Change font size Change site colors contrast
Felieton

Dlaczego chcemy wierzyć w horoskopy?

15 września 2017 / Basia Grabowska

Kobiety mają na ogół dużo bardziej rozwiniętą empatię.

Przejmujemy się wieloma rzeczami, jesteśmy bardziej uczuciowe i podatne na zranienia. Nasze serca nie są obite żelazną blachą czy opatulone stalowym drutem kolczastym. Ufamy często bezgranicznie, nie mając nawet ku temu wyraźnych, racjonalnych powodów. Nadzieję nie bez powodu nazywamy „matką”, a nie, przykładowo „ojcem” głupich. Przez nadzieję, nie tylko wybija się ta matczyna troska, ale...

Kobiety mają na ogół dużo bardziej rozwiniętą empatię. Przejmujemy się wieloma rzeczami, jesteśmy bardziej uczuciowe i podatne na zranienia. Nasze serca nie są obite żelazną blachą czy opatulone stalowym drutem kolczastym. Ufamy często bezgranicznie, nie mając nawet ku temu wyraźnych, racjonalnych powodów. Nadzieję nie bez powodu nazywamy „matką”, a nie, przykładowo „ojcem” głupich. Przez nadzieję, nie tylko wybija się ta matczyna troska, ale także ślepa, naiwna wiara w dobro i szczęśliwe zakończenie. I właśnie ta naiwność popycha nas w ręce wróżek, numerologii, kart czy horoskopów.

Horoskopowe przepowiednie nie są już po to, żeby sprawdzić, co nas czeka w przyszłym miesiącu czy tygodniu, ale po to, żeby dowiedzieć się, że wszystko będzie dobrze, nawet jeżeli czekają nas jakieś potknięcia w niedalekim czasie. Nasza potrzeba zapewnień może zostać zaspokojona krótkim tekstem umieszczonym na tylnych stronach kobiecych gazet, na wróżbiarskich portalach i aplikacjach czy w powiadomieniach SMS od ulubionego, bo najbardziej sprawdzonego i wiarygodnego astrologa. Chociaż do podczytywania wróżb, nie mówiąc już o wierze w te zwięzłe przepowiednie czy ostrzeżenia, wcale nie chcemy się przyznawać.

Dzieje się tak dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do okazywania słabości. Niepewność – także ta dotycząca przyszłości, potrafi wywiercać nam dziurę w brzuchu wiertłem zbudowanym z cząsteczek stresu i niestabilności. Od dawien dawna ludzie szukają opieki, znaku, że nie są z tą całą przyszłością sami i obietnicy, że dadzą sobie z nią radę. Zazwyczaj wolimy wyśmiać w towarzystwie wierzenie w zabobony. Do czasu, kiedy spotkają nas finansowe kryzysy, miłosne pułapki i życiowe rozdroża, a nam przydałyby się wskazówki i poklepywania po plecach, że wszystko się, koniec końców, uda.

Jeżeli chodzi o sprawy metafizyczne, to bezsprzecznie zajmuję ciepłą posadkę bohaterki tragicznej. W moich przekonaniach i poglądach jest lawina sprzeczności, których nie umiem zlikwidować, a której elementy składowe razem tworzą niezłą, wybuchową mieszankę. Na przykład wierzę, że wszystko zależy od nas. Lubię mieć wpływ na swoje życie, lubię działać tak, żeby potem wszystko układało się po mojej myśli. To nie wyklucza karmy, w którą zwyczajnie warto wierzyć. Przynajmniej tak myślę. Gdyby wierzyło w nią więcej ludzi, byłoby na świecie więcej dobra. Bez znaczenia, czy tylko dlatego, że Ci ludzie wytwarzający dobro, chcieliby otrzymać jakieś dobro w zamian, czy wytwarzaliby je bezinteresownie. Może groźba karnego bumeranga zahamowałaby złe zamiary, pobudzając strach.

Jestem też nieuleczalną i naiwną romantyczką. Wierzę w przeznaczenie, dlatego, że chce w nie wierzyć. Ale bywa, że sam los przystawiam do ściany, sprawdzając czy na pewno się nie pomylił. I tak, spotykając kogoś, bywa, że sprawdzam jego możliwy temperament po charakterystyce znaku zodiaku. Mimowolnie wchodzę w powiązane linki, i tak “upewniam się” czy partner do mnie pasuje, czy nasze znaki są do pogodzenia, czy ta relacja będzie rozwijać się szybko, czy raczej będzie wymagać dużo trudu i cierpliwości. To może śmieszne, ale charakterność osobnika dość często wpada w dużą zależność od tego, kiedy się urodził. I choć horoskopy i cała ta „zabawa” z jakimkolwiek wróżbictwem jest całkiem niezgodne z nauką Kościoła, to horoskopy sprawdzają często też te kobiety, które do Kościoła regularnie chodzą.

Czy powinnyśmy być zatem bardziej rozsądne i przestać ufać horoskopowym przepowiedniom, radom i przestrogom? Niekoniecznie. Nie chodzi tu o powierzanie swojego życia i wszystkich życiowych decyzji w ręce niebios, energii czy tekturowych prostokątów. Ale o to, że każda siła, nawet ta wydająca się czasami najbardziej absurdalna, jest siłą słuszną i potrzebną, jeżeli jest w stanie nas (od)budować i wzmocnić. Zgodnie z zasadą – jeżeli coś jest głupie, a działa, to znaczy, że nie jest głupie. Nawet jeżeli działa tylko przez wytworzony efekt placebo.

A czy powinnyśmy być na siebie złe, że bywamy łatwowierne i naiwne? Absolutnie nie. To wszystko przez ogromną, zatrważającą wrażliwość, przez którą czasem tak bardzo emocjonalnie i uczuciowo cierpimy. Nie dajmy sobie wmówić, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na czułość. Że są tylko podziały, barykady, nienawiść i pociski. Że liczy się siła i pięść, wojna i krzyk. Kaur, poetka, feministka i artystka z Indii, pisze, że jeśli jesteś czuła, jesteś potężna. I tego się trzymajmy.

Felieton

Dlaczego lubię pić kawę z Żabki na rogu? Bo jest wystarczająco dobra.

22 czerwca 2020 / Dominika Berezyna

Od kilku tygodni wstaję o 05:30, pracuję do 7:00 rano, następnie wybieram się na spacer.

Godzina relaksu przed następnym 11h maratonem w pracy. I tak codziennie, 5 razy w tygodniu. Dlaczego sobie to robię? 

Uwielbiam swoją pracę, uwielbiam ludzi, z którymi pracuję, ale bycie najlepszą w pracy tak naprawdę nigdy nie było moim celem. Moim celem jest posiadanie męża, domu i gromadki bąbelków.

 

Dlaczego więc nie robię nic, co przybliży mnie do realizacji mojego marzenia? Czemu spędzam tyle czasu w pracy, skoro mogłabym go spędzić na randkach, na przeszukiwaniu portali randkowych lub swipepowaniu w prawo na Tinderze? 

 

Bo tak jak jest, jest wystarczająco dobrze.

 

Ten stan – wystarczająco dobrze, brzmi tak łatwo do zrobienia – a jest tak cholernie ciężki do osiągnięcia.

 

Często będąc mną, nie docenia się drogi, liczy się cel – zawodowo stać się ekspertem w jakiejś dziedzinie w pierwszym tygodniu pracy, prywatnie przeskoczyć wszystkie szczeble poznawania nowej osoby i od razu być idealną przyjaciółką czy też dziewczyną po kilku godzinach od pierwszego spotkania.

Dlaczego sobie to robię? Dlaczego nie potrafię docenić tego stanu, gdy jest wystarczająco dobrze i dopiero się uczę i poznaję nowe tematy czy też osoby? 

Nie jestem perfekcjonistką, ale wiem, że kiedy skończyłam 7. miesięcy, pominęłam etap raczkowania i od razu zaczęłam chodzić. Jak to się skończyło dla mnie? Straciłam jedynkę z przodu, po prostu nie miałam jej do szóstego roku życia. Czy czegoś to doświadczenie mnie nauczyło? Nie, a szkoda, bo powinno. 

 

Gdy patrzę z perspektywy czasu na moje życie, wiele razy traciłam przysłowiowe jedynki z przodu – gdy podjęłam ryzykowną decyzję biznesową w pracy, czy zakochałam się od pierwszego wejrzenia w kimś zupełnie dla mnie nieznanym i poświęciłam 100% energii dla tego związku. Różnica jest taka, że nie musiałam czekać 6 lat na przysłowiowe odrośnięcie jedynki – rozwiązanie przychodziło o wiele szybciej – nie znaczy to, że przysłowiowe upokorzenie trwało krócej.

 

Czy oznacza to, że jest ze mną coś nie tak? Myślę, że nie – po prostu od razu chcę być najlepsza w zadaniu, które dostałam, czy w związku, w który się angażuje. Czy oznacza to, że jestem uwielbiana przez przełożonych i moich partnerów? Oczywiście, że nie – raczej jestem uważana za osobę natrętną, upierdliwą i przytłaczającą. Dlaczego wciąż sobie to robię w takim razie? Bo nie umiem sama dla siebie być wystarczająco dobra. A wiem, że powinnam.

 

Gdy ktoś mówi Ci po wspólnie spędzonym czasie razem, że jest Tobą rozczarowany, jaka myśl przychodzi Ci do głowy? U mnie to zawsze jest zdanie: jesteś niewystarczająco dobra. Za dużo gadasz, za bardzo się narzucasz, masz żałośnie niskie poczucie humoru czy zawsze przypalasz obiad. Jakby pomyśleć o tym tak logicznie, to bardzo głupie – nie uważasz? Dlaczego czyjeś zdanie o Tobie ma wpływać na to, jak Ty sama postrzegasz siebie?

 

Dlaczego gdy ktoś mówi Ci, że jesteś postrzegana jako osoba zakompleksiona, głupia czy też po prostu uwieszona na swoim facecie, tak aby odzyskać swoje poczucie wartości czujesz, że musisz się bronić? Przecież Ci ludzie zazwyczaj znają Ciebie dwie godziny (i prawdopodobnie nigdy więcej ich nie spotkasz), usłyszeli, jak chwalisz się swoim życiowym osiągnięciem, a swojego chłopaka poprosiłaś, żeby powiedział, że jesteś ładna, bo wystroiłaś się dla niego  – dlaczego chcesz im coś udowodnić? Bo nie umiesz być dla siebie samej wystarczająco dobra.

 

Możesz być zadowolona ze swojego ciała, wykształcenia czy pracy – gruba czy chuda, z wysoką pensją czy bez pracy, z doktoratem czy tylko inżynierem – tutaj nie chodzi o poczucie własnej wartości – tutaj chodzi o coś więcej – o zadowolenie z siebie samej.

Ale dlaczego musi być od razu super – bez cellulitu, z modelem u boku i modną torebką na ramieniu czyli tak, jak na fotkach z Instagrama? Dlaczego nie cieszysz się, gdy jest wystarczająco dobrze? Bo nie umiesz być dla siebie samej wystarczająco dobra.

 

W dążeniu do bycia jak najlepszym nie ma nic złego, o ile nie tracisz radości z momentów gdy jest wystarczająco dobrze. 

 

Są oczywiście sytuacje, gdy otwierasz się przed kimś całkowicie i liczysz, że ta druga osoba prędzej czy później zrobi to samo, a kończy się jak zwykle, czyli jednak na tym, że ta osoba zamyka Ci przed nosem drzwi do swojego serca, zamiast buziaka na do widzenia – dostajesz kopa w dupę poprzez zerwanie przez telefon – co myślisz, tak naprawdę? Że jesteś niewystarczająco dobra. 

 

A dlaczego nie pomyślisz, że gdy los zamyka Ci drzwi, zazwyczaj otwierają się inne drzwi lub co najmniej okno, przez które wyskakujesz? Prędzej czy później dochodzi do Ciebie, że to nie Twoja wina – Ty byłaś wystarczająco dobra a nawet więcej. 

To czemu nie wyszło? Zdarza się i tyle. 

 

Nauczmy się cieszyć tym, co mamy, nauczmy się być dla siebie wystarczająco dobre – a może w końcu zauważymy, że ten Pan z Żabki, które zawsze robi Ci tę samą kawę (bez pytania już, co podać), tak naprawdę uśmiecha się do Ciebie i delikatnie muska Twoje palce podając Ci kubek z wystarczającą dobrą kawą z Żabki. 🙂

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo