Change font size Change site colors contrast
Kultura

Michelle Obama – jak pierwsza dama została gwiazdą pop.

16 lutego 2019 / Marta Osadkowska

Michelle Obama fascynowała mnie od dnia zaprzysiężenia jej męża na prezydenta.

Uparta, ambitna prawniczka, jedna z pierwszych czarnoskórych studentek w Princeton, twarda zawodniczka. Przyglądałam się jej z sympatią, która rosła, gdy pierwsza dama nie wytrzymywała i komentowała sytuację, za co często spotykała ją lawina krytyki. Konkretna, silna, inspirująca kobieta. W jej biografii „Becoming” takiej Michelle nie znajdziecie. Bo ta książka to mocno wygładzona...

Michelle Obama fascynowała mnie od dnia zaprzysiężenia jej męża na prezydenta. Uparta, ambitna prawniczka, jedna z pierwszych czarnoskórych studentek w Princeton, twarda zawodniczka. Przyglądałam się jej z sympatią, która rosła, gdy pierwsza dama nie wytrzymywała i komentowała sytuację, za co często spotykała ją lawina krytyki. Konkretna, silna, inspirująca kobieta. W jej biografii „Becoming” takiej Michelle nie znajdziecie. Bo ta książka to mocno wygładzona historia dziewczynki, która płynie na tęczy chrupiąc kwiatki. Choć z kiepskiej dzielnicy, to z doskonałej rodziny, choć Afroamerykanka, to bez bolesnych doświadczeń dyskryminacji. Nie rozumiem skąd taka forma i dlaczego to jest takie wypolerowane.

Jako pierwsza dama, Michelle trzymała fason.

W oczach widać było zawadiacki błysk, ale poza tym klasa i szyk. Czasami dobrze wymierzony dowcip, czasami lekka poufałość, wszystko w granicach elegancji. Poza kilkoma wyskokami w początkowej fazie kariery naczelnej małżonki, trzymała dystans i pełną poprawność. Ale widać było, że w tych doskonale skrojonych sukienkach stoi fajna babka, z którą chciałoby się pogadać. Chyba dlatego tak urosły moje oczekiwania wobec jej długo zapowiadanej biografii, za którą pobrała rekordową zaliczkę (państwo Obama za swoje biografie zainkasowali 65 milionów dolarów). Spodziewałam się, że oto teraz, uwolniona od pęt politycznej poprawności, Michelle opowie o sobie szczerze i z przytupem. Nic z tego.

W „Becoming” dostajemy gładką historyjkę pracowitej dziewczynki, która dużo się uczy, jest przykładną córką, siostrą i wnuczką, trafia do Ligii Bluszczowej, dalej się uczy, potem pracuje i zakochuje się w mężczyźnie idealnym.

Od tego momentu zaczyna się robić trochę ciekawiej. Pod wpływem charyzmatycznego Baracka, Michelle zaczyna poznawać inne życie, zastanawiać się nad swoją przyszłością. Jest lepiej, ale nadal bez szału. Nie ma tu nic, co mogłoby choć troszkę zaszokować. Historię Obamów wszyscy zainteresowani znają od dawna. Ci, którzy spodziewają się, że poznają ją lepiej czytając „Becoming”, będą bardzo rozczarowani. I to nie jest tak, że tam nie ma z czego czerpać interesujących, poruszających historii. Można by ich nabierać garściami, to przebija spod tego gładkiego tekstu. Jednak nic z tego, wszystko sprowadzone szybko zostaje do laurki. Szkoda, bo kto jak kto, ale Michelle Obama ma na pewno wiele ciekawych rzeczy do przekazania i mogłaby, szczerze opowiadając o swoich doświadczeniach, pomóc wielu kobietom. Gdyby tupnęła, zamiast polewać lukrem, dostalibyśmy porywającą i inspirującą książkę. Jestem tego pewna.

Nie chodzi mi o to, że „Becoming” jest nudne i słabe.

Bardzo możliwe, że po prostu moje oczekiwania wobec tej książki były wygórowane. Interesowały mnie losy pary prezydenckiej i czytałam sporo o ich życiu i osiągnięciach. Może dlatego to, co jest autobiografii pierwszej damy, wydaje mi się wtórne. Dla kogoś, kto niewiele o niej wie, to może być nawet przyzwoita autobiografia. Przyzwoita i poprawna.

Losy Michelle są ciekawe, a ona sama fascynująca.

Jej zaangażowanie w pracę i działalność społeczną są godne podziwu. Umiejętność pogodzenia życia rodzinnego z zawodowym – czapki z głów. Nadludzki wysiłek, zbyt długie godziny pracy, ekstremalne warunki, to nie jest przyjemna codzienność. Jej życie jest ciekawą historią a pracowitość i sumienność, które ją cechują, na pewno mogą inspirować. Ja chyba po prostu spodziewałam się więcej, bardziej szczerze i osobiście. Coś ponad opowieści, które już znam z prasy. Dzieciństwo w Chicago, gdzie policjanci aresztowali jej brata jadącego na rowerze, pewni, że musiał go ukraść. Studia na uczelni, pełnej białych, uprzywilejowanych dzieciaków. Życie u boku zaangażowanego polityka, który w domu raczej bywa niż jest. Problemy z zajściem w ciążę, zapłodnienie in vitro. Wychowywanie dzieci w Białym Domu, w świetle reflektorów, przy wszechobecnych agentach secret service.  To są wątki ciekawe, a sprowadzone do kilku zdań. Nie jestem zwolenniczką prania brudów i wpuszczania czytelników do sypialni. Ale granica prywatności postawiona w tej książce stawia pod znakiem zapytania jej sens. Poza tym, że zarobi worki pieniędzy, oczywiście.

Mimo mało porywającej zawartości książki, jest szał.

Jest trasa promocyjna na miarę największych gwiazd muzyki. Całe Stany i Europa (nie, Polska, nie). Wyprzedane bilety, wielkie hale, histeria i kwiaty. Jest poza, wizerunek i dopracowany do ostatniego szczegółu marketing. Michelle Obama inspiruje, zachęca by stawać się, kim tylko chcemy. To w ramach obecnego trendu na tworzenie siebie, łamanie ram, w które wciska nas społeczeństwo, rodzina lub my sami. Presja na bycie bardziej, więcej, intensywniej stanowi idealne tło dla kampanii promocyjnej, jakiej świat nie widział. Wielka, amerykańska, oświetlona reflektorami, podsypana konfetti papka, że wszystkie gwiazdy pop mogą się schować.

Czy to dlatego, że Amerykanie tęsknią za parą prezydencką, która umie się zachować i nie robi wstydu w świecie?

Czy wobec karykaturalnej prezydentury państwa Trump, Amerykanie tęsknią za klasą i inteligencją ich poprzedników? A może to ciekawość tej pierwszej damy, takiej mądrej i ambitnej kobiety? Albo to zainteresowanie czymś nowym, wszak nieczęsto biografia kobiety po 50-tce porusza tłumy? A może po prostu wszystkiego po trochu. Jest głośno, jest na bogato, jest intensywnie. I tylko samej Michelle w tym wszystkim jakoś mi mało. Czuję niedosyt i zastanawiam się, czy nie o to właśnie chodzi. Czy za rok nie ukaże się kolejna autobiografia? Tym razem bardziej od serca, żeby zarobić kolejne worki pieniędzy. Tak już działa świat gwiazd popu.

 

Zdjęcie: Instagram @michelleobama

 

Kultura

Catcalling. Gwizdanie to nie komplement.

15 października 2020 / Magdalena Droń

Nigdy nie byłam klasyczną pięknością, a już na pewno nie w wieku 14 lat, kiedy dopiero odkrywałam swoją kobiecość.

A to właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyłam słownego molestowania w przestrzeni publicznej. Jak zareagowałam? Tak jak zapewne większość nastolatek, które obrzucane są pseudokoplementami na ulicy – zawstydzeniem i wycofaniem. Czułam strach i zaniepokojenie, szczególnie przed tym, co będzie dalej, jak rozwinie się sytuacja. Przecież mógł za mną iść, śledzić mnie czy nawet gorzej…

Nie wynikało to chyba z mojego poziomu samoakceptacji w tamtym czasie, ale tego, że nikt nie przygotował mnie psychicznie na takie zaczepki. Ba! Wychowałam się w tradycyjnej społeczności, która takie teksty i pogwizdywanie nakazywała interpretować jako przejaw adoracji płci przeciwnej. Podziw ich urody. Nic złego, ot rzucone „ładne cycki” z rusztowania na budowie w kierunku dziewczyny przechadzającej się w letniej sukience na przejściu dla pieszych. Ciekawe tylko czy gdybym ja, nawet dziś, jako 30-letnia kobieta, zaczęła na ulicy mlaskać, gwizdać i zaczepiać z grupką przyjaciółek przypadkowych kolesi, zostałabym odebrana jako „adorująca faceta” czy raczej zdrowo stuknięta…  Wiadomo, że bym tego nie zrobiła. A przecież to byłoby dokładnie to samo – sprowadzenie człowieka do poziomu obiektu seksualnego. 

Czym jest catcalling? 

Mówimy o zjawisku, które znane jest od wieków, a jednak dopiero dwa lata temu zostało odnotowane również jako termin w języku polskim. Catcalling to „wulgarne zaczepki lub komentarze o charakterze seksualnym kierowane przez mężczyzn do kobiet w przestrzeni publicznej”. Chociaż osobiście nie spotkałam się z sytuacją odwrotną, od każdej reguły znajdą się wyjątki. Do definicji dodałabym więc – w znacznej mierze do kobiet. 

Jakie są socjologiczne korzenie takiego zachowania? Można się ich dopatrywać w polskim patriarchalnym społeczeństwie, w którym dziewczynki wychowywane są na istoty uległe, wrażliwe, piękne i miłe dla wszystkich. A chłopcom po prostu wolno więcej, bo przecież „to tylko chłopiec (ang. boys will be boys). Brzmi znajomo prawda? Chociaż wychowałam się w latach 90. i nie mam swoim rodzicom absolutnie nic do zarzucenia, bo takie wzorce były im przekazywane z pokolenia na pokolenie, doskonale wiem, o czym mowa. Dziewczynki powinny być ciche, niewyróżniające się z tłumu, dobre i pracowite. Dziewczynka, szczególnie katoliczka, wychowana w zależności od płci nadrzędnej, może nigdy nie uzyskać świadomości, że jej podstawowe prawa są łamane. Co oznacza, że jako dorosła kobieta będzie miała trudności właściwą reakcją na ordynarne zachowanie i dostrzeżeniem potencjalnego niebezpieczeństwa.

Dlaczego ważne jest, byśmy reagowały?

Większość z nas na wulgarne zaczepki w ogóle nie reaguje. Nie chodzi wyłącznie o bierność samych ofiar, ale także świadków catcallingu. Nie każda ma przecież dość siły, by w sytuacji, gdy idzie ulicą, a stojący na chodniku mężczyzna gwizdnie lub powie coś niestosownego, krzyknąć: „Sp*erdalaj, nie życzę sobie takich tekstów!” lub „Naprawdę, stać Cię tylko na gwizdanie?” Chociaż zdaniem ekspertów to właśnie ośmieszenie jest najlepszą ripostą. Nie musisz oczywiście zwracać się wyuczonymi formułkami. Chodzi o pokazanie słownemu molestantowi, gdzie jego miejsce i zdyskredytowanie go w oczach znajomych. Świadkowie zdarzenia również powinni dawać do zrozumienia, że takie zachowanie nie jest w porządku i nie ma zgody na słowne molestowanie kobiet w przestrzeni publicznej. Nie reagując, przyzwyczajamy agresorów do tego, że mają na takie zachowanie przyzwolenie, wolno im więcej, co prowadzi do przekraczania kolejnych granic. Przyzwyczajamy też ofiary (w większości kobiety) do tego „że tak po prostu jest”, „musimy być przyzwyczajone”. A to kompletna bzdura!

Pamiętaj jednak, że najważniejsze jest Twoje bezpieczeństwo. Jeśli więc  jest wieczór, idziesz sama, a wkoło nie ma świadków, lepiej przyśpieszyć kroku i zwyczajnie zlekceważyć zaczepki. Jeśli czujesz się zagrożona – poproś kogokolwiek o pomoc. Uważaj na siebie, Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Co ciekawe, w Europie catcalling jest już karalny. W 2019 roku we Francji wprowadzono przepisy karzące słownych molestantów mandatem w wysokości 750€. Kary pieniężne wprowadziła także Holandia. Była to reakcja na projekt studencki „Dear Catcallers”, w którym użytkowniczka Instagrama zamieszczała na platformie zdjęcia catcallerów i cytowała ich wulgarne zaczepki. W Holandii za pogwizdywanie na kobiety czy niewybredne komentarze trzeba zapłacić karę w wysokości do 4000€. 

Catcalling w Polsce 

Chociaż prawo polskie w tym zakresie milczy, w kwietniu ubiegłego roku w stolicy zorganizowano kampanię społeczną „To nie komplement!” wymierzoną przeciwko catcallingowi. Celem haseł rozwieszonych na ulicach Warszawy było uświadomienie Polakom jak traumatyczny wpływ na ofiarę mają wulgarne zaczepki. Za projekt odpowiedzialne były Marta Wróblewska, Martyna Czabańska i Natasza Pieczara. Na swojej stronie zamieszczały nie tylko przykłady catcallingu („brałbym”, „oh la la”, „lubię takie ostre”), prawdziwe historie ofiar, ale także wyniki ankiety dotyczącej pozornie nowego zjawiska. W badaniu wzięło udział ponad 2000 osób, z czego 90% ankietowanych było w wieku 16 – 21 lat. Na szczęście młode pokolenie wie, że w zaczepkach nie ma nic fajnego, ani tym bardziej niewinnego (jak często mówią agresorzy). Niestety, większość badanych osób minimum raz doświadczyła zaczepek.

Całe szczęście świat idzie do przodu. Wychowujemy nasze córki i synów w zupełnie inny sposób – w świadomości i poszanowaniu dla istoty ludzkiej i jej ciała. Musimy jednak zdawać sobie sprawę zjawisk, które jeszcze przez kilka (bardziej optymistyczna wersja), jeśli nie kilkanaście lat będą z nami na porządku dziennym. I choć nie liczę na to, że któryś z molestantów trafi na ten tekst i zastanowi się dwa razy nad swoim poczynaniem, uwrażliwiajmy swoje dzieci na takie zachowania, bo to one są pokoleniem, które (miejmy nadzieję) odczuje zmianę i realnie nią będzie. 

Spotkałaś się kiedyś z catcallingiem? Jak zareagowałaś?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo