Change font size Change site colors contrast
Ciało

HCV to (już) nie wyrok

15 października 2018 / Paulina Kondratowicz

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spada na Was jak grom z jasnego nieba wiadomość, że w Waszym ciele mieszka „kosmita”, nieproszony gość, który jest na tyle cwany, że nigdy nie ogłosił wszem i wobec o tym, że właśnie się wprowadził i zamierza przewrócić Wasze życie do góry nogami.

Owy „kosmita” nazywa się HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), a jego ukryta działalność prowadzi...

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spada na Was jak grom z jasnego nieba wiadomość, że w Waszym ciele mieszka „kosmita”, nieproszony gość, który jest na tyle cwany, że nigdy nie ogłosił wszem i wobec o tym, że właśnie się wprowadził i zamierza przewrócić Wasze życie do góry nogami. Owy „kosmita” nazywa się HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), a jego ukryta działalność prowadzi do marskości lub w ostateczności raka wątroby. Na szczęście nieproszonego lokatora można się pozbyć na zawsze dzięki nowym lekom, które obecnie dają nadzieję na całkowite wyleczenie.

Szacuje się, że Polsce na wirus HCV choruje ok. 190 tysięcy ludzi, co i tak jest wskaźnikiem dużo mniejszym niż kilka lat wcześniej, gdy szacowano, że zakażonych nosicieli wirusowego zapalenia wątroby typu C jest ok. 300 tysięcy. Sama byłam wśród nich, kiedy w czerwcu 2016 roku, po badaniach krwi usłyszałam od lekarza: ma pani wirusa. Chciałabym Wam opowiedzieć o mojej drodze do wyzdrowienia, perypetiom, przez które musiałam przejść przed i w trakcie leczenia oraz fakcie, że jest nadzieja dla każdego.

Mnie to nie dotyczy!

Wirus HCV atakuje komórki wątroby, a droga zakażenia wydaje się być banalna – przez kontakt z krwią zakażonego. To nie musi być od razu wiadro czy talerz takiej krwi – wystarczy kropla. Jak? Najczęściej poprzez zabiegi z naruszeniem ciągłości tkanki, tatuowanie, ale też w trakcie wizyty u kosmetyczki, czy nawet przy zwykłym pobieraniu krwi. Powiecie – ale przecież istnieją standardy higieny, przecież pielęgniarka ma obowiązek noszenia rękawiczek lateksowych podczas wykonywania badań, a dentysta używa jednorazowych wierteł. Wszystko to prawda. Ale czy tak było zawsze? Ja pamiętam gabinet stomatologiczny z lat 90-tych, kiedy chodziłam leczyć swoje pierwsze stałe zęby i uwierzcie – nie było tam specjalnie sterylnie. Najprawdopodobniej wtedy zaraziłam się wirusem, bo ówczesna wiedza oraz profilaktyka HCV praktycznie raczkowała.

I tak miałam w sobie tego kosmitę ładnych kilkanaście lat nie wiedząc o tym, że skutecznie niszczy mi wątrobę.

Bo wirus ten nie daje praktycznie żadnych! symptomów. Owszem, w ostrej fazie zakażenia można czuć się co najmniej jak podczas infekcji grypopodobnej, ale kto zwraca uwagę na zwykłe łamanie kości, lekko podwyższoną temperaturę ciała albo gorsze samopoczucie? Szczęście mają Ci, którzy w kilka tygodni po otrzymaniu „prezentu” mają takie objawy jak zżółcenie skóry i białek ocznych! Wtedy można powiedzieć, cytując klasyka „wiedz, że coś się dzieje!”. HCV więc w czasie, kiedy jesteśmy nieświadomi jego bytowania w nas, powoduje zwłóknienie komórek wątroby, czyli prowadzi do jej niewydolności. Powoli… Do rozwinięcia się marskości potrzeba nawet 20 lat! Kiedy zaczęłam poznawać „wroga” byłam przerażona – tyle lat żyłam w nieświadomości, pewna, że przecież mnie to nie dotyczy! A dotyczyło i to bardzo, ponieważ dzięki bezbolesnej biopsji (FibroScan działa podobnie do USG) dowiedziałam się, że moje zwłóknienie jest na poziomie F1/F2 czyli mówiąc ludzkim językiem – miałam zaczątki marskości (maksymalna wartość to F4, która oznacza, że Twojej wątroby praktycznie nie ma).

Prawda w oczy musi zakłuć

O HCV dowiedziałam się przypadkiem, kiedy z powodu złego samopoczucia wylądowałam na ostrym dyżurze w szpitalu. Miałam objawy silnego zatrucia ze zżółceniem skóry i oczu, swędzeniem i ogólnym rozbiciem. Diagnoza była przewidywalna – nabawiłam się żółtaczki typu A, czyli pokarmowej. Tak, ona nadal istnieje! Wykonano mi również badania na obecność wirusa typu B i właśnie C. Wynik wyszedł wątpliwy, drugie badanie, trzecie i w końcu ze względu na stan zdrowia przewieziono mnie na oddział zakaźny. Trzy tygodnie pompowania we mnie leków, sprawdzanie stanu wątroby i oczywiście potwierdzenie obecności wirusa we krwi. Diagnozę usłyszałam w drugim tygodniu pobytu w szpitalu. Wirus HCV jak malowany. Potem oznaczenie genotypu (jak się okazuje, drań ma kilka odmian) i wiremii, czyli ilości kopii wirusa we krwi. Wyobraźcie sobie – kiedyś słyszałyście o czymś takim jak HCV. Kojarzycie to z HIV. Sumujecie wszystko co ewentualnie wiecie na ten temat i wychodzi Wam jedno – pora umierać. Miałam duże szczęście, że trafiłam na wspaniałego lekarza, który cierpliwie opowiadał mi o mechanizmie działania tego wirusa, że umrzeć, umrę, ale na pewno nie za rok czy dwa. Że są nowe leki…  i tu pojawiła się we mnie iskierka nadziei. Zaczęłam czytać, chociaż doktor Google i tak był pesymistą. Trafiłam na rzetelne źródła informacji i kamień spadł mi z serca – od 2015 roku w Polsce można dostać refundowane leki na HCV przy genotypie 1b (ja ten miałam!), skuteczność leczenia – prawie 100%, pewność na brak nawrotu choroby – tylko w momencie ponownego zakażenia się (niestety, nie nabieramy odporności). I tu pojawił się kolejny problem…

Czekanie jest cnotą

W szpitalu, w którym byłam, czas oczekiwania na leczenie to… pięć lat! Całe pięć lat. Byłam za zdrowa na natychmiastowe otrzymanie leków, ale już dostatecznie chora, by wpisano mnie na listę oczekujących. Po trzech tygodniach wróciłam do domu, bez  HAV, ale za to nadal z HCV. Miałam dbać o swoją dietę, ograniczyć alkohol i… czekać. Czekałam pół roku, ponieważ po tym czasie mój lekarz prowadzący prosił o kontakt w sprawie ewentualnego sprawdzenia jak się miewa kolejka, w której czekałam po leki i zdrowie. Okazało się, że NFZ nie przekazał nowej puli pieniędzy na województwo i trzeba czekać nadal. Niewiele myśląc, chwyciłam za telefon, wyszukałam wszystkie najbliższe ośrodki zajmujące się leczeniem HCV nowymi lekami i szukałam miejsca, gdzie kolejka jest mniejsza. Byłam w Zielonej Górze, kontaktowałam się ze szpitalem w Poznaniu, w Warszawie, nawet w Gdańsku. Wybawieniem okazał się Mielec – małe miasto na podkarpaciu, 50 km od Rzeszowa. I tak po prawie roku od diagnozy ruszyłam w swoją podróż po zdrowie. Ten maleńki szpital powiatowy przywitał mnie praktycznie natychmiastowym otrzymaniem leków, opieką, badaniami i po trzech miesiącach dostałam najlepszy prezent na wakacje – zdrowie! Diagnoza potwierdziła się jeszcze raz w grudniu.

Tabletki szczęścia

Leczenie nowymi lekami przypomina branie antybiotyków. Dwie duże tabletki i dwie małe. Dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Przez pierwszy tydzień czułam się trochę ospała, ale potem było już tylko lepiej. Miałam coraz lepsze wyniki badań enzymów wątrobowych, a po trzech miesiącach zupełnie zapomniałam, że coś mi było. Porównując samopoczucie sprzed leczenia i po nim mogę Wam powiedzieć, że moje zmęczenie, ciągłe niewyspanie, łamanie w kościach ustało, a bywało dokuczliwe. W między czasie poznałam wiele osób, które chorują na HCV, zaprzyjaźniłam się z kilkoma dziewczynami takimi jak ja dzięki świetnej grupie wsparcia na Facebooku. Kilku osobom pomogłam w załatwieniu wizyty w Mielcu. To był czas pełen wiary i nadziei, że się uda. Tabletki szczęścia zadziałały skutecznie, tak jak obiecał producent i lekarz. Miałam dużo szczęścia, gdyż przed 2015 rokiem w naszym kraju stosowano jedną, słuszną metodę leczenia HCV – interferon. Jest to lek, który działa podobnie, w uproszczeniu, do chemii podawanej przy nowotworze. Wyniszcza organizm, a nie daje praktycznie żadnej skuteczności. Chyba, że trafi się gentoyp 3, wówczas szanse na wyzdrowienie są dużo wyższe. Można było również pokusić się o sprowadzenie leków generycznych z Indii i wiele osób robi tak do dzisiaj, mając w perspektywie długoletnie czekanie na leczenie. Na szczęście, Ministerstwo Zdrowia wynegocjowało już pojawienie się leków również dla genotypu 3, które podobnie jak moje, mają podobne działanie i skuteczność.

Zanim wpadniesz w panikę

Niestety, smutne jest to, że w naszym kraju nadal niewiele mówi się o HCV. Niewiele lekarzy dokształca się z wiedzy na temat tego wirusa oraz możliwości leczenia go. Można również trafić na zupełny ciemnogród, kiedy dowiesz się od swojego lekarza specjalisty, że skoro masz HCV to na pewno umrzesz (true story!). Jednak popadanie w panikę jeszcze nikomu nie pomogło. Warto sięgnąć po odpowiednie źródła informacji, zdobywać wiedzę o profilaktyce i badać się. Test anty-HCV można zrobić bezpłatnie lub prywatnie, za około 30 zł. Dzięki niemu możesz zacząć działać lub spać spokojnie. Moja historia pokazuje, że wroga należy najpierw oswoić, a potem zlikwidować. Zwłaszcza, że badania są bezbolesne, a mogą uratować życie. HCV to JUŻ nie wyrok, a to jest zdecydowanie optymistyczna wiadomość!

 

Kultura

Piekłem kobiety jest jej ciało

13 stycznia 2020 / Marta Osadkowska

Jak to możliwe, że w XXI wieku, gdy Elon Musk przygotowuje turystę do zwiedzania kosmosu, kobiety nadal nie mają podstawowych praw?

Jesienią do Polski przyleciała Kabula, adoptowana córka Martyny Wojciechowskiej, albinoska z Tanzanii. Osiem lat temu trzech mężczyzn odrąbało jej maczetą rękę, bo wierzyli w magiczną moc takiego talizmanu. Osiem lat temu – to nie są zamierzchłe czasy, to 2010 rok. W 2010 roku, podobnie jak w 2018, na świecie panuje zacofanie, ignorancja i coraz większa nierówność społeczna. Co będzie z nami za kolejnych osiem lat? W jakim kierunku zmierzamy?

 

Rewolucja w Iranie miała przynieść wolność i demokrację, przyniosła jednak religijny ucisk, represje i niewolę.

W tym świecie rządzą surowi szyiccy duchowni, którzy w naukowych traktatach roztrząsają najdziwniejsze problemy, jak choćby ten, czy mężczyzna, który współżył ze swoją kurą, może ją potem zjeść. Ulice są tam strefą wojny między surowymi zasadami a pragnieniami młodości. Kobiety, które nie podporządkowują się przepisom dotyczącym stroju (zakrywającego wszystko, poza fragmentem twarzy i dłońmi) czy zachowania (zero śmiechu, zero jakiegokolwiek kontaktu z mężczyznami) są aresztowane, bite, karane grzywną i upokarzane. Azar Nafisi, autorka książki „Czytając Lolitę w Teheranie”, zaprosiła do swojego domu najlepsze studentki, żeby omawiać z nimi dzieła światowej literatury. Rozmowy o literackich bohaterach są tylko pretekstem do opisania dramatycznej rzeczywistości Iranu. Nafisi obserwowała rewolucję pracując na uniwersytecie, z którego została wyrzucona za odmowę noszenia chusty. Tylko wyrzucona, nie było większych konsekwencji. Poznała je Szirin Ebadi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku, która poświęciła życie na opór przeciw reżimowi republiki Islamskiej. Państwo odebrało jej prawo do wykonywania zawodu, prześladowało jej córki i męża. Ebadi walczy o kobiety, których sytuacja jest coraz gorsza. Od 2014 roku rządowy plan segregacji płciowej, mający na celu wyrugowanie kobiet z życia publicznego, nabrał rozpędu. Kobiety nie mogły pracować w restauracjach, oglądać publicznie finałów piłki nożnej (co w Iranie jest ważną tradycją) i pracować w urzędach razem z mężczyznami. Pewnej jesieni piętnaście kobiet zostało na ulicach zaatakowanych i oblanych kwasem. Policji nie udało się znaleźć winnych. Ani jednego. Ebadi musiała uciekać z Iranu w obawie o życie swoje i swoich bliskich.

 

Dla tych, którym Nepal jawi się jako kolorowa kraina uśmiechniętych ludzi, którzy wspomagają wyruszających na Mount Everest, mam bardzo złą wiadomość.

To kraj, w którym są rejony, gdzie kobiety nie powinny istnieć. Urodzić się kobietą w Nepalu to oznaka złej karmy. I jest to im wyraźnie pokazywane od dnia przyjścia na świat. Jeśli do tego w ogóle dojdzie: wiele kobiet dokonywało aborcji po niezadowalającym wyniku badania USG. Skala aborcji zdrowych płodów żeńskich była tak ogromna, że w Indiach wprowadzono zakaz badań ultrasonograficznych. To doprowadziło do uśmiercania noworodków, procederu tak powszechnie zrozumianego w tym rejonie, że nie podlegającego żadnej karze. Dziewczynki są duszone lub topione od razu w szpitalu. Potem można wyjść i zacząć się starać o lepsze potomstwo. Wśród trochę starszych dzieci umieralność dziewczynek jest dużo wyższa niż u chłopców. Powód jest prosty: są zaniedbywane, niedożywione, nie leczy się ich chorób. Gdy dziewczynka dorośnie do menstruacji, nikt nie wyjaśnia jej, co się dzieje, tylko jest zamykana w ciemnym pokoju, bez dostępu do światła słonecznego. I tak co miesiąc. W tym czasie kobiety nie mogą zbliżać się do jedzenia, wody i pozostałych członków rodziny. Są nieczyste, grzeszne. Na wsiach nadal praktykuje się chhaupadi, czyli izolowanie kobiet podczas miesiączki w oborze lub szopie. Są tam traktowane gorzej niż zwierzęta: nie dostają wystarczająco jedzenia i wody, mają szczęście, jeśli mogą okryć się kocem podczas mroźnych nocy. Nie są w żaden sposób chronione przed atakami dzikich zwierząt i gwałtami.

 

Matki są smutne, gdy rodzą im się córki, to syn jest błogosławieństwem.

Syn zapewnia ciągłość rodu, przekazując potomstwu swoje nazwisko. Syn to inwestycja w przyszłość, ponieważ pozostaje w domu rodziców, żeby zająć się nimi na starość. Jest więc pożądany z wielu powodów: religijnego – dopełni rytuałów pogrzebowych (kobiecie nie wolno), ekonomicznego – będzie wspierał finansowo rodziców, a wreszcie społecznego – jako męski potomek zapewni rodzinie prestiż. Kobieta nie może liczyć na szacunek w rodzinie, dopóki nie pocznie syna

 

Nepalska kobieta nie istnieje jako istota ludzka, która może coś czuć, czegoś pragnąć, do czegoś dążyć.

Ona ma wypełniać (najlepiej po cichutku) swoją rolę: córki, żony, synowej, matki. Tego nauczy się w domu, więc nie traci się czasu i pieniędzy na jej edukację. A nawet jeśli to się zdarzy, niezależna finansowo i wykształcona kobieta rzadko zdecyduje się na samodzielne życie i mieszkanie ze względu na złą opinię, jaka przylgnęłaby do niej i do jej bliskich. Wychodzi więc za mąż, trafia do domu teściów, gdzie zwykle jest traktowana podle, wykorzystywana, poniżana i często bita. Najczęstszą przyczyną śmierci Nepalek jest samobójstwo. A tajemnicą poliszynela jest, że większość z nich nie odebrała sobie życia, a została zamordowana lub zakatowana przez rodzinę męża. 

 

No i jeszcze polowania na czarownice. Dosłownie.

Kilkadziesiąt kobiet rocznie cierpi prześladowanie i tortury na podstawie zarzutu o uprawianie czarów. Skąd się biorą takie zarzuty? Najczęściej choruje ktoś z rodziny, czyjeś ego zostało zranione odrzuceniem zalotów lub oskarżona ma ładny majątek, na który są już chętni. 

I oczywiście można postawić tutaj tezę, że Iran i Nepal to inny świat, inne kultury, inna sytuacja. Ale ten argument nie ma żadnej mocy, bo kobiety prześladowane są także w rozwiniętych krajach, tylko narzędzia tortur są trochę inne.

Według rządowych statystyk przemocy partnera doświadczyła w Japonii co czwarta kobieta. Jednak Japonki wielu zachowań wcale nie uznają za przemoc. Dla co piątej nie jest nią zakaz rozmowy z innymi niż mąż osobami płci przeciwnej, dla co dziesiątej – krzyk. Również co dziesiąta godzi się na komentarze w stylu: „Jesteś do niczego” i emocjonalny szantaż: „No i kto cię utrzymuje?”. Przemoc ma zazwyczaj wiele wymiarów, a kobiety szybko uczą się, że jest ona nieodłączną częścią ich codzienności. Przemocy doświadczyła w związkach co trzecia dwudziestolatka. Policja przez lata nie traktowała zjawiska przemocy domowej poważnie, raczej jako domowy, a tym samym prywatny kłopot. Kobiety słyszały, że nie można w tej kwestii nic zrobić, dopóki ich mężowie ich nie zabiją

 

W pracy kobiety mają jasno powiedziane, że nie zrobią takiej kariery jak ich koledzy.

To nie znaczy, że mogą pracować mniej. Żeby w ogóle utrzymać stanowisko, Japonki wyrabiają niezliczone nadgodziny (oczywiście niepłatne). A przecież w domu czeka dziecko, którym zajmować musi się matka, mężczyźni nie robią takich rzeczy. Kobieta bardzo rzadko może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy, bo życie w Japonii jest bardzo drogie. Mężczyzna poświęca życie pracy, rodzinę widuje rzadko, wszystko ma podane, uprasowane, ugotowane. Ogromna presja i tempo życia przyczyniają się do porzucania przez matki niemowląt. Popularnym zjawiskiem było zostawianie ich w schowkach na dworcu. (W Japonii istnieje tylko jedno okno życia, od 2007 roku w chrześcijańskim szpitalu). To nie jest po prostu nieodpowiedzialność, to efekt osiągnięcia przez kobietę granicy rozpaczy i bezradności. Dziś w tym temacie jest lepiej, dostęp do antykoncepcji jest większy. Ale nadal jest ona droga, nadal nie dla wszystkich dostępna. Lekarzom bardziej się opłaca przeprowadzić aborcję (bardzo w Japonii popularną) niż propagować wkładki domaciczne. Czterech na pięciu lekarzy to mężczyźni.

 

Powszechnie znanym zjawiskiem w japońskich środkach transportu publicznego jest chikan. To molestowanie dziewczynek i kobiet w zatłoczonym wagonie.

Dotykanie, głaskanie, ocieranie, wkładanie rąk pod spódnicę i w majtki – to codzienność. Dopiero w 1994 roku nazwano te zachowania przemocą, wcześniej były uznawane za „kłopot”.

W japońskich szkołach nie ma edukacji seksualnej, nie ma informacji o chorobach wenerycznych ani o seksualnej przemocy. Dla sfrustrowanych, zestresowanych mężczyzn chwila dominacji nad bezbronną kobietą w metrze jest sposobem na poprawienie humoru. Na wyładowanie się choć troszkę. Na chwilę czuje się silny, zanim szef mu udowodni, że wcale taki nie jest.

 

I jeszcze te mundurki, które otwarcie kojarzą się z pornografią.

Wykreowane w mediach wyuzdane licealistki, w białych majtkach widocznych pod krótkimi spódniczkami i podkolanówkach. Idealna mieszanina egzotyki i niewinności. Sponsoring w Japonii ma się świetnie, a turyści szukający przygody z wyjętą prosto z mangi dziewczynką, zostawiają w tym kraju niemałe pieniądze. Dziewczynki wydają się zblazowanymi, chętnymi do zabawy licealistkami, które lubią seks i chętnie go uprawiają. O niewolnictwie, handlu żywym towarem i stręczycielstwie się nie mówi, to psuje obrazek. Dopiero w 2017 roku Japonia ratyfikowała konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, wcześniej była w jednej lidze z Iranem czy Sudanem.

 

A co z USA? Z liberalną Ameryką, ucieleśnieniem swobód obywatelskich i bastionu praw człowieka?

Co tam się wyprawia? Czy jest tu ktoś, kto wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych przyjął inaczej niż opadającą ze zdziwienia szczęką? Czy ktokolwiek w ogóle brał pod uwagę pajaca, ignoranta i rasistę jako przywódcę tego potężnego kraju? Jak to się mogło stać? A potem przyszły konsekwencje tego najgorszego z możliwych wyborów. „Wszystkie kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy” – żartuje sobie przywódca świata zachodniego. Na wieść o gwałtach w wojsku reaguje słowami: „Co ci geniusze sobie myśleli, wpuszczając tam kobiety?”. Ostentacyjnie demonstruje swój stosunek do płci pięknej, nawet nie udaje, że się wstydzi molestowania ich. Jednym z haseł wyborczych Trumpa była walka z aborcją. W 2017 roku podpisał dekret, na mocy którego w życie weszła ustawa, której celem jest zablokowanie finansowania z budżetu federalnego organizacji pozarządowych, oferujących lub propagujących usługi aborcyjne poza granicami Stanów Zjednoczonych. Rozszerzono też restrykcje, które mają zmniejszyć przychody organizacji promujących aborcję o prawie 9 miliardów dolarów. Zamykają się pozarządowe kliniki Planned Parenthood.  Celem tej organizacji non profit jest propagowanie świadomego rodzicielstwa, kompleksowej edukacji seksualnej, szerokiego dostępu do legalnej antykoncepcji i aborcji, walka z chorobami przenoszonymi drogą płciową. Nie ma dla nich już miejsca w Ameryce Trumpa. 

O konsekwencjach tych działań napisała Leni Zumas w książce „Czerwone zegary”. To historia czterech kobiet, których na różny sposób dotyka temat macierzyństwa. Dla dwóch z nich decyzje prezydenta będą miały bolesne konsekwencje. Nie na tyle tragiczne, żeby je nagłaśniać. Świat się nie skończy, nie wywołają rewolucji. Będą tylko cierpieć. Jak miliony innych kobiet.

 

Gdzie na tej mapie kobiecych krzywd znajduje się Polska?

Nierówne traktowanie płci jest u nas powszechne i ogólnie wiadome. Ustawa antyaborcyjna, przemoc domowa, molestowanie, poniżanie w pracy, seksizm. Codziennie to się dzieje, codziennie to widzimy, codziennie o tym czytamy. Codziennie mijam plakat ze zdjęciem zakrwawionego płodu – taka kampania antyaborcyjna. Czemu to wisi legalnie? Co z zakazem publikowania drastycznych treści? Co czują kobiety, które zdecydowały lub musiały poddać się zabiegowi? W żadnym wypadku nie uważam, że „aborcja jest OK!”. Widzę w niej dramat, cierpienie, bolesną decyzję podjętą w różnych, często bardzo dramatycznych okolicznościach. Okrucieństwem jest robienie z tego billboardu. Nieludzkie jest prawo, które na to pozwala.

Globalnie kobiety zarabiają średnio ponad połowę wynagrodzenia mężczyzn, mimo iż generalnie każdego dnia pracują od nich dłużej. Według kalkulacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2016 roku, jeśli utrzyma się tempo, w jakim przebiega proces wyrównywania różnic w wysokości wynagrodzenia, dostępie do edukacji, opieki zdrowotnej i do wysokich stanowisk, zarówno w biznesie, jak i w polityce, równość płci zostanie osiągnięta za sto siedemdziesiąt lat

Ciekawe, ilu ludzie będzie już wtedy mieszkało w kosmosie…

 

Bibliografia:

  1. Szirin Ebadi, Kiedy będziemy wolne, wyd. Znak Horyzont.
  2. Azir Nafisi, Czytając Lolitę w Teheranie, wyd. Świat Książki.
  3. Edyta Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari, wyd. Znak.
  4. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, wyd. Czarne
  5. Leni Zumas, Czerwone zegary, wyd. Czarna Owca.
This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

There may be an issue with the Instagram access token that you are using. Your server might also be unable to connect to Instagram at this time.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo