie, drugi trzymał się ojca, jakby ich coś opętało. Więc krew mnie zalała, złapałam starszego i wrzeszczę „idź z nim! No idź, zobaczymy, za ile wrócisz do matki”, ale wtedy – nie uwierzysz – stary się odezwał „wrócę po was chłopaki” tak im powiedział, dobre, nie? – Kicia śmieje się i klepie po udach – dwa tygodnie na niego czekali z nosami przyklejonymi do szyby, na każdy dźwięk dochodzący z klatki lecieli do drzwi, a jak słyszeli domofon, to zlatywali nawet na dół z trzeciego piętra w kamienicy. Nie wrócił. 

O nowej rzeczywistości, w której rządzi praca 

Kicia patrzy przez okno. Bawi się złotym pierścionkiem. – W końcu wzięłam rozwód. Po co mi więcej jego długów? Na co miałam czekać? Udało się. A, ty kochana, chciałaś więcej o tych pieniądzach. To tak jak mówiłam, mamusia sprzedała mieszkanie, wprowadziła się do nas. Miała niską emeryturę, ale byłe prządki nie mogły jakoś specjalnie liczyć na łaskę państwa, a ja zaczęłam dorabiać. Pracowałam po 12 godzin w sklepie, a po pracy szyłam dla prywaciarza. Przywoził rzeczy w worku, czasami były karteczki, co do zrobienia, czasami nie i trzeba było szukać. Przy dobrym świetle latem mamusia siadła i pomogła, przy gorszym musiałam szyć sama. Czasami było pracy na dwie godziny, a czasami na sześć. Im więcej brałam i szybciej szyłam, tym lepiej płacił, ale nigdy nie było wiadomo, ile przywiezie. Raz przywiózł trzy worki, ja chora z gorączką, ale nie ma rady, szyć trzeba. Usnęłam nad maszyną, cudem nie przyszyłam sobie palców do spodni. Innym razem nie było go trzy tygodnie, nie miałam za co dzieciakom butów kupić, chodzili w dziurawych. Na co szły pieniądze? Na jedzenie – wykarm dwóch dorastających chłopaków, na ogrzewanie, to była kamienica, tutaj się ogrzewa prądem. Zimą siedziałam w trzech swetrach i rękawiczkach bez placów. Mamusia spała pod pierzyną, pod koniec to była taka chudziutka i malutka, że jej wcale nie było z łóżka widać. Gorące butelki z wodą jej wkładałam do łóżka, żeby cieplej było. Dzisiaj to ja mam luksusy. Sama mieszkam i dwa pokoje od miasta dostałam, bo moja kamienica na rewitalizację poszła. Wodę mam w kranie, ogrzewanie z miasta, sypialkę własną – luksus! 

Co by było gdyby? Być może lepiej 

– Co bym zrobiła, jakbym wtedy miała pieniądze? Kupiła nam wspólnie z mamusią trzy pokoje w blokach. Żyła spokojniej, może mniej bym pracowała, a tak moich chłopaków to wychowały sąsiadki i babcia. Na szczęście żyliśmy wtedy wśród swoich. Każdy każdego znał i musieli się zachowywać, bo wszystko wiedziałam jeszcze zanim weszłam na trzecie piętro. W kamienicy obok mieszkała ich nauczycielka, surowa była i dobrze. Udało się, ale mogło się nie udać. Dlatego mówię zawsze dziewczynom: chcesz ślubu, to bierz, ale zrób rozdzielność u prawnika i miej swoje pieniądze, okładaj, oszczędzaj, to się zawsze przyda. 

Marysia: wielka miłość, która czasami za szybko się kończy  

Z Marysią rozmawiamy online. Ma szczupłą twarz i bardzo duże oczy. Mówi cicho i powoli, jakby się czegoś bała. Za jej plecami na dywanie bawi się jej 4-letnia córeczka Iza. Marysia pracuje w szkolnej bibliotece, bardzo lubi swoją pracę. Nie zarabia kokosów, ale nie ma również pełnego etatu, tylko tak może zajmować się Izusią. 

Mgła, która zmieniła wszystko 

– To był październik. Zwyczajny dzień, wtorek. Maciek jak zwykle pożegnał się ze mną i z Izusią, wsiadł na rower i pojechał do pracy. Pogoda była ładna,  tylko mgła nie dawała mi spokoju. Maciek śmiał się, że jak zwykle panikuję, że ma się przejaśnić na popołudnie. – Marysia mówi wolno, jakby czytała z karki – Z mgły wyjechał rozpędzony Ford Mondeo, kierowca zapatrzył się w ekran smartfona, domykał jakiś ważny „deal”, jak zeznawał później w sądzie. Za późno zauważył Maćka. – Marysia milknie i zaciska usta w wąską kreskę. Dłonie, którymi podnosi kubek, drżą lekko. Trzyma kubek w dłoniach, zagląda do jego wnętrza. Nie pije. 

Czas na chłodne kalkulacje 

– Telefon z policji. Ja na zakupach, z wózkiem, marudzącą Izą, nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Jak dotarło wreszcie do mnie, co mówi policjant, wypadły mi z rąk siatki. Pomidory potoczyły się po chodniku, miałam zrobić spaghetti na kolację. Zadzwoniłam do brata Maćka, on i bratowa przyjechali do mnie i bardzo mi pomogli. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu, a Maćka rodzice nie żyją. Do pogrzebu było ciężko, próbowałam się trzymać. Iza nie rozumiała, co się dzieje, ciągle chciała na ręce, była taka nieznośna. Miała zaledwie 16 miesięcy, gdy Maciek zginął. Po pogrzebie zaczęło powoli do mnie docierać, że nie mam środków do życia… Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, a wiosną zaczęła się budowa naszego domu. Oczywiście na kredyt. Banki jeszcze wtedy nie robiły problemów z hipoteką. Maciek poprzedniej zimy kupił auto, też na kredyt. Był informatykiem, mogliśmy sobie na to pozwolić. – mówi, jakby chciała usprawiedliwić nieżyjącego męża –  Ja byłam na wychowawczym, ale to było wszystko załatwione ze znajomym Maćka. Pamiętam, że zostało mi na koncie 280 złotych z jego ostatniej pensji. Dostałam jeszcze zasiłek i pieniądze z ubezpieczenia, ale czynsz za nasze mieszkanie wynosił 1200 do tego opłaty, wyżywienie i raty kredytów, na które potrzebowałam kolejne 2000 złotych. Myślałam, że oszaleję. Przez chwilę myślałam nawet, czy się nie poddać, ale – pewnie uznasz, że to śmieszne – przyśnił mi się Maciek. W tym śnie byliśmy na Korfu – tam spędziliśmy naszą podróż poślubną – Maciek obejmował mnie, śmialiśmy się, świeciło słońce i nagle on powiedział „żyj” i sen się skończył. Wtedy zrozumiałam, że jeśli kiedykolwiek chcę go zobaczyć, teraz muszę wziąć się w garść. – Marysia patrzy gdzieś w bok i delikatnie się uśmiecha. 

Bezcenne wsparcie i bezinteresowna pomoc 

– Brat Maćka pożyczył mi 5 tysięcy, a bratowa pomogła z prawnikami. Sprzedałam samochód i spłaciłam cały kredyt. Sprzedałam dom dzięki ich pomocy. Zapłaciłam karę za wcześniejszą spłatę kredytu hipotecznego, zostało tyle, żeby na kilka miesięcy wynająć kawalerkę. Byłam dumna. Wymówiłam dwa pokoje. Właścicielka nie robiła problemów i nawet oddała mi kaucję i dała różaniec na drogę. To był jednej z najmilszych gestów, jakich doświadczyłam w życiu, ale nie ostatni po śmierci Maćka. Mam wrażenie, że odkąd nauczyłam się prosić o pomoc i przestałam udawać, że sobie radzę, wszechświat naprawdę ruszył mi na pomoc. Zadzwoniła przyjaciółka, której mama jest dyrektorem szkoły. Dostałam pracę w bibliotece, poszłam na studia zaoczne. Moja inna koleżanka wzięła Izę do swojego przedszkola, płacę tylko za wyżywienie. Dwa tygodnie temu dostałam kredyt w banku, kupiłam nam malutkie mieszkanie dwupokojowe blisko parku, za miesiąc się przeprowadzamy. Teraz mój kolega – Marysia lekko czerwieni się przy słowie „kolega” – pomaga w remoncie. 

Warto mieć swoje pieniądze 

Co chciałabym powiedzieć innym dziewczynom? Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej. Dużo nad tym myślałam w bezsenne noce po śmierci Maćka. Gdybym miała odłożone swoje pieniądze, nie musiałabym pożyczać od rodziny. Może skończyłabym budowę domu i zarobiła na sprzedaży nieruchomości, a tak musiałam sprzedawać szybko rozgrzebaną inwestycję… Czułabym się pewnej i bezpieczniej. Dzisiaj nie zdecydowałabym się na urlop wychowawczy, szukałabym jednak żłobka i wróciła do pracy. Chociaż Maciek nigdy nie dał mi odczuć, że nie mam pieniędzy. On… – Marysia musi głęboko odetchnąć – ciągle mi proponował „kup to, kup sobie tamto”, a ja nie chciałam. Często sam robił mi prezenty. A ja?  Jedna bluza, dwie pary spodni i buty, nie potrzebowałam wiele. Teraz wiem, że chcę zadbać o siebie i o Izę pod każdym względem, ale za swoje pieniądze. 

Iwona: nowa miłość, nowe życie i wielka pomyłka 

Kolejna rozmówczyni nie chce, żebym poznała jej twarz. Jest najbardziej tajemnicza, ale gdy opowiada mi swoją historię, przestaję się dziwić. Jej życie przypomina film sensacyjny i pewnie niejeden scenarzysta znalazłby w jej słowach gotową historię. 

Apetyt na miłość 

– Iwona, mam na imię Iwona. Słyszysz mnie? – pyta, gdy łączymy się na What’s upie. – Dobrze, będę opowiadać. Możesz notować, nie ma problemu. Mam na imię Iwona i mam 47 lat. Tego człowieka – przez całą rozmowę będzie go właśnie tak nazywać „tym człowiekiem” – poznałam, gdy miałam lat 35 i 12-letnią córkę. Zwolnili mnie z pracy w szwalni, siedziałam na zasiłku i myślałam, co dalej. Odpowiedziałam na ogłoszenie matrymonialne w radiu. Koleżanki pukały się w głowę i śmiały ze mnie. Urządzałyśmy takie babskie spotkania, no wiesz – moja rozmówczyni trochę się rozluźnia i przestaje brzmieć, jakby czytała z karki – śledzie, wódka i tort, takie to były babskie nasiadówy, moja córka bawiła się z dziećmi, a my mogłyśmy nakręcić sobie wałki, zrobić paznokcie i trochę ponarzekać. Ojciec mojej córki poszedł do więzienia, a późnej zniknął. To było takie głupie… Ja, dziewczyna z dobrego domu – ojciec lekarz, matka nauczycielka, najlepiej w szkole zdałam maturę, poszłam na studia. Tam poznałam brata mojej koleżanki. Dziewczyna była fajna, ale brat to taki typ spod ciemnej gwiazdy, a ja – głupia gęś zakochana w Skrzetuskim – śmiej się, jeśli chcesz, taka właśnie byłam. Miałam warkocz i okulary w grubych oprawkach. Ja postanowiłam, że go zbawię, a on, że mnie uwolni. Jak wpadłam, to się skończyło love story… – Iwona milknie na chwilę – co to ja miałam… aha, ogłoszenie matrymonialne, bo ja chciałam pana przyzwoitego, żeby odnosił się do mnie i do mojej córki z szacunkiem, żeby rodzinę mieć, chciałam kochać na poważnie. 

Szansa na nowe, piękne życie 

I taki pan, wyobraź sobie, do mnie napisał. Mieszkał w Anglii, ciężko pracował na produkcji. Zaczęliśmy wymieniać listy, później dzwonił do mnie czasem, wysłał paczkę ze słodyczami dla córki. Później jakieś kosmetyki dla mnie, chyba perfumy. Spotkaliśmy się, jak przyleciał tutaj odwiedzić matkę. Pan starszy ode mnie o 10 lat. Na poziomie, niepijący i niepalący. Miło się odzywał, córka go polubiła. Kwiaty mi kupował, zapraszał do kawiarni. Urlop szybko minął i musiał wracać. Już wtedy zaproponował, żebym z nim poleciała. Najpierw myślałam, że upadł na głowę, ale zaczęłam myśleć. Jeden dzień, drugi, trzeci, czwartego dnia zaprosiłam koleżanki, gadamy, opowiadam, a one mówią, że to może dobry pomysł. W Anglii więcej płacą, pracę bym znalazła, córka się przyzwyczai. Właśnie córkę to chciałam zostawić tutaj i pojechać najpierw sama na próbę. Ten człowiek zaoferował, że mała może zostać u jego matki. Poznałam tę kobietę i była bardzo miła i życzliwa. Gdy byliśmy u niej, zapytała jaką kawę lubię i zaprosiła mnie do kuchni. Ten człowiek coś oglądał w telewizji. Jego matka konspiracyjnym szeptem powiedziała do mnie znad filiżanki pełnej proszku, który miał się zamienić w cappuccino orzechowe: „uciekaj dziecko!”, ale nie zapaliła mi się żadna lampka. Myślałam, że starsza pani ma swoje dziwactwa, wiesz, tekściki i takie inne. Gdy pojechałam do niej z córką, bardzo serdecznie przyjęła małą, mnie znowu wzięła do kuchni i dała mi 500 złotych. Nie chciałam przyjąć tych pieniędzy „Schowaj to – powiedziała – i wydaj, gdy będą Ci najbardziej potrzebne, gdy nie będzie wyjścia. Jak nie wydasz, to mi oddasz” i tym mnie przekonała. Wezmę, zawiozę i wrócę. Na koniec dodała „Niech to będzie nasza matczyna tajemnica”. Schowałam pieniądze do torby i szybko wyszłam. Ten człowiek kupił mi bilet. Miałam około 20 funtów i pieniądze od jego matki. W moim mieszkaniu miał zatrzymać się brat przyjaciółki. Dostał lokum w zamian za czynsz i dbanie o kwiatki. – Iwona przerywa rozmowę, musi odebrać paczkę od listonosza. 

Sielanka, która trwała tylko chwilę 

– Zamówiłam nowy magazyn ogrodniczy, wybacz słonko. Już jestem. Na miejsce doleciałam wieczorem. Pierwszy raz leciałam samolotem, byłam taka przejęta i zmęczona. A w Anglii jak to w Anglii – ciemno, zimno i deszcz. Ciągle ten deszcz. Ten człowiek przysłał po mnie kolegę, bo musiał zostać w pracy. Pojechaliśmy autobusem na przedmieścia do małego domku. Myślałam, że to będzie nasz domek, okazało się, że mamy jedynie pokój w piwnicy. Zdumiałam się, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że przecież mężczyźni nie potrzebują wielkich luksusów i na pewno wkrótce coś znajdziemy. Ten człowiek ucieszył się na mój widok. Przyniósł kwiaty i kolację – burgera z frytkami. Następnego dnia miał wolne, więc mieliśmy przejść się po miasteczku i poszukać dla mnie pracy. Z pracą nie było żadnego problemu – szukali pracowników magazynu. Praca ciężka, ale czas mijał szybko, pracowałam z innymi Polkami, brygadzista był dla mnie bardzo miły, wpadłam mu w oko. 

Bolesne zderzenie z rzeczywistością 

Po trzech dniach dostałam jednak wymówienie, a ten człowiek załatwił mi pracę w swojej fabryce. Tutaj nie było już tak miło, tempo szybsze, przerwy krótsze i ciągle śmierdziało. Mnie jednak ludzie lubią i szybko zaczęłam się ze wszystkimi dogadywać, dbał o mnie szczególnie jeden kolega. Nic złego nie robił, pomógł coś przenieść, raz podał mi coś z półki i przytrzymał drzwi na zaplecze. Temu człowiekowi to jednak wystarczyło, po pracy nie odzywał się do mnie, a później zrobił mi awanturę. Szybko się pogodziliśmy i był spokój. Aż do czasu, gdy były moje imieniny i dostałam od kolegi kwiatka. Ten człowiek nic nie powiedział, ale zrobił się cały czerwony. A to był zwykły kwiatek za 10 p. Wtedy przez moment poczułam się dobrze, trochę zazdrości, jak to mawiają w związku, jest potrzebne. W domu najpierw się nie odzywał, a później mi przywalił. Bez uprzedzenia, mocno. Ogłuszył mnie. Później bił mnie jeszcze głowie. Powiedział, że już więcej tam nie wrócę. Myślałam, że żartuje, ale musiał dosypać mi czegoś do herbaty, którą mi podał po wszystkim, bo obudziłam się prawie w południe, a drzwi były zamknięte na klucz. Od tego dnia zaczął się mój horror. Nie mogłam pracować, nie mogłam sama wychodzić, nie mogłam dzwonić do córki. Dni zlały się w jedno. Miałam wiadro, bo w piwnicy nie było toalety. Miałam gotować, sprzątać, prać, kiedy mi kazał. Najpierw byłam cicho, później krzyczałam, ale nikt z domu mi nie pomógł. Dowiedziałam się o wiele, wiele później że powiedział tym ludziom, z którymi mieszkaliśmy, że jestem chora psychicznie, okłamałam go i nie wzięłam leków z Polski. Oni mu uwierzyli. Nie przestawał mnie bić. Bił mnie, gdy byłam niemiła, gdy nie chciałam uprawiać z nim seksu, gdy płakałam za domem lub ugotowałam coś inaczej, niż on chciał. Bił mnie, gdy nie poszło mu w pracy albo gdy koledzy się z niego śmiali. Modliłam się do Najświętszej Panienki, żeby wrócić do domu, do córki. 

Ratunek, który mógł nie nadejść 

Pomoc przyszła zupełnie niespodziewanie. Znajoma, z którą pracowałam na magazynie w tej pierwszej pracy, postanowiła mnie odwiedzić. Przyszła do nas i gdy on nie patrzył, wyszedł na chwilę na korytarz, podsunęła mi serwetkę z napisem „jeśli dzieje Ci się krzywda mów o Klaudii” szybko wsunęła serwetkę do kieszeni sukienki. Ten człowiek na szczęście tego nie zauważył. Nie wiem, co by było, gdyby się zorientował… Wizyta koleżanki go zmęczyła tak bardzo, że próbował wyrzucić tę kobietę. Kiedy ja – nie wiem, skąd wzięło się we mnie tyle sił, ale powiedziałam: „Nie, ona musi jeszcze zostać, bo nie powiedziała mi o Klaudii”. I zaczęłam ją pytać, jak czuje się Klaudia, bo gdy z nimi pracowałam, to było z nią kiepsko i tęskniła za domem. Gdy znajoma wyszła, dostałam kilka razy w twarz, ale modliłam się jedynie, by ktoś mi pomógł. Nie wierzyłam, że ratunek nadejdzie, to było dla mnie niemożliwe. Dwa dni później usłyszałam walenie w drzwi naszej piwnicy. Ten człowiek otworzył, został wepchnięty do środka pokoju. Jakiś mężczyzna trzymał go za gardło i przyciskał do lodówki, drugi stał za nim. Trzecią osobą, która weszła do pokoju, była tamta kobieta. „Pakuj się, wracasz do domu” . Na lotnisku oddałam jej 500 złotych. Tyle kosztował bilet. Gdy samolot oderwał się od ziemi, po moich policzkach płynęły łzy i nie przestały aż do samego lądowania. 

Doświadczenie matki, wnioski dla córki 

Na lotnisku cały czas oglądałam się za siebie, czy nikt mnie nie śledzi. Dopiero następnego dnia dotarłam do mieszkania jego matki. Gdy mnie zobaczyła, przeżegnała się i powiedziała tylko „przepraszam”. Zgłosiłam sprawę na policję. Dużo pomogła mi wychowawczyni mojej córki i moja koleżanka. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała przy sobie tamtych pieniędzy. Możliwe, że Ci ludzie i tak by mi pomogli, a może nie, nie wiem. Dzisiaj moja córka ma 24 lata, pracuje, ma swoje pieniądze. Nie opowiedziałam jej, co zdarzyło się w Anglii, ale zaczęłam uczyć, że ma zarabiać, być niezależna. Chcę, żeby miała dobrą pracę i związała się z facetem, który też umie ciężko pracować i zarobić pieniądze. Co mogę powiedzieć młodym dziewczynom? Jeśli szukacie pracy, to szukajcie dobrej pracy, a jeśli mężczyzny, to dobrego mężczyzny i te dwie rzeczy wcale nie muszą iść w parze. 

Kinga: mąż dobry do czasu

Mojego męża poznałam na konferencji – opowiada drobniutka blondynka w dużych okularach w złotych oprawkach.  Ja – świeżo upieczony pracownik, kilka miesięcy wcześniej skończyłam studia, dostałam dyplom i wyruszyłam na podbój wielkiego świata. On – dyrektor handlowy starszy ode mnie o ponad 10 lat. Doskonale ubrany, przystojny, elokwentny. Rozmawialiśmy kilka minut i byłam przekonana, że nigdy więcej się nie spotkamy. Nie doceniłam go – Kinga uśmiecha się smutno na to wspomnienie – zdobył mój służbowy numer telefonu i umówił się na spotkanie, jako klient. Trochę mnie zdziwiło, że specjalnie do mnie przyjechał z innego województwa ponad 300 kilometrów. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że musi być naprawdę zachwycony naszymi pozytywnymi opiniami w sieci… 

Owinięta wokół palca 

Oczywiście tak poprowadził pierwsze spotkanie, że niczego nie udało się ustalić i kilka dni później musiał przyjechać znowu. Tym razem zaprosił mnie na lunch. Widziałam już, że starsze stażem koleżanki wychodzą na lunche z klientami, więc czułam się wyróżniona – w duchu skakałam z radości! Później zaczęliśmy do siebie dzwonić, najpierw w sprawach służbowych, później on poprosił mnie o prywatny numer telefonu. Pół roku, tyle minęło od pierwszego spotkania, gdy mi się oświadczył. To były nasze wakacje w Rzymie, mój pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem – byłam dosłownie i w przenośni wniebowzięta! I on, opiekujący się mną w tak piękny sposób, trzeba przyznać, że miał maniery dżentelmena: odsuwał mi krzesło w restauracji, podawał ramię podczas spaceru, mówił do mnie „kochanie” w taki serdeczny sposób. Zmiękłam, roztopiłam się jak rzymskie lody w upał. Dzisiaj myślę, że owinął mnie wokół palca… 

Wielka miłość i wielkie zmiany – czy na pewno na lepsze? 

Rzuciłam pracę i zamieszkałam w jego mieście. Szybko znalazłam zatrudnienie, a później wszystko nabrało tempa: ślub i ciąża. To była wielka miłość, ale pociągała za sobą wielkie zmiany, byłam przerażona. Jemu zależało na dziecku, w końcu był już grubo po 30-stce. Ja uważałam, że mam czas, ale pozostał w tej kwestii stanowczy. Gdybym wtedy zauważyła, że jest to człowiek, który zawsze potrafi postawić na swoim, jeśli nie od razu, to po jakimś czasie. Nieważne, jakimi środkami, on zawsze osiąga to, czego chce – Kinga uśmiecha się, ale nie w tym uśmiechu radości, w jej głosie pobrzmiewa gorycz – dziecko i od razu bliźniaki. Byłam przerażona, ale powiedział, że ze wszystkim sobie poradzimy. Zaczął szukać większego mieszkania, urządzać je dla nas. Pokój dla dzieci, salon, piękna kuchnia. Ja puchłam, a on zdawał się pękać z dumy. Pierwsze dziwne zachowania, które pamiętam, bo musiało ich być więcej, tylko nie zwracałam na nie uwagi, dotyczyły właśnie ciąży. Musiałam iść do ginekologa, którego on wybrał, chociaż wolałam innego lekarza. Miałam rodzić w konkretnej klinice i tutaj również nie miałam nic do powiedzenia. Spisał ze mną plan porodu, ale byłam tak zmęczona, że niewiele z tego pamiętałam. Później dowiedziałam się, że to on chciał, abym za wszelką cenę rodziła bliźniaki naturalnie – wyobrażasz sobie? Uważał, że tylko poród SN to prawdziwy poród. Wybrał również położną – bardzo nieprzyjemną kobietę, która wcale nie chciała mnie słuchać i w czasie porodu na mnie krzyczała. Zabronił mi karmić piersią, ponieważ uznał, że zepsuje mi się biust – wcześniej uwielbiał moje piersi – i poinformował o tym cały personel kliniki, tylko nie mnie. 

Groźba, która zmieniła wszystko 

Najgorsze jednak było to – Kinga nie może poradzić sobie ze łzami, które napływają jej do oczu – że zmienił imiona naszych dzieci. Urodziłam dwie śliczne dziewczynki, jedna miała mieć na imię Amelka, a druga Weronika, a on nazwał je: Monika i Patrycja. Kompletnie tego nie rozumiałam, a gdy zwróciłam mu uwagę – tak naprawdę to zrobiłam scenę – najpierw z dobrodusznym uśmiechem powiedział, że coś mi się pomyliło, a później podszedł bardzo blisko mnie i wyszeptał: „Jeśli się nie uspokoisz, powiem wszystkim, że masz depresję poporodową, zamkną Cię w klinice psychiatrycznej i dopilnuję, żebyś już nigdy nie zobaczyła dzieci.” Poddałam się, miałam zdrowe dzieci i to było dla mnie najważniejsze. 

Wspomnienia, które ciągle bolą  

Dalej było tylko gorzej. Całe macierzyństwo polegało na zadowalaniu jego potrzeb i spełnianiu jego wizji idealnej matki. To on określał jaka mam być, co mam nosić, jak mam mówić. Do dzisiaj na widok skromnej sukienki zapinanej od góry do dołu na guziczki dostaję mdłości. Dość szybko musiałam również spełniać małżeński obowiązek. Nie przejmował się, że dzięki niemu miałam za sobą bardzo długi i bolesny poród. Jego potrzeby były najważniejsze. I pieniądze! Każdego dnia żałowałam, że nie miałam swojego kapitału, swojego konta. Tyle, żeby opłacić wizytę u dobrego prawnika i poszukać mieszkania w innym mieście. Nie miałam niczego, tylko kartę do jego konta, na które wpływały wszystkie świadczenia na dzieci. Kartę dawał mi i zabierał wedle uznania. Raz wyjechał w delegację i zapomniał jej zostawić. Zapasy skończyły się po dwóch dniach – nie pozwalał robić większych zakupów, bo uważał, że za dużo wydaję i marnuję za dużo jedzenia – i nie miałam co jeść. Na szczęście ukryłam przed nim jedną puszkę mleka dla dziewczynek, więc chociaż one nie były głodne. Gdy wrócił, wyśmiał mnie, wskazując jako potencjalne źródło zarobku ulicę i komentując moją fizjologię, która wyglądała tak, jak wyglądała przez niego… – Kinga płacze, jest to jednak płacz spokojny, dwa lata terapii i pomoc bliskich zrobiły swoje – Działo się wiele okropnych rzeczy, w naszym domu  i w naszym małżeństwie. Po jakimś czasie człowiek jednak przestaje zwracać na to uwagę, rośnie mu pancerz. Znosi uwagi i inne upokorzenia, wiedząc, że nie ma wyjścia i dzieciom nie dzieje się krzywda.

Chwila, która zmusza do walki 

Kiedy poczułam, że mam dość?  Pewnego dnia weszłam do pokoju, gdy przebierał jedną z naszych córeczek. Nie widział mnie, a ja zauważyłam jego dziwne zachowanie. Na początku nie mogłam uwierzyć, byłam pewna, że mi się przywidziało. Całą noc nie spałam, tylko analizowałam zachowanie córeczek. Moje niemal 3-latki stały się wtedy apatyczne i bardziej płaczliwe, a po czasie, jaki spędziły z ojcem, garnęły się do mnie bardziej niż zwykle. Często czepiały się mojej spódnicy i chowały za mną, gdy on wracał z pracy. Gdy dodałam dwa do dwóch, musiałam włożyć sobie pięść w usta, żeby nie krzyczeć. Miałam różne myśli tamtej nocy, chciałam to zakończyć, ale nie miałam żadnej siły, nie chciałam stracić moich córek i zostawić ich z tym potworem. 

Siła, która bierze się z miłości 

Zaczęłam działać. Musiałam zgromadzić środki, trwało to w moim odczuciu wieczność. Wmówiłam mu, że córki są chore, że może się zarazić, więc przestał spędzać z nimi tak dużo czasu. Jednocześnie pracowałam nad uśpieniem jego czujności. Ucieczkę zaczęłam planować w maju, w październiku miał dużą konferencję, wiedziałam, że kilka dni go nie będzie w domu – to była moja szansa. Pomogła mi pani z kiosku, która skontaktowała się z moją rodziną. Znalazłam również prawnika. Skąd miałam pieniądze? Powiedzmy, że sprytnie robiłam zakupy – Kinga uśmiecha się lekko – niech reszta zostanie moją tajemnicą. Uciekłam. Żyję i mam się dobrze, moje dziewczynki również. Udało się uzyskać opiekę i odwiedziny tylko pod moim nadzorem, nagrywam każde spotkanie. Walka była długa i sprawiła, że mając 26 lat, całkowicie osiwiałam – Kinga śmieje się z goryczą  – próbował zabrać z mojego życia kolor, ale tylko w części mu się udało. Nie był w stanie odebrać mi siły, którą dawała mi miłość do moich córek. 

Nowe życie i piękna miłość 

Dzisiaj mam śliczne 12-letnie córeczki, nowego męża, który nas kocha i szanuje moją potrzebę niezależności. Zna moją przeszłość, więc mnie nie kontroluje, ufa mi, a wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. Mam swoją firmę – jestem psychologiem dziecięcym. Za 3 miesiące znowu zostanę mamą, pracuję tyle, na ile pozwala mi samopoczucie i lekarz. Mąż jest dla mnie wielkim wsparciem. Mój eks? Dzwoni do dziewczynek kilka razy do roku, raz na dwa lata przyjeżdża z prezentami (spotkania tylko w mojej obecności). Córki na szczęście niczego nie pamiętają z tamtego okresu, ale ja mam tę krótką scenę wyrytą w pamięci na zawsze. 

Pieniądze: bufor bezpieczeństwa 

Czy chciałabym coś powiedzieć dziewczynom? Wyjście za mąż za odpowiedniego człowieka, to piękne wydarzenie. Jednak nigdy nie możemy do końca poznać drugiej osoby. Dlatego własne pieniądze są buforem bezpieczeństwa, z których możemy w każdej chwili skorzystać. Ich posiadanie nie jest objawem braku zaufania, a właśnie dojrzałości i świadomości tego, że życie to nie jest lista od A do Z, której punkty odhaczamy od narodzin do śmierci. To wszystko jest płynne i niestałe, a już najbardziej porywy serca. Plus można zawsze trafić na jakiegoś chorego człowieka i wtedy pieniądze są gwarancją bezpieczeństwa naszego i naszych dzieci. Tak uważam. 

***

Jak przekonały się moje rozmówczynie, życie pisze własne scenariusze. Czasami takie, których nie wyśniłybyśmy nawet w najgorszym koszmarze, a także te, które sprawiają, że czujemy się jak księżniczki Disney’a. Dlaczego w takim razie tak duże oburzenie wywołuje obecnie pytanie, czy matka powinna mieć swoje pieniądze? Kobiety, które mają mocne przeświadczenie o swojej niezależności, nie odróżniają okresu macierzyństwa od reszty życia i wciąż chcą pozostać samodzielnie, również finansowo. Te, które traktują związek, jako możliwość poprawienia stopy życiowej, są przekonane, że zawsze będą miały dostęp do pieniędzy partnera, co – jak się okazuje – może być jedynie ich wyobrażeniem. Istnieją też kobiety, dla których macierzyństwo oznacza całkowitą rezygnację z kariery i pracy zawodowej, które z konieczności lub z wygody przechodzą na utrzymanie partnera lub męża. Dla nich wszystkie pieniądze są wspólne i będą wspólne przez cały okres trwania pożycia. Brakuje jednak refleksji, kiedy to pożycie może się zakończyć. 

Chociaż mamy wpływ na dobór partnera, czasami podejmujemy głupie decyzje. Zmieniają się również okoliczności, nasze potrzeby. Okazuje się, że nie do końca znamy osobę, z którą dzielimy życie, pojawia się ktoś nowy i jedno z nas chce ruszyć dalej, by żyć swoim życiem. Nie umiemy zaplanować własnego odejścia, nie znamy chwili śmierci, więc jak możemy mieć pewność, że partner będzie z nami na zawsze? 

Niezależnie od tego, w jakiej obecnie jesteś sytuacji, czy już jesteś matką, czy dopiero planujesz nią być, porządek we własnych finansach, pozwoli Ci zachować niezbędną niezależność. Nie tworzycie z Twoim partnerem jednego organizmu i różne sytuacje w życiu mogą sprawić, że będziesz potrzebowała szybko stanąć na własnych nogach. Tak jak powiedziała Marysia: „Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej.”

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo