Michelle Obama – jak pierwsza dama została gwiazdą pop.

Michelle Obama fascynowała mnie od dnia zaprzysiężenia jej męża na prezydenta. Uparta, ambitna prawniczka, jedna z pierwszych czarnoskórych studentek w Princeton, twarda zawodniczka. Przyglądałam się jej z sympatią, która rosła, gdy pierwsza dama nie wytrzymywała i komentowała sytuację, za co często spotykała ją lawina krytyki. Konkretna, silna, inspirująca kobieta. W jej biografii „Becoming” takiej Michelle nie znajdziecie. Bo ta książka to mocno wygładzona historia dziewczynki, która płynie na tęczy chrupiąc kwiatki. Choć z kiepskiej dzielnicy, to z doskonałej rodziny, choć Afroamerykanka, to bez bolesnych doświadczeń dyskryminacji. Nie rozumiem skąd taka forma i dlaczego to jest takie wypolerowane.

Jako pierwsza dama, Michelle trzymała fason.

W oczach widać było zawadiacki błysk, ale poza tym klasa i szyk. Czasami dobrze wymierzony dowcip, czasami lekka poufałość, wszystko w granicach elegancji. Poza kilkoma wyskokami w początkowej fazie kariery naczelnej małżonki, trzymała dystans i pełną poprawność. Ale widać było, że w tych doskonale skrojonych sukienkach stoi fajna babka, z którą chciałoby się pogadać. Chyba dlatego tak urosły moje oczekiwania wobec jej długo zapowiadanej biografii, za którą pobrała rekordową zaliczkę (państwo Obama za swoje biografie zainkasowali 65 milionów dolarów). Spodziewałam się, że oto teraz, uwolniona od pęt politycznej poprawności, Michelle opowie o sobie szczerze i z przytupem. Nic z tego.

W „Becoming” dostajemy gładką historyjkę pracowitej dziewczynki, która dużo się uczy, jest przykładną córką, siostrą i wnuczką, trafia do Ligii Bluszczowej, dalej się uczy, potem pracuje i zakochuje się w mężczyźnie idealnym.

Od tego momentu zaczyna się robić trochę ciekawiej. Pod wpływem charyzmatycznego Baracka, Michelle zaczyna poznawać inne życie, zastanawiać się nad swoją przyszłością. Jest lepiej, ale nadal bez szału. Nie ma tu nic, co mogłoby choć troszkę zaszokować. Historię Obamów wszyscy zainteresowani znają od dawna. Ci, którzy spodziewają się, że poznają ją lepiej czytając „Becoming”, będą bardzo rozczarowani. I to nie jest tak, że tam nie ma z czego czerpać interesujących, poruszających historii. Można by ich nabierać garściami, to przebija spod tego gładkiego tekstu. Jednak nic z tego, wszystko sprowadzone szybko zostaje do laurki. Szkoda, bo kto jak kto, ale Michelle Obama ma na pewno wiele ciekawych rzeczy do przekazania i mogłaby, szczerze opowiadając o swoich doświadczeniach, pomóc wielu kobietom. Gdyby tupnęła, zamiast polewać lukrem, dostalibyśmy porywającą i inspirującą książkę. Jestem tego pewna.

Nie chodzi mi o to, że „Becoming” jest nudne i słabe.

Bardzo możliwe, że po prostu moje oczekiwania wobec tej książki były wygórowane. Interesowały mnie losy pary prezydenckiej i czytałam sporo o ich życiu i osiągnięciach. Może dlatego to, co jest autobiografii pierwszej damy, wydaje mi się wtórne. Dla kogoś, kto niewiele o niej wie, to może być nawet przyzwoita autobiografia. Przyzwoita i poprawna.

Losy Michelle są ciekawe, a ona sama fascynująca.

Jej zaangażowanie w pracę i działalność społeczną są godne podziwu. Umiejętność pogodzenia życia rodzinnego z zawodowym – czapki z głów. Nadludzki wysiłek, zbyt długie godziny pracy, ekstremalne warunki, to nie jest przyjemna codzienność. Jej życie jest ciekawą historią a pracowitość i sumienność, które ją cechują, na pewno mogą inspirować. Ja chyba po prostu spodziewałam się więcej, bardziej szczerze i osobiście. Coś ponad opowieści, które już znam z prasy. Dzieciństwo w Chicago, gdzie policjanci aresztowali jej brata jadącego na rowerze, pewni, że musiał go ukraść. Studia na uczelni, pełnej białych, uprzywilejowanych dzieciaków. Życie u boku zaangażowanego polityka, który w domu raczej bywa niż jest. Problemy z zajściem w ciążę, zapłodnienie in vitro. Wychowywanie dzieci w Białym Domu, w świetle reflektorów, przy wszechobecnych agentach secret service.  To są wątki ciekawe, a sprowadzone do kilku zdań. Nie jestem zwolenniczką prania brudów i wpuszczania czytelników do sypialni. Ale granica prywatności postawiona w tej książce stawia pod znakiem zapytania jej sens. Poza tym, że zarobi worki pieniędzy, oczywiście.

Mimo mało porywającej zawartości książki, jest szał.

Jest trasa promocyjna na miarę największych gwiazd muzyki. Całe Stany i Europa (nie, Polska, nie). Wyprzedane bilety, wielkie hale, histeria i kwiaty. Jest poza, wizerunek i dopracowany do ostatniego szczegółu marketing. Michelle Obama inspiruje, zachęca by stawać się, kim tylko chcemy. To w ramach obecnego trendu na tworzenie siebie, łamanie ram, w które wciska nas społeczeństwo, rodzina lub my sami. Presja na bycie bardziej, więcej, intensywniej stanowi idealne tło dla kampanii promocyjnej, jakiej świat nie widział. Wielka, amerykańska, oświetlona reflektorami, podsypana konfetti papka, że wszystkie gwiazdy pop mogą się schować.

Czy to dlatego, że Amerykanie tęsknią za parą prezydencką, która umie się zachować i nie robi wstydu w świecie?

Czy wobec karykaturalnej prezydentury państwa Trump, Amerykanie tęsknią za klasą i inteligencją ich poprzedników? A może to ciekawość tej pierwszej damy, takiej mądrej i ambitnej kobiety? Albo to zainteresowanie czymś nowym, wszak nieczęsto biografia kobiety po 50-tce porusza tłumy? A może po prostu wszystkiego po trochu. Jest głośno, jest na bogato, jest intensywnie. I tylko samej Michelle w tym wszystkim jakoś mi mało. Czuję niedosyt i zastanawiam się, czy nie o to właśnie chodzi. Czy za rok nie ukaże się kolejna autobiografia? Tym razem bardziej od serca, żeby zarobić kolejne worki pieniędzy. Tak już działa świat gwiazd popu.

 

Zdjęcie: Instagram @michelleobama

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *