Change font size Change site colors contrast
Felieton

Czego nauczyłam się po 72h na Tinderze?

17 sierpnia 2020 / Dominika Berezyna

Szybsze bicie serca, lekki uśmiech na twarzy i delikatny rumieniec na policzkach - tak reaguje moje ciało, gdy przypominam sobie, co działo się na Tinderze i co działo się po tym, jak odinstalowałam Tindera.

Z drugiej strony, gdy myślę o tej aplikacji, przychodzą mi tylko i wyłącznie następujące słowa: targowisko próżności, giełda Samców i Samic, czy też zwykła loteria - prawdopodobieństwo, że coś wygrasz, jest bliskie zeru - już lepiej zainwestować 4 zł w Lotto.

Uważam, że Tinder jest niesamowicie demokratyczny – trochę jak książka telefoniczna, gdzie nie ważne kim jesteś i jaki jest Twój status – Twój profil jest tak samo ważny, jak profil kogoś innego, Twój głos (swipe left/right) jest tak samo istotny, jak głos kogoś innego, czy też w końcu totalna swoboda i wolność w wyrażaniu swoich poglądów oraz opinii – każdy może powiedzieć, czego chce i czego potrzebuje. Nie dziwię się więc, że Tinder jest tak bardzo popularny, a randkowanie online nie jest już dłużej żałosne, a wręcz jest mainstreamem.

Dlaczego zatem wytrzymałam tam tylko 72h? Bo nie godzę się na to, aby kobietę,  tylko i wyłącznie określała liczba zdjęć na profilu, krótki opis czy też liczba matchy z partnerami. Mężczyzna to coś więcej niż wzrost, zdjęcia mięśni czy też poczucie humoru zamknięte w trzech zdaniach. Steven Hawking uważa, że położenie punktu  w przestrzeni można wyznaczyć za pomocą tylko trzech liczb zwanych jego współrzędnymi. Człowiek, to nie tylko trzy współrzędne określające jego położenie we Wszechświecie (czy też na Tinderze :)), człowiek to nieskończona liczba współrzędnych i nieskończona liczba przestrzeni, w których się może znajdować w tym samym czasie. Po prostu coś niedefiniowalnego, a każda próba zdefiniowania tego skazana jest na porażkę i może prowadzić do krzywdzących uproszczeń, czy też utwierdzania się w błędnych stereotypach.

A jednak przybyłam tam, zobaczyłam i myślę nawet, że zwyciężyłam (słynne łac. Veni, vidi, vici).

Po trzech godzinach od zainstalowania aplikacji miałam umówione trzy randki, po sześciu – pięć, a potem po trzech dniach – 12. Czy poszłam na wszystkie? Nie. Wystarczyły dwie. Jedna super, druga mniej super – 50/50 – całkiem nieźle, myślę, jak na nowicjuszkę.

Czat na Tinderze czy też randka z Tindera może być określana mianem sztuki – starasz się zadowolić publiczność, pokazać się od najlepszej strony, tylko po to, aby na koniec usłyszeć oklaski i słowa: Jesteś tym, czego szukałem przez całe swoje życie. Tylko życie to nie teatr, czasem nawet nie grasz głównej roli w swoim własnym przedstawieniu, a publiczność ma Ciebie głęboko w poważaniu.

Ja już dawno zdecydowałam, że ja będę po prostu sobą – chodzącym nieideałem z żałośnie niskim poczuciem humoru i tendencją do wpakowywania się w przeróżne przygody (mniej lub bardziej komfortowe dla mnie i dla otaczającego mnie środowiska).

Ale czy to oznacza, że mam przestać umawiać się na randki, bo wszystkie z góry skazane są na porażkę? Albo czy to oznacza, że całe życie będę sama, bo nikt nie zauważy, że za tą niezdarnością, dziwactwem i lekkim brakiem dostosowania się  do norm społecznych, kryję się normalna, zwykła dziewczyna z ogromną dozą romantyzmu i niepoprawnego marzycielstwa?

 

To, że nie udało się za 1-szym razem, 3-cim razem czy też 10-tym nie oznacza, że nie uda się za 11-tym. 🙂

 

Ja jak Ks. Twardowski uważam, że: (…) nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia (…) że kiedy Ktoś drzwi Ci zamyka – ktoś inny otwiera Ci okno – odetchnij, popatrz (…)

Ja wiem, że jest Ci ciężko, gdy ktoś znowu zrywa z Tobą przez Messengera, nie dopuszczając nawet do pięciu minut rozmowy, albo gdy ktoś Ci mówi, że relacja z definicji miała być luźna, a Ty wszystko znowu komplikujesz. Więc Ty się znowu poślizgujesz na przysłowiowej skórce od banana – złożonej z Twoich niespełnionych oczekiwań, marzeń i niewyobrażalnej wręcz dziecinnej naiwności, że tym razem będzie lepiej i inaczej niż ostatnio. Tak leżysz i myślisz, myślisz i leżysz:  co znowu poszło nie tak i dlaczego właściwie tylko Ciebie to znowu spotyka.

Czekasz, aż znowu w głowie zakiełkuję ta mała i pocieszająca myśl – myśl zwana przez wszystkich Nadzieją.

Powoli wstajesz, ocierasz łzy z powiek, smarki z policzków, otrzepujesz dupę, kolana oraz łokcie –  i wiesz, że teraz to już powinno być tylko lepiej. Z drugiej strony rozsądek podpowiada Ci, że znowu się potkniesz, że znowu będzie cholernie ciężko i pewnie znowu będziesz cierpieć. Ale czy to wystarczający powód, aby nie próbować?

Myślę, że już rzadko która z nas marzy o Rycerzu na Białym Koniu, który zjawi się znikąd i uratuje nas ze wszystkich naszych opresji. Za to wiemy, że w naszym życiu może się pojawić ktoś, kto przewiezie na motocyklu w stronę zachodzącego słońca lub zawiezie rodzinnym SUV-em na plac zabaw, czy też nie weźmie pod uwagę zasad bezpieczeństwa i posadzi na ramę swojego roweru, po to tylko, by sprawić Ci ogromną radość. Skąd to wiesz? Bo już Ci się to przydarzyło i to nie jeden raz. A czemu ta bajka skończyła się źle, no cóż, bo to życie, a nie najlepsza kreskówka Disneya.

Gdy już cały świat uważa Cię za Starą Pannę i gdy już dawno koleżanki stworzyły Ci listę powodów, dla których nie znajdziesz męża – myślę że warto sobie przypomnieć i powtórzyć na głos –

 

BE THAT BADASS GIRL THAT YOU WERE AFRAID TO BE YESTERDAY. 

 

A wszystko się ułoży, prędzej czy później, ale się ułoży. Wystarczy się tylko uzbroić w wręcz anielską cierpliwość. 🙂

 

Kultura

Czy cyberprzemoc przestała robić na nas wrażenie? 

16 września 2020 / Agnieszka Jabłońska

Rozwój mediów społecznościowych sprawił, że często żyjemy jedną nogą „tutaj” – we własnym domu, kapciach i na kanapie, a drugą „tam” w internetowym świecie nieograniczonych możliwości.

„Tam” jest zawsze bardziej: bardziej radośnie, bardziej kolorowo, bardziej minimalistycznie, bardziej romantycznie. Jeśli uwiera Cię „tutaj” i coś Ci w życiu nie pasuje, wystarczy, że odblokujesz telefon i jesteś już po drugiej stronie. Tylko uważaj na cyberprzemoc!

W internetowym świecie jest trochę jak w zaczarowanym lesie. Wszystko jest piękne i błyszczące. Influencerki posypane gwiezdnym pyłem najnowszego filtra, dzieci ubrane w piękne stroje – mali chłopcy w muszkach to mój faworyt. Ciasta są jakieś takie bardziej puszyste, niż ten Twój sernik, co urósł, a później opadł… tak ze trzy razy. Kwiaty jakoś lepiej się układają w wazonach, a mieszkania są tak urządzone, że aż Cię skręca w dołku. Niby bez wysiłku, być może z nonszalancją, ale taką na miarę bohemy Nowego Jorku, a nie po-PRL-owskiego osiedla bloków z lat 70.  

Weź trochę internetowego pyłu dla siebie

Nic dziwnego, że zaglądasz na social media, żeby poczuć się lepiej. Bo skoro inni tak mogą jeść sobie codziennie śniadanie w kawiarni i kruszyć na około tymi croissantami z prawdziwym masłem, to może… Sama się przed sobą nie przyznasz, że gdzieś pomiędzy dojazdem do pracy, a chwilą, w której przyłożysz głowę do poduszki, marzysz o takim życiu. Ciekawym, interesującym, pełnym ładnych, pięknie ubranych i ciekawych ludzi. Takich wiesz, żeby i na miasto można było pójść, i o książkach porozmawiać. W Internecie takich ludzi jest pełno! Żeby Twój facet taki był, to by Wam się lepiej żyło po prostu. Jak mąż tej Kasi, co chodziłaś z nią 25 lat temu do podstawówki, a teraz z wypiekami na twarzy śledzisz jej profil na Insta. No, Kaśki mąż to i wygląda, i prezenty daje, i na kolacje romantyczne zabiera. Czasami aż poczerwieniejesz, jak zobaczysz na smartfonie kolejny bukiet róż tak duży, że nie zmieściłby się do żadnego Twojego wazonu. 

Czasem też byś chciała żeby i na Ciebie spadło trochę tego ciepłego światełka zainteresowania. Żeby na  drugim końcu Polski jakaś dziewczyna dała lajka pod zdjęciem Twojego kubka w kropki. Chciałabyś w serduszkach i buźkach znaleźć potwierdzenie, że jesteś fajna. 

Internet taki (nie) bezpieczny 

Skoro „tamten” świat jest taki piękny i tak dobrze można się w nim poczuć, to jest też bezpieczny, prawda? Co złego może Cię spotkać, gdy oglądasz zdjęcia z wakacji swojej koleżanki z biura, wykonujesz ćwiczenia zalecane przez znaną sportsmenkę, czy należysz do grupy poświęconej robieniu na drutach? 

Internet to miejsce, gdzie ludzie są anonimowi. Możesz być Anią z Gliwic, ale Basia z Katowic, z którą regularnie piszesz, może być Tomkiem z Leszna i mieć naprawdę kiepskie myśli, gdy radzisz się Basi, w której sukience lepiej wyglądasz. To jest dla nas jasne. Znamy to zjawisko i wiemy, że trzeba być ostrożną, gdy jesteś w Internecie.  Jednak na fali życia „tam” kwitnie jeszcze jedno zjawisko – cyberprzemoc. I z tym pojęciem trochę się już osłuchałyśmy, dlatego przestało robić na nas wrażenie. To trochę jak z kieszonkowcami na targowisku – jest rynek, trzeba pilnować portfela. Jest sieć, więc trzeba pilnować… no właśnie czego?

Media społecznościowe – dobre, bo w domu 

Media społecznościowe nasz rozluźniają. Czujemy się trochę jak w grupie przyjaciół, na fajnym obozie studenckim albo na wyjeździe integracyjnym.  W domowym zaciszu siedzimy sobie w kapciach, starych dresach i pijemy kakao. Komentujemy zdjęcia, dodajemy posty i ślemy do każdego buźkę i uśmiech. Dzielimy się poglądami, zbieramy lajki i nagle… bach! Dosięga nas cyberprzemoc. 

Ktoś napisał, że jesteśmy grube i brzydkie jak noc, gdy pokazałyśmy fotkę w naszej ulubionej sukience. Dla kogoś mamy kudły, które wyglądają jak mokry pudel, a ktoś inny uważa, że z takimi nogami, to dla nas tylko i zawsze spodnie. Reakcja? „No wiesz, jak publikujesz w Internecie, musisz liczyć się z reakcją.” To jest forma cyberprzemocy! Możesz jej doświadczyć w czasie codziennego, rutynowego zaglądania na Fejsa. 

Slow wyklucza social media 

Otaczanie się miłymi i sympatycznymi ludźmi jest trudne w realu, a w Internecie – niemal niemożliwe. W social mediach może być każdy, weź tylko pod uwagę, że wśród ludzi, którzy mają ponadprzeciętnie rozbudowane życie wewnętrzne, social media stają się dodatkiem lub narzędziem do zbudowania pozycji bloga, wypromowania kanału lub dzielenia się fajnymi akcjami. 

Tort influencerski taki duży 

Teraz wyobraź sobie, że jesteś influencerką, a media społecznościowe to miejsce, w którym pośrednio lub bezpośrednio zarabiasz pieniądze. Robisz to, polecając określone produkty, usługi i miejsca oraz dzieląc się swoimi opiniami. Użyczasz swojego wizerunku za pieniądze lub budujesz własną markę. Pracujesz na swój wizerunek i swoją rozpoznawalność. Kiedy masz największe szanse na sprzedaż? Gdy zbudujesz dużą społeczność osób, które polubią Ciebie i Twój styl życia, czyli wizerunek, jaki kreujesz w Internecie.  

Społeczeństwo uważa, że współczesny influencer to taki bohater-coach, który pojawił się w Internecie, aby nauczyć nas, jak mamy żyć. Jego doświadczenia są zawsze pełniejsze – on to potrafi jakoś tak przedstawić… jego emocje zawsze są bardziej dopasowane do okazji, a jego życie wspaniałe. Dlaczego nie mamy go naśladować? Wspaniała praca, wolność – spacer o godzinie 12.30 w październikowy, słoneczny dzień – poproszę! Sesja foto dla znanej marki z artykułami wyposażenia wnętrz – bardzo spoko. Zaproszenia na liczne eventy, prezentacje i  to najlepiej w Warszawie – świetnie! 

Obarczać kogoś – tak miło 

Zrzucamy na barki ludzi – często bardzo młodych – ogromną odpowiedzialność. Obarczamy kogoś, kto umie robić piękne zdjęcia i ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia, odpowiedzialnością za to, jaki kupimy krem, jaką bluzkę i gdzie zjemy obiad na mieście. A później mamy pretensje, bo krem kosztował 100 złotych, a wylazły nam po nim wielkie krosty, bluzka źle na nas leży, a w restauracji podali przesolone ziemniaki. Nie ma luzu, nie ma pozwolenia na pomyłkę. „Jeśli jesteś influencerką i ja Cię lajkuję, to Ty masz mi gwarantować, że to, co polecasz, jest świetne. A jeśli nie, to ja Cię pokażę.” Tak zaczyna się cyberprzemoc. 

Internet śmiał się, gdy influencerki potraciły pracę – sponsorów i płakały, bo nie wiedziały, co mają dalej robić. Ich kariera się załamała, a one były po prostu zdruzgotane. Posypał się jad komentarzy, zaczęła się spirala cyberprzemocy. „Influencer to nie zawód!” „Płacze, bo już nie dostanie ciuchów za darmo” „Było się uczyć, a nie w social media siedzieć” „Dobrze jej tak, nie miała żadnej porządnej pracy.” To była właśnie cyberprzemoc. 

Dlaczego wartościujemy ludzi, jako tych, którym warto współczuć i tych, którym się należy? Serio? Uważasz, że zaproszenie do swojego świata 100-200 tysięcy osób nie wymaga wysiłku? Naprawdę myślisz, że przygotowywanie ciekawych postów i pięknych zdjęć wciąż i wciąż nie zajmuje czasu? A odpowiadanie na komentarze, na maile? 

Fanpejdż nie dla Ciebie 

Znana sportsmenka-celebrytka dostaje na swoim profilu pytanie. Pytanie być może jest uszczypliwe, może napisane w złym tonie. Może jego ukrytą intencją jest kogoś obrazić i komuś dopiec, a może doszło do wielkiego nieporozumienia. Dziewczyna, która je zadaje, zostaje zmieszana z błotem przez prawdziwe fanki, a następnie przez samą celebrytkę. To również jest cyberprzemoc, zauważ jednak, że prześladowcą nie musi być osoba, do której należy fanpejdż. W tę rolę mogą łatwo wcielić się jej fanki. 

Wina, odpowiedzialność i cyberprzemoc 

Jeśli ta dziewczyna zrobi sobie później krzywdę, to kto będzie ponosił winę, a kto odpowiedzialność? Czy mamy prawo oczekiwać od influencera, że będzie zwracał uwagę, co dzieje się na jego fanpejdżu? A czy mamy prawo wymagać od szefa, że będzie wiedział, co dzieje się wokół jego firmy?  Czy możemy wymagać, aby gwiazdy rocka dbały o bezpieczeństwo swoich fanów na koncertach? Zobacz, tak! Tak, tego właśnie oczekujemy. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam usprawiedliwianie kogoś, kto jest twarzą social mediów? Czy szturchnięcie na koncercie albo wejście między dwie pijane osoby to mniejsza trauma niż otrzymanie setki obraźliwych wiadomości dziennie? 

Internet – trudno się bez niego obejść. 

Prawdziwe fanki znanej celebrytki znajdują prywatne konto, zaczynają pisać obraźliwe komentarze. Tworzą fejkowe konta, zaczynają prześladować bliskie osoby i znajomych. Wiesz, że zdarzały się przypadki włamań na konto? Niech dziewczyna wie, że z tą celebrytką się nie zadziera. Miejsce wygodne, bezpieczne, szybko staje się miejscem nieznanym. Na myśl o włączeniu fejsbuka, na którym przecież są znajomi i rodzina, który tak świetnie powiadamiał o ważnych wydarzeniach, na którym można było rozmawiać z klientami. Co wtedy zrobić? 

Upubliczniając swój wizerunek, dajesz prawo innym do współuczestniczenia w tym, co robisz. Dajesz prawo do zadawania pytań i dzielenia się wątpliwościami. Nie inwestujesz tylko w miłe i łatwe. W związku z tym bierzesz na swoje barki również odpowiedzialność. Chociażby za to, aby Twoje standardy wiodły prym na Twoim fanpejdżu „W moim domu nie będziesz robić takich rzeczy!”. 

Czy jednak fanpejdż jest prywatnym miejscem? Nie, jeśli zaprosimy do niego 1 000 000 ludzi. Wtedy staje się prężnie działającą społecznością, którą trzeba zarządzać i której trzeba pokazać, jakie są standardy. To Ty, jako influencerka, nadajesz ton wypowiedziom na Twoim profilu, to Ty masz moc ustalania zasad. 

Czy możemy w takim razie udawać, że nie wiemy, co się dzieje? Czy masz prawo schować głowę w piasek i nie rozwiązywać piątej w tym tygodniu gównoburzy? Jasne, jesteś tylko człowiekiem. Z drugiej strony od tego jest moderacja i jeśli jakiś influencer nie ma moderacji komentarzy, czy to go zwalnia z odpowiedzialności?

Możemy spojrzeć na to w ten sposób, że influencer to marka i wizerunek, który służy do zarabiania pieniędzy. Nie żywy człowiek, bo nie poznajemy człowieka. Dostajemy tylko finalny produkt – piękną oprawę fajnych treści. Wiele pracy, dużo determinacji. 

Czy właściwe osoby dostają od nas tabliczkę „autorytet”? 

Zastanawiałaś się kiedyś, czy Ola z Opola chciała stać się ekspertem w sprawie oszczędzania? Miała być może jakiś pomysł i plan, gdy zakładała swojego bloga, a później kanał na YT. W pewnym momencie wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli, a gdy przyszła propozycja napisania książki, Ola nie wiedziała, co się dzieje. Nagle okazało się, że ma fanpejdż i lubi ją kilkadziesiąt tysięcy osób. Blog ma kilkaset tysięcy wejść, a ona jest „sławna”. Pojawiają się pytania, komentarze, Ola chce na wszystkie odpowiedzieć. Nie daje rady, więc zakłada grupę. Ktoś z grupy wyłudza pieniądze na jej książki, podobno ona o tym wie. Wylewa się fala hejtu „Mogła ogarnąć to lepiej” „Mogła sprawdzać, kogo przyjmuje na grupę”. Ola zostaje zaszczuta. Jej siostra dostaje obraźliwe komentarze, jej chłopak odbiera dziwne połączenia z Messengera. Ola nie może dodać zdjęcia z wakacji, gdy to zrobiła ostatnio, pojawił się komentarz, że „pojechała za moje, ukradzione pieniądze”. 

Czy presja i odpowiedzialność nie są za duże w dzisiejszych social mediach? 

Oczekujemy, że wraz z rozwojem kanału, jego założyciel będzie przedstawiał nam nowe, ciekawsze treści, zmieniał formułę, inwestował w nowy sprzęt. Oczekujemy, że wciąż będzie miał coś nowego do powiedzenia, nowe produkty do polecenia i że u niego to będzie fajnie. Oburzamy się jednak, gdy uczciwie informuje, że post jest sponsorowany, gdy ma czelność testować odkurzacza-robota za 5 tysięcy, bo jakim prawem?! Jesteśmy złe, gdy make-up artystka nie chce zrobić rozdania i oddać kosmetyków, których nie używa – „Przecież ma pełną szufladę!”, wkurzamy się na trenerkę, która zupełnie za darmo publikuje swoje treningi, że nie dodaje nowego filmiku, co drugi dzień. Zawieszamy poprzeczkę tak wysoko, że sami musimy mocno zadrzeć głowę, aby ją w ogóle zauważyć. Tymczasem celebryta ma tam być i jeszcze podejmować wysiłki, aby ją przekroczyć. Chce nosić ubrania? Niech będą etyczne, szyte w Polsce, z organicznej bawełny, a do ich prania używa produktów, które nie niszczą planety. Niech odżywia się zdrowo, ale nie w ramach współpracy na mieście, niech gotuje w domu z bio produktów, ale nie w garnkach, które testował w ramach współpracy. Niech się pięknie maluje, często zmienia sukienki  fryzury i poleca nam swoje produkty, byleby nie były za drogie, bo my nie będziemy tak rozrzutnie tracić pieniędzy na kosmetyki. 

Czy mamy prawo oczekiwać od influencerów etycznego i empatycznego postępowania? 

Podkreślę, że nakładamy na barki influencerów olbrzymią presję. Oczekujemy, że będą się czuli odpowiedzialni za nas, za planetę, za społeczność lokalną. Jednocześnie chcemy, aby uszanowali nasze zdanie, liczyli się z nami i publikowali materiał, którego my oczekujemy. Oni często to robią, kosztem jakiejś fajnej współpracy sponsorowanej, kosztem jednej, czy dwóch zarwanych nocy. 

U niektórych wciąż jest miło i serdecznie i empatycznie, czujemy się częścią społeczności. Bo przecież tego pragniemy, prawda? Aby słynna trenerka pamiętała, że Kasia ma trójkę dzieci i z jej pomocą schudła już 5 kg –  „Świetnie Ci idzie, Kasiu, jestem z Ciebie dumna”, albo żeby ta psycholożka, co ma takie fajne podcasty, trzymała za nas kciuki – „Pamiętam Marysiu, że miałaś problem z jedzeniem słodyczy, cieszę się, że je ograniczyłaś”. 

Inni się po prostu uodparniają. Dają nam treści, jakie są w stanie stworzyć, ale sprawdzają je kilkanaście razy przed publikacją. Robią po kilkaset ujęć, zanim jakieś wstawią na swój profil. Dbają o swój biznes i nie pozwalają sobie na popełnianie w nim błędów. Kochają to, co robią i to, jak wygląda ich życie. Jednocześnie nie chcą się angażować, chcą być twarzą/wizerunkiem/marką, którą profesjonalnie zarządzają. 

Inni walczą o swój kawałek przestrzeni w sieci, o ludzkie traktowanie. O szacunek do ich słabości, o prawo do bycia sobą. Chcą publikować, dzielić się swoim życiem i pasjami. I wiesz, ja uważam, że to wymaga cholernie dużo odwagi, żeby zaprosić 5000 osób do swojego domu, do swojej lodówki, czy kuchni. Pokazałabyś, jak nakładasz makijaż 100.000 ludzi? A może zatańczyłabyś przed nimi? Rozsądne influencerki, które wciąż pozostają sobą na swoim kawałku podłogi, mają trochę blizn i urosła im już całkiem gruba skóra, ale angażują się i potrafią wyznaczać twarde granice. Praktykują bycie bez cyberprzemocy, na ich fanpejdżu nie zrobisz gównoburzy, nie ponarzekasz sobie i nie wdasz się w pyskówkę. Dla wielu osób jest tam nudno.  Dlatego zdarza się, że na nich narzekamy w kuluarach „No nie uwierzysz, jak ta influencerka potraktowała swoją fankę!” A jednak, uwierzę, bo skoro social media próbują burzyć wszystkie granice, to my je teraz musimy postawić na nowo.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo