Change font size Change site colors contrast
Felieton

Oto B. Ile z niej masz w sobie?

23 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

B - specjalistka od gryzienia się w język.

B. zawsze może. Przyjechać, pobyć, pocieszyć. Porozmawiać na ciekawy temat i posłuchać, co słychać. Potrzymać, pomachać i połaskotać malucha. Pośmiać się, porobić zdjęcia mamusi i maluszkowi, pozachwycać się – w tym B. jest specjalistką.

Do perfekcji opanowała umiejętność wznoszenia ochów i achów w różnych momentach. B. jest bystra, szybko nauczyła się gryźć w język, gdy chciałaby powiedzieć coś więcej. B. umie przyjmować obojętny wyraz twarzy, gdy dowiaduje się, że kolejna koleżanka z pracy, znajoma, znajoma znajomej, kuzynka znajomego lub siostra sąsiada jest w ciąży. A łapią tę ciążę jak wirusa grypy, jedna za drugą i trzecia przed czwartą. B. nie życzy im źle, raczej dobrze – żeby dobrze się czuły i żeby ich dzieci były zdrowe, ale nie myśli o nich za dużo. Tak naprawdę B. nie myśli o nich wcale. 

B. ma prawie 30 lat i  regularnie prowadzi wewnętrzne monologi i robi rachunki sumienia. Póki co lewa równa się prawej, a aktywa bilansują się z pasywami, więc B. może spać spokojnie. Chyba że nie może zasnąć. Czasami B. chciałaby być bohaterką jakieś ambitnej powieści, bo jej życie może wydawać się nudne. 

Przewidywalne życie B., w którym szczęście to work-life balance

B. ma męża, a o swoim związku wypowiada się stosunkowo dobrze z umiarkowanym zadowoleniem. B. jest szczęśliwa, ma pracę i hobby. Ma hobby, które jest ważną częścią jej pracy i życie, w którym to praca jest najważniejsza. B. czasami nie jest pewna, co postawiłaby na pierwszym miejscu: hobby, męża, czy pracę. Może to zależy od dnia, temperatury i wilgotności powietrza, a może od jej cyklu menstruacyjnego, trudno powiedzieć. 

B. była na dnie i podziękowała 

B. lubi swoje życie. Przez niemal 30 lat udało jej się już raz obejrzeć dno i stwierdziła, że na jakiś czas zaniecha wycieczek krajoznawczych. B. osiągnęła chwiejną równowagę emocjonalną. Wyznaczyła sobie cele, wypełniła dni pracą i osobistym rozwojem. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że B. poczyniła odpowiednie wysiłki, by stanąć na własne nogi. 

B. i jej myślenie o macierzyństwie 

B. tak naprawdę to chyba nie chce mieć dzieci. Czasami uważa, że chce poczuć gorące pocałunki na policzkach i lepkie dłonie we włosach, chce patrzeć na pierwszy uśmiech i pierwszy krok i usłyszeć słowo „mama”, które stanie się najpiękniejszym wołaczem jej życia. Które – tak myśli B. – wywoła ją całą. B. wyobraża sobie święta i dziecko ubrane odświętnie, które próbuje zobaczyć pierwszą gwiazdkę. B. widzi siebie jak wspinała się do parapetu i uważa, że święta widziane oczami 3-latka odzyskają magię. Tej, której ona szuka bezskutecznie. 

B. czuje nieustanną presję społeczną 

B. tak właściwie to nie wie, czy chce ryzykować. Nie jest hazardzistką i lubi mieć plan awaryjny. B. jest zmęczona naciskami, które zaczynają uwierać ją jak okruszki bułki w miękkiej pościeli. Czuje, że ludzie dają sobie prawo, by ją oceniać, by analizować ją pod kątem przydatności społecznej. B. jest społeczeństwu potrzebna w roli inkubatora aka nosicielki życia. Dzisiaj B. nie jest pewna, czy ma ochotę cokolwiek nosić. Dlatego społeczeństwo reprezentowane przez matkę B., przez koleżankę z pracy, koleżanki z fejsbuka, czy lekarza ginekologa popędza B. Przypomina, że czas płynie tak jakby B. codziennie nie czesała swoich pierwszych siwych włosów skrzętnie ukrytych pod tymi kolorowymi. Chciała je wyrwać, ale fryzjerka powiedziała, że lepiej nie pozbywać się włosów. Argument o inwestycji na przyszłość przekonał B. 

B. nie chce się tłumaczyć, ale żyje w społeczeństwie 

B. czuje, że musi się tłumaczyć ze swoich wyborów. Musi regularnie robić rachunek sumienia i powszechnie się spowiadać, ta sama litania kiedy, dlaczego nie, czy na pewno, będziesz żałować. Moja wina – ma ochotę powiedzieć B. – moja wina – posypać głowę popiołem – moja bardzo wielka wina, chociaż B. żadnej winy nie czuje. Może czasami dziwi się, jak mocna może być miłość matki do dziecka. B. nie wie, czy jest zdolna do takiej miłości, bo – jak uznała pewnego dnia – nikt jej miłości nie nauczył. Dostała wypaczony obraz, poprzekręcane wzorce, pokraczne zapewnienia. Dzisiaj ma wybrakowane wspomnienia i luki w pamięci. Raz zajrzała w jedną dziurę i zaciągnęła się głęboko, na wpół żywa i potłuczona na kawałki B. straciła na wiele miesięcy werwę niezbędną do porządkowania przeszłości.  

B. szuka odpowiedzi, kim jest 

B. nie wie, czy jest za głupia, czy za mądra. Czy za mocno się asekuruje, czy za słabo poddaje chwili. Za mało ufa swoim instynktom, czy za mocno kieruje się realiami życia. Jest pozbawiona intuicji, czy ma jej nadmiar? B. nie widzi siebie w roli matki. To wykracza poza jej granice i chociaż wie, że byłaby w stanie wszystkiego się nauczyć, nie jest pewna, czy zdołałaby wszystko pojąć. A może na tym właśnie polega macierzyństwo? 

Ile Ty masz w sobie z B.? 

Felieton

O kulturze chorowania, której w Polsce nie ma

10 grudnia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Od jakiegoś czasu ze zdziwieniem obserwuję pewne zjawisko.

W moim mieście (pozdrawiam Łódź), gdy samochód zatrzyma się przed przejściem dla pieszych – pamiętajmy, że ma obowiązek – by osoba mogła przejść na drugą stronę ulicy, pieszy dziękuje. Każdy jeden człowiek: dziecko, kobieta, mężczyzna kłania się kierującemu pojazdem, wyrażając wdzięczność za to, że postanowił przestrzegać przepisów. Jeśli ktoś, kazałby mi napisać referat naukowy o symptomach problemów społecznych, ten punkt zająłby wysokie miejsce na mojej liście. Tak jak kultura chorowania...

Czy wciąż „służba” zdrowia? 

Nie mniej interesujące są działania podejmowane w obszarze zdrowia. Lekarze, którzy jeszcze nie tak dawno wypisywali zwolnienia na mycie okien, na „teściowa do mnie przyjeżdża” i na „mam dość, muszę odpocząć panie doktorze” dzisiaj trzymają klawiatury pod pachą i z politowaniem kręcą głową. Gorączka, kaszel, dreszcze? No cóż, trzeba będzie wziąć jakiś „-ex” i położyć się do łóżka, ale tylko wieczorem, bo „ja pani zwolnienia na przeziębienie nie przepiszę”. Tak więc jeżdżą komunikacją i chodzą po ulicach ludzie zasmarkani, ludzie zakasłani, którzy wyziębieni w poniedziałek marzą tylko o piątku i ciepłym łóżku. 

Inną grupą są „ja nie dam rady?!” O, to jest dla mnie inny gatunek ludzi, serio, ludzie XXI wieku, idealnie przystosowani do pracy w korporacjach. Antybiotyk w kieszeń i można pędzić do biura. Do tego jeszcze ze dwie zielone kapsułki – koniecznie z płynem, bo szybko się wchłania i coś na katar. Tutaj najlepszy będzie bloker, żeby z nosa nie leciało podczas ważnego spotkania. W przypadku pań niezbędna będzie jeszcze dodatkowa warstwa podkładu, ale czego się nie robi dla pracy, prawda? Na pewno wszystko to, czego praca nie robi dla nas. 

Zdowie? A co to? 

Myślę, że mogę to śmiało powiedzieć: w Polsce nie mamy kultury chorowania. Jesteśmy jej absolutnie pozbawieni, a własne zdrowie – w kontekście pracy zawodowej – jest punktem, który najmniej nas interesuje. 

Zawsze mnie zastanawia, jak bardzo trzeba być zafiksowanym na cyferkach (mam na myśli tę wartość między przychodami a kosztami i hasło, na którego dźwięk większość właścicieli firm i zarządzających zaczyna się szeroko uśmiechać – „dochód”), aby nie widzieć ludzi. Mam rewelacyjny pomysł! Niektórzy pracodawcy oraz dyrektorzy zarządzający w firmach powinni przyklejać do biurek numery. W ten sposób musieliby rozmawiać z 10, 15 i 23 bez męczenia swojego zajętego umysłu takimi głupotami jak imiona i nazwiska. Nawet ładnie wyglądałoby to w comiesięcznym zestawieniu – 10 jest rentowna, ale 15 nie, więc trzeba ją wyłączyć z projektu. Zero sentymentów i można śmiało zrezygnować z tego trudnego i krępującego – tylko czasami i tylko dla niektórych – „niestety, ale nie spełnia pani oczekiwań naszego zespołu”. Zamiast żenującej rozmowy można by wysłać po prostu załącznik w mailu z krótką adnotacją „plan kwartalny nie został wykonany, umowa wygaśnie dnia x”. O ileż takie zarządzanie lepiej wpisuje się w koncepcję przedsiębiorstwa otwartego na zmiany i młodego, dynamicznego zespołu, prawda? 

Zdrowie mamy jedno – trywialne? Ale prawdziwe 

Pracę zawsze można zmienić, grono klientów odświeżyć, a priorytety przewartościować. Przedsiębiorstwo można przeorientować z podmiotu, który generuje dużo transakcji przynoszących niewielki zysk, na firmę obsługującą niewielu, ale starannie wyselekcjonowanych klientów. Dobre zarządzanie, opracowanie właściwej strategii może przynieść zadowalające rezultaty i to nie zawsze w długim okresie! I wiesz co? Twój szef pewnie o tym wszystkim wie, ale ma to gdzieś. (Jeśli nie, to się go trzymaj). 

Zdrowia przeorientować się nie da. Latami pracujemy na to, żeby dorobić się poważnych chorób, żeby spieprzyć sobie wymarzoną emeryturę, na którą tak czekamy. Z braku czasu rezygnujemy z regularnych kontroli i wizyt u lekarzy specjalistów. Wiesz, że od zepsutego zęba można nabawić się poważnej choroby serca lub nerek? Brakiem pieniędzy tłumaczymy kolejny rok bez badań kontrolnych. Początki anemii to dla nas przesilenie zimowe/letnie/wiosenne/wyprzedażowe. Nie mierzymy ciśnienia, chociaż naszą normą są cztery kawy dziennie, bo „to dobre dla starych ludzi”. Jemy szybko, byle co, byle jak – na przystanku, w samochodzie, przed szkołą, czekając na dzieci. Rezygnujemy z herbaty i zdrowego śniadania, ale nie pogardzimy urodzinowym ciastem koleżanki. Tyjemy – otłuszczamy się, zapychamy sobie tętnice tłuszczem, nasz cholesterol zaczyna nieśmiało dopominać się o uwagę – w okolicy 40stki – i idziemy pewnym krokiem w stronę miażdżycy. Chcemy mieć chorobę wieńcową, bo to takie modne i lekarstwa można sobie pobrać fajne, bo „na coś trzeba umrzeć”. A jeszcze goni nas cukrzyca i ona jest czasami pierwsza. 

Pierwszy raz, gdy my, kobiety myślimy o zdrowiu 

Wiesz, co jest często najlepszą motywacją dla kobiet, żeby schudły? Celowo nie mówię o zmianie nawyków żywieniowych, bo to po prostu za dużo. Ciąża lub jej brak! Tak, czas prokreacji sprawia, że zaczynamy myśleć o swoim organizmie – niektóre z nas pierwszy raz w swoim dorosłym życiu, jak o złożonym systemie, który potrzebuje naszego wsparcia, by dać nam to, czego pragniemy – zdrowe dziecko. Wtedy następuje odchył w drugą stronę. 

Żebyś mnie dobrze zrozumiała – nie bronię żadnej przyszłej mamie przeżywania ciąży dokładnie tak jak sobie wymarzyła i według optymistycznego scenariusza. Zastanawia mnie jednak, co myślą kobiety, które idą na L4 chwilę po zobaczeniu na teście dwóch kresek i potwierdzeniu ciąży – zdrowej! – przez ginekologa. Może chcą odpocząć od nudnej i męczącej pracy, może mają dość kieratu, w które same dały się wpakować. Może liczą na to, że z pozycji domu i wygodnej kanapy po prostu miło spędzą kilka miesięcy. Kobiety w ciąży są mocno nastawione, by zadbać o swoje zdrowie. Łykają wszystkie witaminy, mocno dbają o to, co znajduje się na ich talerzu. Często dobrowolnie rezygnują z ruchu i zapominają o kontakcie z własnym ciałem. 

Chwila, chwila! Zastanówmy się, dlaczego ciężarna kobieta, która czuje się dobrze, ucieka z pracy na L4? Często koronnym argumentem (oczywiście niejedynym) jest ten, że wszyscy przychodzą do biura chorzy – latem klimatyzacja, w pozostałym okresie wirusy – i ryzyko, że przyszła mama się zarazi, jest bardzo duże. Brak kultury chorowania z firmach może wykluczać świadome ciężarne bardzo wcześnie z życia zawodowego. 

Chorujmy porządnie, no! 

Jak ja bym chciała, żebyśmy znowu nauczyli się chorować! Żeby chory pracownik mógł iść i spokojnie położyć się do łóżka, wypocić, wspomóc swój organizm za pomocą snu i ziół. Spędzić w tym łóżku 2-3 dni i wypocząć, nabrać sił – wyzdrowieć porządnie! Chciałabym, żeby pracodawca sam wysłał do domu chorego pracownika po to, żeby nie zarażał reszty zespołu i – jeśli ma z nimi styczność – klientów! To jest jednak wierzchołek góry lodowej. 

Szybciej się nie da? 

Zobacz, wszyscy chcemy wszystko szybko. Sorry, taki mamy klimat. Nikt nie chce czekać dwa razy dłużej na ofertę, na usługę, na obsługę – ciśniemy siebie wszyscy równo. W nosie mamy zdrowie  samopoczucie drugiego człowieka. Jedna z najsmutniejszych sytuacji, o jakich słyszałam ostatnio? Pracodawca nie uznał dnia wolnego na pogrzeb ojca pracownika – po prostu powiedział, że nie ma takiej możliwości. Jak się pewnie domyślasz, cała sprawa skończyła się ustaniem stosunku pracy i przykrymi słowami. Znów zabrakło empatii. Jak więc mamy mieć empatię w stosunku do osoby, która ma katar i dreszcze, jeśli nikt nie współczuje nam, gdy chorzy przychodzimy do pracy? 

Takie słowo na „e”, o którym nie pamiętamy 

Uważam, że współczesnej kadrze zarządzającej – pozwolę sobie na generalizację – brakuje empatii. To nie jest wymagana cecha w czasie rozmów o pracę, czy spotkań ewaluacyjnych. Po prostu jej nie badamy, a powinniśmy. Z punktu widzenia zarządzania przedsiębiorstwem lub zespołem ludzi nie jest to cecha najważniejsza, ale! powinna być wymagana! Dobry lider, który nie rozumie, że pracownik chory, to pracownik bezproduktywny, nie powinien określać siebie, jak osoby o szerokich kompetencjach. 

Czy możemy działać inaczej? TAK! 

Myślę, że po prostu możemy spróbować. Nie denerwować się na poczcie, gdy z powodu choroby jest czynne tylko jedno okienko, zastąpić w pracy koleżankę, która ma anginę, spokojnie podejść do pracownika, który przynosi L4. Miałam okazję poznać wspaniałą kobietę – pełną empatii i serdecznego ciepła. Dopiero później dowiedziałam się, że zawodowo zajmuje wysokie, kierownicze stanowisko w popularnej w Polsce firmie. Jestem pewna, że całą swoją pozytywną energię wkłada w pracę. Jestem przekonana, że jej pracownicy – kieruje zespołem ludzi – to nie cyferki w tabelce, tylko ludzie z historiami, problemami i czasami chorobami. 

Chciałabym, żebyśmy wszyscy na każdym szczeblu kariery zawodowej i w różnych sytuacjach – również na przejściu dla pieszych – byli po prostu bardziej ludzcy dla siebie. 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo