ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Felieton

Wciąż jesteś wyjątkowa: no, weź to poczuj

28 marca 2019 / Agnieszka Jabłońska

Jak to jest, że gdzieś między lalką Barbie a pierwszym goleniem nóg, przestajemy czuć się wyjątkowe?

Jako małe dziewczynki mamy całą odwagę świata. Śnimy o tym, kim będziemy w przyszłości. Piegi na nosie, niski wzrost, czy długi drugi palec u stopy nie przeszkadzają nam, żeby marzyć o karierze piosenkarki, nauczycielki, czy naukowca. Pamiętasz tamte czasy? Miałyśmy tyle pomysłów. Nie było jeszcze komputerów, może...

Jak to jest, że gdzieś między lalką Barbie a pierwszym goleniem nóg, przestajemy czuć się wyjątkowe? Jako małe dziewczynki mamy całą odwagę świata. Śnimy o tym, kim będziemy w przyszłości. Piegi na nosie, niski wzrost, czy długi drugi palec u stopy nie przeszkadzają nam, żeby marzyć o karierze piosenkarki, nauczycielki, czy naukowca.

Pamiętasz tamte czasy? Miałyśmy tyle pomysłów.

Nie było jeszcze komputerów, może tylko w bardziej zamożnych domach, rodzice nabywali niewygodne monitory i biurka z wysuwaną półeczką na klawiaturę i czasami można było iść i na zmianę grać w „Króla Lwa”. Chciałyśmy być pisarkami, dziennikarkami, a w zabawach najważniejsze było, która będzie chłopakiem (żadna nie chciała). Zaczytywałyśmy się w książkach Musierowicz, Montgomery i oglądałyśmy ,,Czarodziejkę z księżyca’’. Gdy chciałyśmy wiedzieć, czym jest pantofelek albo gdzie leży Zielona Góra, musiałyśmy wertować encyklopedie dla dzieci, dla dorosłych, czy atlasy geograficzne. Nosiłyśmy śmieszne spinki do włosów i kolorowe pojemniki na śniadanie. Zdecydowanie ważniejsze od tego, jak wyglądamy w krótkich spodenkach na w-fie, było to, w której drużynie zagramy w zbijaka i czy nie będziemy grzać ławy podczas meczu koszykówki.

A później zaczęłyśmy dojrzewać.

Nagle okazało się, że przez jedne wakacje niektóre z nas wystrzeliły w górę i ich nogi zrobiły się szczupłe i długie. Innym urosły włosy pod pachami, w klasie pojawiły się właścicielki biustów i zaokrąglonych bioder, które mogły na szkolnych dyskotekach wywijać do hitów Spice Girls jak nigdy wcześniej.  Z rozmów na temat puzzli i bohaterów kreskówek szybko przeszłyśmy na najlepsze maszynki i kremy do golenia, farby do włosów i biustonosze. Zaczęłyśmy podkradać mamom tusze i lakiery do paznokci. Przestały nam się podobać bluzki z kotkami, wolałyśmy obcisłe koszulki i modne kurtki jeansowe. Czapki lądowały na dnie zarzuconych na jedno ramię plecaków. Zaczął wykształcać się nasz gust muzyczny i Majka Jeżowska stała się w pewnym momencie szczytem obciachu, a z sali zabaw mogłyśmy co najwyżej odbierać młodsze rodzeństwo.

Chłopcy zaczęli na nas inaczej patrzeć jakoś między lutym a majem, może w piątej klasie?

Zaczęłyśmy odróżniać się i wyróżniać. Niektóre z nas znalazły się w centrum zainteresowania, na dyskotece nigdy nie podpierały ścian, a chłopcy ciągnęli je za staniki tak często, że miały siniaki na plecach. Inne stały się niewidzialne. Te, które zaczęły dojrzewać za wcześnie – ich czoła i policzki pokrył trądzik, a włosy przetłuszczały się nawet po codziennym myciu. Te, które zaczęły dojrzewać później, pozostawały niezauważone. Szkolny światek umieścił na nich zasłonę, bywały, ale nie były jego częścią.

Zaczęłyśmy dążyć do bycia w samym centrum wszystkich wydarzeń.  

Koleżanka, którą do domu odprowadzało dwóch kolegów przesyłających sobie nienawistne spojrzenia, była szczupła i zgrabna, miała ładne włosy. Inna miała ciemną karnację i adoratora, który jeździł pod jej dom na rowerze. Stał pod furtką nawet wtedy, gdy mama mówiła, że nie ma jej w domu. Te pierwsze przejawy zainteresowania nobilitowały nas, dodawały nastoletnich piórek. Szukałyśmy powodów, dlaczego jedna z nas nigdy nie musi nieść swojego plecaka i dostaje najwięcej kartek walentynkowych? Dlaczego do drugiej chłopcy z ławki pod oknem piszą miłosne liściki i pozwalają jej pić ze swojej butelki?

Co jest ze mną nie tak, że chłopcy nie są dla mnie tacy mili?

Jeszcze wtedy nie rozumiem, że mam cięty język i wybuchowy temperament. Umiem uderzyć kolegę w twarz, gdy w zabawie nazwie mnie „szmatą” i przekonać nauczyciela, żeby przełożył nam niezapowiedzianą kartkówkę. Czytam więcej książek w ciągu roku szkolnego niż pół klasy razem wzięte i mam najlepsze oceny z przyrody. Jeszcze wtedy nie dociera do mnie, że za parę lat mój niski wzrost nie będzie miał znaczenia i okaże się, że jestem po prostu kompaktowa. Teraz koleżanki są o wiele wyższe ode mnie, mają dłuższe nogi, lepiej wyglądają w większości ubrań. Ich mamy potrafią czesać wymyślne fryzury. Nie mogę jeszcze wiedzieć, że będę umiała wykonać perfekcyjny makijaż oka i zrobić sobie dobierańca. Będę miała wady (ha, jakże dużo!) i zalety, a mój wygląd zejdzie na dalszy plan.

Gdy jestem nastolatką, mój wygląd jest na pierwszym planie ( i dobre oceny, bo mama jest baaardzo wymagająca).

Dochodzę do momentu, w którym nie lubię siebie. Jestem pyskata, kłócę się z nauczycielami i nie daję dmuchać w kaszę nawet największym łobuziakom. Wracam jednak do domu i częściej czuję się smutna niż szczęśliwa. Gubię gdzieś po drodze dziecięcą beztroskę i wiem już, że nigdy nie będę Anią, Basią i Zosią. Nasze zabawy lalkami, czy ciastoliną zamieniają się w „prawda czy odwaga” i obgadywanie koleżanek i kolegów z klasy. Łączymy znajomych w pary, wróżymy z wosku i z liści akacji, wiążemy magiczne sznureczki i próbujemy ukraść zdjęcie naszych sympatii (no dobra, wyłudzić), żeby rzucić czar na niczego nieświadomego przyszłego ukochanego. Przy tym wszystkim nie lubimy siebie, ja siebie nie lubię.

Wiesz co? Gdybym dzisiaj spotkała tę małą dziewczynkę, która nie nosiła okularów, chociaż nie widziała numeru nadjeżdżającego autobusu, bo chłopcy się z niej śmiali, powiedziałabym jej, że to minie.

Że jeszcze jakiś czas nie będzie się mogła odnaleźć w tym, co ją otacza. Że przyjaźń z kobietami będzie dla niej już zawsze wyższą szkołą jazdy. Że najważniejsze w tym wszystkim to polubić siebie. I zmienić to wszystko, na co ma realny wpływ (waga, czy krzywy zgryz) i zaakceptować to wszystko, czego zmienić się nie da (wzrost, czy budowa ciała). A teraz może jeszcze spokojnie bawić się lalkami, układać mikstury w laboratorium i rysować portrety swojego ulubionego wokalisty (tej sympatii będzie się za parę lat wstydzić).

Chciałam ci powiedzieć, że ta mała dziewczynka jest gdzieś w tobie.

I możesz ją zapewnić właśnie teraz, że wszystko jest w porządku, że jest dokładnie tak, jak miało być. A jeśli nie, to na pewno dacie radę. Razem możecie wszystko: ona i ty. Jesteście wyjątkowe, jesteście piękne i zasługujecie na wszystko, co najlepsze. No, weź to poczuj!

 

 

Felieton

Bardziej chce mi się żyć niż nie żyć

29 grudnia 2020 / Magdalena Pietrusiak

Taka sytuacja: babie lato w stolicy skąpanej w promieniach wczesnojesiennego słońca.

Przy stoliku pijalni czekolady siedzi znana aktorka z koleżanką. Panie, przyodziane w szale wszystkich louis-vittonów świata, popijają czekoladę i palą cienkie papierosy, zostawiając na filtrach szminki ślad. Na blacie leżą komórki i kluczyki do luksusowych aut, wszystko połyskuje ,,milionem monet". To jest życie! Niektórym się powodzi...

Obserwuję tę scenkę wzrokiem wygłodniałego stworzenia, któremu brak tylko szyby, żeby rozpłaszczyło nos i ręce i gapiło się na nieosiągalne bogactwo i luksus.

Moim punktem obserwacyjnym jest stolik sąsiedni tejże samej pijalni, siedzę tam z przyjaciółką, popijając czekoladę, w promieniach łaskawego słoneczka, które świeci tak samo na możnych, popularnych i tych nieco mniej. I nagle doznaję epifanii! Czego ja zazdroszczę? Przecież robię dokładnie to samo: nie można bardziej pić czekolady (można ewentualnie zamówić drugą i trzecią filiżankę, ale tego nie czynią nawet najbogatsi z przyczyn oczywistych).

,,Ale ci dobrze!” słyszałam, ilekroć ktoś przyłapał mnie na spożywaniu grande latte w hipsterskiej kawiarni czy wyjściu do kina. Wielu moich znajomych traktuje takie wyjście jak jakiś challenge, ekspedycję pod tytułem „No, musimy się w końcu wybrać”. Mój kolega nazwał to zjawisko ,,strachem przed włożeniem butów”. To samo z czytaniem książek. Czytanie to grzech najcięższy, choć nie obarczony ciężarem rozpusty finansowej, ale nie wiem, czy nie gorzej: ,,że ty masz czas na czytanie!” I już, poczucie winy jak stąd na Madagaskar. Do niedawna ten zarzut wywoływał we mnie potrzebę tłumaczenia, jak gospodaruję swoim czasem, że czytam przy jedzeniu, w autobusie, że mimo to chodzę do pracy, karmię i opieram dziecko.

Życie jest raczej średnio łatwe, często bywa po prostu do bani.

A ja chcę wiecznych wakacji i wypłaty za ,,nicnierobienie”. Szarpię się z żywotem, więc, żeby nie mieć za dużych pretensji do losu (bo pewne jednak mam), wyszarpuję, co się da i staram się kolekcjonować dobre chwile. Czasami przypomina to napełnianie durszlaka. Przychodzi jednak taki moment, że zimne naczynie przestaje przeciekać. Chodzi o to, by umierając nie mieć żalu, że życie przeciekło przez palce, że była tylko praca i szarzyzna rutyny. 

Jestem wyznawczynią postawy Mariolki z Pitbulla. Taka scena: Mariolka w jacuzzi z mężem, któremu oświadcza, że będzie żyła z jego pensji i wyliczyła, ile może dziennie wydać, ale: „dziś sobie kupiłam krem za 271”, ,,no i?” – pyta on, ,,no i, ch… , nie będę żreć przez trzy dni”. Nie, żeby z Mariolki zrobić wzór do naśladowania, ale poniekąd też tak mam. Kiedyś zastanawiałam się, czy mogę kupić sobie piękną i bardzo drogą bluzkę. Gryzłam się (wewnętrznie, na zewnątrz objawiało się to przygryzaniem warg): ,,Jeśli kupię, to do końca miesiąca tylko ziemniaki i kiszona kapusta”. ,,Przecież nikt nie widzi, co jesz, a bluzkę zobaczą wszyscy” – na to przyjaciel.

Pomimo dołów, chce mi się żyć, dostrzegam nieoczywistą urodę życia.

Mówiąc prozaicznie (serwuję chyba zabójcze dawki Coelho): bardziej chce mi się żyć niż nie żyć. Odnoszę czasem jednak wrażenie, że owa chęć do życia traktowana jest jako coś prymitywnego, tak jakby w dobrym tonie były nie tyle skłonności samobójcze, ile po prostu nieszczególne przywiązanie do ziemskiej egzystencji. Tak czy inaczej, samo życie napełnia mnie radością. Najczęściej. Zdarzają się bowiem chwile, kiedy ten okruch szczęścia wysysany jest ze mnie przez zakapturzone istoty bez twarzy. Wierzę w istnienie Dementorów z Harry’ego Pottera. Tak sobie wyobrażam depresję. Gdy czuję oddech Dementora na karku, mam marne szanse w starciu z nim i właśnie dlatego stawiam opór. Zazwyczaj objawia się to kupnem butów (chyba że powodem pojawienia się Dementora jest puste konto, wtedy gorzej). Nie namawiam do popadania w zakupoholizm ani w inne szkodliwe nawyki przynoszące krótkotrwałą ulgę, a na dłuższą metę wiążące się z kacem moralnym. Chodzi o to, by przyznać sobie prawo do bycia nieszczęśliwym, a mimo to wyciągnąć rękę, ewentualnie nogę i wykonać mozolne czołgnięcie ku światłu.

Gdy eony temu tkwiłam w najciemniejszej czeluści życia, zadzwoniłam do jednoosobowej pozarządowej organizacji działającej bez dotacji, czyli do najlepszej przyjaciółki i zawodziłam w słuchawkę, że brodzę w powodzi złotych liści, a nie mogę się tym cieszyć, przygnieciona beznadziejnym położeniem. Odparła, że skoro jeszcze zachwycają mnie takie rzeczy, to nie jest najgorzej. Nawet jeśli Dementor dobiera się do duszy, to nie pozwolę, by wyssał ją do imentu. Jak mówią Anglosasi: każda chmura ma srebrne obramowanie. Oby tylko zawsze je dostrzegać, czego Wam i sobie życzę.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo