Change font size Change site colors contrast
Styl życia

„My chcemy grać w zielone” – codzienne pomysły na obcowanie z naturą

19 czerwca 2018 / Magdalena Droń

„… i chcemy, by za domem rosło drzewo, i żeby ptak śpiewał.” Chyba każdy urodzony na przełomie lat 80 i 90 doskonale zna ten przebój Majki Jeżowskiej.

Chociaż w czasach naszego dzieciństwa śpiewany był wyłącznie jako wkręcająca się melodia na lekcjach muzyki, szkolnych apelach na cześć Ziemi czy w domowym zaciszu do magnetofonu, dziś tekst tego utworu odkrywam poniekąd na nowo. Bo chociaż...

„… i chcemy, by za domem rosło drzewo, i żeby ptak śpiewał.” Chyba każdy urodzony na przełomie lat 80 i 90 doskonale zna ten przebój Majki Jeżowskiej.

Chociaż w czasach naszego dzieciństwa śpiewany był wyłącznie jako wkręcająca się melodia na lekcjach muzyki, szkolnych apelach na cześć Ziemi czy w domowym zaciszu do magnetofonu, dziś tekst tego utworu odkrywam poniekąd na nowo. Bo chociaż zdawałam sobie o czym jest piosenka te kilkanaście lat temu, dzisiaj określiłabym ją bardziej mianem manifestu czy też odezwy do życia bliżej natury niż zwykłej dziecięcej przyśpiewki.

Dzieci potrzebują ziemi, lasu, gór i wody! Naukowcy podkreślają, że to właśnie życie blisko natury ma dobroczynny wpływ na samopoczucie każdego człowieka. Przebywanie na łonie natury to przecież okazja do większej aktywności fizycznej, relaksu, wyciszenia i regulacji emocjonalnej. Czemu więc nasze dzieci nie korzystają z tej dobroczynności codziennie? Albo nawet kilka razy dziennie? Bo żyjemy w dobie betonu i cyfryzacji wszystkiego, a jedyna natura z jaką mają do czynienia maluchy to kanapka ze zwiędniętą sałatą i programy przyrodnicze w telewizji.

Ja wiem, jak zwykle przesadzam i przejaskrawiam. Ale smutna prawda jest taka, że jako ludzie, szczególnie żyjący w miastach, mamy zbyt mały kontakt z naturą. A szkoda. Naukowcy udowadniają, że obserwowanie przyrody uwrażliwia, gdyż wymaga cierpliwości i skupienia, co nierzadko jest wyzwaniem dla współczesnych ludzi, a szczególnie dzieci. Dlatego my, jako rodzice, powinniśmy wspierać nasze pociechy w odkrywaniu najprostszych aktywności, takich jak spacer po lesie, zabawa w strumieniu, wyprawa w góry, palenie ogniska czy biwakowanie, ponieważ pozwala to dzieciom poczuć pierwotny związek z tym, co naturalne i żywe.

W czasie deszczu dzieci się nudzą…?

Współcześni rodzice często narzekają, że nie mają pomysłu na zabawy z dzieckiem, kiedy na dworze jest brzydka pogoda. Deszcz, śnieg czy nieco chłodniejsze temperatury skutecznie odstraszają nas i zatrzymują w domowych pieleszach. A szkoda, bo jak powiada skandynawskie przysłowie: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”. Może więc warto wziąć je sobie do serca i nie rezygnować z zabawy na dworze (czy też na polu) tylko dlatego, że warunki nie są idealne. Świadomość naturalnego rytmu zmieniających się pór roku, a także pór dnia i doświadczanie różnej pogody to dla dzieci niezwykle ważne i fascynujące przeżycie. Naszym obowiązkiem jest pokazywać dzieciom, jak otaczający nas świat zmienia się z dnia na dzień. Możemy nawet uwieczniać te eskapady na zdjęciach i fotografować te same miejsca w odstępach czasowych. Po latach będą świetną pamiątką. Warto, żeby takie spacery odbywały się każdego dnia i były wpisane w tygodniowy plan rodzinnych aktywności. Niezależnie od miejsca zamieszkania zawsze znajdziemy w okolicy chociaż kawałek zielonej przestrzeni (no chyba, że ktoś mieszka na pustynnej wyspie). Niezależnie więc czy będzie to osiedlowy skwer z trawnikiem, park, łąka, brzeg rzeki czy przydomowy ogródek – każda przestrzeń sprawdzi się do „zielonej zabawy” i przebywania na świeżym powietrzu. Co wtedy robić? Szukać czterolistnej koniczyny, spacerować, leżeć na trawie albo jeść podwieczorek. Ogranicza Cię jedynie własna wyobraźnia.

Rośnij fasolko

Chociaż nie każdy z nas może pozwolić sobie na przydomową grządkę pełną warzyw, hodowanie roślin, nawet tych niezdatnych do jedzenia, zbliża do natury. Niezależnie więc od tego czy masz balkon czy tylko kawałek parapetu, Twoje dziecko może zostać małym ogrodnikiem. Troska o rośliny i obserwacja efektu swojej pracy daje maluchom ogromną satysfakcję. A obserwowanie cyklu wegetacji, nauka o szkodnikach, naturalnych nawozach czy sposobach pielęgnacji to nauka, której nie zdobędą na lekcjach przyrody czy biologii (a na pewno nie w takim zakresie).

Kupa kamieni

Dzieci uwielbiają zbierać patyki, kamienie, liście czy piórka różnych ptaków. I chociaż nie zawsze podoba nam się składowanie takiego materiału geologicznego w domu, pozwalajmy maluchom na to. Takie znaleziska są nie tylko świetną pamiątką z podróży, ale także inspiracją do poszukiwania ich źródeł, rozmów o nich, o człowieku, o tym co daje nam natura i jak nasi przodkowie kiedyś z niej korzystali, czy kreatywnego wykorzystania tych przedmiotów w pracach plastycznych.

Zatrzymaj czas

Dzieci pozwalają nam patrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. To właśnie one dostrzegają rzeczy, na które my na co dzień nie zwracamy uwagi. A świat jest naprawdę zachwycający! Wystarczy tylko na chwilę się zatrzymać i mu się przyjrzeć. Różnobarwna tęcza, kolorowe niebo przy zachodzącym słońcu, mgły unoszące się nad łąkami, burzowe chmury – to najpiękniejsze obrazy malowane przez naturę. W mieście też ich nie brakuje! Czy to nie fascynujące, że w szczelinach między płytkami chodnikowymi potrafi wyrosnąć roślinka? A brzoza na gołej skale czy starym dachu domu? Nie wspominając o miejskich balkonach obrośniętych kolorowym kwieciem i bluszczem… Znajdź na nie czas. Przystań na moment i zachwyć się nimi.

Odkrywaj to, co nieznane

Muszę się do czegoś przyznać – nigdy nie spałam pod namiotem. To dziwne i straszne zarazem, ale myśl o tym sprawia, że czuję w jakiejś cząsteczce niespełniona. Całe szczęście, jako osoba dorosła mogę to zmienić. I taki mam plan. Chcę jak najszybciej pokazać mojej córce, co znaczy spać pod gwiazdami. Czym jest zdobywanie szczytów z plecakiem i głową pełną marzeń. Czym jest zachwyt ogromem natury, jej godnością i potęgą. Jak mały może czuć się człowiek, jak bezradny wobec siły wodospadu czy morskiego sztormu. Jaką pokorą powinna się wykazać chociażby wobec zmieniających się warunków pogodowych w górach czy stromych szlakach, które zwodzą na manowce. Jak wiele może wyczytać z samej obserwacji nieba, zmieniających się faz księżyca czy z gwiazd. I chociaż sama nie mam jeszcze pełnej wiedzy w tym zakresie ufam, że wspólne odkrywanie przyrody i tego, co nieznane będzie cenną lekcją, także z pespektywy relacji rodzic-dziecko.

Parki Narodowe i Krajobrazowe

Odkrywanie przyrody może być też bardziej uschematyzowane i zgodne ze szkolną podstawą programową. Już bowiem w pierwszych klasach szkoły podstawowej w podręcznikach pojawia się lista parków narodowych i krajobrazowych z całej Polski. Czemu więc nie odwiedzić tych, które znajdują się blisko? Może być to świetna okazja do weekendowego wypoczynku albo poszerzenia wakacyjnych planów. W wielu miejscach można poruszać się rowerem, dla turystów przygotowane są specjalne ścieżki edukacyjne, a na trasie dostępne są również schroniska, w których nocleg będzie niezapomnianym przeżyciem dla każdego malucha.

Literatura przyrodnicza

Wbrew obiegowej opinii książki i atlasy przyrodnicze są doskonałym pomysłem na prezent dla dziecka. Maluchy uwielbiają nie tylko przeglądać piękne zdjęcia i rysunki, ale także zagłębiać się w meandry ciekawostek i informacji ze świata fauny i flory. Co więcej, wspólne czytanie książek i albumów to doskonały czas na pogłębiane relacji między dzieckiem a rodzicem, a także do fascynujących rozmów, które mogą być wstępem do kolejnej wycieczki. Na takich eskapadach dziecko może samo zacząć zbierać rodzime rośliny i samodzielnie przygotować zielnik na lekcje biologii. Opisywanie gatunków roślin rozwija wiedzę na temat ich dobroczynne właściwości. Literatura przyrodnicza rozbudza więc w dzieciach pasję do natury, która być może w przyszłości przerodzi się w fascynujący zawód związany z tą dziedziną.

Sprzątanie świata

W dużych miastach sprzątanie po swoim psie stało się już normą, co bardzo mnie cieszy. Martwi mnie jednak ilość śmieci znajdujących się na chodnikach czy zielonych skwerach. Zapewne związane jest to mocno z naszym wychowaniem i wartościami, które przekazali nam rodzice, więc uczmy nasze dzieci od małego, do czego służy kosz na świeci. Dobrze jest zaszczepiać w maluchach także chęć uczestniczenia w takich akcjach jak „Dzień dla Ziemi” czy „Sprzątanie Świata”. Chociaż na szeroką skalę dają one niewiele, są doskonałą okazją do rozmów o gospodarowaniu odpadami, o recyklingu, opakowaniach wielorazowych, o tym, że to od nas zależy, jak wyglądać będzie nasza planeta za kilkanaście i kilkadziesiąt lat.

Dzień sąsiada

Dzieci uczą się przez obserwację. Dlatego takie akcje jak „Dzień sąsiada” (coraz popularniejszy również w Polsce, np. w Poznaniu), podczas którego mieszkańcy okolicznych domów spotykają się i dobrowolnie aranżują wspólną przestrzeń, są świetną okazją do nauki odpowiedniej postawy wobec naszej planety. Wspólne sadzenie roślin, montowanie karmników czy budek lęgowych, a także zadbanie o wygląd osiedlowych alejek, skwerów, trawników i placów zabaw to czas na naukę i integrację społeczności, którą przecież najmłodsi obywatele również tworzą.

Kontakt z naturą ma na dzieci nie tylko korzystny wpływ ze względu na ich rozwój.

To właśnie dostrzeganie piękna przyrody, je unikalności sprawia, że maluchy stają się jej sprzymierzeńcami. Mamy jedyną i niepowtarzalną okazję do tego, by wychować pokolenie, dla którego troska o to, co je otacza, będzie rzeczą normalną, wynikającą z szacunku do świata, a nie z poczucia winy czy odpowiedzialności za straty już wyrządzone.

Ziemia jest jedynym domem jaki mamy.

Człowiek cały czas rujnuje jej zasoby naturalne, niszczy połacie dzikich terenów, na rzecz budowania nowych osiedli, zatruwa rzeki i zaśmieca oceany. Mimo takiej edukacji wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, jak szkodliwe jest kupowanie wody w plastikowych butelkach, stosowanie dezodorantów w sprayu czy pakowanie zakupów w coraz to nowe plastikowe reklamówki. To bardzo ważne, by nasze dzieci, młode pokolenie, na które mamy jeszcze wpływ, umiały być w kontakcie z Matką Ziemią, docenić korzyści płynące z natury, szukać wzajemnych zależności w przyrodzie i doświadczyć gościnności planety. Zróbmy to, póki jeszcze możemy. Kształtujmy w maluchach świadomą postawę i sami zmieniajmy swoje nastawienie. Bo nie jest jeszcze za późno na zmiany. Musimy jednak działać teraz i już, a nie od następnego tygodnia…

Kultura

Piekłem kobiety jest jej ciało

13 stycznia 2020 / Marta Osadkowska

Jak to możliwe, że w XXI wieku, gdy Elon Musk przygotowuje turystę do zwiedzania kosmosu, kobiety nadal nie mają podstawowych praw?

Jesienią do Polski przyleciała Kabula, adoptowana córka Martyny Wojciechowskiej, albinoska z Tanzanii. Osiem lat temu trzech mężczyzn odrąbało jej maczetą rękę, bo wierzyli w magiczną moc takiego talizmanu. Osiem lat temu – to nie są zamierzchłe czasy, to 2010 rok. W 2010 roku, podobnie jak w 2018, na świecie panuje zacofanie, ignorancja i coraz większa nierówność społeczna. Co będzie z nami za kolejnych osiem lat? W jakim kierunku zmierzamy?

 

Rewolucja w Iranie miała przynieść wolność i demokrację, przyniosła jednak religijny ucisk, represje i niewolę.

W tym świecie rządzą surowi szyiccy duchowni, którzy w naukowych traktatach roztrząsają najdziwniejsze problemy, jak choćby ten, czy mężczyzna, który współżył ze swoją kurą, może ją potem zjeść. Ulice są tam strefą wojny między surowymi zasadami a pragnieniami młodości. Kobiety, które nie podporządkowują się przepisom dotyczącym stroju (zakrywającego wszystko, poza fragmentem twarzy i dłońmi) czy zachowania (zero śmiechu, zero jakiegokolwiek kontaktu z mężczyznami) są aresztowane, bite, karane grzywną i upokarzane. Azar Nafisi, autorka książki „Czytając Lolitę w Teheranie”, zaprosiła do swojego domu najlepsze studentki, żeby omawiać z nimi dzieła światowej literatury. Rozmowy o literackich bohaterach są tylko pretekstem do opisania dramatycznej rzeczywistości Iranu. Nafisi obserwowała rewolucję pracując na uniwersytecie, z którego została wyrzucona za odmowę noszenia chusty. Tylko wyrzucona, nie było większych konsekwencji. Poznała je Szirin Ebadi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku, która poświęciła życie na opór przeciw reżimowi republiki Islamskiej. Państwo odebrało jej prawo do wykonywania zawodu, prześladowało jej córki i męża. Ebadi walczy o kobiety, których sytuacja jest coraz gorsza. Od 2014 roku rządowy plan segregacji płciowej, mający na celu wyrugowanie kobiet z życia publicznego, nabrał rozpędu. Kobiety nie mogły pracować w restauracjach, oglądać publicznie finałów piłki nożnej (co w Iranie jest ważną tradycją) i pracować w urzędach razem z mężczyznami. Pewnej jesieni piętnaście kobiet zostało na ulicach zaatakowanych i oblanych kwasem. Policji nie udało się znaleźć winnych. Ani jednego. Ebadi musiała uciekać z Iranu w obawie o życie swoje i swoich bliskich.

 

Dla tych, którym Nepal jawi się jako kolorowa kraina uśmiechniętych ludzi, którzy wspomagają wyruszających na Mount Everest, mam bardzo złą wiadomość.

To kraj, w którym są rejony, gdzie kobiety nie powinny istnieć. Urodzić się kobietą w Nepalu to oznaka złej karmy. I jest to im wyraźnie pokazywane od dnia przyjścia na świat. Jeśli do tego w ogóle dojdzie: wiele kobiet dokonywało aborcji po niezadowalającym wyniku badania USG. Skala aborcji zdrowych płodów żeńskich była tak ogromna, że w Indiach wprowadzono zakaz badań ultrasonograficznych. To doprowadziło do uśmiercania noworodków, procederu tak powszechnie zrozumianego w tym rejonie, że nie podlegającego żadnej karze. Dziewczynki są duszone lub topione od razu w szpitalu. Potem można wyjść i zacząć się starać o lepsze potomstwo. Wśród trochę starszych dzieci umieralność dziewczynek jest dużo wyższa niż u chłopców. Powód jest prosty: są zaniedbywane, niedożywione, nie leczy się ich chorób. Gdy dziewczynka dorośnie do menstruacji, nikt nie wyjaśnia jej, co się dzieje, tylko jest zamykana w ciemnym pokoju, bez dostępu do światła słonecznego. I tak co miesiąc. W tym czasie kobiety nie mogą zbliżać się do jedzenia, wody i pozostałych członków rodziny. Są nieczyste, grzeszne. Na wsiach nadal praktykuje się chhaupadi, czyli izolowanie kobiet podczas miesiączki w oborze lub szopie. Są tam traktowane gorzej niż zwierzęta: nie dostają wystarczająco jedzenia i wody, mają szczęście, jeśli mogą okryć się kocem podczas mroźnych nocy. Nie są w żaden sposób chronione przed atakami dzikich zwierząt i gwałtami.

 

Matki są smutne, gdy rodzą im się córki, to syn jest błogosławieństwem.

Syn zapewnia ciągłość rodu, przekazując potomstwu swoje nazwisko. Syn to inwestycja w przyszłość, ponieważ pozostaje w domu rodziców, żeby zająć się nimi na starość. Jest więc pożądany z wielu powodów: religijnego – dopełni rytuałów pogrzebowych (kobiecie nie wolno), ekonomicznego – będzie wspierał finansowo rodziców, a wreszcie społecznego – jako męski potomek zapewni rodzinie prestiż. Kobieta nie może liczyć na szacunek w rodzinie, dopóki nie pocznie syna

 

Nepalska kobieta nie istnieje jako istota ludzka, która może coś czuć, czegoś pragnąć, do czegoś dążyć.

Ona ma wypełniać (najlepiej po cichutku) swoją rolę: córki, żony, synowej, matki. Tego nauczy się w domu, więc nie traci się czasu i pieniędzy na jej edukację. A nawet jeśli to się zdarzy, niezależna finansowo i wykształcona kobieta rzadko zdecyduje się na samodzielne życie i mieszkanie ze względu na złą opinię, jaka przylgnęłaby do niej i do jej bliskich. Wychodzi więc za mąż, trafia do domu teściów, gdzie zwykle jest traktowana podle, wykorzystywana, poniżana i często bita. Najczęstszą przyczyną śmierci Nepalek jest samobójstwo. A tajemnicą poliszynela jest, że większość z nich nie odebrała sobie życia, a została zamordowana lub zakatowana przez rodzinę męża. 

 

No i jeszcze polowania na czarownice. Dosłownie.

Kilkadziesiąt kobiet rocznie cierpi prześladowanie i tortury na podstawie zarzutu o uprawianie czarów. Skąd się biorą takie zarzuty? Najczęściej choruje ktoś z rodziny, czyjeś ego zostało zranione odrzuceniem zalotów lub oskarżona ma ładny majątek, na który są już chętni. 

I oczywiście można postawić tutaj tezę, że Iran i Nepal to inny świat, inne kultury, inna sytuacja. Ale ten argument nie ma żadnej mocy, bo kobiety prześladowane są także w rozwiniętych krajach, tylko narzędzia tortur są trochę inne.

Według rządowych statystyk przemocy partnera doświadczyła w Japonii co czwarta kobieta. Jednak Japonki wielu zachowań wcale nie uznają za przemoc. Dla co piątej nie jest nią zakaz rozmowy z innymi niż mąż osobami płci przeciwnej, dla co dziesiątej – krzyk. Również co dziesiąta godzi się na komentarze w stylu: „Jesteś do niczego” i emocjonalny szantaż: „No i kto cię utrzymuje?”. Przemoc ma zazwyczaj wiele wymiarów, a kobiety szybko uczą się, że jest ona nieodłączną częścią ich codzienności. Przemocy doświadczyła w związkach co trzecia dwudziestolatka. Policja przez lata nie traktowała zjawiska przemocy domowej poważnie, raczej jako domowy, a tym samym prywatny kłopot. Kobiety słyszały, że nie można w tej kwestii nic zrobić, dopóki ich mężowie ich nie zabiją

 

W pracy kobiety mają jasno powiedziane, że nie zrobią takiej kariery jak ich koledzy.

To nie znaczy, że mogą pracować mniej. Żeby w ogóle utrzymać stanowisko, Japonki wyrabiają niezliczone nadgodziny (oczywiście niepłatne). A przecież w domu czeka dziecko, którym zajmować musi się matka, mężczyźni nie robią takich rzeczy. Kobieta bardzo rzadko może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy, bo życie w Japonii jest bardzo drogie. Mężczyzna poświęca życie pracy, rodzinę widuje rzadko, wszystko ma podane, uprasowane, ugotowane. Ogromna presja i tempo życia przyczyniają się do porzucania przez matki niemowląt. Popularnym zjawiskiem było zostawianie ich w schowkach na dworcu. (W Japonii istnieje tylko jedno okno życia, od 2007 roku w chrześcijańskim szpitalu). To nie jest po prostu nieodpowiedzialność, to efekt osiągnięcia przez kobietę granicy rozpaczy i bezradności. Dziś w tym temacie jest lepiej, dostęp do antykoncepcji jest większy. Ale nadal jest ona droga, nadal nie dla wszystkich dostępna. Lekarzom bardziej się opłaca przeprowadzić aborcję (bardzo w Japonii popularną) niż propagować wkładki domaciczne. Czterech na pięciu lekarzy to mężczyźni.

 

Powszechnie znanym zjawiskiem w japońskich środkach transportu publicznego jest chikan. To molestowanie dziewczynek i kobiet w zatłoczonym wagonie.

Dotykanie, głaskanie, ocieranie, wkładanie rąk pod spódnicę i w majtki – to codzienność. Dopiero w 1994 roku nazwano te zachowania przemocą, wcześniej były uznawane za „kłopot”.

W japońskich szkołach nie ma edukacji seksualnej, nie ma informacji o chorobach wenerycznych ani o seksualnej przemocy. Dla sfrustrowanych, zestresowanych mężczyzn chwila dominacji nad bezbronną kobietą w metrze jest sposobem na poprawienie humoru. Na wyładowanie się choć troszkę. Na chwilę czuje się silny, zanim szef mu udowodni, że wcale taki nie jest.

 

I jeszcze te mundurki, które otwarcie kojarzą się z pornografią.

Wykreowane w mediach wyuzdane licealistki, w białych majtkach widocznych pod krótkimi spódniczkami i podkolanówkach. Idealna mieszanina egzotyki i niewinności. Sponsoring w Japonii ma się świetnie, a turyści szukający przygody z wyjętą prosto z mangi dziewczynką, zostawiają w tym kraju niemałe pieniądze. Dziewczynki wydają się zblazowanymi, chętnymi do zabawy licealistkami, które lubią seks i chętnie go uprawiają. O niewolnictwie, handlu żywym towarem i stręczycielstwie się nie mówi, to psuje obrazek. Dopiero w 2017 roku Japonia ratyfikowała konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, wcześniej była w jednej lidze z Iranem czy Sudanem.

 

A co z USA? Z liberalną Ameryką, ucieleśnieniem swobód obywatelskich i bastionu praw człowieka?

Co tam się wyprawia? Czy jest tu ktoś, kto wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych przyjął inaczej niż opadającą ze zdziwienia szczęką? Czy ktokolwiek w ogóle brał pod uwagę pajaca, ignoranta i rasistę jako przywódcę tego potężnego kraju? Jak to się mogło stać? A potem przyszły konsekwencje tego najgorszego z możliwych wyborów. „Wszystkie kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy” – żartuje sobie przywódca świata zachodniego. Na wieść o gwałtach w wojsku reaguje słowami: „Co ci geniusze sobie myśleli, wpuszczając tam kobiety?”. Ostentacyjnie demonstruje swój stosunek do płci pięknej, nawet nie udaje, że się wstydzi molestowania ich. Jednym z haseł wyborczych Trumpa była walka z aborcją. W 2017 roku podpisał dekret, na mocy którego w życie weszła ustawa, której celem jest zablokowanie finansowania z budżetu federalnego organizacji pozarządowych, oferujących lub propagujących usługi aborcyjne poza granicami Stanów Zjednoczonych. Rozszerzono też restrykcje, które mają zmniejszyć przychody organizacji promujących aborcję o prawie 9 miliardów dolarów. Zamykają się pozarządowe kliniki Planned Parenthood.  Celem tej organizacji non profit jest propagowanie świadomego rodzicielstwa, kompleksowej edukacji seksualnej, szerokiego dostępu do legalnej antykoncepcji i aborcji, walka z chorobami przenoszonymi drogą płciową. Nie ma dla nich już miejsca w Ameryce Trumpa. 

O konsekwencjach tych działań napisała Leni Zumas w książce „Czerwone zegary”. To historia czterech kobiet, których na różny sposób dotyka temat macierzyństwa. Dla dwóch z nich decyzje prezydenta będą miały bolesne konsekwencje. Nie na tyle tragiczne, żeby je nagłaśniać. Świat się nie skończy, nie wywołają rewolucji. Będą tylko cierpieć. Jak miliony innych kobiet.

 

Gdzie na tej mapie kobiecych krzywd znajduje się Polska?

Nierówne traktowanie płci jest u nas powszechne i ogólnie wiadome. Ustawa antyaborcyjna, przemoc domowa, molestowanie, poniżanie w pracy, seksizm. Codziennie to się dzieje, codziennie to widzimy, codziennie o tym czytamy. Codziennie mijam plakat ze zdjęciem zakrwawionego płodu – taka kampania antyaborcyjna. Czemu to wisi legalnie? Co z zakazem publikowania drastycznych treści? Co czują kobiety, które zdecydowały lub musiały poddać się zabiegowi? W żadnym wypadku nie uważam, że „aborcja jest OK!”. Widzę w niej dramat, cierpienie, bolesną decyzję podjętą w różnych, często bardzo dramatycznych okolicznościach. Okrucieństwem jest robienie z tego billboardu. Nieludzkie jest prawo, które na to pozwala.

Globalnie kobiety zarabiają średnio ponad połowę wynagrodzenia mężczyzn, mimo iż generalnie każdego dnia pracują od nich dłużej. Według kalkulacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2016 roku, jeśli utrzyma się tempo, w jakim przebiega proces wyrównywania różnic w wysokości wynagrodzenia, dostępie do edukacji, opieki zdrowotnej i do wysokich stanowisk, zarówno w biznesie, jak i w polityce, równość płci zostanie osiągnięta za sto siedemdziesiąt lat

Ciekawe, ilu ludzie będzie już wtedy mieszkało w kosmosie…

 

Bibliografia:

  1. Szirin Ebadi, Kiedy będziemy wolne, wyd. Znak Horyzont.
  2. Azir Nafisi, Czytając Lolitę w Teheranie, wyd. Świat Książki.
  3. Edyta Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari, wyd. Znak.
  4. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, wyd. Czarne
  5. Leni Zumas, Czerwone zegary, wyd. Czarna Owca.
This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

There may be an issue with the Instagram access token that you are using. Your server might also be unable to connect to Instagram at this time.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo