Change font size Change site colors contrast
Felieton

Nikt ci nie kazał, bejbe

18 lipca 2018 / Agnieszka Jabłońska

Jest takie jedno zdanie, które wypowiedziane przez mojego męża sprawia, że wygrałabym Tour de Pologne od razu, nawet bez rozgrzewki i w domowych kapciach (czy jak to się  u mnie w domu mówi pantoflach „pantofle załóż, a nie znowu boso na tej podłodze”).

On ma doskonałe wyczucie i wie, kiedy jest moment idealny, by z niewinnym wyrazem twarzy wypowiedzieć konkretne cztery słowa. To...

Jest takie jedno zdanie, które wypowiedziane przez mojego męża sprawia, że wygrałabym Tour de Pologne od razu, nawet bez rozgrzewki i w domowych kapciach (czy jak to się  u mnie w domu mówi pantoflach „pantofle załóż, a nie znowu boso na tej podłodze”). On ma doskonałe wyczucie i wie, kiedy jest moment idealny, by z niewinnym wyrazem twarzy wypowiedzieć konkretne cztery słowa.

To trochę tak jak chęć przejechania na próbę ręką po powierzchni, na której ktoś nakleił kartkę „świeżo malowane” albo sprawdzanie czy „nie dotykaj, gorące” to takie zupełnie gorące, że przyklei się skóra, czy może jednak nie. On za każdym razem sprawdza, co będzie, gdy wypowie ulubione zdanie. Jest jak puszysty kot na półce z rodzinnymi pamiątkami z porcelany. Dokładnie wie, co robi, kluczy między bibelotami i czeka na idealny moment.

Wracam z zakupów, które sobie zaplanowałam. Takie wiesz, nie usiedzę w domu, nie uspokoję się, nosi mnie bez tej świeżej fasolki szparagowej żółtej i bez pomidorów.

 I nie, nie mogę iść do warzywniaka pod blokiem, muszę jechać a rynek, na swoje stoisko, bo tam są pyszne pomidory i fasolka szparagowa. Kończy się na tym, że dwa razy zawijam do samochodu z pełnymi siatami, mam mokre buty, skarpetki, spodnie, kurtkę i bluzkę pod kurtką. Tak, ja sobie zaplanowałam zakupy, a pogoda oberwanie chmury. Nie dogadałyśmy się kompletnie. Wracam, wnoszę zakupy i zajmuję się ich rozpakowywaniem. Do domu wchodzi mój mąż i już wiem, że zaraz powie cztery słowa, które sprawią, że włosy mi od razu wyschną, a w kuchni zrobi się przytulnie niczym na brzegu Etny.

Drogę z pracy do domu pokonuję szybko, czas mam wyliczony do minuty.

Sprzątam, udaję, że gotuję, jem, zmywam i znowu siadam do komputera. Cholernie to lubię, spełniam marzenia, a moje „ja” szybuje. Wieczorem jestem zmęczona, chcę położyć głowę na męskim ramieniu albo na poduszce. Poduszka to byłby zdecydowanie lepszy wybór – zapamiętać na przyszłość. Ma ogromną zaletę: milczy. Podczas gdy, między jednym zdaniem a drugim wypowiedzianym przez właściciela ramienia, pada ONO: hasło dnia, panaceum dla zabieganych, melisa dla pracoholiczek.

„NIKT CI NIE KAZAŁ”

To ulubione zdanie mojej drugiej połówki, gdy czuję, że od szybkiego biegu zdzieram sobie obcasy, gdy mam rozczochrane włosy, a rano nie wiem, kim jestem. To taka mała kula z łańcuchem, która ma sprawić, że pęknie trochę balonik superwoman i moje ego straci kilka centymetrów.

Mąż ma rację, nikt mi nie kazał brać sobie tony pracy na popołudnie – wystarczyłoby pół, ale ja chciałam, czułam, że muszę. Nikt mi nie kazał myć okien z katarem, żeby później skarżyć się na przeziębienie, ale były brudne i musiałam, wreszcie nikt mi nie kazał spotykać się z kimś, kogo cholernie nie lubię i później narzekać na zmarnowany wieczór, ale ja musiałam.

Mam takie wrażenie, że my kobiety uwielbiamy stać nad sobą ze sznurkiem zakończonym seksownymi kuleczkami z metalu i od czasu do czasu motywująco odkładać się po plecach, aż nie poczujemy kojącego zapachu świeżej krwi.

Jeszcze nie skończyłaś projektu – pewnie wyleją cię z pracy. Nie zrobiłaś córce ciasteczek do szkoły, wolałaś zamówić gotowe – jesteś beznadziejną matką. Nie wróciłaś do formy w pół roku po ciąży, chociaż sąsiadka z II piętra w kwartał wróciła do rozmiaru XS – jesteś leniwą babą.

Myślę, że takie głosy w głowie słyszy każda z nas. I robimy milion i jeszcze jedną rzecz i osiągamy cele nieustannie, codziennie kilkanaście, a może kilkadziesiąt cholernych punktów do odhaczenia tylko po to, żeby tuż przed zaśnięciem przypomnieć sobie o milion drugim i lecieć o drugiej w nocy w piżamie do zamrażarki wyciągnąć mięso albo chleb na następny dzień.

NIKT CI NIE KAZAŁ

A gdyby tak na jeden tydzień, może właśnie wakacyjny, sierpniowy, zamienić „muszę” na „mogłabym” i dać sobie alternatywę? Mogłabym wstawić dzisiaj pranie, ale zrobię to jutro rano. Mogłabym dzisiaj odkurzyć i zrobię to z przyjemnością, gdy wypiję kawę. Mogłabym już teraz skończyć projekt i w sumie to fajna opcja, bo później zjem kolację z rodziną.

Daj sobie prawo wyboru, zobacz – każde działanie, którego możesz się podjąć to nowe możliwość. Nie musisz codziennie ratować świata i być dziewczyną a.k.a. super bohaterką. Nikt ci nie kazał bejbe.  

Felieton

Tofik zgłasza veto! Czyli czego nie powinno być w naszej rzeczywistości

13 listopada 2019 / Paulina Kondratowicz

Nie jesteś dziwny – jesteś oryginalny!

Pamiętacie ten tekst ze skeczu o Tofiku autorstwa znanego kabaretu? Kilkanaście lat temu był nawet śmieszny, uroczo-naiwnie zabawny, dzisiaj jednak wywołuje u mnie śmiech przez łzy.

W kontekście bieżących wydarzeń społecznych, narodowego ruchu zwalczania jednych przez drugich, mam wrażenie, że taki Tofik to ma dzisiaj przerąbane i lepiej by było dla niego po prostu nie wychodzić z jamy. Z drugiej strony – dlaczego miałby całe życie tkwić w mrokach jaskini, sam ze sobą, skazany na ostracyzm?

Współczesny Tofik albo nosi dumnie przypinkę z flagą LGBT, albo bierze udział w demonstracjach na rzecz praw kobiet, albo jawnie opowiada się za prawem do legalnej aborcji, czym naraża się na nienawiść, atak i agresję ze strony tych, którzy homoseksualistów obwiniają o całe zło tego świata, kobiety domagające się swoich praw i kar dla przemocowych partnerów palili na stosach lub wyśmiewali, a tych, którzy uważają, że abortowanie ciąży to oświecony kawałek suwerenności jednostki, rozstrzeliwali pod ścianą jak to miało miejsce kilkadziesiąt lat temu.

Mocne? Wcale nie. Taką mamy rzeczywistość.

 

Tęcza stanęła kołkiem w oku

Ja naprawdę nie rozumiem tej nagonki na ludzi, którzy wolą tworzyć szczęśliwe związki i sypiać z osobami tej samej płci. Nie rozumiem, dlaczego czyjeś wybory życiowe, czyjeś uczucia, wreszcie seks jest takim problemem dla reszty? Dlaczego obraża się chłopaka całującego czule swojego partnera? Dlaczego uważa się, że dwie kobiety, które wychowują dzieci za potencjalnie niebezpieczne pedofilki?

Przecież w naturze homoseksualizm się zdarza. Jest co prawda procentowo mniejszym zjawiskiem w stosunku do istot heteroseksualnych, ale jest!

Nie mam nic przeciwko wyrażaniu siebie, uważam, że każdy ma prawo sypiać i być z kim chce. Nie uważam też, że zdrowy człowiek (psychicznie) będzie gnębił dzieci ucząc ich masturbacji. Przecież masturbacja jest zdrowa, potrzebna, dobrze wpływa na ogólne życie seksualne, pozwala nauczyć się swojego ciała i niekoniecznie gej czy lesbijka mają w ogóle jej uczyć.

Odsetek nastoletnich ciąż, ba! Ciąż bardzo młodych dziewczyn, wciąż rośnie. Czy to czasem nie oznacza, że problem leży gdzie indziej? Ogromna część społeczeństwa piętnuje i obwinia za całe zło świata ludzi, którzy nie tworzą związków heteroseksualnych, a jednocześnie robi krzywdę własnym synom i córkom poprzez nabożne milczenie na temat seksu, prokreacji, zabezpieczenia przed ciążą, informacjami na temat chorób przenoszonych drogą płciową.

Nie rozmawia z dorastającym synem o tym, że seks z dziewczyną powinien być wyjątkowym przeżyciem, a nie tylko (wybaczcie) posuwaniem. Nie tłumaczy swojej nastoletniej córce, że wcale nie musi dawać “dowodu miłości”, jeśli tego nie chce.

W Polsce realnie nie istnieje porządna edukacja seksualna, stąd też fora internetowe roją się od pytań, potencjalnie głupich, czy płukanie pochwy po stosunku colą pomoże w uniknięciu ewentualnej ciąży.

Ale społeczeństwo woli organizować polowania i krucjaty na roześmianych, tolerancyjnych, NORMALNYCH ludzi, którzy chcą jedynie akceptacji, zrozumienia, dania im szansy na bycie kim chcą i z kim chcą. I wcale nie polują na dzieci, by je wykorzystać. Bo zdrowy psychicznie człowiek nie tknie słabszego. 

 

Aborcyjna paranoja

Jeszcze innym, i chyba bardziej działającym na wyobraźnię nietolerancyjnych, tematem jest prawo do legalnej aborcji.

Według WHO bezpieczne usuwanie ciąży do 12. tygodnia nie wpływa źle i nie jest niebezpieczne dla ciała kobiety. Lekarze i specjaliści opracowali zalecenia oraz listę ostrzeżeń dla kobiet chcących poddać się aborcji farmakologicznej. JEDNAK, nie oznacza to, że ktokolwiek namawia lub zmusza kogokolwiek do tego kroku.

Organizacje zajmujące się pomocą w tym aspekcie ściśle określają, że decyzja ta musi być podjęta świadomie, ze wsparciem bliskich osób, w poczuciu odpowiedzialności za siebie i swoje ciało. W przeciwnym wypadku, jeśli dokonujemy aborcji wbrew sobie, narażamy się na traumę psychiczną i niepotrzebny ból. W Polsce aborcja jest w zasadzie zakazana, a furtka w postaci prawnie ustanowionych wskazań do jej wykonania (np. gdy do ciąży doszło w rezultacie gwałtu) jest w zasadzie jedynie mrzonką. Dochodzi do patologii, kiedy kobiety decydują się kupować pigułki wczesnoporonne na czarnym rynku, płacą ogromne pieniądze za wykonanie zabiegu w podejrzanych warunkach. Mamy co prawda możliwość skorzystania z pomocy organizacji na rzecz legalnej aborcji, wyjazdu do klinik za granicę, ale powiedzmy sobie szczerze – nie każdą stać na takie wydatki.

Zablokowano nam również swobodny dostęp do pigułek 72h po, ponieważ potrzebna jest recepta, często niechętnie przepisywana przez lekarzy. Czy naprawdę ludzie obawiają się, że kobiety będą masowo abortować ciąże, karmić się pigułkami dzień po, a na koniec jeszcze może chwalić wszystkim na Facebooku? Naprawdę społeczeństwo uważa nas za tak głupie i nieodpowiedzialne? Szacuje się, że po pigułki 72h po zgłasza się statystycznie więcej kobiet w wieku 30-40 lat niż nastolatek. Prawda jest taka, że wiele kobiet w potrzebie, z przemyślaną decyzją, pozostaje bez pomocy lub podejmuje ryzykowne zachowania względem własnego ciała, ryzykując utratę zdrowia lub życia. I to jest smutne. I o to walczą czarne marsze, organizacje na rzecz praw kobiet, o to powinni walczyć wszyscy, którym leży na sercu dobro społeczeństwa, którego lwią częścią są kobiety. 

 

Hejt nasz powszedni

Jest takim niechcianym, a jednak powszechnie występującym zjawiskiem. Nauczyliśmy się, że jesteśmy bezkarni wobec oszczerstw, gróźb karalnych czy też jawnego dyskryminowania innych, ponieważ hejt głównie odbywa się w sieci. Wiele osób myśli, że zakładając fejk konto na portalach społecznościowych czy też podszywając się pod kogoś, może swobodnie wypowiadać się w niewybredny sposób na temat zjawisk, osób lub wydarzeń.

Hejt wrósł nam w skórę, oddychamy nim i niby potępiamy, a jednak kiedy wylewa się na ulicach, w tytułach gazet, kiedy co chwilę słyszymy o aktach agresji słownej wobec innych – wzruszamy ramionami. Tak jest.

Żyjemy obok siebie, nie dbając o relacje oraz ochronę tych, którzy nie są w stanie sami się bronić. Zresztą! Co to za kuriozum, by musieć bronić się przed szkalowaniem? Na wierzch wychodzą nasze kompleksy, lęki, nasze wielopokoleniowe zadry i przekonania, których nie zmieni ani ekożycie, ani podmuch XXI wieku wraz z powrotem do wartości iście pacyfistycznych.

Poddajemy się, bo „mądry nie odszczekuje” i „tylko idiota wdaje się w dyskusję z idiotą”. Problem polega jednak na tym, że wyrastamy na narcystyczne społeczeństwo, w którym 99% z nas uważa, że reszta to wariaci i idioci. Wystarczy spojrzeć, jak sprytnie wyłapany hejt i doprowadzony do końca proces sądowy o używanie go może skutecznie uciszyć tych, którzy czują się bezkarni.

Mnie najbardziej przeraża to, że hejtem zajmują się osoby, których nigdy bym nie podejrzewała o takie zachowania. A jednak – pewnie nadal jestem naiwna. I, żeby nie było, że piszę kolejny powód o tym jak to źle i niedobrze, bez refleksji na ten temat. Zamiast hejtu lepiej napisać jego odwrotność. Np. z tej kolorowej tęczy to najbardziej podoba mi się fioletowy, reszty kolorów jakoś nie trawię. Albo… w sumie strach się odzywać. Ważne, by nie być burakiem, a wszystko będzie dobrze! 

 

Jak się baby nie bije to wątroba jej… zostaje świętą!

Ostatni frazes, który toczy moje wnętrze niczym rak – kwestia problemu przemocy.

Oczywiście mogłabym napisać i książkę na ten temat, bo od wielu miesięcy problem ten dogłębnie studiuję, pomagam kobietom i staram się sama też rozwikłać zagadki związane z tym, dlaczego zjawisko to… urosło do rangi normalności w tym naszym kraju.

Niby tak się oburzamy na przejawy przemocy i dyskryminacji. Niby nie chcemy mieć w swoim otoczeniu agresywnych osób. To dlaczego mówi się i, o zgrozo pozwala, że to co w domu zostaje w domu i brudy pierze się w czterech ścianach. Szkoda, że też zmywa krew z tych ścian, barykaduje w pokoju podczas awantury, a w ostateczności zabiera dzieci i ucieka ciemną nocą przed kolejnymi ciosami.

Utarło się przekonanie, że skoro kobieta pozwala sobie na przemoc, to znaczy, że to lubi. Tak jak lubi się lody pistacjowe. Większej bzdury nie słyszałam. I walcząc ze stereotypem mam na myśli uświadamianie tych kobiet, które mają na koncie niejedną ucieczkę i niejedną rozmowę z dzielnicowym, że ten facet mający kilka twarzy nie zmieni się nigdy. Że musi walczyć o siebie, o swoją godność, że nie ma nic gorszego niż narażanie własnych dzieci na bycie w przyszłości DDD i DDA. Nie można traktować swojej buzi jako podręcznego worka treningowego. Frajer, który jej to robi, zasługuje na więzienie i sklepanie. Ale… no właśnie. Wracamy do Polski, gdzie ustawa antyprzemocowa została złagodzona, a o obowiązku opuszczenia mieszkania przez przemocowca wydaje się być nadal daleko przed nami. Dlatego nie zabierajmy fundacjom, organizacjom i programom profilaktycznym środków na pomoc. Bo czasami może przyjść ona za późno… 

Dlatego jeśli jesteś tym Tofkiem, który w jakimś aspekcie jest inny, a przez to wyjątkowy, bo widzi patologie i próbuje z nią walczyć, to przybijam Ci piątkę. Fajnie, że jesteś. Zostań, bo musimy jakoś ponaprawiać to, co wadliwe. Jak nie dla nas, to dla naszych córek, wnuczek, kuzynek czy sąsiadek.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo