Change font size Change site colors contrast
Felieton

Seks po dzieciach…

31 stycznia 2018 / Magda Żarnowska

Na łamach The Mother Mag jakiś czas temu ukazał się artykuł nawiązujący do depresji waginy.

Nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do tej kwestii, ale od strony emocjonalnej. Niezaprzeczalne są zmiany, które w wyniku porodu zachodzą w ciele kobiety, ale z pewnością matki przyznają mi rację, że możemy je także zaobserwować w sferze psychiki. Nie bez podstaw na kobiecych portalach królują teksty...

Na łamach The Mother Mag jakiś czas temu ukazał się artykuł nawiązujący do depresji waginy. Nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do tej kwestii, ale od strony emocjonalnej.

Niezaprzeczalne są zmiany, które w wyniku porodu zachodzą w ciele kobiety, ale z pewnością matki przyznają mi rację, że możemy je także zaobserwować w sferze psychiki. Nie bez podstaw na kobiecych portalach królują teksty o tym, że matka po porodzie, w wyniku koktajlu hormonów serwowanego nieustannie przez mózg, skupia się co do zasady, na obsłudze noworodka. Niestety, im dalej w las tym więcej drzew.

W rozmowach ze znajomymi matkami, problem seksu małżeńskiego jest w zasadzie problemem numer jeden.

Zostawmy na razie w spokoju kobiety, których delikatni mężczyźni, pod wpływem okołoporodowych doznań, zupełnie stracili zainteresowanie ciałem rodzicielki swych dzieci i w pełni oddają się przyjemnościom, jakich nie szczędzą im strony dla dorosłych albo rzucają się w wir romansu z młodą, jędrną nastolatką. Od razu jasno wyrażę swe zdanie – na pohybel takim ojcom, cytując klasyka, nie są godni nawet rozwiązać rzemyka u sandałów swych kobiet.

Porozmawiajmy o mężczyznach, u których fizjologicznie wszystko gra. Co więcej, są jak zwykle stęsknieni i spragnieni swych kobiet, a na ich propozycję wieczornego „poprzytulania się”, w odpowiedzi słyszą tylko bezlitosne „jestem padnięta”, w gorszej opcji całą litanię obowiązków do odhaczenia.

Tłumaczę to sobie, tłumaczę to wszystkim dookoła i nadal mam wrażenie, że nikt mi nie wierzy, a nawet jeśli wierzy, to z uporem maniaka zaklina rzeczywistość i chce nadal próbować po swojemu.

Nie wiem, jak jest u Was, drodzy Państwo, ale na przykładach, które znam osobiście, mogę stwierdzić, że:

  1. Kobiety są niesamowicie zarobione. Niewiele znam przypadków, w których faceci na równi włączają się w obowiązki domowe. Nawet jeśli tak twierdzą, to niestety przypuszczam, że w większości im się jedynie wydaje. Ciągle pokutuje jakaś kretyńska idea, że kobieta MA obowiązki, a mężczyzna MOŻE pomagać. I w rezultacie, kiedy uda się już położyć spać rozwrzeszczaną dzieciarnię, na Matkę Polkę czeka jeszcze przygotowanie obiadu na jutro, prasowanie, a czasem także zmycie wiecznie uwalonej podłogi (oczywiście słów tych nie kieruję do Ciebie, Kochanie 😉 ).
  2. Kobiety same sobie zarzucają chomąto na szyję, aby już z odległości kilku kilometrów razić przechodniów martyrologią swej roli życiowej, podkreśloną tłustymi włosami i rozmazaną wczorajszą kreską pod okiem. Dodatkowo są wiecznie na „standby’u” ciągle nasłuchując, czy aby dziecko odwracając się na drugi bok nie zsunęło sobie kołdry z najmniejszego palca u stopy. W takim wypadku trzeba bowiem natychmiast interweniować, aby zapobiegać przeziębieniom i innym cholerom. Prawdopodobnie często bierze się to z poczucia samotnej walki w tej całej dorosłości, z przekonania, że wszystko i tak jest na ich głowach, to na wszelki wypadek dorzucą sobie jeszcze do pieca.
  3. Znani mi faceci twierdzą, że nie ma nic uwłaczającego w wieczornej subtelnej propozycji kierowanej w stronę udręczonej żony, brzmiącej słodko i niewinnie znad ekranu telefonu – „może się pobzykamy?”. I wyobrażam sobie, że wtedy żona myśli jedynie „a żebyś sczezł Ty i ten Twój niewyżyty wąż z rozporka!!”. Mężczyźni jeszcze bezczelnie tłumaczą swoje postępowanie troską o dobre relacje małżeńskie, bo przecież seks jest ważny, a czasu tak mało. Zdecydowanie za mało na jakieś ceregiele związane z grą wstępną, bo przecież dziecko się zaraz odkryje i finalnie nie dojdzie do konsumpcji. Czyli „szybko, szybko, to zdążymy w przerwie meczu 😉”. Wszystko mechanicznie, schludnie, cicho. Najlepiej w ogóle na stojąco, pomiędzy walającymi się po podłodze klockami lego i innymi grzechotkami.
  4. Kobiety pragną emocji i uniesień. I nie tylko tych dostarczanych co wieczór w „Na Wspólnej”. Kobiety chcą gry wstępnej. Kobiety chcą uwodzenia! Kobiety nie chcą zaraz po położeniu dziecka, na szybko odbywać aktu… kopulacji, żeby każdy mógł w tempie wrócić do swoich zajęć. Kobiety chcą być boginiami seksu, namiętnymi, rozpustnymi, ale muszą mieć do tego odpowiednie warunki.

Podsumowując te obserwacje chciałabym zasugerować rozwiązanie.

Otóż ktoś bardzo mądry kiedyś powiedział, że gra wstępna u kobiety trwa przez cały dzień. Przez cały dzień można zatem dawać sygnały zaangażowania w związek i chęci bliskości, chociażby poprzez zdejmowanie z ramion drugiej połówki ciężarów, które na nich spoczywają. Co więcej, największym organem erogennym u kobiet jest mózg. Zatem Panowie – pieśćmy kobiece mózgi, żartem, słowem, komplementem. Nie trzeba od razu topić żony w butelce wina i w każdym kącie rozstawiać świeczek. Fakt, od czasu do czasu jest to miły gest, ale tylko jeśli wiąże się z nim uwaga poświęcona drugiej osobie.

I ostatnia rada, taka od serca, prosto do rozporka. Jeśli już musicie, bo inaczej się udusicie, to lepiej w ogóle nie pytajcie!

To tak jak pytać „czy mogę panią pocałować?”. Albo chcesz kogoś pocałować, albo nie. Zrób to, najwyżej dostaniesz w mordę. Jeżeli już żona szorująca podłogę wzbudza w Was takie pożądanie, to pomóżcie jej szorować, powydurniajcie się przy tym, a w odpowiednim momencie, chwyćcie po prostu w ramiona i dajcie się ponieść chwili 😉. Kobiety naprawdę lubią seks, ale w większości dobry seks dla kobiety, to taki, który wywodzi się z bliskości. A nie istnieje coś takiego, jak bliskość INSTANT – jak zupka chińska bez gotowania. Tylko wtedy kobiety czerpią radochę z seksu. I wbrew pozorom ta radocha nam kobietom też jest potrzebna. I dobry seks to mimo wszystko może też być seks na szybko, grunt, żeby była w tym namiętność i radocha obydwojga uczestników.

Myślę także, że jest to kolejna odsłona, kolejny aspekt całej idei mother-life balance. Żeby odnaleźć siebie, trzeba odnaleźć równowagę.

Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, ale także istotami seksualnymi. Tak, jak matka potrzebuje oddechu, wyjścia z domu, oderwania się od codziennych obowiązków, tak samo potrzebuje szansy na namiętność, ale w pełnym znaczeniu tego słowa. Skoro kobiety mogą sobie wywalczyć powrót do pracy i czas na wyjście do kosmetyczki, powinny być może także walczyć o inne aspekty swego życia, żeby móc z czystym sumieniem powiedzieć, że równowaga, która osiągnęły, jest kompletna?

 


Designed by ijeab / Freepik

Felieton

Bo to zła kobieta była….

12 sierpnia 2019 / Magda Żarnowska

Często przed rozpadem partnerzy byli ze sobą latami, mają wspólnych przyjaciół,  zdążyli już zapoznać się wzajemnie z większością rodziny, czasem nawet uwić wspólne gniazdko, aż tu nagle taka informacja!

To koniec.

Przypuszczam, że każdy lub każda z nas zna historię biednego, porzuconego faceta, któremu zła kobieta złamała życie.

Odłóżmy na bok historie prawdziwie złych kobiet, które zupełnie bezpodstawnie rzuciły się w wir romansu z bogatymi playboyami i opuściły kochanego Mietka, który w domu przewracał właśnie schabowe na drugi boczek. 

Nie mówmy też o kobietach, które po latach ciemiężenia wybiły się na wolność i niepodległość. Bo ten kochający i kochany Mietek to był zwykły tyran, wyzyskiwacz, bawidamek, a już najgorzej damski bokser. 

Mówimy o przykładzie, kiedy ta Zołza była zupełnie normalną kobietą, a i Mietkowi niewiele można zarzucić. Owszem każde z nich miało swoje za uszami. Swoje wady, ale też szeroki wachlarz zalet, które te wady skutecznie niwelowały, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

A taka ładna para…

Jak wyjaśnić ludziom, że związek z pozoru idealny właśnie się rozpadł? Jak wytłumaczyć, że ktoś od nas odszedł tonem pełnym szacunku dla tej drugiej strony?

Wydaje mi się, że żyjemy w dziwnych czasach. Kiedyś instytucja małżeństwa była święta, a każdy słyszał z ust starszych ciotek i babć, że „w naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów”. Ile znamy tragicznych sytuacji, kiedy żony i mężowie zainspirowani podobnymi poglądami z pokorą nieśli swój krzyż i marnowali (tak, nie bójmy się tego tak określać) swoje życie?

Teraz wydawać by się mogło, że jest odrobinę lepiej, choć jestem przekonana, że to temat na osobny, bardzo długi wpis. Niemniej jednak zdarzają się sytuacje, że związek się rozpada.

Często przed rozpadem partnerzy byli ze sobą latami, mają wspólnych przyjaciół,  zdążyli już zapoznać się wzajemnie z większością rodziny, czasem nawet uwić wspólne gniazdko, aż tu nagle taka informacja! To koniec.

I być może faktycznie jest to sprawa jedynie samych zainteresowanych. To z kim są, byli lub będą, niemniej jednak rodzina i znajomi muszą się jakoś ustosunkować do zaistniałej zmiany, wszak teraz będą zobowiązani wybierać, którego z byłych państwa Smith wolą. A to już stwarza szerokie pole do wyrażania swojej opinii.

I teraz wchodzę ja, cała na biało i mówię „nie musisz wybierać!”, nie musisz nic deklarować, to przyjdzie samo. 

Tylko szkoda, że wielu zaangażowanych, a jednak drugoplanowych bohaterów tego przedstawienia w ogóle nie słyszy mojego apelu, bo zamiast tego już zawzięcie obrzuca błotem osobę, która to właśnie porzuciła kogoś bliskiego.  Bo jakoś się tak utarło, że kiedy ktoś Ci się żali, że rozstał się z drugą połówką, ale nie ma w jego głosie euforii, to z marszu stawiamy się na stanowisku kipiącym nienawiścią wobec tej drugiej osoby. A może niepotrzebnie? 

Myślę sobie, że nie ma chyba nic gorszego niż wysłuchiwanie litanii zarzutów pod kątem osoby, którą jeszcze niedawno kochaliśmy. Bo jak to odbierać? Do tej pory wszyscy nas oszukiwali, mówiąc, że taka piękna i dobrana z nas para? Dlaczego nikt z bliskich nie zdobył się na szczerość wcześniej, a teraz nie może przestać wymieniać wad poprzedniego wybranka lub wybranki?

A gdyby tak uszanować wolę osób, które się właśnie rozstały i docenić ich odwagę i szczerość we wkraczaniu na nową drogę życia? Bo nie oszukujmy się, odejście ze związku, który jest w porządku, któremu nie można wiele zarzucić, a jedynie tyle, że coś się wypaliło, a priorytety się rozjechały, wymaga nie lada odwagi. 

Zrobienie tego kroku, odbycie tej rozmowy, w której z pewnym smutkiem, a jednak ulgą, wyjaśniacie sobie, że tego się już nie da posklejać, wymaga nie lada heroizmu. I chyba lepiej teraz, kiedy jeszcze wiele można zmienić, niż za 5- 10 lat? Świadczy też o szacunku wobec partnera, skoro ktoś potrafi rozejść się z godnością, zanim zacznie żywić do drugiej osoby jawną niechęć.

Doceniaj, a nie oceniaj, jak mawiają niektórzy bankierzy!

Myślę, że to hasło jest właśnie kluczem i cenną informacją, jak ustawić swoje żagle, kiedy wieje nam prosto w twarz wiatr rozstania bliskiej nam pary. Doceniajmy to co było w nich, w pojedynczych osobach dobre, w trakcie trwania związku i co dobrego w nich pozostanie później. Czas sam pokaże, do którego z byłych partnerów jest nam bliżej, a i oni sami taktownie usuną się w cień, w relacjach, które nie rokują.

A co więcej- (najpewniej amerykańscy) naukowcy stwierdzili, że ogromny odsetek byłych partnerów jednak do siebie wraca, a to oznacza, że lepiej nie palić za sobą mostów wylewając wiadro hejtu na głowę czyjegoś eks. Jeżeli mamy jakieś uzasadnione zastrzeżenia i obiekcje po prostu rozmawiajmy o tym na bieżąco. Ale pamiętajmy- uzasadnione. 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo