Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Nauki sprzed lat, czyli „Mother-Life Balance” w okresie międzywojnia

11 października 2019 / Monika Śmigielska

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle - lepszych metod?

Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie.

Nie ma chyba bardziej konkurencyjnej domeny w życiu kobiety niż ta związana z budowaniem własnego domu, z byciem matką. Niczym na zawodach sportowych, ścigamy się między sobą, ale przede wszystkim – ze sobą i swoimi wyobrażeniami o standardach, które nasze życie, dom, dziecko, związek – powinny spełniać. Społeczeństwo, starsze pokolenia kobiet w rodzinie, a i my same swoją codzienną gonitwę często zestawiamy krytycznie z romantycznym wyobrażeniem o kobietach sprzed lat, które pomimo niezliczonych i nieporównywalnie większych od obecnych, trudności – potrafiły jednak dziarsko zakasać rękawy, nie narzekać i z uśmiechem na ustach budować swoim ciepłem i pracowitością szczęście rodziny. Spojrzy potem człowiek na siebie – na stertę niepozmywanych naczyń w kuchni, dziecko siedzące ze smartfonem w ręku i znajomych osiągających większe niż my sukcesy w pracy – i pozostaje jedynie usiąść i załamać ręce nad własną życiową nieudolnością.

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle – lepszych metod? Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie. I nic dziwnego, że tak się kojarzy, bo taki przecież idylliczny obrazek funkcjonuje od lat w zbiorowej świadomości. Niestety, czasem nie zdajemy sobie sprawy od jak dawna faktycznie ten sam obraz budzi w młodych żonach i matkach niepotrzebne kompleksy.

 

 

Uczniowie Szkoły Podstawowej Św. Wojciecha w Krakowie 1932 / domena publiczna

Dziewczynki podczas spaceru w parku z wózkiem dla lalek, 1930 / domena publiczna

Nie my pierwsze, nie my ostatnie

Zbyt często zapominamy, że nasze babcie, prababcie nie zawsze były bogate w bagaż lat i doświadczeń i będąc w naszym wieku, z całą pewnością popełniały tak samo idiotyczne błędy i zapewne te same codzienne perypetie co nam dzisiaj spędzały i im sen z powiek. Można w tym zresztą znaleźć swoistą otuchę, bo przecież nie nas pierwsze ani tym bardziej nie ostatnie wyzwania życia rodzinnego przywodzą czasem na skraj załamania nerwowego.

I tak, choćby w latach 30. przeczytać można było przemyślenia kobiet mających po dziurki w nosie codziennego rozgardiaszu i łączenia pracy zawodowej z rolą żony, matki i wzorowej gospodyni. Po prostu – spostrzeżenia kobiet z krwi i kości, które tak samo jak my dzisiaj usiłowały sprostać wielu oczekiwaniom, a jednocześnie przeżyć życie jak najpełniej.

Tym bardziej, myśląc o temacie przewodnim tego numeru, czyli koncepcji „Mother-Life balance” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przepisu na taki stan zdrowej harmonii nie trzeba wcale szukać w nowomodnych teoriach psychologicznych i kolejnych poradnikach. Może wystarczy spojrzeć kilka pokoleń wstecz i wsłuchać się w te podszepty sprzed lat oraz we własną intuicję?

W okresie międzywojnia coraz więcej kobiet podejmowało, w wyniku przemian społeczno-ekonomicznych, pracę zawodową jednocześnie prowadząc dom, gotując kilkudaniowe przecież wówczas posiłki i wychowując dzieci. W 1924 roku wydana została nawet ustawa sejmowa nakładająca na zakłady pracy nakaz zakładania żłobków dla niemowląt, co pomóc miało pracującym w nich matkom.

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932 / domena publiczna

Mother –Life balance

Praca dla wielu była jednak nie tylko koniecznością ekonomiczną, ale często – świadomym wyborem. W jednym z numerów magazynu „Bluszcz” z 1930 roku przeczytać można było felieton, w którym autorka z pełnym przekonaniem nawoływała do podejmowania przez kobiety pracy – choćby i społecznej i zaprzestania traktowania macierzyństwa jako swoistej wymówki dla własnego lenistwa:

„(…) Dotychczas nierozerwalnie i niepodzielnie łączyła kobieta właśnie to macierzyństwo z wyłącznym oddaniem się dziecku, co nie zawsze przecież dawało dobre rezultaty. Nużyło niesłychanie matkę, wyczerpywało ją całkiem jednostronnie, a dziecku, przebywającemu ciągle z tą samą znużoną osobą – zaryzykowałabym nawet to słowo: ciążyło. Dla wyjaśnienia dodać muszę, że opiekę matki wyłączną uważam za konieczność aż do przedszkola. (…) Po tym okresie stanowczo powinna pomyśleć o sobie: po ciężkim, żmudnym wysiłku, należy się rozejrzeć we własnych siłach, stratach, przybytkach, rezerwach. Tembardziej, że patrzy na nas baczne i wrażliwe oko – naszego dziecka. Jest to krytyk bardzo ostry. Nic mu nie ujdzie, a bliskość codziennego pożycia odsłania mu największe słabizny nie dające się ukryć – jesteśmy często śmieszne, często nieznośne, aż zbyt często zdenerwowane (…).” („Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Tym, co najbardziej służyć miało bowiem dziecku w procesie kształtowania jego charakteru miał być przykład, który czerpać mogło od rodziców. Podjęcie pracy, aktywność społeczna, entuzjazm matki jest zatem tym, co na pewnym etapie wychowania ma większą wartość wychowawczą aniżeli ciągłe wspólne spędzanie czasu z rodzicem.

(…) Gdy po okresie tego wielkiego i jednostronnego trudu kobieta wyprostuje głowę i chwyci w piersi tchu, przekona się, że aż nazbyt odeszła od swoich ideałów, pracy zawodowej, że nieraz prześlepiła, a nawet zagubiła swoje zdolności. Przekona się, że nie należało tak całkiem wyłącznie zasklepiać się w swoich trudach matki, że doskonale byłoby jej zrobiło małe spauzowanie, chwilowy choćby nawrót do ciekawiących ją przed okresem macierzyństwa zagadnień.(…) Ambicją kobiety musi być rozszerzenie sfery swych zainteresowań na wszelkie sprawy zajmujące ogół ludzki, a nie tylko maleńkie podwórko jej najbliższych zatrudnień: jeśli się w niem zamknie, zuboża się bezpowrotnie, sama sobie zakreśla drobne kółeczko, w którem kręci się, jakże mizernie! Czemu, dlaczego?”(„Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Autorka ku przestrodze przywoływała scenariusz, w którym kobieta w pełni sił, w wieku czterdziestu-kilku lat, gdy dzieci zaczną opuszczać dom – kończy, niejako na własne życzenie – zgorzkniała i osamotniona, z wielkim poczuciem niesprawiedliwości i zupełnym brakiem jakichkolwiek zainteresowań. Czy nie przed tym samym przestrzega się nas dzisiaj w telewizjach śniadaniowych i na łamach magazynów?

Osławiona kindersztuba

Poza całkowitym oddaniem się obowiązkom matki, w cudzysłów włożyć można także i kilka mitów narosłych wokół wychowania dzieci dawniej – między innymi osławionego posłuszeństwa. Choć niewątpliwie standardy dobrego wychowania i szacunku do starszych zdecydowanie różniły się od dzisiejszych, na ówczesny „upadek obyczajów” i „rozpasanie” dzieci i młodzieży w zestawieniu ze standardami poprzednich pokoleń narzekano równie dobitnie i w tamtym okresie. I choć niewątpliwie dzisiaj akceptowalne normy zachowania dzieci mają tendencję systematycznie spadkową – to ogólne na nie utyskiwanie jest już zupełnie normalną (i chyba zdrową) praktyką każdego kolejnego pokolenia.

W poradnikach wychowania dzieci, choćby w tym autorstwa Izabeli Moszczeńskiej, wydanym jeszcze w 1903 roku przeczytać można zresztą bardzo ważne słowa na temat wątpliwej zasadności przesadnego skupiania się na wykształcaniu tej cechy u dzieci jako potencjalnie szkodliwej dla ich późniejszego rozwoju: „Posłuszeństwo jest u dzieci tylko cnotą tymczasową, potrzebną jedynie póty, póki się inne cnoty nie wyrobią i tej nie zastąpią, cnoty takie jak: uczciwość, rzetelność, prawdomówność, miłość bliźniego, pracowitość, przezorność i t.p.”. To właśnie przecież wyrobienie takich cech charakteru, które umożliwią dziecku w przyszłości podejmowanie samodzielnych, a dobrych wyborów, nie zaś jedynie strach przed rodzicami – powinno stanowić główny cel wychowawczy.

Przedszkole kolejowe w Zebrzydowicach 1920-1939 / domena publiczna

Szkoła charakteru

W tym samym poradniku przeczytać można zresztą i inne, zupełnie nie tracące na aktualności wskazówki:

„Nigdy nie trzeba jednej wady zwalczać za pomocą innej, a jeżeli chcemy, żeby jakieś brzydkie uczucie w sercach dzieci się nie zagnieździło, nigdy nie wywołujmy w nich złych myśli, dla przeprowadzenia swej woli. Ażebyśmy się lepiej zrozumieli objaśnię to na paru przykładach. Rodzice, którzy zachęcają dziecko do pracy nad książką, obiecują mu w zamian za to dostatek i wyniesienie się nad swój stan w przyszłości, zwalczają lenistwo dziecka, rozbudzając w nim chciwość i próżność. Na razie skutek osiągną o tyle, że może dziecko do książki się weźmie, ale przez to samo jeszcze pracowitem się nie stanie, bo do każdej roboty będzie potrzebowało znowu innej zachęty. Na pewno jednak przez ciągłe powtarzanie tych tych obietnic stanie się chciwem i pysznem. Gdyby się rodzice trzymali innego zwyczaju i zwalczali wady dziecka, zachęcając je do cnót przeciwnych tym wadom, skutek byłby o wiele lepszy. Niech mu mówią: << ucz się, a będzie ci miło przepędzić niejedną chwilę przyjemnie nad książką, wiedzieć dużo, niejednemu przyjść z pomocą udzielając mu dobrej rady, w trudnej chwili życia objaśniając go i pouczając; w ten sposób będziesz i sam pożyteczniej pracować i pożyteczniej bliźnim służyć>>, wtedy to, oprócz doraźnego skutku, t.j. zalczenia lenistwa, osiągną jeszcze i inne, t.j. rozbudzą miłość do nauki i chęć do każdej pracy pożytecznej, do każdego dobrego czynu.” ( Izabela Moszczeńska, Dla rodziców rady i wskazówki przy wychowywaniu dzieci, Warszawa 1903 r. )

Żłobek przy fabryce Norblina, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Kolejka przed żłobkiem fabryki „Płomyk”, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Odpuśćmy i dzieciom, czyli Child-Life balance

W poradnikach tamtego okresu szeroko pisano również o szczególnej roli wychowania do 6 roku życia tzw. przedelementarnego poprzez, o dziwo – poluzowanie przez rodziców nazbyt wygórowanych ambicji względem dziecka i skupienie uwagi na poświęceniu im czasu i kształtowaniu charakteru zamiast na wpajaniu jak największej ilości wiedzy.

Nazbyt wczesne próby nauczenia dziecka czytania, pisania, nauki języków nie miały służyć ani dziecku, ani rodzicom co w kontekście dzisiejszego modelu wychowania i wypełniania nauką każdej chwili dziecka stanowić może teorię zupełnie kontrowersyjną!

(…) zaprzęgamy dziecko do pracy, której wiek ten nie pojmuje wcale. Ludzie silą się tu na pomysły, na sztuczki, na cacka z literami, na pudła z abecadłami, zamieniają dom w drukarnię, a dziecko w drukarza – i na co?… na to, aby obmierzić dziecku naukę czytania. I zaledwie uda się potem złożyć przypadkiem kilka oderwanych wyrazów, już się zabieramy na seryo do „Elementarza” – i na co znowu?… na to, aby dziecku kazać czytać wyrazy i rzeczy, których rozumek jego stanowczo nie pojmuje. Czy jest, czy może być Elementarz dla dziecka pięcio- lub sześcioletniego? Może-ż istnieć taka książka? A jeżeli istnieje czyż tam nie ma więcej niż połowy wyrazów i myśli, których dziecko nie rozumie. A dla czego nie rozumie?… bo umysł jego nie jest przygotowany jeszcze do tej pracy, bośmy nie zadali sobie pierwej trudu rozwinąć i usposobnić dziecko do przyszłej nauki czytania – bośmy, mówię, do roku 6 i 7 nie pomyśleli seryo nad tem, jak je przygotować a zwolna i ostrożnie do pracy. Przygotowaniem tem są i mogą być jedynie pogawędki z dzieckiem o świecie i o tem, co nas zbizka otacza: a zatem o Bogu, Rodzinie, Domu, Dzieciach, Szkole, Ogrodzie, Polu, Lesie, Wsi, Mieście, Zwierzętach domowych, Roślinach i t.d. i t.d. – a więc o Światku jego najbliższym, o tym świecie cudownym, w którym się mieści i życie i pojęcie i rozum i mowa i cała dola tej małej istotki. Nauczmy ją więc uprzednio poglądać, myśleć i mówić, zaopatrzmy jej główkę w odpowiedni zapas wiedzy i siły, wtenczas nauka czytania i pisania będzie dla niej pożądaną nowością”. (August Jeske, Świat i dzieci czyli Nauka o rzeczach wyłożona na podstawie nauki poglądowej, obejmując w czterech oddzielnych częściach (…) Cz. 1 Najbliższy światek dziecka dla dzieci od lat 5 do 7, Warszawa 1883 r.)

Teoria ta jest ciekawa również w kontekście współczesnego podejścia do szkolnictwa w krajach azjatyckich, gdzie w myśl tej samej zasady nacisk w pierwszych latach nauczania kładzie się nie tyle na przekazanie dzieciom jak największej ilości wiedzy i nowych informacji, a właśnie – wykształcenie umiejętności społecznych, szacunku do obowiązujących hierarchii i rówieśników.

I choć nie sposób przytoczyć tu wszystkich porad i metod wychowawczych sprzed lat, poszukując kolejnych cud-rozwiązań na życie i recept samodoskonalenia, warto sięgnąć do wiedzy poprzednich pokoleń – opartej na doświadczeniu. Zamiast kolejnych trików psychologicznych, drogich kursów i metod organizacji czasu okazać się może, że taką receptą jest zaufanie własnej intuicji, ale przede wszystkim – odpuszczenie sobie i dzieciom nadmiernych ambicji i stary jak świat kobiecy, zdrowy dystans do tych wszystkich ról, które przypadają nam w udziale.

Monika Śmigielska. ,,Moją pasją i osobistym dziwactwem jest szperanie w pozostałościach szeroko pojętego życia codziennego i kultury końca XIX i początków XX wieku. Na łamach bloga kuchennykredens.pl odtwarzam znalezione w prasie kobiecej i książkach tamtego okresu przepisy kulinarne. Lektura tych źródeł, poza przepisami na zapomniane dziś potrawy nie pozostawia również jednak cienia wątpliwości, jak bardzo nasze współczesne dylematy i problemy były wspólne z tymi, których doświadczały kobiety i w tamtym okresie.’’

Styl życia

Less waste i minimalizm – czy do tanga potrzeba dwojga?

18 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Dwie idee, dwa nurty.

Minimalizm – mieć mniej, żyć bardziej i less waste – marnować mniej, przetwarzać więcej, nie kupować i nie marnować.

Tak się składa, że w codziennym życiu łączę minimalizm z less waste. Staram się zachować balans i równowagę. 

Po kilku latach mogę powiedzieć jedno: jest to spokojnie możliwe i – jak wszystko w życiu – wymaga wypracowania nawyków. Trochę uwiera na początku, a później staje się przyjemną rutyną. Pomyślałam, że może Cię to zainteresuje.

Pewnie zastanawiasz się teraz, co drogie czarno-białe meble mają wspólnego z gotowaniem obiadów z resztek i używaniem płatków kosmetycznych ze starego ręcznika. 

Być może ja po prostu obracam się w takich kręgach, ale znam ludzi i domy, gdzie less waste i minimalizm dobrze ze sobą grają. Sprawdź koniecznie książkę – reportaż Marty Sapały „Mniej”- wypożycz, posłuchaj, ściągnij na czytnik, przeczytaj! 

 

Po co Ci to całe zamieszanie? 

Chociażby po to, żeby spać spokojniej, budzić się bardziej wypoczętą. Iść drogą, która ma jasno określony kierunek z lekką głową i ciężkim portfelem. Być „tu i teraz” i cieszyć się wolno płynącym czasem. Pielęgnować relacje i dbać o swoje sumienie. Robić dla innych coś bez wysiłku i stąpać po Ziemi ostrożnie, nie robiąc nikomu świadomej krzywdy. Chciałabym Ci to ułatwić, więc przygotowałam listę punktów wspólnych dla minimalizmu i less waste. Szybko przekonasz się, że żyjąc zgodnie z ideą niemarnowania, masz dużą szansę zostać minimalistką. A jeśli już deklarujesz się, jako osoba, która nie potrzebuje wiele, przy odrobinie wysiłku i zaangażowania, możesz stać się specjalistką od less waste. 

Po 6 latach postanowiłam – nareszcie! – nazywać siebie minimalistką. Stwierdziłam, że mogę mieć coś do powiedzenia w temacie, który jest mi bliski. Dlatego teraz dzielę się moimi pomysłami, jak można połączyć minimalizm z less waste. Po co mi to wszystko? Żeby przynależeć i żeby się odnaleźć. Chcę żyć w środowisku, w którym ludzie rozumieją, jaką zgrozą napawa mnie chodzenie po galeriach i zakupy. Jak bardzo nie lubię kupować i ile czasu zastanawiam się, zanim wybiorę jakiś przedmiot lub usługę. Nie lubię tłumaczyć, że jestem w stanie zainwestować spore pieniądze w podróże, czy w hobby, a mimo że noszę zimowe buty trzeci sezon. Chcę otoczyć się etykietką „minimalistka” i znaleźć ludzi, którzy czują podobnie. 

 

Jak to się zaczęło? 

O less waste zrobiło się głośno za granicą. U nas widzę, że ten trend się rozwija od 2017 roku, powolutku, ale teraz zaczynamy już doświadczać efektu kuli śnieżnej. Przyczyniła się do tego na pewno zmiana przepisów dotyczących segregacji śmieci oraz rosnąca świadomość społeczna. Coraz więcej słyszę o organicznej bawełnie, o niemarnowaniu, gotowaniu z resztek. 

Minimalizm to obecnie mainstream, ha! Minimalistką jestem od 6 lat. Zaczęło się w Japonii – oni to mają we krwi, prostotę kulturową. Do nas trend przyszedł w 2012 roku i… zniknął. Może dlatego, że jego głośnym ambasadorem był Leo Babauta ze swoimi 100 rzeczami? Z dużym zainteresowaniem śledziłam, jak z trendu, który mógł pomóc w codziennym życiu, powstała dziwna hybryda. Minimalizm w swoje szpony szybko złapał przemysł modowy, następnie wnętrzarski. Obecnie to takie skrzyżowanie ograniczenia posiadania do 100 przedmiotów z drogimi meblami i dodatkami w określonym stylu. Dla mnie – osoby, która przeczytała na ten temat kilka książek, wysłuchała kilkudziesięciu godzin podcastów – jest to co najmniej interesujące. 

 

Jak minimalizm łączy się z less waste? 

Nie kupuję

– less waste mówi o tym, żeby nie tworzyć zapasów, których nie będzie można zużyć i rozsądnie gospodarować surowcami oraz nie przyczyniać się do zaśmiecania planety, a minimalizm, żeby otaczać się tylko tym i tylko w takiej ilości, jak to jest naprawdę potrzebne. 

Myślę przed zakupem

– będąc less waste, sprawdzam składy, kraje, z jakich podchodzi dana rzecz, będąc minimalistką, analizuję, czy dana rzecz jest mi naprawdę potrzeba, czy na pewno, do czego i czy długo posłuży.

Inwestuję w jakość

– jestem gotowa zapłacić więcej za produkty tworzone etycznie tak jak ubrania szyte w Polsce, bo kupię tylko tyle, ile dokładnie potrzebuję np. jedną spódnicę na lato, jedne buty na sezon i jeden plecak na kilka lat. 

Nie marnuję

– less waste to zużywanie rzeczy do końca i dawanie drugiego życia przedmiotom, minimalizm to zaspokajanie faktycznych potrzeb poprzez przedmioty, słowo klucz: użyteczność. Jeśli czegoś już nie potrzebuję – sprzedaję to lub oddaję, w minimalizmie wyrzucenie jest ostatecznością. 

Mam mało i zużywam do końca

– mam mało kosmetyków, produktów do pielęgnacji i do makijażu, a te, które mam, zużywam do ostatniej kropelki lub oddaję, jeśli już mi nie pasują. Zużyte opakowania przemieniam na funkcjonalne słoiczki lub świeczniki, które rozdaję bliskim. 

Kupuję rzeczy potrzebne

– unikam tego przyjemnego dreszczyku, który towarzyszy wyprawom do centrum handlowego w weekend wyprzedaży, wolę zakupy online. Wybieram rzeczy, które potrzebuję w ściśle określonej ilości – jeśli szukam jednej bluzki, to kupię jedną bluzkę lub jeden lakier do paznokci. 

Nie kupuję emocjonalnie

– zakupy to nie lekarstwo na doła i nudę. Wolę poczytać książkę, iść na spacer do parku, zagrać w planszówkę lub pouczyć się języka obcego. Transferuję swoje zasoby – energię i czas tam, gdzie da mi to jakąkolwiek korzyść. Zakupy zostawią Cię z poczuciem winy, pustym kontem i brakiem miejsca w szafie lub w łazience. 

Nie chomikuję

– noszę ubrania – na co dzień również te ładne na specjalne okazje – używam wszystkich kosmetyków, gotuję z zapasów i extra składników ze sklepiku kontynentalnego, jeśli czegoś nie używam, to oddaję. Uwaga, tutaj może być pułapka, bo less waste zakłada, że ponownie wykorzystywać np. gdy otrzymasz paczkę zostawić pudełko, papier i sznurek do kolejnej wysyłki – świetne rozwiązanie, jeśli wysyłasz paczki. Jeśli nie, oddaj ten zestaw komuś, kto będzie miał z niego użytek lub połóż na klatce schodowej z opisem „zestaw do wysyłki paczki”, na pewno ktoś skorzysta. 

Inwestuję w hobby

nie oszczędzam na moim hobby, ale nie chwytam pięciu srok za ogon. Zanim przekonam się do czegoś, spróbuję pożyczyć potrzebny sprzęt i przeanalizuję, czy nowe zajęcie jest dla mnie wystarczająco rozwojowe. Później zobaczysz mnie w super butach do biegania, w markowej koszulce, z japońskim nożem kucharskim lub formą do wypieku magdalenek za kilka stówek doskonałej jakości. Pamiętaj, że minimalizm zakłada, że masz dokładnie tyle rzeczy, ile potrzebujesz, więc spokojnie stwórz własny zestaw do malowania farbami, gry na gitarze, czy robienia na drutach. Jeśli po jakimś czasie stwierdzisz, że to nie dla Ciebie, zamiast chować rzeczy na dno szafy, sprzedaj jej lub zrób komuś prezent – to takie proste! 

Oczekuję jakości

– chcę, aby rzeczy, które wybieram, reprezentowały doskonałą jakość. Ubrania nie mechaciły się, kosmetyki nie uczulały, a pokrywki od garnków nie pękały. 

Inwestuję w emocje i doświadczenia

– bardziej ucieszę się z biletów na wydarzenie niż z kolejnego kurzołapa na półce. Sama chętniej wydam na podróż niż remont – w moim odczuciu – wciąż ładnej i zadbanej kuchni. Zamiast piątej pary jeansów wybiorę koncert. 

Pielęgnuję relacje

częściej zobaczysz mnie z przyjaciółką w restauracji lub na herbacie niż w galerii. Lubię randki z mężem, lubię dobre jedzenie i miłe towarzystwo. W „starej” bluzce bawię się lepiej niż w nowej tunice od projektanta – zużywam, pamiętasz? 

Mam porządek w domu

mam mało przedmiotów, więc sprzątanie zajmuje mało czasu. Zmywanie zajmuje niewiele czasu, prasowanie, czyszczenie łazienki – naprawdę polecam. Im więcej produktów w Twoim domu będzie miało swoje stałe miejsce w szafce lub szufladzie, tym mniej czasu zmarnujesz na ich bezsensowne przestawianie, a pusta przestrzeń, będzie sprawiała wrażenie schludnej. 

Ograniczam się i nie ograniczam się

– możesz pomyśleć, że żyję w ciasnym gorsecie, który krępuje moją radość życia, przecież cholernie się ograniczam – tego nie kupuję, tamtego też nie, tam nie chodzę, ale – uwierz, proszę – czerpię z życia pełnymi garściami. Mam wolne środki, żeby inwestować w rzeczy lub doświadczenia, o których marzę i które sprawiają mi wielką radość. 

 

 

Tak jak widzisz, jedno wynika z drugiego, miesza się i przenika. Momentami ciężko jednoznacznie określić, czy jestem minimalistką, czy żyję pro ekologicznie. Jedno jest pewne, wciąż czerpię pełnymi garściami ze stylu życia, który wybrałam, a tango gra mi w duszy nieprzerwanie!

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo