Change font size Change site colors contrast
Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Ciało

KLAPS. Historia niejednego przypadku.

7 sierpnia 2020 / Emilia Musiatowicz

Klapsy to zjawisko od pokoleń istniejące i nadal dość powszechnie akceptowane, stosowane jako element wychowania w rodzinie.

Społeczeństwo oddziela jednak bardzo grubą kreską klapsy od bicia.

Klaps to przecież klaps – to zupełnie autonomiczne pojęcie, które nie mieści się w zbiorze przemocy czy agresji. Klaps ma przecież czegoś nauczyć, zwrócić uwagę dziecka na złe zachowanie czy na zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Ma uchronić przed guzem, szwem czy oparzeniem, ma zapobiec zdzieleniu siostry czy rówieśnika łopatką przez łeb, ma uchronić przez potrąceniem przez samochód, ucięciem palców schodami ruchomymi lub wyperswadować skok z trzeciego piętra na główkę. Tak pojęty klaps to samo dobro i przejaw miłości. Czy zatem uprawniona jest teza, że kapsy są niezbędne w wychowaniu?

 

Statystyki mówią, że tak

Ostatnie badania wykonane na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wskazały, że istnieje ogólna społeczna aprobata dla klapsów – aż 43% badanych podało, że są takie sytuacje, kiedy trzeba dziecku dać klapsa (z czego większość badanych , bo aż 39 % odpowiedziała na to pytanie „raczej tak”, zaś „zdecydowanie tak” odpowiedziało jedynie 4% ankietowanych). Odsetek osób bezwzględnie dezaprobujących takie zachowanie wyniósł 23% („zdecydowanie nie”), zaś „raczej nie” odpowiedziało 34% osób. 

 

Powyższe liczby stanowią pewien punkt odniesienia, jednak zdają się mówić ostatecznie bardzo niewiele. Skoro bowiem badani rodzicie uważają, że dawanie klapsa jest w wychowaniu czasem konieczne, to oznacza, że nie uznają klapsa za bicie. Podobnie, uważają też, że pomiędzy „daniem w skórę”  a „biciem” nie można postawić znaku równości . By rozstrzygnąć, jak to z tym klapsem naprawdę jest, zrobiłam swój własny reserach. 

 

Klaps miłości

Tak twierdzi Zbigniew Stawrowski. Jego zdaniem „Klaps właściwie rozumiany i odpowiednio stosowany, może być wyrazem najlepiej pojętej rodzicielskiej troski, zaś jego wymierzenie, czasem wręcz moralnym obowiązkiem rodziców. Jego zdaniem „odpowiedzialni i normalnie myślący rodzice dobrze wiedzą, że klaps nie jest żadnym biciem, nie jest nawet czymś szkodliwym, lecz – przeciwnie – jest czynem o wysokiej wartości wychowawczej i dlatego zasługuje wręcz na pochwałę. Oczywiście, pod jednym koniecznym warunkiem: że jest tym, czym jest, i niczym innym – właśnie klapsem”. 

Nie pochwala on jednak klapsów, które są przejawem wyładowania frustracji i agresji na dziecku. Za to otwarcie  powtarza, że „klaps w cuchu miłości rodzicielskiej jest wyrazem najgłębszej odpowiedzialności za dziecko.

 

Profesor Stawrowski odróżnia dwie kategorie przemocy – przemoc bezsensowną i bezwzględnie złą oraz przemoc usprawiedliwioną. Jako przykład tej drugiej, podaje wymiar sprawiedliwości, który stosuje przymus wobec obywateli naruszających prawo, w celu wyegzekwowania orzeczeń czy wyroków.  Jednocześnie wskazuje, że „oprócz przemocy sprawiedliwej stosowanej przez władzę państwową istnieje inna i to jeszcze bardziej podstawowa wspólnota i instytucja, która ze swej natury również posiada oczywiste uprawnienie stosowania usprawiedliwionej przemocy – to rodzina i instytucja władzy rodzicielskiej. […]. Racją i celem przemocy stosowanej przez państwo jest sprawiedliwość, uzasadnieniem siły stosowanej przez rodziców jest ich pełna miłości troska. O ile przestrzenią państwa jest przestrzeń sprawiedliwości, o tyle przestrzeń rodzicielska jest przestrzenią miłości.  

 

Stawrowski podkreśla, że klaps, jako wyjątkowy środek wychowawczy, używany w drastycznych, niebezpiecznych i ważnych momentach, stanowi najlepszą formą reakcji rodzica na niedopuszczalne zachowanie dziecka. Nadto dodaje, że „użycie przemocy w formie klapsa stanowi równocześnie formę socjalizacji dzieckauświadamia mu, w zrozumiałej dla niego formie, elementarną zasadę, która rządzi życiem dorosłych członków wspólnoty. Owa zasada brzmi: normalną i właściwą reakcją na zachowanie kogoś, kto narusza pewne nieprzekraczalne w społeczeństwie granice, jest przemoc władzy państwowej, która powstrzymuje sprawcę przed kontynuacją zakazanego działania oraz zmusza go, by w formie sprawiedliwej kary poniósł konsekwencje swojego czynu.” Na koniec dodaje „kto w ekstremalnych sytuacjach nie daje owego wyraźnego sygnału i nie uczy swych dzieci tej właśnie zasady, prawdopodobnie, chcąc nie chcąc, wychowuje przyszłych przestępców.

 

Ten bardzo szeroko dyskutowany oraz jeszcze szerzej krytykowany i wielokrotnie rozkładany na czynniki pierwsze pogląd profesora UKSW to jeden z najbardziej skrajnych głosów w tej sprawie. Po przeczytaniu całego Internetu trzy razy, oczywistym stało się dla mnie, że zdania odnośnie dopuszczalności klapsów w wychowaniu są bardzo podzielone. Dla zobrazowania skali kontrowersji w omawianej kwestii,  zacytuję niektóre wypowiedzi.

 

Fora internetowe, stanowią kopalnię wypowiedzi wszelkich (wiedzy już niekoniecznie) na każdy temat, a już szczególnie związany macierzyństwem i wychowaniem. Na jednym z wątków Kafeterii zastałam takie oto wpisy odnośnie klapsów: „Rodzice bijący swoje dzieci albo nawet dający klapsy są patologiczni i popełniają przestępstwo. Klapsy to jest przemoc w rodzinie!”; „Dziecko czasami musi dostać klapsa, żeby wiedziało ze to rodzica trzeba się słuchać.”;  „Te moje klapsy są wymierzane wtedy, gdy dziecko ma poczuć że zrobiło coś co mnie bardzo rozgniewało. To nie jest oznaka słabości a skrajnego gniewu i dziecko ma zapamiętać ten gniew, żeby pojąć przyczynę. Jestem zwolenniczką wychowywania zgodnego z naturą. W naturze młode mają respekt do rodzica bo czasem oberwą tak, że się przestraszą. I o to chodzi.”. 

 

Na forum gazeta.pl jedna z użytkowniczek zadała pytanie „dałyście kiedyś klapsa/lanie swoim dzieciom? zastanawia mnie czy tylko ja jestem taką wyrodną matką”. Odpowiedzi były oczywiście skrajnie różne: „klapsa dałam i to nie raz. Syn ma 4 lata. Krzyki, prośby i groźby nie pomagają. Klaps też czasem nie, ale częściej jest skuteczny niż pozostałe perswazje”; „nie bardzo widzę różnicę między laniem a klapsem – jedno i drugie bezsensowna przemoc. dający jedynie dowód jak bardzo dorosły nie potrafi poradzić sobie ze swoimi emocjami, a od małego dziecka oczekuje, że będzie sobie radziło ze wszystkim. Nigdy nie uderzyłam dziecka, mimo, że czasem była bardzo trudna (obecnie 3,5 roku)”. 

 

Zaskakujące porównania obrazujące kontrowersje związane z klapsów w wychowaniu znalazłam w jednym z wątków na trójmiasto.pl: „Kasiu a czy widzisz różnicę miedzy daniem klapsa a biciem? Bo ja widzę, to tak samo jakbyś nazwała osobę która wypije jednego drinka alkoholikiem”; „Piwo to nie alkohol, klaps to nie bicie… Ot, paradoksik taki :D”. Oprócz wypowiedzi o zabarwieniu satyrycznym znalazło się też kilka bardziej merytorycznych: „Nie biję. Widać mam bardzo grzeczną, nie zbuntowaną dwulatkę. Albo działają moje metody wychowawcze, czyli pozwalanie dziecku wybrać, uczenie konsekwencji wyboru, mówienie o planach żeby nie czuła się zaskoczona, rozmawianie o jej uczuciach, tłumaczenie moich decyzji – traktowanie jak człowieka”. 

 

Instagram również nie pozostał wobec klapsów obojętny. Na profilu Sonii Bohosiewicz zawrzało pod zdjęciem otagowanym #kochamniebije . Aktorka zwróciła uwagę, że w naszych głowach ułożyło się już, że bicie jest naganne, zaś klapsy nadal wzbudzają mieszane uczucia. Swoim obserwatorom zadała  też kontrowersyjne pytanie –„ czy nadal klaps, pociągnięcie za uszko, uszczypnięcie, wykręcanie rączki są akceptowalne?”.  Odpowiedzi były oczywiście bardzo skrajne: „bądź co bądź, ale klaps wyprowadził mnie na ludzi. Nie mówię  ostrym laniu. Nie mam rodzicom tego za złe. Dopiero po klapsie wiedziałam, że nabroiłam i wyciągałam wnioski. Bywają takie wyjątki jak ja”;  „Zgadzam się, że bicie, że poniżanie słowne, że wykręcanie rączek, walenie po plecach, głowie itp itd. to przemoc. I tylko przemoc. Ale stawianie na równi z KATOWANIEM klapsa małego, albo podniesienia głosu to chyba przesada”; „psychicznie katuje się klapsem”;  „ za każdym razem jak dziecko wyprowadzi Cię z równowagi, zamiast klapsa – pocałuj je. Działa!”; „tak…jak dziecko napluje Ci w twarz to je pocałuj w nagrodę, jak wybiegnie na ulicę, też pocałuj… przez takie głupie matki później obserwuje się dzieci wychowane bezstresowo i jestem załamana, bo te dzieci myślą, że mogą wszystko bo mama i tak pocałuje”.  

 

Powyższy post Sonii Bohosiewicz był jedną z wielu odpowiedzi na burzę wywołaną na Twitterze po wpisie Sylwii Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która podzieliła się na swoim koncie najnowszym wynikiem sondażu przeprowadzanego dla rp.pl, sugerując, że „prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Na wpis surowo zareagował polityk Krzysztof Bosak, odpowiadając „Proszę nie wprowadzać w błąd. W sondażu było pytanie o „stosowanie klapsów”, a nie o „bicie dzieci”. To dwie różne rzeczy, co jest zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka”. 

 

By rozstrzygnąć powody wzburzenia młodego polityka na słowa pani Rzecznik, jedna z telewizji śniadaniowych zaprosiła go na wywiad . Broniąc swojego stanowiska, szef Ruchu Narodowego wskazał, że wpis Pani Rzecznik stanowił manipulację socjologiczną, bowiem pytanie w wykonanym badaniu opinii społecznej dotyczył akceptacji klasów w wychowaniu, a nie bicia dzieci. Według niego, postawienie znaku równości między biciem a klapsami, stanowiłoby wyraz nurtu całkowicie eliminującego klapsy i inne kary cielesne z wychowania , co jest nieuprawnione wobec różnych modeli wychowawczych stosowanych przez rodziców. Uznał, że klaps jest bardzo delikatną formą przemocy, która może mieć uzasadnienie wychowawcze. W odpowiedzi na taki dyskurs, zaproszona do studia pani psycholog  wskazała, że klaps nie ma żadnej wartości wychowawczej. Podkreśliła, że najczęściej klapsy są wyrazem bezradności rodziców. Według niej, klaps daje bardzo szybki efekt, bo dziecko jest w szoku, bowiem od osoby od której spodziewa się miłości, dostaje coś, co jest niemiłe i przekracza jego granice intymności. 

 

Spór gości oczywiście nie został żadną miarą rozstrzygnięty. Co więcej, niecałe trzy miesiące później, wątek klapsów był na nowo podjęty w tej samej telewizji . Zwrócono tam uwagę na ostatnie badania naukowe, które wskazują na brak pozytywnego wpływu klapsów na wychowanie dzieci. Chodzi o opublikowaną w 2016 r. w „Journal of Family Psychology metaanalizę badań prowadzonych przez ostatnie 50 lat na grupie 160 tys. dzieci. Elizabeth Gershoff z University of Texas, koordynatorka projektu, podkreśla: „ Zaobserwowaliśmy, że klapsy powodują wiele długotrwałych i zupełnie niezamierzonych efektów w rozwoju dziecka, a zupełnie nie wpływają na wzrost posłuszeństwa, choć takiego właśnie efektu oczekują rodzice.”. Dodaje także: „Społeczeństwo nie kwalifikuje klapsów jako przemocy fizycznej. Nasz raport pokazuje jednak, że klapsy dają takie same negatywne efekty w psychice dziecka jak przemoc fizyczna, tle tylko że mniejszym natężeniu”. Zwraca także uwagę na cel badania: „Mamy nadzieję, że badanie zwróci uwagę rodziców na potencjalne szkody jakie może przynieść dawanie klapsów dzieciom oraz skłoni ich do używania innych, metod wychowania”.  

 

Po przebrnięciu przez wszystkie powyższe wypowiedzi , głosy, badania, statystyki i stanowiska, doszłam do przekonania , że aby móc przeprowadzić studium nad klapsem, muszę stworzyć własną grupę badawczą i posłuchać jaki jest stosunek rodziców do klapsów w prawdziwym, nie medialnym, nie psychologicznym i nie naukowym świecie. Wygląda to następująco

 

Zdarzyło mi się…

To w rozmowach słyszałam najczęściej. I to od osób, które na moje dalsze pytanie o to, czy klapsy ich zdaniem są skuteczną metodą wychowawczą, odpowiedziały stanowczym nie. 

 

Dlaczego? 

Najczęściej z bezsilności, ze względu na brak reakcji dziecka na prośby i na wszelkie inne metody perswazji.

 

Zdarzało się to też w sytuacjach ekstremalnych: „Córce dałam klapsa w momencie według mnie zagrażającym życie i zdrowie jej rodzeństwa – córka leżała całym ciałem na niemowlaku, a za drugim razem przyciskała głowę niemowlaka do puszystego dywanu”. „Chciałam ostrzec dziecko przed podejmowaniem niebezpiecznych zachowań, jakimi było wstawanie i skakanie na stojąco w wannie pełnej wody, bałam się, że uderzy się o kran, przewróci, utopi, a nie reagowało nie słowo nie”.

 

Czasem klapsy są reakcją na napady złości i wybuchy agresji dziecka. „Absolutnie nic nie działało. Mała miała taki okres, że wielokrotnie w ciągu dnia wymuszała na nas różne zachowania i buntowała się przed narzuconym rytmem dnia poprzez histerie i wrzaski. Najczęściej, jako efekt końcowy, rzucała się na podłogę. Jej ataki były albo z bardzo błahych powodów lub zupełnie bez powodu. Nie pomagały rozmowy, tłumaczenia, zostawianie w pokoju do wypłakania się, zagadywanie, rozśmieszanie, tulenie, totalnie nic. Po dwóch miesiącach takiego zachowania dzień w dzień, raz straciłam cierpliwość.”

 

Czy klaps przyniósł zamierzony rezultat?

W bardzo niewielu przypadkach klaps przyniósł posłuch. Z wielu wypowiedzi wynikało, że był to szok i strach przed nowym, nieznanym i niepokojącym zachowaniem rodzica. Bardzo często szok był chwilowy i klaps nie uchronił przed powtórzeniem przez dziecko tych samych nagannych zachowań, za które otrzymało klapsa.  „Widziałam po minie dziecka  zdziwienie, czasem strach. Gdy sytuacja jest napięta to powiedziałabym ,że to tylko dolewa oliwy do ognia i dziecko jest czasem bardziej agresywne.”

 

Czy pamiętasz swoje odczucia po daniu klapsa?

Odczucia po „danym klapsie” są podobne. Dla tych, którzy nie uznają klapsów za dobrą metodę wychowawczą, jej zastosowanie budzi wyrzuty sumienia i smutek.  

 

„Czułam się bezradna i zdenerwowana.  Potem przyszedł też smutek,  wstyd przed sama sobą i było mi przykro, że zawiodłam swoje dziecko i jego zaufanie oraz siebie jako matkę”. 

 „Przeprosiłam córkę za swoje zachowanie. Wstydzę się tego,  ale mówię o tym, bo w ten sposób słyszę co zrobiłam i to mnie hamuje przed powtórką”. 

„Zobaczyłam w jej oczach takie smutne zdziwienie. Odwróciła się ode mnie i cicho załkała, a moje serce absolutnie się rozpadło i popłakałam się razem z nią. Wiedziałam, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam jej klapsa ”. 

 „Było mi źle oczywiście, dziecko nie zrozumiało do końca, co chcę przy pomocy tego działania osiągnąć. Ale ja od razu się otrząsnęłam z własnego gniewu”. 

„Moje odczucia są zawsze takie same – mam wyrzuty sumienia i pretensję do siebie, że nie powinnam, że może są inne sposoby. Niby używam tego jako ostateczność…ale moje jednak mogłabym zrobić jeszcze coś więcej/ coś innego…”.  

„Wyrzuty sumienia, przeprosiny powiedziane głośno i wyraźnie. I moje ciche palenie się ze wstydu w milczeniu”. 

 

Czy klaps to przemoc?

W opinii moich rozmówców zdecydowanie tak. Niektórzy zwracali jednak uwagę na to, by go nie demonizować. Klaps z zasady nie boli („toż pupa jest miękka”).  Inni podkreślali, że klaps jednak boli, ale bardziej psychicznie. „Klaps to forma przemocy wobec dziecka, to poniżająca forma wyegzekwowania u dziecka zachowań, które są według rodzica właściwe”. A czasem trudno było o jednoznaczną odpowiedź: „w sumie to niewinne klapsy, ale jak by nie patrzeć to jest to przemoc”. 

 

Jakie metody wychowawcze i dyscyplinujące stosujesz? 

Z odpowiedzi stworzyłam następującą listę: 

  • rozmowa stanowczym głosem; 
  • informowanie o konsekwencjach jakie poniesie na skutek swojego zachowania; 
  • odbieranie przywilejów: skrócenie czasu bajki lub brak bajki/ ograniczenie lub brak zabawy czymś, na czym dziecku zależy/ nieotrzymanie słodyczy,   zakaz korzystania z komputera;
  • w momencie najwyższych emocji u dziecka wyprowadzam je w spokojne miejsce, bez zbędnych bodźców, gdzie może się wykrzyczeć, wyrazić swoją złość, następnie  oferuję dziecku przytulanie, a na koniec po uspokojeniu rozmowę – wspólnie szukamy powodów wcześniejszego zachowania i staramy się unikać tych bodźców w przyszłości;
  • odesłanie dziecka do pokoju z poleceniem zastanowienia się nad swoim zachowaniem i jego skutkami, a następnie rozmowa na ten temat;
  • nazywam emocje – mówię córce: „jesteś wściekła wiem, widzę”, dzięki temu córka często też już nazywa sprawy po imieniu: jest mi smutno! Jest mi przykro;
  • mówienie dzieciom o wszystkim wprost: moich odczuciach (wszystkich – pozytywnych, ale i negatywnych, mówię o tym, że czuję zmęczenie, zniecierpliwienie czy pozytywne odczucia gdy jest między nami pełna współpraca ), oczekiwaniach, planach;
  • metoda liczenia do 3 – jak wypadnie 3 to zawsze jest tego konsekwencja (np. odebranie możliwości grania na xboxie, brak oglądania telewizji lub zakaz spotykania z kolegami);
  • konsekwencja – „jeśli grożę dziecku, że jak się nie ubierze to pojedzie w piżamie do przedszkola , to właśnie tak się dzieje – żeby dziecko traktowało nas poważnie, szanowało i wiedziało, że nie żartujemy”.  

Wielokrotnie padało też wskazanie na rozmowę. To nie jest kara, ani żaden środek dyscyplinujący. Ale czy faktycznie za wszystko trzeba karać albo nagradzać ? Metodą kar i nagród nie uczymy dziecka narzędzi do tego, by sobie przemyślało i przeanalizowało swoje zachowanie. „Czasami naprawdę wystarczy pogadać, żeby osiągnąć pożądany efekt bez karania. Najlepiej rozmawiać nie od razu, tylko np. wieczorem tego samego dnia, jak dziecko i rodzic trochę się zdystansują do sprawy. W momencie, gdy coś się dopiero stało, czasami można coś chlapnąć w emocjach. Poza tym, jeśli rozmawia się z dzieckiem, na takiej zasadzie, że ono jest przekonane, że na jakąś „mądrość życiową” wpadło samo, to daje lepsze efekty niż jak dziecko po prostu wysłucha przemowy rodzica w roli autorytetu. Czasami lepiej zadać jakieś pytania pomocniczo naprowadzające, żeby dziecko doszło do własnych wniosków.”

 

Klaps? Nigdy!!

Dlaczego nigdy, przenigdy nie zdarzyło ci się dać klapsa?

„Po prostu uderzenie dziecka, w jakikolwiek sposób, mieści się w moim (szerokim) pojęciu przemocy”. 

„Nie chcę, żeby moje dziecko patrzyło na mnie ze strachem w oczach. Jesteśmy dla dziecka autorytetami, opoką, do której mogą się zwrócić, gdy ktoś sprawi im ból. Gdzie się zwrócą, gdy to my zadamy im ból?

„Dziecko chłonie nasze zachowania jak gąbka. Jak wytłumaczyłabym mu, że nie wolno bić rówieśników, swojej partnerki/partnera, skoro sama robię dokładnie na odwrót?”

„Klapsy wywołują tylko bezrefleksyjny strach przed tym, jak na zachowanie zareagują rodzice. Jedyną metodą jest wytłumaczenie dziecku, dlaczego zabraniasz mu danych zachowań, a jeśli nie umiesz wytłumaczyć dlaczego, to nie zabraniaj”. 

„Staram się traktować dzieci jak sama chciałabym być traktowana. A nie chcę, by ktoś mnie bił”

„Uważam, że klapsy nie przynoszą żadnych rezultatów. Po klapsie dziecko się ewentualnie  uspokoi, ale nie wyciągnie żadnych wniosków na przyszłość, bo bardziej będzie skupione na swojej krzywdzie”.  

 

Klaps może mieć sens 

Niektórzy z moich rozmówców stosują lub stosowali klapsy w wychowaniu, bardziej jako element wyjątkowy, nigdy „na co dzień”. W rozmowach potwierdzili, że widzą efekty. Klaps nie jest silny, jest tylko zaakcentowaniem złego postępowania dziecka. Nigdy zaś nie ma na celu sprawiania bólu czy też wzbudzania lęku. „Uważam, że w pewnym wieku takie fizyczne zwrócenie uwagi dziecka  (ale naprawdę klaps musi być taki bardziej dotknięciem/muśnięciem) nie jest złem samo w sobie. Jeżeli obserwujemy nasze dziecko i widzimy, że to mu pomaga poradzić sobie też z jego emocjami, to ta metoda może stać się czymś przydatnym”. 

„Zauważyłam, że takim klapsem dziecko koduje, że przegięło. Te kilka klapsów w wychowaniu wystarczyło, by  syn ostatecznie poznał granice swojego zachowania”. 

 

Klapsy poza prawem?

W mojej ankiecie znalazło się też pytanie – czy klapsy są zgodne z prawem? Odpowiedzi były różne – niektórzy mówili, że nie, ale być powinny. Inni, że bicie oczywiście tak, ale że lekkie klapsy już nie.  

 

Zadając to pytanie wydawało mi się, że jako „praktykujący” prawnik z łatwością uda mi się rozstrzygnąć, jak wygląda kwestia klapsów w prawie. Okazało się jednak, że sprawa prosta nie jest i wymaga szczegółowej analizy prawnej. 

 

Zgodnie z art. 96[1]Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (KRO) „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”. Taka regulacja miała na celu zmianę postaw społeczeństwa poprzez zaakcentowanie innych metod wychowawczych. Ponadto wprowadzenie art. 96[1] KRO było wynikiem uwzględnienia wytycznych z prawa międzynarodowego.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ustawodawca zakazuje stosowania przez rodziców wszelkich kar cielesnych. Rygoryzm tej konstrukcji łagodzi brak sankcji przewidzianej w przypadku stosowania przez rodziców takich metod wychowawczych. Z tych względów, powołany wyżej przepis z KRO, zakazujący stosowania kar cielesnych nie ma przewidzianej sankcji, staje się jedynie wskazówką, wytyczną, a nie realnym zakazem. Dopiero, gdy kara cielesna wypełni znamiona przestępstw z Kodeksu karnego (KK)– np. znęcania się z  art. 207 KK lub naruszenia nietykalności cielesnej  z art. 217 KK, lub też będzie mogła być zakwalifikowana jako przemoc w rodzinie, zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, wtedy można uznać, że jest ona prawnie zakazana. 

 

Podkreśla się jednak, że zakaz ten nie jest bezwzględny i doznaje ograniczeń na skutek istnienia kontratypów. Na przykład rodzic lub opiekun mogą naruszyć nietykalność cielesną dziecka, gdy będąc w stanie wyższej konieczności,  bronią go przed bezpośrednim niebezpieczeństwem (np. matka szarpie małego chłopca, powstrzymując go przed wbiegnięciem na ulicę) lub w obronie koniecznej (np. ojciec rozdziela siłą bijące się rodzeństwo). Istnieje również możliwość wyłączenia winy rodzica, gdy ratuje on dobro, nieprzedstawiające wartości oczywiście wyższej od nietykalności cielesnej dziecka (np. wówczas, gdy ojciec wyszarpuje córeczce z ręki smartfona, który chciała wrzucić do wody)

 

Zauważa się także, że niektóre bezprawne czyny zabronione, polegające np. na naruszeniu nietykalności cielesnej dzieci przez rodziców, mogą nie stanowić przestępstwa z powodu znikomego stopnia społecznej szkodliwości (dajmy na to lekkie „klapsy”) – choć co do tego poglądu nie ma jednolitości. 

 

Natomiast, ze względu na pojawienie się w KRO przepisu art. 96 [1] KRO, został wyrażony pogląd przez M. Morawską, że „ustawodawca w bardziej dobitny sposób chyba nie mógł zasugerować, że nawet tzw. klaps nie stoi w zgodzie z obowiązującym prawem. Ta sama autorka uważa też, że w chwili obecnej prawo do karcenia „swymi granicami nie obejmuje karcenia cielesnego w żadnej postaci”. Podobnie twierdzi R. Krajewski: „po prostu nie jest już możliwe obejmowanie jego zakresem stosowania wobec małoletnich kar cielesnych”

 

Jak widać, powyższa analiza nie pozwala na jednoznaczne wskazanie, że klapsy są niezgodne z prawem, jeśli chodzi o niezgodność z normami prawa karnego . Zdaje się jednak, że zakaz stosowania kar cielesnych określony w art. 96 [1] KRO obejmuje swym zakresem także klapsy, nawet te „lekkie”. 

 

Zamiast podsumowania 

Celem tego artykułu nie było dokonanie żadnej oceny – ani klapsów jako metody wychowawczej ani nas jako rodziców – zarówno tych, którym się zdarza jak i tych którym się to nigdy nie zdarzyło (a tych drugich pod sąd wziąć trzeba, bo przecież nie można wykluczyć, że wychowują pod swoim dachem kryminalistów). 

 

Ocena musi zajść w nas samych. Każdego dnia na nowo. Podczas każdej próby wychowawczej  – na nowo. Przy każdej awanturze – na nowo. Z każdym rzuceniem się na ziemię w sklepie – na nowo. W czasach słabości, w czasach trudności, w czasach dzieci małych i w czasach dzieci dojrzewających. Ocena pierwotna, czasem ocena następcza. A jej dokonywanie zdaje się być wpisane w definicję bycia rodzicem. 

 

Ps. Dziękuję wszystkim rozmówcom za szczerość i wypowiedzi prosto z serca. Ten artykuł powstał dzięki Wam!

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo