Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Nauki sprzed lat, czyli „Mother-Life Balance” w okresie międzywojnia

11 października 2019 / Monika Śmigielska

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle - lepszych metod?

Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie.

Nie ma chyba bardziej konkurencyjnej domeny w życiu kobiety niż ta związana z budowaniem własnego domu, z byciem matką. Niczym na zawodach sportowych, ścigamy się między sobą, ale przede wszystkim – ze sobą i swoimi wyobrażeniami o standardach, które nasze życie, dom, dziecko, związek – powinny spełniać. Społeczeństwo, starsze pokolenia kobiet w rodzinie, a i my same swoją codzienną gonitwę często zestawiamy krytycznie z romantycznym wyobrażeniem o kobietach sprzed lat, które pomimo niezliczonych i nieporównywalnie większych od obecnych, trudności – potrafiły jednak dziarsko zakasać rękawy, nie narzekać i z uśmiechem na ustach budować swoim ciepłem i pracowitością szczęście rodziny. Spojrzy potem człowiek na siebie – na stertę niepozmywanych naczyń w kuchni, dziecko siedzące ze smartfonem w ręku i znajomych osiągających większe niż my sukcesy w pracy – i pozostaje jedynie usiąść i załamać ręce nad własną życiową nieudolnością.

Jak często słyszymy słowa, że „kiedyś to by było nie do pomyślenia!” które w zestawieniu ze współczesnym modelem macierzyństwa ukazać mają jego rzekome słabości i odmienność względem tradycyjnych, w domyśle – lepszych metod? Dawne, przedwojenne wychowanie kojarzy się nam zazwyczaj z osławioną kindersztubą, pełnymi cierpliwości matkami, dla których opieka nad domem była jedynym zajęciem i dziećmi bawiącymi się wesoło na świeżym powietrzu, zajadającymi z apetytem nieprzetworzone jedzenie. I nic dziwnego, że tak się kojarzy, bo taki przecież idylliczny obrazek funkcjonuje od lat w zbiorowej świadomości. Niestety, czasem nie zdajemy sobie sprawy od jak dawna faktycznie ten sam obraz budzi w młodych żonach i matkach niepotrzebne kompleksy.

 

 

Uczniowie Szkoły Podstawowej Św. Wojciecha w Krakowie 1932 / domena publiczna

Dziewczynki podczas spaceru w parku z wózkiem dla lalek, 1930 / domena publiczna

Nie my pierwsze, nie my ostatnie

Zbyt często zapominamy, że nasze babcie, prababcie nie zawsze były bogate w bagaż lat i doświadczeń i będąc w naszym wieku, z całą pewnością popełniały tak samo idiotyczne błędy i zapewne te same codzienne perypetie co nam dzisiaj spędzały i im sen z powiek. Można w tym zresztą znaleźć swoistą otuchę, bo przecież nie nas pierwsze ani tym bardziej nie ostatnie wyzwania życia rodzinnego przywodzą czasem na skraj załamania nerwowego.

I tak, choćby w latach 30. przeczytać można było przemyślenia kobiet mających po dziurki w nosie codziennego rozgardiaszu i łączenia pracy zawodowej z rolą żony, matki i wzorowej gospodyni. Po prostu – spostrzeżenia kobiet z krwi i kości, które tak samo jak my dzisiaj usiłowały sprostać wielu oczekiwaniom, a jednocześnie przeżyć życie jak najpełniej.

Tym bardziej, myśląc o temacie przewodnim tego numeru, czyli koncepcji „Mother-Life balance” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przepisu na taki stan zdrowej harmonii nie trzeba wcale szukać w nowomodnych teoriach psychologicznych i kolejnych poradnikach. Może wystarczy spojrzeć kilka pokoleń wstecz i wsłuchać się w te podszepty sprzed lat oraz we własną intuicję?

W okresie międzywojnia coraz więcej kobiet podejmowało, w wyniku przemian społeczno-ekonomicznych, pracę zawodową jednocześnie prowadząc dom, gotując kilkudaniowe przecież wówczas posiłki i wychowując dzieci. W 1924 roku wydana została nawet ustawa sejmowa nakładająca na zakłady pracy nakaz zakładania żłobków dla niemowląt, co pomóc miało pracującym w nich matkom.

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932

Przedszkole dla dzieci pracowników Łazienek w Warszawie 1932 / domena publiczna

Mother –Life balance

Praca dla wielu była jednak nie tylko koniecznością ekonomiczną, ale często – świadomym wyborem. W jednym z numerów magazynu „Bluszcz” z 1930 roku przeczytać można było felieton, w którym autorka z pełnym przekonaniem nawoływała do podejmowania przez kobiety pracy – choćby i społecznej i zaprzestania traktowania macierzyństwa jako swoistej wymówki dla własnego lenistwa:

„(…) Dotychczas nierozerwalnie i niepodzielnie łączyła kobieta właśnie to macierzyństwo z wyłącznym oddaniem się dziecku, co nie zawsze przecież dawało dobre rezultaty. Nużyło niesłychanie matkę, wyczerpywało ją całkiem jednostronnie, a dziecku, przebywającemu ciągle z tą samą znużoną osobą – zaryzykowałabym nawet to słowo: ciążyło. Dla wyjaśnienia dodać muszę, że opiekę matki wyłączną uważam za konieczność aż do przedszkola. (…) Po tym okresie stanowczo powinna pomyśleć o sobie: po ciężkim, żmudnym wysiłku, należy się rozejrzeć we własnych siłach, stratach, przybytkach, rezerwach. Tembardziej, że patrzy na nas baczne i wrażliwe oko – naszego dziecka. Jest to krytyk bardzo ostry. Nic mu nie ujdzie, a bliskość codziennego pożycia odsłania mu największe słabizny nie dające się ukryć – jesteśmy często śmieszne, często nieznośne, aż zbyt często zdenerwowane (…).” („Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Tym, co najbardziej służyć miało bowiem dziecku w procesie kształtowania jego charakteru miał być przykład, który czerpać mogło od rodziców. Podjęcie pracy, aktywność społeczna, entuzjazm matki jest zatem tym, co na pewnym etapie wychowania ma większą wartość wychowawczą aniżeli ciągłe wspólne spędzanie czasu z rodzicem.

(…) Gdy po okresie tego wielkiego i jednostronnego trudu kobieta wyprostuje głowę i chwyci w piersi tchu, przekona się, że aż nazbyt odeszła od swoich ideałów, pracy zawodowej, że nieraz prześlepiła, a nawet zagubiła swoje zdolności. Przekona się, że nie należało tak całkiem wyłącznie zasklepiać się w swoich trudach matki, że doskonale byłoby jej zrobiło małe spauzowanie, chwilowy choćby nawrót do ciekawiących ją przed okresem macierzyństwa zagadnień.(…) Ambicją kobiety musi być rozszerzenie sfery swych zainteresowań na wszelkie sprawy zajmujące ogół ludzki, a nie tylko maleńkie podwórko jej najbliższych zatrudnień: jeśli się w niem zamknie, zuboża się bezpowrotnie, sama sobie zakreśla drobne kółeczko, w którem kręci się, jakże mizernie! Czemu, dlaczego?”(„Bluszcz” Magazyn Ilustrowany dla kobiet, Przełamać wewnętrzną ociężałość, Marja Morozowicz-Szczepkowska, Nr 2, 1930 r.)

Autorka ku przestrodze przywoływała scenariusz, w którym kobieta w pełni sił, w wieku czterdziestu-kilku lat, gdy dzieci zaczną opuszczać dom – kończy, niejako na własne życzenie – zgorzkniała i osamotniona, z wielkim poczuciem niesprawiedliwości i zupełnym brakiem jakichkolwiek zainteresowań. Czy nie przed tym samym przestrzega się nas dzisiaj w telewizjach śniadaniowych i na łamach magazynów?

Osławiona kindersztuba

Poza całkowitym oddaniem się obowiązkom matki, w cudzysłów włożyć można także i kilka mitów narosłych wokół wychowania dzieci dawniej – między innymi osławionego posłuszeństwa. Choć niewątpliwie standardy dobrego wychowania i szacunku do starszych zdecydowanie różniły się od dzisiejszych, na ówczesny „upadek obyczajów” i „rozpasanie” dzieci i młodzieży w zestawieniu ze standardami poprzednich pokoleń narzekano równie dobitnie i w tamtym okresie. I choć niewątpliwie dzisiaj akceptowalne normy zachowania dzieci mają tendencję systematycznie spadkową – to ogólne na nie utyskiwanie jest już zupełnie normalną (i chyba zdrową) praktyką każdego kolejnego pokolenia.

W poradnikach wychowania dzieci, choćby w tym autorstwa Izabeli Moszczeńskiej, wydanym jeszcze w 1903 roku przeczytać można zresztą bardzo ważne słowa na temat wątpliwej zasadności przesadnego skupiania się na wykształcaniu tej cechy u dzieci jako potencjalnie szkodliwej dla ich późniejszego rozwoju: „Posłuszeństwo jest u dzieci tylko cnotą tymczasową, potrzebną jedynie póty, póki się inne cnoty nie wyrobią i tej nie zastąpią, cnoty takie jak: uczciwość, rzetelność, prawdomówność, miłość bliźniego, pracowitość, przezorność i t.p.”. To właśnie przecież wyrobienie takich cech charakteru, które umożliwią dziecku w przyszłości podejmowanie samodzielnych, a dobrych wyborów, nie zaś jedynie strach przed rodzicami – powinno stanowić główny cel wychowawczy.

Przedszkole kolejowe w Zebrzydowicach 1920-1939 / domena publiczna

Szkoła charakteru

W tym samym poradniku przeczytać można zresztą i inne, zupełnie nie tracące na aktualności wskazówki:

„Nigdy nie trzeba jednej wady zwalczać za pomocą innej, a jeżeli chcemy, żeby jakieś brzydkie uczucie w sercach dzieci się nie zagnieździło, nigdy nie wywołujmy w nich złych myśli, dla przeprowadzenia swej woli. Ażebyśmy się lepiej zrozumieli objaśnię to na paru przykładach. Rodzice, którzy zachęcają dziecko do pracy nad książką, obiecują mu w zamian za to dostatek i wyniesienie się nad swój stan w przyszłości, zwalczają lenistwo dziecka, rozbudzając w nim chciwość i próżność. Na razie skutek osiągną o tyle, że może dziecko do książki się weźmie, ale przez to samo jeszcze pracowitem się nie stanie, bo do każdej roboty będzie potrzebowało znowu innej zachęty. Na pewno jednak przez ciągłe powtarzanie tych tych obietnic stanie się chciwem i pysznem. Gdyby się rodzice trzymali innego zwyczaju i zwalczali wady dziecka, zachęcając je do cnót przeciwnych tym wadom, skutek byłby o wiele lepszy. Niech mu mówią: << ucz się, a będzie ci miło przepędzić niejedną chwilę przyjemnie nad książką, wiedzieć dużo, niejednemu przyjść z pomocą udzielając mu dobrej rady, w trudnej chwili życia objaśniając go i pouczając; w ten sposób będziesz i sam pożyteczniej pracować i pożyteczniej bliźnim służyć>>, wtedy to, oprócz doraźnego skutku, t.j. zalczenia lenistwa, osiągną jeszcze i inne, t.j. rozbudzą miłość do nauki i chęć do każdej pracy pożytecznej, do każdego dobrego czynu.” ( Izabela Moszczeńska, Dla rodziców rady i wskazówki przy wychowywaniu dzieci, Warszawa 1903 r. )

Żłobek przy fabryce Norblina, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Kolejka przed żłobkiem fabryki „Płomyk”, Bluszcz 1930 / domena publiczna

Odpuśćmy i dzieciom, czyli Child-Life balance

W poradnikach tamtego okresu szeroko pisano również o szczególnej roli wychowania do 6 roku życia tzw. przedelementarnego poprzez, o dziwo – poluzowanie przez rodziców nazbyt wygórowanych ambicji względem dziecka i skupienie uwagi na poświęceniu im czasu i kształtowaniu charakteru zamiast na wpajaniu jak największej ilości wiedzy.

Nazbyt wczesne próby nauczenia dziecka czytania, pisania, nauki języków nie miały służyć ani dziecku, ani rodzicom co w kontekście dzisiejszego modelu wychowania i wypełniania nauką każdej chwili dziecka stanowić może teorię zupełnie kontrowersyjną!

(…) zaprzęgamy dziecko do pracy, której wiek ten nie pojmuje wcale. Ludzie silą się tu na pomysły, na sztuczki, na cacka z literami, na pudła z abecadłami, zamieniają dom w drukarnię, a dziecko w drukarza – i na co?… na to, aby obmierzić dziecku naukę czytania. I zaledwie uda się potem złożyć przypadkiem kilka oderwanych wyrazów, już się zabieramy na seryo do „Elementarza” – i na co znowu?… na to, aby dziecku kazać czytać wyrazy i rzeczy, których rozumek jego stanowczo nie pojmuje. Czy jest, czy może być Elementarz dla dziecka pięcio- lub sześcioletniego? Może-ż istnieć taka książka? A jeżeli istnieje czyż tam nie ma więcej niż połowy wyrazów i myśli, których dziecko nie rozumie. A dla czego nie rozumie?… bo umysł jego nie jest przygotowany jeszcze do tej pracy, bośmy nie zadali sobie pierwej trudu rozwinąć i usposobnić dziecko do przyszłej nauki czytania – bośmy, mówię, do roku 6 i 7 nie pomyśleli seryo nad tem, jak je przygotować a zwolna i ostrożnie do pracy. Przygotowaniem tem są i mogą być jedynie pogawędki z dzieckiem o świecie i o tem, co nas zbizka otacza: a zatem o Bogu, Rodzinie, Domu, Dzieciach, Szkole, Ogrodzie, Polu, Lesie, Wsi, Mieście, Zwierzętach domowych, Roślinach i t.d. i t.d. – a więc o Światku jego najbliższym, o tym świecie cudownym, w którym się mieści i życie i pojęcie i rozum i mowa i cała dola tej małej istotki. Nauczmy ją więc uprzednio poglądać, myśleć i mówić, zaopatrzmy jej główkę w odpowiedni zapas wiedzy i siły, wtenczas nauka czytania i pisania będzie dla niej pożądaną nowością”. (August Jeske, Świat i dzieci czyli Nauka o rzeczach wyłożona na podstawie nauki poglądowej, obejmując w czterech oddzielnych częściach (…) Cz. 1 Najbliższy światek dziecka dla dzieci od lat 5 do 7, Warszawa 1883 r.)

Teoria ta jest ciekawa również w kontekście współczesnego podejścia do szkolnictwa w krajach azjatyckich, gdzie w myśl tej samej zasady nacisk w pierwszych latach nauczania kładzie się nie tyle na przekazanie dzieciom jak największej ilości wiedzy i nowych informacji, a właśnie – wykształcenie umiejętności społecznych, szacunku do obowiązujących hierarchii i rówieśników.

I choć nie sposób przytoczyć tu wszystkich porad i metod wychowawczych sprzed lat, poszukując kolejnych cud-rozwiązań na życie i recept samodoskonalenia, warto sięgnąć do wiedzy poprzednich pokoleń – opartej na doświadczeniu. Zamiast kolejnych trików psychologicznych, drogich kursów i metod organizacji czasu okazać się może, że taką receptą jest zaufanie własnej intuicji, ale przede wszystkim – odpuszczenie sobie i dzieciom nadmiernych ambicji i stary jak świat kobiecy, zdrowy dystans do tych wszystkich ról, które przypadają nam w udziale.

Monika Śmigielska. ,,Moją pasją i osobistym dziwactwem jest szperanie w pozostałościach szeroko pojętego życia codziennego i kultury końca XIX i początków XX wieku. Na łamach bloga kuchennykredens.pl odtwarzam znalezione w prasie kobiecej i książkach tamtego okresu przepisy kulinarne. Lektura tych źródeł, poza przepisami na zapomniane dziś potrawy nie pozostawia również jednak cienia wątpliwości, jak bardzo nasze współczesne dylematy i problemy były wspólne z tymi, których doświadczały kobiety i w tamtym okresie.’’

Styl życia

Jak być rodzicem, zostać minimalistą i nie zwariować?

7 października 2020 / Agnieszka Jabłońska

Minimalizm.

Dobrowolna prostota. Ograniczenie stanu posiadania. Mniej rzeczy, ale wartościowych dla mnie. Mniej ludzi, ale najważniejszych na świecie. Mniej emocji, ale wyciśniętych jak cytryna. Ograniczanie się do niezbędnych przedmiotów. Poszukiwanie esencji w każdym aspekcie życia.  Samodyscyplina.  Tak w kilku zdaniach chciałabym opisać minimalizm. Mogę również napisać o czystym stole, herbacie w ulubionym kubku, ciszy w niemal pustym mieszkaniu i intymnym październikowym świetle dnia, które powoli sączy się przez okno. O spacerze pośród mokrych i butwiejących liści i o powietrzu tak wilgotnym, że z ust leci para i o herbacie w ulubionym kubku, która stygnie zdecydowanie za szybko. 

Minimalizm to nieustanne zaglądanie w głąb siebie, a także dobrowolne narzucanie sobie ograniczeń po to, by wzrastać. W minimalistycznym życiu udaje się osiągać harmonię i równowagę, ponieważ uporządkowane zostaje Twoje wnętrze. 

Fala czułości i fala rzeczy 

Nie dziwi mnie więc, że coraz więcej dorosłych ludzi sięga po minimalizm, jako skuteczne narzędzie do walki z nadmiarem. Zauważyłam, że ma to wiele wspólnego z pojawieniem się na świecie dziecka – pierwszego lub kolejnego. Maluszek nie ma wielkich potrzeb i naprawdę wystarczy mu absolutne minimum. Jednak otoczenie oraz wielkie koncerny wiedzą lepiej. Dom dosłownie zalewa fala przedmiotów, wśród których prym wiodą ubranka i zabawki. Bliscy chcą w ten sposób wyrazić swoje zainteresowanie i troskę, a często również uczucia. Rodzice kupują poczucie bezpieczeństwa i spokój, które przecież są bezcenne, czyż nie? Tak jakby kolejny miś, grzechotka, czy zabawka interaktywna były ważniejsze od wspólnie spędzonego czasu. Jeśli rodzice dziecka mają tendencję do gromadzenia rzeczy, szybko może okazać się, że mieszkanie staje się graciarnią, w której coraz trudniej jest się poruszać i mieszkać, a o wypoczynku nie ma wręcz mowy. Metry magicznie znikają, a wolne miejsca na podłodze szczelnie wypełniają: wózek, bujaczek, kojec, mata edukacyjna, zestaw klocków i kosz z zabawkami… 

Dzieci – naturalni minimaliści 

Dużo mówi się o tym, że dzieci są minimalistami z natury, stąd również duża popularność placówek prowadzonych zgodnie z metodą Montessori. Spokój, harmonia, wspieranie wszechstronnego rozwoju dziecka. Czy wiesz, że zgodnie z metodą Montessori, jeśli maluch uczy się rozpoznawać kształty, bawi się klockami o różnych kształtach, ale w tym samym kolorze? Chodzi o to, aby nic nie rozpraszało jego uwagi. W tej metodzie dąży się do wyeliminowania niepotrzebnych bodźców i stworzenia środowiska przyjaznego dziecku. 

Dziecko w otoczeniu przedmiotów 

Trudno jednak wychowywać dzieci w duchu minimalizmu, jeśli cała rodzina dba o to, by maluch był zasypywany rzeczami. Często sami rodzice napotykają wewnętrzny opór, aby odmówić kolejnej zabawki. Przecież sami gromadzą wokół siebie ulubione przedmioty. Dzieci, tak samo jak dorośli, przywiązują się do swoich rzeczy. Darzą je uczuciem sympatii i chętnie się nimi bawią. Maluchy mają często dobrą pamięć i zabawka, którą dorosły uznałby za niepotrzebną, może być dla nich skarbem. 

Rodzice – minimaliści

W domach, które są zarządzane zgodnie z duchem minimalizmu jeszcze przed pojawieniem się dziecka, nie ma miejsca na kolejne, niepotrzebne zabawki. Rodzice reglamentują ilość przedmiotów, a zdyscyplinowani w procesie zakupu, wybierają rzeczy, które są trwałe, ładne i mają wpływ na rozwój dziecka. Dokonywane są zakupy celowe, a w procesie doboru zabawek uczestniczy cała rodzina w myśl zasady, że lepiej jedna porządna zabawka niż kilka plastikowych pierdółek prosto z Chin. Tacy rodzice sami mają niewiele, otaczają się potrzebnymi i pięknymi przedmiotami, a slogany reklamowe nie robią na nich wielkiego wrażenia. Doskonale zdają sobie sprawę, że głód posiadania jest regularnie podsycany przez wielkie koncerny. Dlatego dobrowolnie ograniczają się do zakupów z drugiej ręki, wybierają starsze kolekcje modnych gadżetów. Dla małego dziecka nie ma jeszcze znaczenia, czy miś, którego tulą do snu, ma określone logo, czy kolejka, która świetnie jeździ po dywanie, przyjechała ze sklepu, czy została przyniesiona w siatce od sąsiadów. Rodzice takich dzieci wcześnie zaczynają rozmowy na temat posiadania i tego, jaką wartość mają przedmioty w naszym życiu. Omawiają z dziećmi temat dzielenia się, oddawania i użyteczności. Zostawiają jednocześnie przestrzeń dzieciom, aby same podejmowały decyzje i budowały własne relacje z przedmiotami.  

Rodzice, którzy zostają minimalistami 

Minimalizm jest świetnym narzędziem, które pomaga wiele usprawnić w życiu. Zmniejszenie ilości przedmiotów, ład i harmonia – rodzice przeładowani ilością rzeczy i obowiązków, którzy marzą o chwili wytchnienia, doceniają zmianę. Pamiętajmy jednak, że nagłe wywrócenie całego domu do góry nogami może być dla dziecka szokiem. Mama, która ładuje swoje ubrania do worków i kartonów, znikające rzeczy z dużego pokoju, wyprzedawane książki – to, co się dzieje, może być dla wielu dzieci szokiem. 

Rozmawiajmy z dziećmi na temat zmiany i nowego stylu życia w naszym domu. Wprowadzajmy zmiany stopniowo i działajmy wspólnie, jako rodzina. 

Matki – minimalistki – terrorystki

Jestem obecna na grupie dla minimalistów, przez którą regularnie przewijają się posty poświęcone wyrzucaniu rzeczy. Porządki w szafach, kuchennych szafkach, na pawlaczach i w piwnicach. Sprzedawanie ubrań i książek, kolekcji płyt CD i DVD. Matki nie znają wytchnienia, ich nowa energia rozlewa się po całym domu i nie zostawia nawet zakamarka wolnej przestrzeni. Przed nimi ostatni bastion: pokój dziecka. 

„Powiedzcie mi jak ograniczyć ilość zabawek moich dzieci. Rozmowy nic nie dają, nie mam już siły.”

No tak, jeśli przez cały dom przeszło minimalistyczne tornado, nic dziwnego, że przedmioty zalegające w pokoju dziecka zaczynają razić. Dom ma teraz nowy, minimalistyczny design, który nijak ma się do przestrzeni pełnej przedmiotów. 

Tymczasem dziecko stawia opór: „Mamo, to moje! Mamo, zostaw”. Rozmowy faktycznie nic nie dają, bo ile można dyskutować na temat każdej karteczki, pojemnika po jajku Kinder, czy sreberka po cukierkach. Zresztą, po co w ogóle dyskutować? Można to przecież jakoś obejść, zrobić to sposobem. 

Sprytne matki-minimalistki 

Na grupie padają różne pomysły. Mamy chętnie dzielą się swoimi patentami, począwszy od tego, aby jeszcze raz porozmawiać z dzieckiem, poprzez wspólne wyrzucanie przedmiotów, na samodzielnym działaniu pod nieobecność dziecka kończąc. Są mamy, które wchodzą do dziecięcego pokoju, gdy ich pociecha jest w przedszkolu lub żłobku i samodzielnie podejmują decyzję, co zostawić, a co wyrzucić. I nie, to nie jest słynny czarny worek, do którego chowane są zabawki na kilka tygodni, tylko normalny worek, który później szybko ląduje w śmieciach. Skoro nie ma dowodów, to nic się nie wydarzyło, prawda?

Dzieci są jednak bystre i doskonale pamiętają swoje zabawki. Świetnie wiedzą, że czegoś brakuje w ich pokoju. Jedna z mam przyznała się do tego, że czasami „nie trafi” i wyrzuci coś, co okazuje się ważne dla dziecka. Wtedy najpierw jest szukanie po całym domu, a gry przyzna się, co zrobiła płacz. Niemniej robi to po raz kolejny i znowu, bo jak można mieć tyle rzeczy?! Rodzicom wydaje się, że dzieci zapominają, że to dla nich nic takiego. 

To przecież nic takiego, jeśli ktoś wchodzi pod Twoją nieobecność do Twojego pokoju, prawda?

To przecież nic takiego, jeśli ktoś grzebie w Twoich rzeczach, prawda?

I wreszcie to nic takiego, jeśli ten ktoś wyrzuca te rzeczy, decydując, co jest dla Ciebie ważne i wartościowe, a co nie, zgodzisz się ze mną?

Te argumenty padają pod takimi postami regularnie. Wiele dorosłych kobiet wspomina żal, poczucie braku bezpieczeństwa i zaufania do mamy, która dotykała i wyrzucała ich rzeczy, gdy były małe. Wraz z Twoim wtargnięciem do pokoju dziecka i grzebaniem w jego rzeczach, dochodzi do nadszarpnięcia Waszych relacji. 

Jak czułabyś się, gdyby ktoś wyrzucił Twoje ulubione ubrania, tylko dlatego, że nie nosiłaś ich przez kilka miesięcy?

Czy byłoby Ci miło, gdyby ktoś wyrzucił Twoje ulubione kolczyki z plastiku, tylko dlatego, że są kiczowate? 

Czy czułabyś się przyjemnie, gdyby Twoje pamiątki z dzieciństwa wylądowały dzisiaj w koszu na śmieci?

Dorośli często dają sobie prawo do przeżywania własnych emocji i uczuć. Robią przestrzeń, aby z czymś się oswoić, przemyśleć jakiś temat. Jednak zdaniem niektórych rodziców dziecko do takich emocji nie ma prawa, a nową dla siebie sytuację ma przyjąć, jako prawdę objawioną. 

Chciałabym przypomnieć tym wszystkim rodzicom, że dr Janusz Korczak mówił, że dzieci to mali dorośli z takimi samymi potrzebami i zasługujący na taki sam szacunek. Dziecko, które przestaje czuć do Ciebie zaufanie, nie przyjdzie, gdy stanie się ofiarą przemocy w szkole. Nie powie Ci w sekrecie o problemie koleżanki, nie będzie Ci się zwierzało z pierwszych uczuć. Po prostu nie będziesz dla niego osobą godną zaufania, nie będzie czuło, że jego sekrety są z Tobą bezpieczne. Będzie szukało utraconego autorytetu na zewnątrz i oby trafiło na kogoś godnego zaufania, kto go nie wykorzysta. Sama wiesz, jak to wygląda – może być różnie. 

Dom ma być spokojnym i bezpiecznym miejscem, w którym mały człowiek uczy się, czym jest słowo „szacunek”. Poznaje je nie dlatego, że codziennie czytacie słownik, ale poprzez Twoją postawę i Twoje zachowanie.  Jeśli nie szanujesz swojego dziecka, nie spodziewaj się więc, że między Wami utworzy się mocna więź – czegoś takiego nie będzie, zabraknie relacji. Później nastąpi lament i wyrywanie włosów z głowy: „Co ja Ci takiego zrobiłam, że nie chcesz się przede mną otworzyć?” „Dlaczego nie przyszedłeś do mnie z tym wcześniej?” „Czemu się do mnie nie odzywasz?” Odpowiedzi na te pytania, które zadają sobie często rodzice nastolatków, należy szukać  we wczesnym dzieciństwie i z pokorą, a może nawet wstydem i niechęcią, przeanalizować dokładnie swoje zachowanie. 

Jak w takim razie rozpocząć minimalistyczną rewolucję w rodzinie?

Stagnacja nie jest naturalnym stanem dla nas – ludzi. Tylko gdy się rozwijamy i zmieniamy, to jednocześnie rośniemy. Dlatego zmiany również te, w które zostają zaangażowane całe rodziny, są potrzebne i często dobre. Pytanie, jak się do nich zabrać, aby wszystko miało ręce i nogi. Działajmy powoli i małym krokami, z szacunkiem do każdego członka rodziny. Zarówno męża – nie, nie można wyrzucać jego roboczych ubrań, ani rzeczy z szafki na narzędzia –  jak i dzieci. Kluczem będzie empatia i zrozumienie. Ważne, aby zaangażować rodzinę w zmiany, wyjaśnić powód, dla którego chcemy ograniczyć ilość przedmiotów. Opowiadać o minimalizmie i uświadamiać, czym jest wstrzemięźliwość w zakupach. Jednocześnie dawać przykład swoim zachowaniem i nie wymagać podążania tą samą drogą. 

Pamiętajmy, że nie każdy może być zainteresowany prostotą, a życie wśród wielu przedmiotów może być dokładnie tym, czego w danym momencie potrzebuje bliska osoba. Dlatego niech podstawą naszej miłości będzie szacunek i zrozumienie – ta zasada dotyczy zarówno dorosłych, jak i dzieci. 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo