Change font size Change site colors contrast
Felieton

Kariera czy macierzyństwo?

18 lutego 2018 / Magdalena Droń

Nigdy nie myślałam, że stanę się jedną z tych kobiet, które szukają odpowiedzi na pytanie postawione w tytule.

I nie chodzi o to, że nie chciałam mieć dzieci, bo od kiedy pamiętam wiedziałam, że będę mamą. Problem leżał po innej stronie. Zawsze wydawało mi się, że perfekcyjnie będę łączyć rolę idealnej matki i przebojowej bizneswoman – jestem przecież tak świetnie zorganizowana i wielozadaniowa....

Nigdy nie myślałam, że stanę się jedną z tych kobiet, które szukają odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. I nie chodzi o to, że nie chciałam mieć dzieci, bo od kiedy pamiętam wiedziałam, że będę mamą. Problem leżał po innej stronie. Zawsze wydawało mi się, że perfekcyjnie będę łączyć rolę idealnej matki i przebojowej bizneswoman – jestem przecież tak świetnie zorganizowana i wielozadaniowa. Jakież zdziwienie pojawiło się w momencie, kiedy nie wszystko zaczęło iść zgodnie z założonym planem…

Pracoholiczka

Praca zawsze była dla mnie istotna. Pracowałam od kiedy mogłam, bo tak zostałam wychowana. Wiedziałam, że aby coś mieć, trzeba sobie na to zapracować. Na początku były to więc zajęcia dorywcze, później poważniejsze oferty związane z moim wykształceniem. Dzięki temu czułam się niezależna – miałam własne pieniądze, najpierw na drobne przyjemności, później na swoje utrzymanie. Kiedy zaczął się ten ostatni etap byłam z siebie niesłychanie dumna. I to mnie zaczęło gubić… pracowałam dużo. Za dużo. Studia, pełen etat i dodatkowy „etat” w domu, po godzinach. Jestem młoda, przecież miałam na to siłę. Nic nie mogło mnie zatrzymać…

Korpomatka

Co się zmieniło, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży? Na początku nic. Oczywiście, byłam zaskoczona, bo diagnozy stawiane przez lekarzy jawnie przekreślały moje szanse na najbliższe lata w tej materii bez odpowiedniego leczenia. Los chciał inaczej. Nie zwalniałam jednak tempa. Nie wiem, czy była to kwestia nieuregulowanej z początku umowy czy po prostu chęć nadążania za branżą, która przecież tak szybko się zmienia. A ja nie mogłam wypaść z obiegu. Czułam się dobrze, miałam siły. Pracowałam do ósmego miesiąca włącznie (wchodzenie na trzecie piętro i upały zaczęły dawać się w końcu we znaki). Wciąż pamiętam swoje deklaracje, że z całą pewnością szybko wrócę do pracy. Nie zastanawiałam się wtedy na poważnie jak będzie wyglądać sprawa opieki nad dzieckiem, kiedy ja będę pracować – żłobek/niania? Na rodziców w tej materii nie mogliśmy liczyć, bo i jedna i druga strona wciąż pracuje zawodowo i mieszka zbyt daleko, by na co dzień pomagać przy małym dziecku. Wiedziałam jednak, że chcę pracować i że z całą pewnością uda mi się połączyć macierzyństwo z pracą zawodową. Chyba czułam też swoiste piętno ze strony społeczeństwa i oczekiwań przez nie stawianych. Przecież tak wiele matek radzi sobie z wychowywaniem dziecka i pracą zawodową. Tak szybko wraca się teraz po urlopie do pracy. Czemu więc ja miałabym być inna? Czemu miałabym odstawać od tego schematu?

Przewartościowanie

I wtedy pojawiła się Ona. Ukochana, wymarzona i wyczekana. Chociaż nasze pierwsze chwile nie należały do najłatwiejszych już wtedy wiedziałam, że przenigdy nie oddam jej pod opiekę jakiejś obcej babie. Żadne żłobki. Żadne nianie. Niet. Nikt prócz rodziny i najbliższych znajomych nie dotknie się do mojego Maleństwa. Zachłysnęłam się macierzyństwem na tyle mocno, że z perspektywy patrząc, spokojnie mogę mówić tu o małej obsesji. Jak każda perfekcjonistka, chciałam być we wszystkim najlepsza. Przecież tego się ode mnie oczekuje. Wychodziło mi to z różnym skutkiem. Zdecydowałam się na pełny urlop macierzyński… a zaraz za nim na urlop wychowawczy. Skąd ta zmiana w dziewczynie, która do niedawna nie widziała nic poza pracą i nawet na chorobowym siedziała z laptopem na kolanach. Czy wszystko to szybki i niespodziewany obrót akcji, jak na trzymający w napięciu film przystało, czy raczej przemyślana, długofalowa strategia, którą dopiero po porodzie zdołała dopuścić do głosu?

Co ostatecznie wybrałam?

Rodzinę – bo to ona, a nie pozycja w CV, tak naprawdę się liczy. Wiem, że nie wszystkie z Was mogą sobie pozwolić na ten „komfort”. Ja też nie wiem, jak długo to potrwa w moim przypadku, ale cieszę się każdą chwilą. Stabilizację i zwolnienie tempa – kiedy człowiek biegnie, tak wiele istotnych rzeczy mu umyka. Nie zauważa tego, czym jest prawdziwe życie i jakie ma wartości. Odcięłam się więc od wyścigu szczurów i ślepemu wspinaniu się na szczyt. Widoki z doliny też potrafią być piękne. Balans i równowagę – rodzina jest ważna, ale zachowanie zdrowia psychicznego również. Dlatego właśnie pojęcie, z którym nie raz już na łamach tego portalu się spotkałyście – Mother Life-Balance – jest dla mnie tak istotne. To właśnie dzięki niemu jeszcze nie postradałam zmysłów. Nie da się przecież robić wszystkiego na 100%. Zawsze coś robi się kosztem drugiego. Być może są na świecie mamy, które perfekcyjnie łączą rolę rodzicielki i przebojowej bizneswoman – ogromne brawa dla nich! Ja tak nie potrafię i dziś otwarcie się do tego przyznaję. Niezależnie od tego, co narzuca na mnie społeczeństwo i utarte stereotypy. Mam to w głębokim poważaniu. Szkoda, że przekonałam się o tym dopiero teraz. Wiem jednak, że dziś nie powstydziłabym się pozycji: pełnoetatowy menadżer domowego ogniska, logistyk i inżynier do spraw niezałatwialnych. Odnajduję się w tej roli i jest mi z nią dobrze. Kocham swoją rodzinę i dom, który z nią współtworzę. Ale jak każdy człowiek potrzebuję jednak maleńkiej przestrzeni na siebie w tym wszystkim. A jest nią moja praca. Nie wróciłam do niej na pełnych obrotach. Póki co poświęcam się pisaniu głównie wieczorami. Ale to taka moja mała odskocznia, która daje mi harmonię, ów psychiczny balans, który pozwala mi zdrowo egzystować. Dla każdego może być to coś innego: hobby, sport czy kubek mitologizowanej przez wszystkie mamy ciepłej kawy i artykuł w gazecie przeczytany na spokojnie. Grunt, żeby znaleźć moment dla siebie.

Jaki morał płynie z tej bajki? Niezależnie od tego w jakiej jesteś sytuacji – czy jak ja, możesz sobie pozwolić na pracę zdalną lub dorywczą, czy musisz wrócić do pracy, czy chcesz w pełni poświęcić się swojej rodzinie i domowi, pamiętaj o tym, by nie poddawać się stereotypom i oczekiwaniom ze strony społeczeństwa. Przy wszystkim tym, co atakuje Cię z zewnątrz, a czasem i z wewnątrz, staraj się zachować psychiczną równowagę. Odnajdź w swoim życiu harmonię i balans, dobieraj z rozwagą różnorakie środki, a będziesz szczęśliwsza. Tak po prostu.

 


Designed by yanalya / Freepik

Styl życia

Less waste i minimalizm – czy do tanga potrzeba dwojga?

18 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Dwie idee, dwa nurty.

Minimalizm – mieć mniej, żyć bardziej i less waste – marnować mniej, przetwarzać więcej, nie kupować i nie marnować.

Tak się składa, że w codziennym życiu łączę minimalizm z less waste. Staram się zachować balans i równowagę. 

Po kilku latach mogę powiedzieć jedno: jest to spokojnie możliwe i – jak wszystko w życiu – wymaga wypracowania nawyków. Trochę uwiera na początku, a później staje się przyjemną rutyną. Pomyślałam, że może Cię to zainteresuje.

Pewnie zastanawiasz się teraz, co drogie czarno-białe meble mają wspólnego z gotowaniem obiadów z resztek i używaniem płatków kosmetycznych ze starego ręcznika. 

Być może ja po prostu obracam się w takich kręgach, ale znam ludzi i domy, gdzie less waste i minimalizm dobrze ze sobą grają. Sprawdź koniecznie książkę – reportaż Marty Sapały „Mniej”- wypożycz, posłuchaj, ściągnij na czytnik, przeczytaj! 

 

Po co Ci to całe zamieszanie? 

Chociażby po to, żeby spać spokojniej, budzić się bardziej wypoczętą. Iść drogą, która ma jasno określony kierunek z lekką głową i ciężkim portfelem. Być „tu i teraz” i cieszyć się wolno płynącym czasem. Pielęgnować relacje i dbać o swoje sumienie. Robić dla innych coś bez wysiłku i stąpać po Ziemi ostrożnie, nie robiąc nikomu świadomej krzywdy. Chciałabym Ci to ułatwić, więc przygotowałam listę punktów wspólnych dla minimalizmu i less waste. Szybko przekonasz się, że żyjąc zgodnie z ideą niemarnowania, masz dużą szansę zostać minimalistką. A jeśli już deklarujesz się, jako osoba, która nie potrzebuje wiele, przy odrobinie wysiłku i zaangażowania, możesz stać się specjalistką od less waste. 

Po 6 latach postanowiłam – nareszcie! – nazywać siebie minimalistką. Stwierdziłam, że mogę mieć coś do powiedzenia w temacie, który jest mi bliski. Dlatego teraz dzielę się moimi pomysłami, jak można połączyć minimalizm z less waste. Po co mi to wszystko? Żeby przynależeć i żeby się odnaleźć. Chcę żyć w środowisku, w którym ludzie rozumieją, jaką zgrozą napawa mnie chodzenie po galeriach i zakupy. Jak bardzo nie lubię kupować i ile czasu zastanawiam się, zanim wybiorę jakiś przedmiot lub usługę. Nie lubię tłumaczyć, że jestem w stanie zainwestować spore pieniądze w podróże, czy w hobby, a mimo że noszę zimowe buty trzeci sezon. Chcę otoczyć się etykietką „minimalistka” i znaleźć ludzi, którzy czują podobnie. 

 

Jak to się zaczęło? 

O less waste zrobiło się głośno za granicą. U nas widzę, że ten trend się rozwija od 2017 roku, powolutku, ale teraz zaczynamy już doświadczać efektu kuli śnieżnej. Przyczyniła się do tego na pewno zmiana przepisów dotyczących segregacji śmieci oraz rosnąca świadomość społeczna. Coraz więcej słyszę o organicznej bawełnie, o niemarnowaniu, gotowaniu z resztek. 

Minimalizm to obecnie mainstream, ha! Minimalistką jestem od 6 lat. Zaczęło się w Japonii – oni to mają we krwi, prostotę kulturową. Do nas trend przyszedł w 2012 roku i… zniknął. Może dlatego, że jego głośnym ambasadorem był Leo Babauta ze swoimi 100 rzeczami? Z dużym zainteresowaniem śledziłam, jak z trendu, który mógł pomóc w codziennym życiu, powstała dziwna hybryda. Minimalizm w swoje szpony szybko złapał przemysł modowy, następnie wnętrzarski. Obecnie to takie skrzyżowanie ograniczenia posiadania do 100 przedmiotów z drogimi meblami i dodatkami w określonym stylu. Dla mnie – osoby, która przeczytała na ten temat kilka książek, wysłuchała kilkudziesięciu godzin podcastów – jest to co najmniej interesujące. 

 

Jak minimalizm łączy się z less waste? 

Nie kupuję

– less waste mówi o tym, żeby nie tworzyć zapasów, których nie będzie można zużyć i rozsądnie gospodarować surowcami oraz nie przyczyniać się do zaśmiecania planety, a minimalizm, żeby otaczać się tylko tym i tylko w takiej ilości, jak to jest naprawdę potrzebne. 

Myślę przed zakupem

– będąc less waste, sprawdzam składy, kraje, z jakich podchodzi dana rzecz, będąc minimalistką, analizuję, czy dana rzecz jest mi naprawdę potrzeba, czy na pewno, do czego i czy długo posłuży.

Inwestuję w jakość

– jestem gotowa zapłacić więcej za produkty tworzone etycznie tak jak ubrania szyte w Polsce, bo kupię tylko tyle, ile dokładnie potrzebuję np. jedną spódnicę na lato, jedne buty na sezon i jeden plecak na kilka lat. 

Nie marnuję

– less waste to zużywanie rzeczy do końca i dawanie drugiego życia przedmiotom, minimalizm to zaspokajanie faktycznych potrzeb poprzez przedmioty, słowo klucz: użyteczność. Jeśli czegoś już nie potrzebuję – sprzedaję to lub oddaję, w minimalizmie wyrzucenie jest ostatecznością. 

Mam mało i zużywam do końca

– mam mało kosmetyków, produktów do pielęgnacji i do makijażu, a te, które mam, zużywam do ostatniej kropelki lub oddaję, jeśli już mi nie pasują. Zużyte opakowania przemieniam na funkcjonalne słoiczki lub świeczniki, które rozdaję bliskim. 

Kupuję rzeczy potrzebne

– unikam tego przyjemnego dreszczyku, który towarzyszy wyprawom do centrum handlowego w weekend wyprzedaży, wolę zakupy online. Wybieram rzeczy, które potrzebuję w ściśle określonej ilości – jeśli szukam jednej bluzki, to kupię jedną bluzkę lub jeden lakier do paznokci. 

Nie kupuję emocjonalnie

– zakupy to nie lekarstwo na doła i nudę. Wolę poczytać książkę, iść na spacer do parku, zagrać w planszówkę lub pouczyć się języka obcego. Transferuję swoje zasoby – energię i czas tam, gdzie da mi to jakąkolwiek korzyść. Zakupy zostawią Cię z poczuciem winy, pustym kontem i brakiem miejsca w szafie lub w łazience. 

Nie chomikuję

– noszę ubrania – na co dzień również te ładne na specjalne okazje – używam wszystkich kosmetyków, gotuję z zapasów i extra składników ze sklepiku kontynentalnego, jeśli czegoś nie używam, to oddaję. Uwaga, tutaj może być pułapka, bo less waste zakłada, że ponownie wykorzystywać np. gdy otrzymasz paczkę zostawić pudełko, papier i sznurek do kolejnej wysyłki – świetne rozwiązanie, jeśli wysyłasz paczki. Jeśli nie, oddaj ten zestaw komuś, kto będzie miał z niego użytek lub połóż na klatce schodowej z opisem „zestaw do wysyłki paczki”, na pewno ktoś skorzysta. 

Inwestuję w hobby

nie oszczędzam na moim hobby, ale nie chwytam pięciu srok za ogon. Zanim przekonam się do czegoś, spróbuję pożyczyć potrzebny sprzęt i przeanalizuję, czy nowe zajęcie jest dla mnie wystarczająco rozwojowe. Później zobaczysz mnie w super butach do biegania, w markowej koszulce, z japońskim nożem kucharskim lub formą do wypieku magdalenek za kilka stówek doskonałej jakości. Pamiętaj, że minimalizm zakłada, że masz dokładnie tyle rzeczy, ile potrzebujesz, więc spokojnie stwórz własny zestaw do malowania farbami, gry na gitarze, czy robienia na drutach. Jeśli po jakimś czasie stwierdzisz, że to nie dla Ciebie, zamiast chować rzeczy na dno szafy, sprzedaj jej lub zrób komuś prezent – to takie proste! 

Oczekuję jakości

– chcę, aby rzeczy, które wybieram, reprezentowały doskonałą jakość. Ubrania nie mechaciły się, kosmetyki nie uczulały, a pokrywki od garnków nie pękały. 

Inwestuję w emocje i doświadczenia

– bardziej ucieszę się z biletów na wydarzenie niż z kolejnego kurzołapa na półce. Sama chętniej wydam na podróż niż remont – w moim odczuciu – wciąż ładnej i zadbanej kuchni. Zamiast piątej pary jeansów wybiorę koncert. 

Pielęgnuję relacje

częściej zobaczysz mnie z przyjaciółką w restauracji lub na herbacie niż w galerii. Lubię randki z mężem, lubię dobre jedzenie i miłe towarzystwo. W „starej” bluzce bawię się lepiej niż w nowej tunice od projektanta – zużywam, pamiętasz? 

Mam porządek w domu

mam mało przedmiotów, więc sprzątanie zajmuje mało czasu. Zmywanie zajmuje niewiele czasu, prasowanie, czyszczenie łazienki – naprawdę polecam. Im więcej produktów w Twoim domu będzie miało swoje stałe miejsce w szafce lub szufladzie, tym mniej czasu zmarnujesz na ich bezsensowne przestawianie, a pusta przestrzeń, będzie sprawiała wrażenie schludnej. 

Ograniczam się i nie ograniczam się

– możesz pomyśleć, że żyję w ciasnym gorsecie, który krępuje moją radość życia, przecież cholernie się ograniczam – tego nie kupuję, tamtego też nie, tam nie chodzę, ale – uwierz, proszę – czerpię z życia pełnymi garściami. Mam wolne środki, żeby inwestować w rzeczy lub doświadczenia, o których marzę i które sprawiają mi wielką radość. 

 

 

Tak jak widzisz, jedno wynika z drugiego, miesza się i przenika. Momentami ciężko jednoznacznie określić, czy jestem minimalistką, czy żyję pro ekologicznie. Jedno jest pewne, wciąż czerpię pełnymi garściami ze stylu życia, który wybrałam, a tango gra mi w duszy nieprzerwanie!

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo