ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Nauki sprzed lat, czyli „Mother-Life Balance” w okresie międzywojnia

11 października 2019 / Monika Śmigielska

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle - lepszych metod?

Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie.

Nie ma chyba bardziej konkurencyjnej domeny w życiu kobiety niż ta związana z budowaniem własnego domu, z byciem matką. Niczym na zawodach sportowych, ścigamy się między sobą, ale przede wszystkim – ze sobą i swoimi wyobrażeniami o standardach, które nasze życie, dom, dziecko, związek – powinny spełniać. Społeczeństwo, starsze pokolenia kobiet w rodzinie, a i my same swoją codzienną gonitwę często zestawiamy krytycznie z romantycznym wyobrażeniem o kobietach sprzed lat, które pomimo niezliczonych i nieporównywalnie większych od obecnych, trudności – potrafiły jednak dziarsko zakasać rękawy, nie narzekać i z uśmiechem na ustach budować swoim ciepłem i pracowitością szczęście rodziny. Spojrzy potem człowiek na siebie – na stertę niepozmywanych naczyń w kuchni, dziecko siedzące ze smartfonem w ręku i znajomych osiągających większe niż my sukcesy w pracy – i pozostaje jedynie usiąść i załamać ręce nad własną życiową nieudolnością.

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle – lepszych metod? Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie. I nic dziwnego, że tak się kojarzy, bo taki przecież idylliczny obrazek funkcjonuje od lat w zbiorowej świadomości. Niestety, czasem nie zdajemy sobie sprawy od jak dawna faktycznie ten sam obraz budzi w młodych żonach i matkach niepotrzebne kompleksy.

 

 

Uczniowie Szkoły Podstawowej Św. Wojciecha w Krakowie 1932 / domena publiczna

Dziewczynki podczas spaceru w parku z wózkiem dla lalek, 1930 / domena publiczna

Nie my pierwsze, nie my ostatnie

Zbyt często zapominamy, że nasze babcie, prababcie nie zawsze były bogate w bagaż lat i doświadczeń i będąc w naszym wieku, z całą pewnością popełniały tak samo idiotyczne błędy i zapewne te same codzienne perypetie co nam dzisiaj spędzały i im sen z powiek. Można w tym zresztą znaleźć swoistą otuchę, bo przecież nie nas pierwsze ani tym bardziej nie ostatnie wyzwania życia rodzinnego przywodzą czasem na skraj załamania nerwowego.

I tak, choćby w latach 30. przeczytać można było przemyślenia kobiet mających po dziurki w nosie codziennego rozgardiaszu i łączenia pracy zawodowej z rolą żony, matki i wzorowej gospodyni. Po prostu – spostrzeżenia kobiet z krwi i kości, które tak samo jak my dzisiaj usiłowały sprostać wielu oczekiwaniom, a jednocześnie przeżyć życie jak najpełniej.

Tym bardziej, myśląc o temacie przewodnim tego numeru, czyli koncepcji „Mother-Life balance” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przepisu na taki stan zdrowej harmonii nie trzeba wcale szukać w nowomodnych teoriach psychologicznych i kolejnych poradnikach. Może wystarczy spojrzeć kilka pokoleń wstecz i wsłuchać się w te podszepty sprzed lat oraz we własną intuicję?

W okresie międzywojnia coraz więcej kobiet podejmowało, w wyniku przemian społeczno-ekonomicznych, pracę zawodową jednocześnie prowadząc dom, gotując kilkudaniowe przecież wówczas posiłki i wychowując dzieci. W 1924 roku wydana została nawet ustawa sejmowa nakładająca na zakłady pracy nakaz zakładania żłobków dla niemowląt, co pomóc miało pracującym w nich matkom.

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932 / domena publiczna

Mother –Life balance

Praca dla wielu była jednak nie tylko koniecznością ekonomiczną, ale często – świadomym wyborem. W jednym z numerów magazynu „Bluszcz” z 1930 roku przeczytać można było felieton, w którym autorka z pełnym przekonaniem nawoływała do podejmowania przez kobiety pracy – choćby i społecznej i zaprzestania traktowania macierzyństwa jako swoistej wymówki dla własnego lenistwa:

„(…) Dotychczas nierozerwalnie i niepodzielnie łączyła kobieta właśnie to macierzyństwo z wyłącznym oddaniem się dziecku, co nie zawsze przecież dawało dobre rezultaty. Nużyło niesłychanie matkę, wyczerpywało ją całkiem jednostronnie, a dziecku, przebywającemu ciągle z tą samą znużoną osobą – zaryzykowałabym nawet to słowo: ciążyło. Dla wyjaśnienia dodać muszę, że opiekę matki wyłączną uważam za konieczność aż do przedszkola. (…) Po tym okresie stanowczo powinna pomyśleć o sobie: po ciężkim, żmudnym wysiłku, należy się rozejrzeć we własnych siłach, stratach, przybytkach, rezerwach. Tembardziej, że patrzy na nas baczne i wrażliwe oko – naszego dziecka. Jest to krytyk bardzo ostry. Nic mu nie ujdzie, a bliskość codziennego pożycia odsłania mu największe słabizny nie dające się ukryć – jesteśmy często śmieszne, często nieznośne, aż zbyt często zdenerwowane (…).” („Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Tym, co najbardziej służyć miało bowiem dziecku w procesie kształtowania jego charakteru miał być przykład, który czerpać mogło od rodziców. Podjęcie pracy, aktywność społeczna, entuzjazm matki jest zatem tym, co na pewnym etapie wychowania ma większą wartość wychowawczą aniżeli ciągłe wspólne spędzanie czasu z rodzicem.

(…) Gdy po okresie tego wielkiego i jednostronnego trudu kobieta wyprostuje głowę i chwyci w piersi tchu, przekona się, że aż nazbyt odeszła od swoich ideałów, pracy zawodowej, że nieraz prześlepiła, a nawet zagubiła swoje zdolności. Przekona się, że nie należało tak całkiem wyłącznie zasklepiać się w swoich trudach matki, że doskonale byłoby jej zrobiło małe spauzowanie, chwilowy choćby nawrót do ciekawiących ją przed okresem macierzyństwa zagadnień.(…) Ambicją kobiety musi być rozszerzenie sfery swych zainteresowań na wszelkie sprawy zajmujące ogół ludzki, a nie tylko maleńkie podwórko jej najbliższych zatrudnień: jeśli się w niem zamknie, zuboża się bezpowrotnie, sama sobie zakreśla drobne kółeczko, w którem kręci się, jakże mizernie! Czemu, dlaczego?”(„Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Autorka ku przestrodze przywoływała scenariusz, w którym kobieta w pełni sił, w wieku czterdziestu-kilku lat, gdy dzieci zaczną opuszczać dom – kończy, niejako na własne życzenie – zgorzkniała i osamotniona, z wielkim poczuciem niesprawiedliwości i zupełnym brakiem jakichkolwiek zainteresowań. Czy nie przed tym samym przestrzega się nas dzisiaj w telewizjach śniadaniowych i na łamach magazynów?

Osławiona kindersztuba

Poza całkowitym oddaniem się obowiązkom matki, w cudzysłów włożyć można także i kilka mitów narosłych wokół wychowania dzieci dawniej – między innymi osławionego posłuszeństwa. Choć niewątpliwie standardy dobrego wychowania i szacunku do starszych zdecydowanie różniły się od dzisiejszych, na ówczesny „upadek obyczajów” i „rozpasanie” dzieci i młodzieży w zestawieniu ze standardami poprzednich pokoleń narzekano równie dobitnie i w tamtym okresie. I choć niewątpliwie dzisiaj akceptowalne normy zachowania dzieci mają tendencję systematycznie spadkową – to ogólne na nie utyskiwanie jest już zupełnie normalną (i chyba zdrową) praktyką każdego kolejnego pokolenia.

W poradnikach wychowania dzieci, choćby w tym autorstwa Izabeli Moszczeńskiej, wydanym jeszcze w 1903 roku przeczytać można zresztą bardzo ważne słowa na temat wątpliwej zasadności przesadnego skupiania się na wykształcaniu tej cechy u dzieci jako potencjalnie szkodliwej dla ich późniejszego rozwoju: „Posłuszeństwo jest u dzieci tylko cnotą tymczasową, potrzebną jedynie póty, póki się inne cnoty nie wyrobią i tej nie zastąpią, cnoty takie jak: uczciwość, rzetelność, prawdomówność, miłość bliźniego, pracowitość, przezorność i t.p.”. To właśnie przecież wyrobienie takich cech charakteru, które umożliwią dziecku w przyszłości podejmowanie samodzielnych, a dobrych wyborów, nie zaś jedynie strach przed rodzicami – powinno stanowić główny cel wychowawczy.

Przedszkole kolejowe w Zebrzydowicach 1920-1939 / domena publiczna

Szkoła charakteru

W tym samym poradniku przeczytać można zresztą i inne, zupełnie nie tracące na aktualności wskazówki:

„Nigdy nie trzeba jednej wady zwalczać za pomocą innej, a jeżeli chcemy, żeby jakieś brzydkie uczucie w sercach dzieci się nie zagnieździło, nigdy nie wywołujmy w nich złych myśli, dla przeprowadzenia swej woli. Ażebyśmy się lepiej zrozumieli objaśnię to na paru przykładach. Rodzice, którzy zachęcają dziecko do pracy nad książką, obiecują mu w zamian za to dostatek i wyniesienie się nad swój stan w przyszłości, zwalczają lenistwo dziecka, rozbudzając w nim chciwość i próżność. Na razie skutek osiągną o tyle, że może dziecko do książki się weźmie, ale przez to samo jeszcze pracowitem się nie stanie, bo do każdej roboty będzie potrzebowało znowu innej zachęty. Na pewno jednak przez ciągłe powtarzanie tych tych obietnic stanie się chciwem i pysznem. Gdyby się rodzice trzymali innego zwyczaju i zwalczali wady dziecka, zachęcając je do cnót przeciwnych tym wadom, skutek byłby o wiele lepszy. Niech mu mówią: << ucz się, a będzie ci miło przepędzić niejedną chwilę przyjemnie nad książką, wiedzieć dużo, niejednemu przyjść z pomocą udzielając mu dobrej rady, w trudnej chwili życia objaśniając go i pouczając; w ten sposób będziesz i sam pożyteczniej pracować i pożyteczniej bliźnim służyć>>, wtedy to, oprócz doraźnego skutku, t.j. zalczenia lenistwa, osiągną jeszcze i inne, t.j. rozbudzą miłość do nauki i chęć do każdej pracy pożytecznej, do każdego dobrego czynu.” ( Izabela Moszczeńska, Dla rodziców rady i wskazówki przy wychowywaniu dzieci, Warszawa 1903 r. )

Żłobek przy fabryce Norblina, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Kolejka przed żłobkiem fabryki „Płomyk”, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Odpuśćmy i dzieciom, czyli Child-Life balance

W poradnikach tamtego okresu szeroko pisano również o szczególnej roli wychowania do 6 roku życia tzw. przedelementarnego poprzez, o dziwo – poluzowanie przez rodziców nazbyt wygórowanych ambicji względem dziecka i skupienie uwagi na poświęceniu im czasu i kształtowaniu charakteru zamiast na wpajaniu jak największej ilości wiedzy.

Nazbyt wczesne próby nauczenia dziecka czytania, pisania, nauki języków nie miały służyć ani dziecku, ani rodzicom co w kontekście dzisiejszego modelu wychowania i wypełniania nauką każdej chwili dziecka stanowić może teorię zupełnie kontrowersyjną!

(…) zaprzęgamy dziecko do pracy, której wiek ten nie pojmuje wcale. Ludzie silą się tu na pomysły, na sztuczki, na cacka z literami, na pudła z abecadłami, zamieniają dom w drukarnię, a dziecko w drukarza – i na co?… na to, aby obmierzić dziecku naukę czytania. I zaledwie uda się potem złożyć przypadkiem kilka oderwanych wyrazów, już się zabieramy na seryo do „Elementarza” – i na co znowu?… na to, aby dziecku kazać czytać wyrazy i rzeczy, których rozumek jego stanowczo nie pojmuje. Czy jest, czy może być Elementarz dla dziecka pięcio- lub sześcioletniego? Może-ż istnieć taka książka? A jeżeli istnieje czyż tam nie ma więcej niż połowy wyrazów i myśli, których dziecko nie rozumie. A dla czego nie rozumie?… bo umysł jego nie jest przygotowany jeszcze do tej pracy, bośmy nie zadali sobie pierwej trudu rozwinąć i usposobnić dziecko do przyszłej nauki czytania – bośmy, mówię, do roku 6 i 7 nie pomyśleli seryo nad tem, jak je przygotować a zwolna i ostrożnie do pracy. Przygotowaniem tem są i mogą być jedynie pogawędki z dzieckiem o świecie i o tem, co nas zbizka otacza: a zatem o Bogu, Rodzinie, Domu, Dzieciach, Szkole, Ogrodzie, Polu, Lesie, Wsi, Mieście, Zwierzętach domowych, Roślinach i t.d. i t.d. – a więc o Światku jego najbliższym, o tym świecie cudownym, w którym się mieści i życie i pojęcie i rozum i mowa i cała dola tej małej istotki. Nauczmy ją więc uprzednio poglądać, myśleć i mówić, zaopatrzmy jej główkę w odpowiedni zapas wiedzy i siły, wtenczas nauka czytania i pisania będzie dla niej pożądaną nowością”. (August Jeske, Świat i dzieci czyli Nauka o rzeczach wyłożona na podstawie nauki poglądowej, obejmując w czterech oddzielnych częściach (…) Cz. 1 Najbliższy światek dziecka dla dzieci od lat 5 do 7, Warszawa 1883 r.)

Teoria ta jest ciekawa również w kontekście współczesnego podejścia do szkolnictwa w krajach azjatyckich, gdzie w myśl tej samej zasady nacisk w pierwszych latach nauczania kładzie się nie tyle na przekazanie dzieciom jak największej ilości wiedzy i nowych informacji, a właśnie – wykształcenie umiejętności społecznych, szacunku do obowiązujących hierarchii i rówieśników.

I choć nie sposób przytoczyć tu wszystkich porad i metod wychowawczych sprzed lat, poszukując kolejnych cud-rozwiązań na życie i recept samodoskonalenia, warto sięgnąć do wiedzy poprzednich pokoleń – opartej na doświadczeniu. Zamiast kolejnych trików psychologicznych, drogich kursów i metod organizacji czasu okazać się może, że taką receptą jest zaufanie własnej intuicji, ale przede wszystkim – odpuszczenie sobie i dzieciom nadmiernych ambicji i stary jak świat kobiecy, zdrowy dystans do tych wszystkich ról, które przypadają nam w udziale.

Monika Śmigielska. ,,Moją pasją i osobistym dziwactwem jest szperanie w pozostałościach szeroko pojętego życia codziennego i kultury końca XIX i początków XX wieku. Na łamach bloga kuchennykredens.pl odtwarzam znalezione w prasie kobiecej i książkach tamtego okresu przepisy kulinarne. Lektura tych źródeł, poza przepisami na zapomniane dziś potrawy nie pozostawia również jednak cienia wątpliwości, jak bardzo nasze współczesne dylematy i problemy były wspólne z tymi, których doświadczały kobiety i w tamtym okresie.’’

Styl życia

Co z tym klimatem?

7 lipca 2021 / Marta Osadkowska

Ocieplenie klimatu nie oznacza, że na całym świecie zrobi się nagle cieplej.

Oznacza nieodwracalne zmiany, różne w różnych miejscach na Ziemi, która w wyniku działalności człowieka się ociepla. Już teraz podnieśliśmy temperaturę Ziemi o co najmniej 1°C w stosunku do epoki sprzed rewolucji przemysłowej. Całe to dodatkowe ciepło wywoła różne ekstremalne zjawiska atmosferyczne: fale upałów, huragany, susze. Nie wszyscy będą cierpieć jednakowo. W chłodnych regionach mniej ludzi będzie umierać z powodu hipotermii czy grypy, a ogrzewanie domów i biur będzie tańsze. Ten trend od lat obserwujemy w Polsce: cieplejsze zimy, bardzo rzadkie i niewielkie opady śniegu.

Czym jest efekt cieplarniany?

Czym jest efekt cieplarniany i skąd się bierze? Emisja gazów cieplarnianych drastycznie wzrastała od lat pięćdziesiątych XIX w. Powodem tego wzrostu były działania człowieka takie jak spalanie paliw kopalnianych. Jak gazy cieplarniane wywołują ocieplenie? Może pamiętacie z fizyki, że wszystkie cząsteczki drgają. Im szybciej drgają, tym są gorętsze. Kiedy w określone rodzaje cząstek trafia promieniowanie o pewnej częstotliwości, pochłaniają one to promieniowanie wraz z jego energią i zaczynają drgać szybciej. Nie każde promieniowanie ma odpowiednią częstotliwość, żeby wywołać taki efekt. Na przykład światło słoneczne przenika przez większość gazów cieplarnianych i nie zostaje pochłonięte. Większość światła dociera do Ziemi i ogrzewa planetę, jak to się dzieje od miliardów lat. 

I w tym tkwi sedno problemu: Ziemia nie zatrzymuje tej energii na zawsze – gdyby tak było, planeta stałaby się nieznośnie gorąca. Przeciwnie, wypuszcza część tej energii z powrotem w kosmos, ale część przybiera postać promieniowania o dokładnie takiej częstotliwości, którą absorbują gazy cieplarniane. Ta energia, zamiast nieszkodliwie uciec w pustkę, trafia w cząsteczki gazów cieplarnianych i sprawia, że drgają one szybciej, podgrzewa atmosferę.

Dlaczego nie wszystkie gazy zachowują się w ten sposób? Ponieważ cząsteczki składające się z dwóch identycznych atomów – jak na przykład cząsteczki azotu i tlenu – przepuszczają promieniowanie. Jedynie cząsteczki złożone z atomów różnych pierwiastków, jak te dwutlenku węgla czy metanu, mają właściwą strukturę, żeby pochłonąć energię promieniowania i zacząć się rozgrzewać. 

 

Cieplejszy klimat przysporzy nam problemów

Ogólny trend wskazuje, że cieplejszy klimat przysporzy nam problemów. Całe to nadmiarowe ciepło wywoła efekt domina, co oznacza, chociażby, że nasilą się nawałnice. Nawet najpotężniejszy kataklizm nie trwa dłużej niż kilka dni, ale jego skutki możemy odczuwać latami. Tragedią samą w sobie są wszystkie utracone życia. Wielu ludzi zostaje skazanych na nędzę. Huragany i powodzie niszczą budynki, drogi i linie energetyczne, których budowa zajęła długie lata. Potężny huragan może cofnąć rozwój infrastruktury o 20 lat (taka sytuacja miała miejsce w Portoryko po huraganie Maria w 2017 roku).

Gorętszy klimat oznacza też częstsze i bardziej niszczycielskie pożary. Ciepłe powietrze pochłania wilgoć z roślin i gleby, sprawiając, że wszystko jest bardziej podatne na spalenie. Innym efektem wzrostu temperatur jest podnoszący się poziom mórz. Wynika to częściowo z tego, że topią się arktyczne i antarktyczne lodowce, a częściowo z faktu, że cieplejsza woda morska zwiększa objętość. Zagrożone są tereny nadmorskie i plaże. Podnoszący się poziom mórz będzie miał najgorsze skutki dla najbiedniejszych ludzi na świecie. Przykładem jest tu Bangladesz, jeden z biednych krajów, który czyni ogromne postępy na drodze do wyjścia z ubóstwa. Obecnie z powodu cyklonów, fal sztormowych i wylewających rzek od 20 do 30 procent terytorium Bangladeszu znajduje się każdego roku pod wodą. Niszczy to uprawy i domy, a także zabija ludzi w całym kraju.

 

Zmiany klimatu mogą wpłynąć na ilość żywności

Jeśli chodzi o żywność, której potrzebujemy, prognozy nie są jednoznaczne, ale ich ton jest głównie ponury. Zmiany klimatu mogą wpłynąć na ilość żywności, którą pozyskujemy z jednego hektara pól uprawnych na wiele sposobów. W niektórych regionach plony mogą wzrosnąć, ale na większości obszarów będą mniejsze, o kilka, kilkanaście, na może nawet 50 procent. W najbiedniejszych społeczeństwach, gdzie wielu ludzi wydaje na jedzenie więcej niż połowę swoich dochodów, ceny żywności mogą skoczyć o 20 procent. Ekstremalne susze w Chinach mogą wywołać regionalny, a nawet globalny kryzys żywnościowy, jako że chińskie rolnictwo zaopatruje w pszenicę, ryż i kukurydzę jedną piątą ludności świata.

Wzrost temperatur nie przysłuży się także zwierzętom, które zjadamy i od których pozyskujemy mleko. Ocieplenie spowoduje, że hodowla stanie się mniej wydajna, a same zwierzęta bardziej podatne na przedwczesną śmierć. To sprawi, że mięso, jajka i nabiał będą droższe. Społeczności, których dieta zależy od owoców morza, również będą miały kłopoty. Morza się nagrzewają, ich prądy ulegają rozdzieleniu, co sprawia, że powstają miejsca, gdzie woda ma w sobie sporo tlenu, oraz takie, gdzie jest go dużo mniej. W rezultacie ryby i inne organizmy morskie przenoszą się w inne obszary albo wymierają. Jeśli średnie temperatury wzrosną o 2°C, rafy koralowe mogą przestać istnieć, a wraz z nimi zniknie podstawowe źródło pożywienia ponad miliarda ludzi.

No i jeszcze komary. Choć wzrost temperatur o 2°C zmniejszyłby obszar występowania owadów o 18 procent, to komary tropikalne zaczęłyby się pojawiać w nowych miejscach (lubią wilgoć, więc przenoszą się z obszarów, które wysychają, do tych, gdzie jest wilgotniej), dokąd przywloką niewystępujące tam do tej pory malarię i inne choroby przenoszone przez owady.

 

Klimat ociepla się w zastraszającym tempie

Klimat ociepla się w zastraszającym tempie, a pomysłu na odwrócenie tego trendu nadal nie ma. Naukowcy w 97 procentach zgadzają się, że klimat zmienia się na skutek działalności człowieka. Jednak ci, którzy akceptują ten fakt, niekoniecznie są chętni do inwestowania gigantycznych sum pieniędzy, aby sobie z ociepleniem klimatu poradzić. Jednym z problemów jest to, że większość naszych regulacji i praw dotyczących ochrony środowiska nie została stworzona z myślą o zmianach klimatu. Przyjęto je, aby rozwiązywać inne problemy, a teraz próbuje się ich używać, aby redukować emisje gazów cieplarnianych. To nie może zadziałać. Choć mogłoby się wydawać, że istnieje konsensus klimatyczny, to nie jest to do końca prawda. Zbudowanie go jest trudne, bo ogólnoświatowa współpraca jest notorycznie trudna. Niełatwo jest sprawić, żeby wszystkie kraje na świecie zgodziły się na cokolwiek – zwłaszcza jeśli muszą przy tym ponieść pewne koszty. Żaden kraj nie chce płacić za ograniczenie swoich emisji, o ile wszyscy inni tego nie zrobią. Właśnie dlatego porozumienie paryskie z 2015 roku, które podpisało 190 krajów zgadzających się na ograniczenie swoich emisji, było takim osiągnięciem. Wprowadzone ograniczenia nie obniżą wystarczająco emisji gazów, ale zrobiony został pierwszy krok pokazujący, że globalna współpraca jest możliwa.

 

Co my możemy zrobić?

Ale każda zmiana zaczyna się na dole, od nas, obywateli. Co my możemy zrobić? Nasuwają się popularne odpowiedzi: zmieniając samochód, wybierz elektryczny, jedz mniej mięsa. Tego rodzaju indywidualne działania to ważny sygnał, który wysyłasz rynkowi. Wybrani przedstawiciele polityczni stworzą konkretne plany działania wobec zmian klimatu, jeśli ich wyborcy tego od nich zażądają. Bez względu na to, jakie masz pole manewru w innych sprawach, możesz zawsze użyć swojego głosu – na ulicy i w wyborach, aby doprowadzić do zmiany.

Rynek rządzi się prawem popytu i podaży, a jako konsumenci mamy ogromny wpływ na popyt. Kiedy płacisz za samochód elektryczny czy roślinnego burgera, mówisz tym samym: jest rynek na takie rzeczy. Jeśli dostatecznie dużo ludzi wyśle właśnie taki sygnał, firmy na niego odpowiedzą.  Zainwestują więcej czasu i pieniędzy na stworzenie niskoemisyjnych produktów, co obniży ich cenę, a to z kolei pomoże im się przyjąć i sprzedawać w dużych ilościach.

Możesz zredukować emisję w swoim domu. W zależności od tego ile możesz przeznaczyć na to czasu i pieniędzy, możesz wymienić zwykłe żarówki na żarówki LED, uszczelnić okna. Jeśli budujesz nowy dom, możesz zdecydować się na stal z recyklingu i sprawić, aby dom był energooszczędny, używając izolujących materiałów budowlanych, izolujących rodzajów betony, stosując izolację na strychu i dachu, maty termoizolacyjne czy izolację fundamentów.

Nie wszyscy możemy (i chcemy) wymienić auta na elektryczne, zainstalować ekologiczne źródła energii i zrezygnować z mięsa. Ale wszyscy musimy mieć świadomość, że ocieplenie klimatu to problem każdego z nas i nie możemy dłużej udawać, że nas nie dotyczy. Każdy może zacząć o małych kroków, poszukać sposobów, aby wprowadzić dobre nawyki do swojej codzienności.

Rozmowa o zmianach klimatu jest regularnie zakłócana przez sprzeczne informacje i dezorientujące opowieści. Gdy nasz obraz zmian klimatu opiera się na faktach, możemy dostrzec, że mamy już pewne niezbędne narzędzia, aby uniknąć katastrofy klimatycznej, ale jeszcze nie wszystkie. Możemy dostrzec, co stoi na przeszkodzie we wdrożeniu tych rozwiązań i w pracy nad przełomowymi odkryciami, których potrzebujemy. Dostrzegamy też, co musimy zrobić, aby te przeszkody pokonać. Możemy wykorzystać technologię do wprowadzenia zmian, których potrzebujemy. Jesteśmy w stanie uniknąć katastrofy. Możemy sprawić, żeby klimat pozostał znośny dla wszystkich, pomóc setkom milionów najbiedniejszych ludzi przeżyć własne życie jak najlepiej i ocalić naszą planetę dla przyszłych pokoleń.

_

 

Na podstawie książki „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej” Bill Gates. 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo