Change font size Change site colors contrast
Styl życia

„Kiedy ślub?”, „Staracie się o dziecko?” – normalna ciekawość czy nietakt i wścibstwo?

28 września 2018 / Alicja Skibińska

Bardzo chciałabym żyć w świecie, w którym nasze życie osobiste i wybory dotyczące tej sfery należałyby tylko do nas.

W takim, w którym każdy respektowałby nasze prawo do intymności i w związku z tym nikt nie zaglądałby do portfeli, sypialni czy macic innych ludzi.   Niestety, w naszym społeczeństwie istnieje przyzwolenie na włażenie z buciorami w prywatne życie innych osób. Prawo do takich...

Bardzo chciałabym żyć w świecie, w którym nasze życie osobiste i wybory dotyczące tej sfery należałyby tylko do nas. W takim, w którym każdy respektowałby nasze prawo do intymności i w związku z tym nikt nie zaglądałby do portfeli, sypialni czy macic innych ludzi.

 

Niestety, w naszym społeczeństwie istnieje przyzwolenie na włażenie z buciorami w prywatne życie innych osób. Prawo do takich zachowań roszczą sobie zarówno członkowie bliskiej rodziny, jak i osoby, które znamy wyłącznie z widzenia, a czasem nawet zupełnie obcy ludzie. Zadają wścibskie pytania, sugerują, insynuują, a nawet próbują w bezpośredni sposób wpływać na nasze osobiste decyzje. I nikt ich za to nie potępia. A w przypadku ewentualnej konfrontacji otoczenie zwykle opowiada się po stronie natręta, a nie broniącej się przed jego nietaktem „ofiary”.

„Masz już chłopaka/dziewczynę?”, „Kiedy w końcu się jej oświadczysz?”, „Kiedy ślub? Pobawiłabym się na weselu!”, „Kiedy dzieci? Nie robicie się coraz młodsi!”, „To planowane dziecko czy wpadka?”, „Czemu nie karmisz piersią?”, „Dlaczego tak długo karmisz piersią?”, „Jak to, już wracasz do pracy? Dziecko potrzebuje matki!”, „Jak najszybciej zacznijcie się starać o dziecko. Jak to nie planujecie? Na pewno będziecie tego żałować!”, „Kiedy drugie? Chyba nie chcecie, by wasz syn był jedynakiem?” – takie pytania i komunikaty można mnożyć bez końca.

Mają dwie cechy wspólne: są kompletnie nie na miejscu, a mimo to padają nagminnie.

Jak nietrudno zauważyć, wielu „ciekawskich” nie ogranicza się tylko do pytań, co pozwala zakładać, że nie kieruje nimi jedynie życzliwe zainteresowanie. Z ich wypowiedzi zazwyczaj w mniej lub bardziej zawoalowany sposób przebija ich własny światopogląd, który uważają za jedyny słuszny i normatywny. Tu ni23e chodzi o to, że są ciekawi, jakie są twoje plany matrymonialne czy prokreacyjne. Oni chcą ci zasugerować, co jest właściwe, a co nie. Nieważne, czego chcesz, jakie masz potrzeby, plany i ambicje. Jeśli nie wpasujesz się w tradycyjny, ich zdaniem najlepszy model, przeszkadzasz im niczym wystający gwóźdź. A takie, jak wiadomo, należy wbijać.

Tego typu pytania tylko pozornie wydają się niewinne i nieszkodliwe.

Jestem niemal pewna, że zaraz przeczytam pod tym tekstem choć jeden komentarz o tym, że „już nie można o nic zapytać, co za czasy, najlepiej w ogóle nie rozmawiać!”. Ale zastanówmy się, czy powstrzymanie się od wścibstwa naprawdę jest tak wielkim poświęceniem? Myślę, że nie, zwłaszcza, jeśli to zminimalizuje szanse na to, że sprawimy komuś przykrość.

Jedna z wykładowczyń na studiach powiedziała nam kiedyś, że jeśli nie jesteśmy w stanie powstrzymać się przed zadaniem komuś tego typu pytania, powinniśmy postarać się, by nie było w nim słówka „już”.

Przyjrzyjmy się więc, co się stanie, kiedy je usuniemy. Zamiast: „Czy masz już dziewczynę?”, „Czy jesteś już mężatką?” i „Czy masz już dzieci?” otrzymamy: „Czy masz dziewczynę?”, „Czy jesteś mężatką?” oraz „Czy masz dzieci?”. Tym samym nie będziemy sugerować, że wymienione kwestie stanowią obowiązkowe elementy życia każdego człowieka, których osiągnięcie jest tylko kwestią czasu i otworzymy się na znacznie bardziej zróżnicowane odpowiedzi, niż zwykłe „tak” lub „nie”, np. „Nie, nie mam dziewczyny, ale za to mam chłopaka”, „Mam partnera, ale papierek nie jest nam potrzebny do szczęścia” lub „Nie, w ogóle nie planuję potomstwa”. Tym samym ryzyko, że kogoś urazimy albo zranimy, jest nieco mniejsze. Co nie oznacza, że nie istnieje.

Swoją drogą, czy nikomu nigdy nie przyszło do głowy, że tego typu naciski mogą wywołać efekt odwrotny od zamierzonego?

Niedawno miałam okazję obejrzeć jeden z odcinków programu „I nie opuszczę cię aż do ślubu”. Jego uczestnik mierzył się z coraz bardziej natarczywymi sugestiami bliskich, że powinien oświadczyć się swojej dziewczynie. I właśnie ta presja była powodem, dla którego zrobił to stosunkowo późno. „Stwierdziłem, że nie mogę tego zrobić pod naciskiem. Chciałem się oświadczyć z własnej inicjatywy, w momencie, w którym nikt nie będzie się tego spodziewał” – argumentował swoją decyzję. Osobiście bardzo go rozumiem. Zdecydowanie nie chciałabym, żeby mój mąż poprosił mnie o rękę nie dlatego, że tego chciał i czuł się na to gotowy, ale pod wpływem otoczenia. Możliwość podejmowania własnych decyzji i życia w zgodzie ze sobą jest jedną z naszych najbardziej podstawowych potrzeb. Nawet jeśli sami pragniemy tego, na co namawiają nas inni, wolimy robić to na własnych zasadach. Tak, żeby mieć pewność, że nasze działania wynikają z wewnętrznej potrzeby, a nie poczucia, że „tak trzeba”.

Zupełnie nie pojmuję, skąd w ludziach tak silna skłonność do dopasowywania wszystkich do jednego modelu.

Jesteś szczęśliwą żoną i matką, pracującą na etacie i spłacającą kredyt na mieszkanie? Super. A może przeciwnie, czujesz się spełniona jako singielka, masz wolny zawód, a swój czas i pieniądze inwestujesz w spełnianie własnych potrzeb? Też fajnie, o ile cię to uszczęśliwia. Jednocześnie nie oznacza to, że realizowany przez ciebie schemat będzie dobry dla każdego. To wspaniale, że się od siebie różnimy. Każdy z nas ma unikalny zestaw cech i doświadczeń oraz wynikających z nich pragnień. I to jest piękne! Oczywiście, część potrzeb jest w pewnym sensie wspólna dla całej ludzkości, ale każdy z nas ma prawo zaspokajać je w sposób, który najbardziej mu odpowiada. Można czerpać miłość i wsparcie ze związku romantycznego, ale też od dzieci, przyjaciół czy rodziny. Jedni osiągają samorealizację w pracy zawodowej, inni poprzez hobby, a jeszcze inni przez rodzicielstwo, wolontariat lub inne formy pomocy. Jako copywriterka pracująca w zaciszu własnego domu ogromnie cenię sobie swobodę i spokój, które z tego wynikają.

Robię to, co kocham, rozwijam się, a do tego nie mam nad głową humorzastego szefa, nie muszę dojeżdżać do biura i mogę organizować swoje obowiązki tak, jak mi odpowiada – żyć nie umierać!

Jasne, taka forma zatrudnienia ma też swoje negatywne strony (jak wszystko), jednak wybrałam ją świadomie i dobrze mi z tą decyzją. A mimo to nie jest mi przyjemnie, kiedy ludzie dyskredytują moją działalność, pytając, „czy planuję szukać normalnej pracy”. Namawianie innych na to, by zmienili swój styl życia tylko dlatego, że nam by nie odpowiadał, jest kompletnie pozbawione sensu. Teksty w stylu: „Kiedyś tego pożałujesz” czy nieśmiertelne „Kto ci poda szklankę wody na starość?” mogą kogoś realnie skrzywdzić. Nie ma co liczyć na to, że osoba, której nigdy nie marzyło się np. małżeństwo czy potomstwo, zmieni zdanie po fakcie. Wtedy jest już stanowczo za późno na zastanawianie się, czy dany wybór jest dla nas dobry. Przyznanie, że nie nadajemy się do czegoś, co jest uznawane za normę, stanowi akt odwagi i dojrzałości. W przeciwieństwie do unieszczęśliwiania nie tylko siebie, ale również współmałżonka lub dzieci, których nigdy nie pragnęliśmy. „Życzliwi” często używają argumentów takich jak: „Kiedy już będziesz matką, z pewnością zmienisz zdanie” lub „Jeśli nie urodzisz dzieci, będziesz tego żałować”. Ale czy są w stanie wziąć odpowiedzialność za takie słowa w sytuacji, kiedy ich rezultat będzie przeciwny do spodziewanego? Każdej osobie bez wyobraźni, myślącej, że rodzicielstwo zawsze przynosi radość i spełnienie, polecam książkę „Żałując macierzyństwa” Orny Donath. Autorka przeprowadziła wiele szczerych rozmów z kobietami, które nie znalazły spełnienia w byciu matką i bardzo żałują tego kroku (mimo że naprawdę kochają swoje dzieci). Wiele z nich od początku czuło, że rodzicielstwo nie jest dla nich, ale zdecydowały się na nie pod presją partnera lub za namową otoczenia. A tego, niestety, nie da się zrobić „na próbę” i zrezygnować, kiedy okaże się, że decyzja była nietrafiona.

Gdybym miała sporządzić ranking najbardziej znienawidzonych przeze mnie odzywek, miejsce na ścisłym podium miałby zagwarantowany tekst: „Teraz tak gadasz, jeszcze ci się odmieni”.

Kiedy ktoś mówi coś takiego, tak naprawdę oznajmia swojemu rozmówcy: „Nie szanuję ciebie, twoich odczuć i decyzji. Uważam, że nie masz do nich prawa”. Jasne, każdy może na jakimś etapie życia zmienić swoje plany lub zdanie na określony temat. Ale jakoś nikt nie wpada na pomysł, by na oświadczenie, że ktoś stara się o dziecko lub się go spodziewa, reagować słowami: „Będziesz tego żałować”. Choć przecież taki scenariusz również jest prawdopodobny. Podobnie nikt nie mówi osobom heteroseksualnym, że „to tylko taka faza” i że „im przejdzie”, choć geje i lesbijki notorycznie wysłuchują takich zapewnień.

Wreszcie, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że pytania o prywatne sprawy mogą kogoś zaboleć z zupełnie innej przyczyny.

Nie wiemy przecież, czy dany temat nie wiąże się z jakąś mniejszą czy większą tragedią w życiu danej osoby. Może ktoś chciałby wziąć ślub lub zostać rodzicem, ale go na to zwyczajnie nie stać. Niewykluczone, że nasz znajomy nastolatek wczoraj rozstał się z ukochaną i bardzo to przeżywa, chciałby kogoś mieć, ale nie może narzekać na nadmiar powodzenia albo jest gejem i śmiertelnie boi się powiedzieć o tym rodzinie, która wciąż pyta, kiedy wreszcie przyprowadzi do domu jakąś dziewczynę. Być może jedno z partnerów pragnie małżeństwa lub powiększenia rodziny, a drugie to wyklucza, co powoduje konflikty i wątpliwości dotyczące przyszłości związku. Może para od lat bezskutecznie stara się o dziecko lub wie, że nigdy nie będzie mogła go mieć z powodów medycznych. Nie mamy pojęcia, czy kobieta, którą tak beztrosko pytamy o plany prokreacyjne, nie poroniła tydzień temu. Niewykluczone, że nasz rozmówca wróci do domu i spędzi cały wieczór, płacząc w poduszkę na wspomnienie naszych nieprzemyślanych słów.

Podobno nietaktowne pytania o prywatne sprawy oraz niechciane „dobre rady” na ogół podyktowane są tzw. dobrymi intencjami.

Muszę wierzyć na słowo, choć trudno mi wyobrazić sobie człowieka, który „w dobrej wierze” ryzykowałby, że poruszy czyjś czuły punkt i go tym skrzywdzi. Jak widać, takimi pytaniami (nie wspominając o próbach wymuszenia określonych decyzji) można wyrządzić zdecydowanie więcej złego niż dobrego (zresztą, medal z ziemniaka dla tego, komu w ogóle uda się znaleźć jakieś korzyści ze wścibstwa i braku taktu). Czasami najprostsze wyjaśnienia są najtrafniejsze, więc warto przyjąć, że jeśli ktoś sam nie porusza z nami tak prywatnych tematów, to widocznie ma ku temu powód. Na przykład… po prostu nie chce z nami o nich rozmawiać. I ma do tego prawo. Każdy, kto uważa, że znalazł receptę na szczęście, powinien po prostu ją realizować. A innym pozwolić żyć tak, jak sami tego pragną. Bez konieczności tłumaczenia się z własnych wyborów.

 

Styl życia

Jak sobie ustalisz budżet w związku, tak będziesz żyła.

1 lutego 2022 / Agnieszka Jabłońska

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.” Te z nas, które pamiętają dobre rady babci, ciotki lub własnej mamy, jeśli jest reprezentantką starszego pokolenia, na pewno dobrze znają to zdanie.

To taka mądrość przekazywana z ust do ust kolejnym pokoleniom kobiet, które wstępowały w związek małżeński. Cytowana co najmniej tak często jak: „Mąż jest głową, a kobieta szyją w rodzinie”.

Dzisiaj jest inaczej! – powiesz mi zaraz. No pewnie, że jest inaczej. Kobiety są wykształcone, świadome i niezależne. Kończą studia, rozwijają sobie pasje. Zakładają firmy, zajmują kierownicze stanowiska, odnoszą sukcesy. Dbają o siebie: fizycznie i psychicznie. W międzyczasie wstępują w związek – partnerski lub małżeński. I część z nich zachowuje tak upragniony work life balance, ma przy sobie świadomego partnera i jest najlepszą wersją siebie. Amen. U części z nas do głosu dochodzą jednak kody kulturowe lub jakieś tajemnicze obszary w mózgu, które sprawiają, że może nie czekamy na męża z pantoflami jak nasze babcie, ale zdecydowanie jesteśmy gotowe do poświęceń. Nasze barki mają wielopokoleniową zdolność do dźwigania ciężarów, a my do odczuwania szczęścia z bycia męczennicami. 

Ciąża – zmiana układu sił 

Kiedy układ sił w domu się zmienia? Tak, tak, dobrze myślisz, gdy kobieta zachodzi w ciążę. Ciąża pociąga za sobą szereg wydarzeń, które nie mieszczą się w biznesowym kalendarzu, szpilki ustępują trampkom, a marynarka bluzie od dresu, biznesowy telefon natomiast zamienia się w telefon do przychodni pediatrycznej. Te zaś, które już wcześniej były męczennica, z uczuciem tryumfu mogą założyć na głowę upragnioną koronę. I teraz znowu się na mnie oburzasz: „Przecież ciąża to coś normalnego! Przecież para podjęła decyzję o dziecku wspólnie!” Zgadzam się z  Tobą, ale popatrz obiektywnie, osobą, której życie wywraca się realnie do góry nogami bez lukru i słodzenia, jest kobieta. 

To może jednak warto zainwestować w dobrą pościel?

Pościelić możesz sobie na różne sposoby. Część kobiet podejmuje się wychowania faceta, jakby dostawały pod swoje czułe skrzydła małego chłopca, który bez nich niczego nie osiągnąłby w życiu i zginąłby marnie pierwszego dnia po ich odejściu. Brawa dla tych pań, wyrazy współczucia dla panów. Żyją później z takim „wychowanym” egzemplarzem i mówią, że są szczęśliwe. Pozostaje w to wierzyć. Niektóre oddają się całkowicie w ręce swojego misia, bo skoro on coś mówi, to przecież wie, a jak coś robi, to przecież musi być dobrze. Uczcijmy minutą ciszy te dziewczynki, które szukają w związku ojca i przewodnika, ale jednocześnie nie dorosły na tyle, by być aż partnerkami.

Większość z nas chce jednak związku partnerskiego. Takiego, w którym mieszkanie jest sprzątane po połowie, gotuje osoba, która lepiej się w tym czuje lub ma więcej czasu. Większość z nas chce dostawać spontanicznie kwiaty i dawać równie spontanicznie czekoladę. Chcemy pracować i zarabiać, dzielić się obowiązkami domowymi i finansowymi, chcemy współtworzyć związek, być 1 do 1, fifty-fifty na równi z naszym partnerem. A później zachodzimy w ciążę… Znowu o tej ciąży! Jak by to była przyczyna wszystkich problemów! O co Ci chodzi? Dziecko to wspaniała zmiana!

Ciąża – wielka zmiana 

Dziecko to ogromna zmiana i jeszcze większa odpowiedzialność. To trudny czas dla związku, dla pary, czas, gdy kobiecie zmieniają się priorytety, gdy w jej psychice zachodzą olbrzymie zmiany. Czas, w którym zmienia się i kształtuje na nowo cała komórka społeczna: rodzina. A o co jest najwięcej kłótni, gdy wszyscy są zmęczeni, zestresowani i próbują dać z siebie 101%? Tak, najczęściej o obowiązki, a później niestety o pieniądze. Po narodzinach dziecka okazuje się, że związki, które funkcjonowały jak szwajcarski zegarek, potrzebują dobrego oliwienia lub po prostu przestawienia priorytetów. 

Chcesz ścielić? Olej to i pracuj nad budżetem! 

To może zamiast pościeli lepiej pracować nad budżetem? I to jest dobra myśl! Bo widzisz, jak sobie ustalisz budżet w związku – a najczęściej usiądziecie z partnerem i przegadacie, jak ma to wszystko wyglądać – tak będziesz żyła. Jeśli od początku kreujesz się na kobietę-herosa, mistrzynię nadgodzin i zwolenniczkę dwóch etatów, która pracy potrzebuje jak powietrza i jest totalnie samowystarczalna, ciężko będzie Ci zmienić pewne rzeczy, gdy przewartościujesz priorytety we własnej głowie. 

Budżet domowy – jak to u Ciebie wygląda? 

Ile par, tyle pomysłów na zarządzanie finansami. Na podstawie obserwacji, uważam, że wyróżnić można cztery główne metody prowadzenia domowego budżetu:

  1. Jedno wspólne konto, do którego wpada wszystko i każdy bierze tyle, ile potrzebuje
  2. Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont, 
  3. Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń, 

Każda z tych metod ma swoje plusy i minusy. Co jest wspólne? Jeśli ktoś prowadzi budżet na jeden z przedstawionych sposobów, bardzo ciężko jest mu zmienić styl myślenia. Tak było, jest i będzie, bo to działało, bo tak jest dobrze. Tyle że po zmianie sił w związku – kobieta na urlopie macierzyńskim, opiekuńczym i być może wychowawczym – stare metody dzielenia się kasą zwyczajnie mogą nie działać… 

Zobacz, jakie są najpopularniejsze metody prowadzenia domowego budżetu. Jak jest u Ciebie? 

 

  • Jedno wspólne konto, na które wpływają wypłaty i z którego każdy bierze tyle, ile potrzebuje

 

+ równy dostęp do pieniędzy w związku niezależnie od zarobków
+ pełna kontrola nad finansami sprawowana przez oboje partnerów
+ trudniej wpaść w długi
+ wszystkie wydatki są wspólne
+ łatwiejsze, wspólne gromadzenie oszczędności  

Minusy:
– trudno zrobić drugiej osobie prezent-niespodziankę
– trudno odłożyć własne pieniądze
– trudno ukryć przed partnerem dodatkowe przychody lub wydatki
– partner może kontrolować wydatki i rozliczać drugą osobę 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety oraz pełna pensja partnera wciąż wpływa na to konto. Oboje partnerzy mogą swobodnie korzystać ze zgromadzonych środków. Wpływają tam również wszystkie świadczenia i benefity na dziecko. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta korzysta ze zgromadzonych na koncie środków oraz wynagrodzenia partnera. 

Czy są inne zagrożenia?
Jeśli jedno z partnerów postanowi wypłacić wszystkie pieniądze z konta i odejść, drugie zostanie bez pieniędzy. Jeśli jedno z partnerów będzie miało długi, komornik zajmie wspólne konto i wszystkie znajdujące się na nim środki mimo braku ślubu lub przy rozdzielności majątkowej. 

 

  • Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont

 

+ wyraźny podział pieniędzy na wspólne i osobiste
+ większa niezależność w wydawaniu osobistych pieniędzy
+ możliwość robienia prezentów-niespodzianek sobie lub partnerowi
+wspólne podejmowanie decyzji o wydatkach domowych
+ wspólne oraz niezależne gromadzenie oszczędności 

Minusy:

– miesięczna opłata za trzy konta
– konieczność pamiętania o przelewie na wspólne konto
– trudności z podzieleniem wydatków osobistych i wspólnych
– nieporozumienia w ustalaniu kwoty, która jest przelewana na konto wspólne 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety wpływa na jej osobiste konto. Partnerzy muszą podjąć wspólną decyzję, jaką sumę kobieta przekazuje do budżetu domowego. Jeśli podział nie zostanie dokonany sprawiedliwie, mogą ucierpieć wydatki osobiste kobiety. Świadczenia i benefity na dziecko wpływają na konto partnerki lub partnera, dlatego konieczne jest ustalenie, ile kosztuje miesięczne utrzymanie dziecka i kto płaci za rzeczy dla niego. Na urlopie wychowawczym kobieta nie ma źródła dochodów, jest więc zależna od przelewu na wspólne konto, który wykona partner. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Jeśli jedno z partnerów zdecyduje się odejść ze wspólnymi pieniędzmi, strata będzie mniejsza niż w przypadku jednego wspólnego konta. Oczywiście przy założeniu, że każdy z partnerów oszczędzał również swoje pieniądze. Jeśli jeden z partnerów ma długi, komornik może zająć wspólne konto, a w przypadku wspólnoty małżeńskiej, współmałżonek będzie solidarnie odpowiadał za długi. 

 

  • Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń 

 

Plusy:

+ pełna niezależność finansowa od partnerki lub partnera
+ możliwość ukrywania własnych przychodów i wydatków 

Minusy:
– przy braku dyscypliny bałagan w domowym budżecie
– kłótnie o pieniądze i procentowy udział w utrzymaniu domu

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Na konto kobiety wpływa pomniejszone wynagrodzenie, z którego musi pokryć określone wcześniej z partnerem opłaty. Jeśli procentowy udział w domowym budżecie nie zostanie na nowo przedyskutowany, może okazać się, że kobiecie brakuje pieniędzy na bieżące wydatki takie jak: jedzenie, czy środki czystości. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta nie dysponuje własnymi pieniędzmi i nie ma dostępu do pieniędzy partnera. Jest więc od niego całkowicie zależna finansowo. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Każde z partnerów ma swoje pieniądze, więc zachowuje niezależność. Jeśli para jest w związku małżeńskim, jeden z małżonków może zaciągnąć zobowiązania finansowe, wpaść w długi bez wiedzy drugiej osoby. Warto pamiętać, że zgodnie z art. 30 Kodeksu cywilnego oboje małżonkowie są solidarnie odpowiedzialni za zobowiązania, które zaciągnęło jedno z nich. Dlatego przy dwóch całkowicie osobnych kontach warto pomyśleć o rozdzielności majątkowej. 

Budżet domowy,  która metoda najlepsza? 

Myślę, że dla wielu z nas odpowiedź jest jasna: wspólne konto. Chcemy mieć pewność, że tworzymy z partnerem rodzinę i działamy w tym projekcie wspólnie na wszystkich płaszczyznach również finansowej. Chcemy dzielić się pieniędzmi, które zarabiamy solidarnie, tak jak dzielimy się obowiązkami, a gdy okaże się, że w danym okresie w życiu potrzebujemy więcej wsparcia – ciąża, urlop macierzyński, opiekuńczy, czy wychowawczy – chcemy je otrzymać bez proszenia.

Będą wśród nas również takie kobiety, które nigdy nie zrezygnują z niezależności finansowej, które mogą się podzielić z partnerem swoimi pieniędzmi, ale na ściśle określonych warunkach. Kwestia wychowania lub życiowego doświadczenia. Lub po prostu jesteśmy lepiej wykształcone, bardziej przedsiębiorcze i zaradne i zarabiamy więcej niż nasz partner. Może miałyśmy w życiu więcej szczęścia, byłyśmy na pewnym etapie bardziej pracowite i bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka, jesteśmy bogate z domu. W takiej sytuacji bardzo dobrą opcją jest pozostawienie konta osobistego i przelewanie ustalonej kwoty na konto wspólne, do którego oboje partnerzy mają dostęp. Dzięki temu zachowujemy niezależność, nie musimy dzielić się informacjami o naszych przychodach, pensji, premiach, dodatkowych źródłach dochodu i możemy dbać o finanse osobiste – budować poduszkę finansową, sprawiać sobie i partnerowi (jeśli mamy na to ochotę) małe lub większe przyjemności. 

Dla wielu z nas jednym słusznym wyjściem będzie osobne i całkowicie niezależne konto oraz podział, kto i za co płaci. Wolimy zrobić zakupy spożywcze i zapłacić w aptece, niż przelewać środki na wspólne konto. Najczęściej tak jest po prostu wygodniej. Moim zdaniem to opcja, która świetnie sprawdza się na początku związku, gdy para rozpoczyna wspólne prowadzenie gospodarstwa. W sytuacji, gdy partnerzy planują wspólnie dziecko, taki podział może okazać się dla kobiety trudny, a nawet niesprawiedliwy. To, jak będzie życie wyglądało w rzeczywistości, zależy od ustaleń i indywidualnego podejścia do kwestii finansowych obojga partnerów. 

Czy w takim razie kobieta-mama powinna mieć swoje pieniądze? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejny artykule! 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo