Change font size Change site colors contrast
Felieton

Gdzie jesteś Bernadette

2 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

Myślisz, że Ciebie nigdy to nie spotka?

Że Ty zawsze zostaniesz sobą, zawsze wyjątkowa, oryginalna, ta, u której ze słownika wykreślono słowo „normalność”? Dziewczyna 100 pomysłów i tysiąca spotkań. Toastów, bali i wielkich projektów. Kobieta stworzona, by tworzyć, by zdobywać. Myślisz, że taka jesteś niepowtarzalna, że nikt Ci tego nie odbierze, prawda?

A później pojawia się pierwsze niepowodzenie na fali sukcesów.

Jedna mała kreska i jedna kropla krwi, które sprawiają, że żołądek przewraca Ci się do góry nogami, a nos robi się czerwony. Hej, supergirls don’t cry, do they? Nie płaczesz, to przecież tylko biologia nic innego. Podział, do którego nie doszło, reakcja chemiczna, która się nie wydarzyła. W tym wszystkim Ty  – taka wolna, taka niezależna i taka wciąż oryginalna, tylko wina pijesz nieco więcej niż zwykle.

Krew na majtkach. Dlaczego na Twoich majtkach jest krew? Dlaczego nie widziała czerwonej plamy ta dziewczyna w kwiecistej sukience, którą widziałaś w Biedronce? Dlaczego nie Wiolka z działu HR, która nie umie odstawić wina na 9 głupich miesięcy? Dlaczego nie sąsiadka, która tydzień przed porodem wiesza firanki w oknach, jakby nie miała nic lepszego do roboty? Dlaczego znowu Ty? Dlaczego słowo „terminacja” kojarzy Ci się z termitami i czujesz jak ból wwierca Ci się w czaszkę?

Pierwsze kopnięcie.

Czy może być coś lepszego niż pierwszy znak, że nosisz w sobie dziecko? To wtedy zaczynasz je tak nazywać, prawda?  Oczywiście w tajemnicy przed światem, bo na zewnątrz to wciąż „tylko płód”, ale Ty wiesz, to Twoje dziecko.

A później okazuje się, że Twoja córeczka – idealna z 10 paluszkami u rączek i u stópek i z oczami, jak jej ojciec – ma wadę serca. Okazuje się, że nie możesz zrobić skóra do skóry, chociaż je miałaś wpisane w planie porodu. Chcesz tylko potrzymać swoją córkę. Nie możesz, Twoim dzieckiem muszą zająć się lekarze. Białe kitle, które uczestniczą w cudzie narodzin, biegną po korytarzu, a Ty słyszysz tylko stukot, jaki wydają ich klapki odbijające się  od twardego, szpitalnego linoleum. Siedzisz na nim później w szpitalnej koszuli, gdy nie masz już siły stać przy inkubatorze. Chciałabyś dziękować komuś, ale nie przychodzą Ci do głowy żadne słowa, bo i za co? Za dwie kreski, za pierwsze usg, za sześć miesięcy oczekiwania, czy za ból i strach, który wykręca Ci wnętrzności od dwóch tygodni?

Robisz sobie zakład, spierasz się sama ze sobą.

Jesteś jak „Matka” z baśni Andersena, idziesz. Nie możesz oddać rąk, bo nigdy jej nie obejmiesz, nie możesz oddać nóg, bo nigdy za nią nie pobiegniesz, nie chcesz oddawać oczu, bo musisz ciągle na nią patrzeć, a głos – i tak nie masz go w gardle. W końcu obiecujesz, zrzekasz się tego, co masz najcenniejsze. Odwieszasz na szpitalnym wieszaku swój talent, swoją skórę. Odnosisz na strych swoje projekty, zakopujesz w najczarniejszym dole własnej podświadomości sukcesy. Liczy się tylko ona i to, że (prze)żyje.

Myślałaś, że Ciebie to ominie, co?

Że syndrom pustego gniazda to tylko na filmach, że życie w zgodzie ze wszystkimi to może być Twoje życie, a nie refren jakieś durnej, hipisowskiej piosenki. Jesteś, zbyt wrażliwa i za mało zorganizowana. Niedopasowana do codzienności, niedostosowana. Nie bawi Cię szykowanie eleganckiego drugiego śniadania od szkoły, nie zgłaszasz się na opiekuna szkolnej wycieczki i po raz kolejny oblewasz sprawdzian na żonę, gdy śpisz do późnego popołudnia w ubraniu na Waszym łóżku. W nocy z kolei nie możesz spać, bo masz jak to wszyscy mówią „za dużo stresów”. Problem polega na tym, że Ty nie masz żadnych stresów, niczego nie masz, jest tylko pustka. Stajesz się pustą przestrzenią, niewypełnioną, białą plamą w domu, niezapisaną kartką, wolną od wszelkiej treści. Łykasz tabletki na sen, ale one tylko działają Ci na nerwy i nie możesz po nich prowadzić samochodu rano.

Gdzie jesteś, Bernadette?

Gdzie Ty się do cholery podziałaś ze swoją pasją tworzenia? Ze swoim wyczuciem i umiejętnością rozwiązywania problemów? Pomiędzy którą zmarszczkę, gdzie schowałaś swoje poczucie humoru i dystans do świata? Bernadette, w tej roli, którą dla siebie wybrałaś nie osiągniesz perfekcjonizmu.  Jesteś zakałą dla społeczeństwa i najwyższa pora, żebyś coś z sobą zrobiła, dziewczyno! Przecież nie powiedziałaś ostatniego słowa, co?

Gdzie jesteś, moja droga?

Gdzie zgubiłaś ten piękny uśmiech – między papką, a pleceniem warkoczyków do szkoły? Między złamaną ręką, a pierwszą pałą z klasówki? Gdzie podziała się Twoja miłość do muzyki i zamiłowanie po poezji? Zostało w samochodzie na parkingu pod szkołą tańca, a może na przedszkolnej wycieczce, gdzie wypadł pierwszy mleczak? Gdzie Twoje plany na życie? Spakowały się i pojechały na wymarzoną podróż do Portugalii? A może utopiłaś je w butelce wypijanego co weekend wina? Może przykryłaś je pierzynką sosu beszamel i upiekłaś w lasagne? A może Twoja radość kreowania przysiadła zmęczona między kolejną porcją modeliny i farbkami plakatowymi za 8,99?

Ja Ciebie będę wołać.

Nie przestanę, dopóki mnie nie usłyszysz i nie weźmiesz do ręki książki i nie zaczniesz śmiać się w głos albo śpiewać. Będę Cię szukać, bo musisz znowu pisać pierwsze, piec torty i robić tabele przestawne w Excelu. Będę szła za Tobą, bo wcale tak daleko nie odeszłaś, bo chociaż minęły lata, nie pokonałaś aż tak wielkiego dystansu, jak dzisiaj uważasz. I możesz mi zaprzeczać, ile chcesz, ale złapię Cię babo za kudły i wyciągnę z Ciebie tę świetną laskę, która po prostu śpi.

Czy ja dobrze widzę moja droga, kącik Twoich ust podnosi się nieznacznie do góry?

Felieton

Kobiety do urn! Czyli czy matce przystoi?

16 października 2018 / Magda Żarnowska

Brzmi jak polityczna agitacja, ale zupełnie niesłusznie.

Co prawda kanwą do napisania tego felietonu jest postać mojej znajomej, która w zbliżających się wyborach samorządowych kandyduje na stanowisko wójta swojej gminy. Generalnie mnie nic do tego i co kto lubi. Jedni w wolnych chwilach lubią robić na drutach, a inni czytać projekty uchwał samorządowych i teoretycznie droga wolna. Ja społecznikiem nigdy nie byłam, ale przecież nie każdy musi być jak ja, prawda?

Zasadniczo można by też przypuszczać, że wspomniana osoba, jako jedyna kandydująca kobieta, powinna mieć zwycięstwo w kieszeni, wygrywa w cuglach. Mając czterech kontrkandydatów można by założyć, że głosy męskiej części elektoratu mogłyby podzielić się na panów, a panie, w ramach solidarności jajników, powinny zagłosować na panią. Teoria brzmi świetnie, ale w praktyce wiemy, że tak się nie stanie. Dlaczego? Dlatego, że kobiety nie głosują na kobiety! A solidarność jajników wytykana przez wielu mężczyzn po prostu nie istnieje.

2000 lat patriarchatu

Być może spowodowane jest to kulturą, w jakiej żyjemy. Co prawda archeologowie zapewne zaraz mnie poprawią i przytoczą przykłady kultur matriarchalnych występujących dawniej na naszych terenach, ale wiemy dokładnie, że to dawno i nieprawda. Sam fakt, że nie uchowały się do dziś na ziemiach polskich niech świadczy o ich ułomnościach, jasne?  Żyjemy w  społeczeństwie, w którym chcąc nie chcąc wiodąca rola przypada mężczyźnie. To na nim spoczywa obowiązek zapewnienia bytu rodzinie, to on śmiało może podejmować trudne decyzje i przejawiać zachowania ryzykowne. To do jego rytmu dnia i sposobu pracy dostosowuje się teoretycznie cała rodzina. To mężczyzna, jako że przewodzi rodzinie, może także śmiało przewodzić społeczności lokalnej. On się przecież na tym zna!

Mężczyzna głową, a kobieta szyją?

Tezę o patriarchalnych naleciałościach i uzależnieniu od męskiej władzy można także dosyć łatwo podważyć. Nie bez powodu powstało bowiem powiedzenie, że mężczyzna może i owszem, jest głową rodziny, za to z całą pewnością szyją tejże jest kobieta i to ona zręcznie i sprawnie kieruje poczynaniami swojego samca alfa. Każda gospodyni domowa, także taka w wieku naszych babć, przyzna to w miarę otwarcie, o ile naturalnie męża nie ma w pobliżu. Dlaczego zatem w kobietach tak mało wiary w kobiece kompetencje na innym froncie niż ten domowy?

Blamaże poprzedniczek

Najnowsza historia polskiej polityki nie była dla kobiet zbyt łaskawa. Przypuszczalnie nie jest to kwestia historii samej w sobie, tak zwanej historii materialnej, a raczej medialnej papki, którą nas karmią serwisy informacyjne. Wiadomo, merytorycznie poprawne wypowiedzi, wygłoszone spokojnym, zdecydowanym i profesjonalnym tonem, rzadko kiedy odbijają się szerokim echem. Dużo bardziej chwytliwe informacje to te o lapsusach językowych kandydatek na stanowiska plasujące się wysoko w urzędniczej hierarchii. O wiele przyjemniej telewidzowi będzie się oglądało reportaże o tym, jak to piękne „polityczki” miały ocieplić wizerunek partii i jak nawet z tego zadania się nie wywiązały, bo bez wsparcia mężczyzn nie mogą się nawet samodzielnie wysłowić. Z drugiego bieguna starszą nas  natomiast kobietą w polityce jako wojującą feministką, która wszystko poświęciła partii, a jeśli może nie wszystko, to przynajmniej młodość, urodę, rodzinę oraz jakiekolwiek przejawy dbałości o swój wizerunek. Nazwisk obrazujących obydwa te nurty najpewniej nie muszę przytaczać.

A co z rodziną?

I dochodzimy do clou tematu. Bo jeśli kobieta jest spełnioną matką i żoną, a przy okazji wcale nie wypacykowaną marionetką z umalowanym okiem i wypełnionymi ustami, to czego w ogóle ona w tej polityce szuka? Po co się tam pcha? Czy nie lepiej w domu z dziećmi zostać? Obiad mężowi ugotować? I to nie byle jaki, tylko taki dwudaniowy? Z deserem? Pranie nastawić? I drugie? I trzecie? I poprasować to wszystko?

Już wystarczy, że do pracy chodzi! Przecież już się nabywała w wielkim świecie! W końcu szkołę jakąś skończyła i może nawet studia! Po co to taka się wyrywa przed szereg?

I czy ona na pewno dobrze zdecyduje? Czy ona na pewno rozumie co czyta i co ewentualnie podpisać jej przyjdzie?

Panie! Na litość boską! Skąd w nas tyle zawiści?

Że już życie jednej nie kończy się na podaniu kapci mężowi, to od razu trzeba w nią tymi kamieniami jadu ciskać? Wytykać uchybienia i niekompetencje na rodzinnym poletku, aby uzasadnić brak wiary w umiejętności samorządowe? Czy to, że mężczyzna nie ma idealnego porządku w garażu lub nie był ostatnio obejrzeć, jak jego latorośl gra w piłkę, od razu definitywnie przekreśla jego nadzieje na inną karierę? Oczywiście, że nie. To dlaczego dla kobiet jesteśmy mniej wyrozumiali? A w zasadzie wyrozumiałe? Dlaczego to kobieta musi się stale zastanawiać i rozważać, czy pewne aktywności w ogóle przystają do najważniejszej roli, jaką piastuje? Dlaczego w końcu matka musi zawsze wybierać, kiedy w analogicznej sytuacji mężczyzna może zjeść ciastko i mieć ciastko?

Dlatego w najbliższych wyborach, zanim postawię swój decydujący krzyżyk na karcie do głosowania, zastanowię się, dlaczego w pierwszej kolejności, odruchowo wręcz, wahałabym się między męskimi kandydatami? A przed wyborami uważnie prześledzę informacje o kandydatkach na te stanowiska. Tyle się kobietom należy.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo