Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Matko, zrób startup!

25 września 2019 / Daniel Kotliński

Nawet jeśli nigdy nie prowadziłaś firmy, przynajmniej raz w życiu przeszedł Ci przez głowę genialny pomysł na startup.

Założę się jednak, że niemal od razu sama go wyśmiałaś, albo odprawiłaś litanię do świętego Nigdy, złożoną z powodów ,,dlaczego to głupie". Zanim zaczniesz lekturę tego tekstu, poświęć chwilę i przywołaj w pamięci ten koncept, który od dawna zalega Ci gdzieś z tyłu głowy. Gotowe?

Zacznijmy od początku. 

Na co dzień prowadzę portal biznesowy. Można więc powiedzieć, że ,,jestem w temacie” – nie tylko serwis jest sam w sobie biznesem, ale jego działalność kręci się wokół opowiadania historii innych przedsiębiorców. 

Gdybym miał wydestylować jedną lekcję, która płynie z przeprowadzenia w ciągu roku blisko 20 pogłębionych wywiadów z przedsiębiorcami (ich zawartość spokojnie złożyłaby się na opasłe tomisko!), to brzmiałaby ona następująco: 

,,Jeszcze nigdy w historii nie było tak łatwo zacząć własnego biznesu”. 

Aby stworzyć i rozwinąć własną firmę, do pewnego momentu w dziejach konieczna była wiedza z zakresu ekonomii, podstaw działania gospodarki, praw marketingu i ludzkiej psychologii. Oprócz tego – wartościowe znajomości, które pomagały w załatwianiu problemów. Niezbędny był również początkowy kapitał, który umożliwiałby start, a całość obarczona była wysokim ryzykiem niepowodzenia. 

Okazuje się jednak, że w 2018 roku z powyższej listy nie zmieniło się tylko jedno – ostatnie. Choć możliwość zaprzepaszczenia ,,genialnego pomysłu” jest wciąż wysoce prawdopodobna, to bez ryzyka finansowego i narażania aktualnej kariery może okazać się, że tak naprawdę… nic nie tracisz. Jak to możliwe? Cierpliwości.

Musisz wiedzieć, że nauka, w jaki sposób robić biznes, by miał największe szanse powodzenia, rozwija się tak samo, jak każda inna dziedzina naszego życia.

O ile w obszarze medycyny owocuje to choćby podwyższoną oczekiwaną długością życia, o tyle w obszarze biznesu ostatnie lata przyniosły rewolucyjne koncepty, nowe narzędzia i demokratyzację w dostępie do wiedzy. To z kolei odblokowało rynek inwestycji w projekty obarczone wysokim ryzykiem, dzięki czemu znacznie łatwiej dziś pozyskać kapitał na rozwój swojego pomysłu. Ale po kolei.

Mniej więcej dekadę temu, czołowy ,,duchowy przywódca” Doliny Krzemowej, Steve Blank (przedsiębiorca, inwestor i wykładowca na Stanfordzie), wyłożył podstawy nowej metodologii budowania biznesu, nazwanej ,,lean” (,,lean startup” lub ,,lean management”). 

Nie zagłębiając się w szczegóły, Blank stwierdził: ,,nie potrzebujesz budżetu ani biznesplanu po to, by dowiedzieć się, czy twój koncept ma szansę powodzenia. Internet oferuje ci powiem wszystkie potrzebne narzędzia, by dotrzeć do twoich hipotetycznych klientów i na żywym organizmie przetestować potencjał biznesowy twojego rozwiązania”. Mówiąc krótko: ,,życie jest zbyt krótkie, by tworzyć produkty, których nikt nie potrzebuje”. I zaproponował bardzo ciekawą koncepcję, w jaki sposób tworzyć takie produkty, za które rzeczywiście ktoś jest w stanie zapłacić. 

To niezwykła, kulturowa zmiana, dzięki której osoby wyposażone w dostęp do internetu, trochę czasu i cierpliwości mogą osiągać rzeczy wielkie, jak i zupełnie zwykłe, ale dające stabilne źródła dochodu. Bez rezygnacji z etatowej pracy bądź ogromnego ryzyka, kiedy ciąży na nich odpowiedzialność utrzymywania rodziny (i siebie). 

Pewną analogią wobec tego, co zrobił ,,lean” tradycyjnemu podejściu do biznesu, będzie to, co moda na zdrowy tryb życia zrobiła kulturze fastfoodu, paleniu papierosów i dumie z pracoholizmu. Wzrost świadomości własnego ciała zmienił nawyki milionów ludzi na całym świecie, a także wpłynął (i będzie dalej to robił) na to, jak wychowują dzieci, oraz na to, jak one z kolei zajmą się swoim potomstwem. 

Podobnie ugruntowanie metodologii ,,lean” w ostatnich 10 latach, przyczyniło się do powstania większej ilości biznesów i fantastycznych, kreatywnych projektów niż kiedykolwiek wcześniej w erze internetowej. 

Ta zmiana podejścia umożliwiła rozwój kolejnej bardzo pojemnej idei, którą dziś nazywa się ,,startupem”, a dla której ruch ,,lean” jest punktem wyjścia. Pojęcie to często występuje w mediach w parze z nazwą jakiejś firmy, która odniosła spektakularny sukces w internecie. Przyjęło się bowiem, że startup to takie przedsiębiorstwo, które próbuje zarobić pieniądze w sieci albo rozwija jakąś ,,skomplikowaną technologię”. 

To nie do końca prawda.

Choć dyskusje na temat ostatecznej definicji słowa ,,startup” wciąż trwają, dla uproszczenia sprowadzę ją do trzech głównych założeń:

  1. Startup nie jest firmą w tradycyjnym znaczeniu – to rodzaj organizacji (może być jednoosobowa), której celem jest przetestowanie pewnych biznesowych założeń. Startup może być więc pierwszym etapem (czy wręcz ,,zerowym”) w procesie rozwoju biznesu – etapem charakteryzującym  się ,,skrajną niepewnością”;
  2. Startup nie musi być genialnym pomysłem – nie chodzi o to, by na nowo wynaleźć koło. Wystarczy, jeśli startup udoskonali istniejące rozwiązanie lub zaproponuje inny sposób osiągania określonego celu;
  3. Startup ma potencjał dużej skali – równie dobrze może działać na poziomie lokalnym, jak i globalnym. Jeśli nie jest fizycznym produktem, tylko jakiegoś rodzaju cyfrową usługą (np. e-kursem), nie ma znaczenia, czy korzysta z niego tysiąc czy sto tysięcy osób, ponieważ koszty produkcji są takie same. 

Podsumujmy. 

Wiesz już, że dziś biznesy internetowe rozwija się inaczej, niż działo się to przez wcześniejsze dziesięciolecia.

Wydarzyło się to za sprawą nowego podejścia (lean), które eliminuje z równania konieczność wieloletniej nauki i pozwala testować pomysły niemal każdemu. To z kolei dało początek nowej fali internetowych projektów (startupom), spośród których wyrosły nie tylko gigantyczne korporacje zatrudniające dziś dziesiątki tysięcy ludzi, ale także miliony mniejszych organizacji. Nigdy nie przeczytasz o nich na pierwszych stronach, ale zyski, które generują, umożliwiają ich właścicielom wieść życie z marzeń.

Wciąż pamiętasz o tym swoim lekko przykurzonym pomyśle na biznes? Zostań ze mną! 

Chcę powiedzieć, że nie jesteś za głupia, by przekonać się, czy twój pomysł ma sens, ponieważ nie potrzebujesz formalnej edukacji. Nie jesteś też zbyt biedna ani zabiegana, bo nie potrzebujesz ani dużych nakładów finansowych, ani czasowych. A jeśli przeszło ci przez myśl, że możesz być na to za stara… choć Mark Zuckerberg miał 19 lat, kiedy zakładał Facebooka, Steve Jobs – 21, zanim uruchomił Apple, a David Krap, założyciel Tumblra, liczył sobie 20 wiosen na karku, to niedawno przeprowadzone badanie przez naukowców z MIT wykazało, że należą oni do absolutnych wyjątków. Średnia wieku przedsiębiorców, którzy zaczęli od pomysłu i doprowadzili do zatrudnienia pierwszego pracownika, wynosi 41,9 lat, zaś takich, którzy wkroczyli na ścieżkę dynamicznego rozwoju do znacznie większych rozmiarów – 45 lat. 

,,Hola!”, zakrzykniesz, ,,ale przecież ja w ogóle nie znam się na technologii! Nawet jeśli mam pomysł na usługę, serwis bądź aplikację, jak mam ją niby stworzyć?!” – a ja wtedy uśmiechnę się lekko, z od dawna przygotowaną odpowiedzią. 

Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale bariera technologiczna została nie tyle, co obniżona, co wręcz… zlikwidowana. Bo o ile pewne minimalne umiejętności w posługiwaniu się komputerem, jak choćby: wyszukiwanie informacji, biegłość w obsłudze aplikacji czy ogólne obycie z internetem – będą niezbędne, to znajomość języków programowania jest ci niepotrzebna. 

Nie musisz być programistką, by stworzyć cyfrowy produkt, a to co najmniej z trzech powodów: 

  1. istnieją gotowe platformy, które umożliwiają wprowadzenie swojego pomysłu w życie (możesz np. założyć sklep internetowy w podobny sposób, jak zakładasz konto w serwisie społecznościowym); 
  2. istnieją aplikacje, w których tworzy się… aplikacje, w sposób przypominający tworzenie budowli z lego;
  3. istnieją sposoby, dzięki którym stworzysz środowisko do przetestowania założeń, a jeśli te się sprawdzą, znacznie łatwiej będzie ci pozyskać technicznego wspólnika lub inwestycję na dalszy rozwój produktu. 

Napiszę teraz coś, co może wzbudzić w Tobie wyrzuty sumienia – i mam nadzieję, że tak się stanie! 

Fakty są bowiem takie, że w 2018 roku nie masz już żadnego powodu, by nie przetestować, czy ten twój genialny pomysł nie jest w rzeczywistości… genialny. 

Oto, dlaczego:

Bubble.is – to serwis, który umożliwia stworzenie dowolnej aplikacji internetowej bez konieczności napisania choćby jednej linijki kodu 

Zeroqode.com – podobnie jak wyżej, z tą różnicą, że dostarcza gotowe szablony wymagające jedynie dostosowania pod własne potrzeby (możesz w jeden dzień uruchomić własną wersję Airbnb, Tindera czy Ubera!).

Newco.app – stanowi nie tylko bibliotekę gotowych szablonów najpopularniejszych typów aplikacji, ale także społeczność kilku tysięcy twórców, budujących własne biznesy bez znajomości skomplikowanych, technicznych zagadnień. 

Codefree.co – jest ciekawą alternatywą wobec powyższych rozwiązań, bo nie tylko umożliwia stworzenie aplikacji webowej (działającej w przeglądarce), ale działa trochę na zasadzie taśmy typu duck-tape; umożliwia łączenie w jedno wielu aplikacji, tak, by realizować zaplanowany cel.

Shoplo.pl – to jeden z wielu kreatorów sklepów internetowych, dzięki któremu możesz dosłownie ,,wyklikać” własny e-commerce w kilka chwil.

Webflow.com – narzędzie do tworzenia stron internetowych, także bez znajomości kodowania. Całość sprowadza się do zestawiania odpowiednich klocków i zapełnienia treścią. 

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Ba, to wręcz wierzchołek samego wierzchołka! W gruncie rzeczy, istnieje tyle ciekawych rozwiązań na to, by przeskoczyć konieczność nauki programowania, że można z czystym sumieniem powiedzieć o powstaniu nowego trendu. 

Tak naprawdę, twoim startupem może być:

  • strona na Facebooku, przez którą sprzedajesz znalezione w lumpeksie markowe ubrania. Jeśli okaże się, że to ma sens, zainwestujesz w stworzenie e-sklepu. 
  • Grupa na tym samym portalu, w której zarabiasz na dodawaniu ogłoszeń przez firmy. Jeśli udowodnisz, że potrafisz zainteresować nimi odbiorców, założysz pełnoprawną tablicę ogłoszeniową (jak np. OLX) 
  • Mini-kurs w formie video czy ebooka, na który złoży się twoja wiedza z danej dziedziny, zapakowana ,,w pudełko”. Jeśli okaże się, że trafiłaś w jakąś niszę na rynku, będziesz mogła rozważyć uruchomienie kursów stacjonarnych.
  • Możesz założyć bloga, na łamach którego będziesz inspirować lub dzielić się doświadczeniami, a z czasem przyciągniesz reklamodawców. 

Niedawno ze znajomym uruchomiliśmy tablicę z ogłoszeniami o pracę w marketingu i biznesie dla osób bez doświadczenia. Za niewielką kwotę kupiliśmy gotowy szablon, a potem ręcznie go dostosowaliśmy do naszych wymagań (z pomocą hinduskiego opiekuna klienta!). Natomiast pierwotna wersja naszego produktu była po prostu… arkuszem kalkulacyjnym dostępnym w internecie, gdzie dodawaliśmy ogłoszenia. To właśnie potwierdzenie podstawowej hipotezy: ,,czy uda nam się zainteresować firmy dodaniem ogłoszenia, zaś stażystów – aplikowaniem”, skłoniło nas do pójścia za ciosem.

Internet, z całym swoim dobrodziejstwem – łatwo dostępną wiedzą, prostymi w obsłudze narzędziami i społecznością twórców – demokratyzuje sposób robienia biznesu. Tworzenie takich uproszczonych mechanizmów do testowania pomysłów określa się akronimem MVP, co rozwijamy jako: Minimum Viable Product, a tłumaczymy na ,,minimalna wersja produktu”. 

Definicję MVP najlepiej oddaje poniższa ilustracja:

 

Jak widzisz, w tego typu rozwiązaniu chodzi o to, aby kluczowa funkcja była dostępna od samego początku.W przypadku naszej tablicy ogłoszeniowej, jest to dostęp do atrakcyjnych ofert pracy – nic więcej, nic mniej. O ile w tej chwili serwis jest prosty i wymaga manualnej pracy, to na tym etapie nie ma sensu inwestować w kolejne funkcje i automatyzację. Dopiero, kiedy przetestujemy kolejne hipotezy (w jaki sposób użytkownicy korzystają z serwisu? Jakich funkcji im brakuje? Jak postrzegają nasze pomysły na ułatwienie procesu szukania pracy? etc.), zadecydujemy, w którą stronę go rozbudowywać. 

 

(pierwsza wersja Bonjunior była po prostu arkuszem kalkulacyjnym)

 

Być może twój wewnętrzny opór wciąż się tli. ,,To, że jestem w stanie sklecić na ślinę szałas”, myślisz sobie, ,,nie znaczy przecież, że będę teraz konkurować z deweloperami na rynku nieruchomości!”. 

Póki co, pozbądź się myśli o konkurowaniu z kimkolwiek. Zapomnij w ogóle na chwilę, że rozmawiamy o robieniu biznesu w kontekście generowania jakichkolwiek zysków. 

Namawiam cię do tego, byś wróciła do tego swojego pomysłu, tylko po to, żebyś podjęła jakiekolwiek działanie. To jak sport; nikt nie twierdzi przecież, że twoja codzienna rutyna w bieganiu kilku kilometrów ma doprowadzić cię w określonym czasie na Olimpiadę. Najważniejszy jest twój osobisty rozwój – a jeśli przy okazji może on przynieść rozwiązanie realnego problemu, a potem jeszcze dodatkowe pieniądze… dlaczego nie? 

Andrew Mason w 2008 roku wpadł na pomysł założenia strony, poprzez którą sąsiedzi mogliby uruchamiać małe, społeczne inicjatywy i wspólnie je realizować. Strona została wyklikana w darmowym edytorze i szybko uruchomiona. Koncept jednak nie przetrwał, aczkolwiek Mason zauważył, że część użytkowników poszukiwała osób, które chciałyby skorzystać z jakiejś grupowej promocji. Postanowił więc dać drugą szansę biznesowi, nazwał go Groupon i uruchomił ponownie, w całości koncentrując się na grupowych rabatach. Dziś firma działa na 16 rynkach na całym świecie, ale co ciekawe, przez pierwszy rok – mimo że niemal od razu startup zaczął zarabiać na siebie – była obsługiwana w dużej mierze manualnie; pracownicy po prostu wysyłali ręcznie kupony mailem.

Innym ciekawym przypadkiem potwierdzającym, że sam akt działania może mieć trudną do przewidzenia, sprawczą moc, jest osoba Petera Levelsa. To młody programista z Holandii, który postanowił w ciągu roku stworzyć 12 ,,minimalnych produktów”. Chwycił dopiero 6. projekt, będący bardzo dokładnym źródłem informacji dla osób, które łączą wolny zawód z podróżowaniem – NomadList.com. Jego pierwsza wersja była również arkuszem kalkulacyjnym, a z czasem rozwinęła się do serwisu, który generuje od 15 do 30 tysięcy dolarów miesięcznie. 

Uruchomienie MVP bywa też… oczyszczające.

Z czasem zdajemy sobie sprawę, że porażka jest immanentną cechą całego procesu, jest niezbędna, by rozwijać swój pomysł zgodnie z oczekiwaniami rynku. Kiedy wchodzisz na ring po raz pierwszy, z pewnością będziesz mieć problem, by trafić przeciwnika i zapewne sama kilkukrotnie oberwiesz, zanim wyczujesz, jak robić uniki i wyprowadzać własne ciosy. Możesz spędzić setki godzin na lekturze technicznych zagadnień boksu, ale z pewnością nie wyjdziesz z pierwszego starcia bez siniaków. 

Powtórzmy. Dziś brak wiedzy lub dostępu do określonych narzędzi czy zasobów nie jest żadną wymówką. Jeśli będziesz uważnie obserwować otaczającą cię rzeczywistość, prędzej czy później dostrzeżesz problemy, które do tej pory nie zostały zaadresowane. 

,,Nie mam czasu” – stwierdzisz.

Ale… nigdy go nie będziesz miała; długie, niczym nieprzerwane godziny, kiedy mogłaś rozwijać własne pasje i zainteresowania, skończyły się gdzieś w okresie liceum. Cały koncept ,,lean” polega na tym, by przeprowadzić go w ograniczonych możliwościach ,,czasoprzestrzennych”. 

Poboczny projekt, małe wyzwanie, które robisz dla zabawy i samorozwoju, wymaga jedynie krótkich przedziałów czasowych, występujących w miarę regularnie. Najlepiej, jeśli to będzie kilkanaście minut dziennie, godzina góra. W skali tygodni i miesięcy efekt się kumuluje. A jeśli dziś się za to nie zabierzesz, za rok o tej porze będziesz mówić dokładnie to samo: ,,nie mam czasu”.

,,To i tak się nie uda”, skwitujesz na końcu.

I dobrze! Kto wie, dokąd może Cię to zaprowadzić? W ,,najgorszym” wypadku nauczysz się czegoś o rozwoju biznesu czy sposobach na wcielanie projektów w życie. Może wzrost kwalifikacji w tym obszarze pomoże ci się rozwinąć gdzieś indziej. 

A co, jeśli Cię przekonałem… od czego zacząć? 

Najpierw potrzebujesz problemu, którym się zajmiesz oraz wstępnej koncepcji jego rozwiązania. Jeżeli masz to pierwsze, a wciąż brakuje ci drugiego, skontaktuj się ze mną – chętnie przegadam twój pomysł, wskażę potrzebne źródła lub połączę z ludźmi, którzy mogą ci pomóc!

 

Daniel Kotliński. Marketing manager w Social Tigers. Dziennikarz biznesowy z pasji i doświadczenia, był project managerem w redakcji Marketingibiznes.pl, wcześniej jako marketer współtworzył portal social commerce dla rodziców – tuRodzinka.pl. W 2013 r. ukazała się jego debiutancka powieść ‚Kierunkowy 22’. W wolnym czasie jeździ na desce i uczy swojego psa fizyki kwantowej.

Styl życia

Less waste i minimalizm – czy do tanga potrzeba dwojga?

18 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Dwie idee, dwa nurty.

Minimalizm – mieć mniej, żyć bardziej i less waste – marnować mniej, przetwarzać więcej, nie kupować i nie marnować.

Tak się składa, że w codziennym życiu łączę minimalizm z less waste. Staram się zachować balans i równowagę. 

Po kilku latach mogę powiedzieć jedno: jest to spokojnie możliwe i – jak wszystko w życiu – wymaga wypracowania nawyków. Trochę uwiera na początku, a później staje się przyjemną rutyną. Pomyślałam, że może Cię to zainteresuje.

Pewnie zastanawiasz się teraz, co drogie czarno-białe meble mają wspólnego z gotowaniem obiadów z resztek i używaniem płatków kosmetycznych ze starego ręcznika. 

Być może ja po prostu obracam się w takich kręgach, ale znam ludzi i domy, gdzie less waste i minimalizm dobrze ze sobą grają. Sprawdź koniecznie książkę – reportaż Marty Sapały „Mniej”- wypożycz, posłuchaj, ściągnij na czytnik, przeczytaj! 

 

Po co Ci to całe zamieszanie? 

Chociażby po to, żeby spać spokojniej, budzić się bardziej wypoczętą. Iść drogą, która ma jasno określony kierunek z lekką głową i ciężkim portfelem. Być „tu i teraz” i cieszyć się wolno płynącym czasem. Pielęgnować relacje i dbać o swoje sumienie. Robić dla innych coś bez wysiłku i stąpać po Ziemi ostrożnie, nie robiąc nikomu świadomej krzywdy. Chciałabym Ci to ułatwić, więc przygotowałam listę punktów wspólnych dla minimalizmu i less waste. Szybko przekonasz się, że żyjąc zgodnie z ideą niemarnowania, masz dużą szansę zostać minimalistką. A jeśli już deklarujesz się, jako osoba, która nie potrzebuje wiele, przy odrobinie wysiłku i zaangażowania, możesz stać się specjalistką od less waste. 

Po 6 latach postanowiłam – nareszcie! – nazywać siebie minimalistką. Stwierdziłam, że mogę mieć coś do powiedzenia w temacie, który jest mi bliski. Dlatego teraz dzielę się moimi pomysłami, jak można połączyć minimalizm z less waste. Po co mi to wszystko? Żeby przynależeć i żeby się odnaleźć. Chcę żyć w środowisku, w którym ludzie rozumieją, jaką zgrozą napawa mnie chodzenie po galeriach i zakupy. Jak bardzo nie lubię kupować i ile czasu zastanawiam się, zanim wybiorę jakiś przedmiot lub usługę. Nie lubię tłumaczyć, że jestem w stanie zainwestować spore pieniądze w podróże, czy w hobby, a mimo że noszę zimowe buty trzeci sezon. Chcę otoczyć się etykietką „minimalistka” i znaleźć ludzi, którzy czują podobnie. 

 

Jak to się zaczęło? 

O less waste zrobiło się głośno za granicą. U nas widzę, że ten trend się rozwija od 2017 roku, powolutku, ale teraz zaczynamy już doświadczać efektu kuli śnieżnej. Przyczyniła się do tego na pewno zmiana przepisów dotyczących segregacji śmieci oraz rosnąca świadomość społeczna. Coraz więcej słyszę o organicznej bawełnie, o niemarnowaniu, gotowaniu z resztek. 

Minimalizm to obecnie mainstream, ha! Minimalistką jestem od 6 lat. Zaczęło się w Japonii – oni to mają we krwi, prostotę kulturową. Do nas trend przyszedł w 2012 roku i… zniknął. Może dlatego, że jego głośnym ambasadorem był Leo Babauta ze swoimi 100 rzeczami? Z dużym zainteresowaniem śledziłam, jak z trendu, który mógł pomóc w codziennym życiu, powstała dziwna hybryda. Minimalizm w swoje szpony szybko złapał przemysł modowy, następnie wnętrzarski. Obecnie to takie skrzyżowanie ograniczenia posiadania do 100 przedmiotów z drogimi meblami i dodatkami w określonym stylu. Dla mnie – osoby, która przeczytała na ten temat kilka książek, wysłuchała kilkudziesięciu godzin podcastów – jest to co najmniej interesujące. 

 

Jak minimalizm łączy się z less waste? 

Nie kupuję

– less waste mówi o tym, żeby nie tworzyć zapasów, których nie będzie można zużyć i rozsądnie gospodarować surowcami oraz nie przyczyniać się do zaśmiecania planety, a minimalizm, żeby otaczać się tylko tym i tylko w takiej ilości, jak to jest naprawdę potrzebne. 

Myślę przed zakupem

– będąc less waste, sprawdzam składy, kraje, z jakich podchodzi dana rzecz, będąc minimalistką, analizuję, czy dana rzecz jest mi naprawdę potrzeba, czy na pewno, do czego i czy długo posłuży.

Inwestuję w jakość

– jestem gotowa zapłacić więcej za produkty tworzone etycznie tak jak ubrania szyte w Polsce, bo kupię tylko tyle, ile dokładnie potrzebuję np. jedną spódnicę na lato, jedne buty na sezon i jeden plecak na kilka lat. 

Nie marnuję

– less waste to zużywanie rzeczy do końca i dawanie drugiego życia przedmiotom, minimalizm to zaspokajanie faktycznych potrzeb poprzez przedmioty, słowo klucz: użyteczność. Jeśli czegoś już nie potrzebuję – sprzedaję to lub oddaję, w minimalizmie wyrzucenie jest ostatecznością. 

Mam mało i zużywam do końca

– mam mało kosmetyków, produktów do pielęgnacji i do makijażu, a te, które mam, zużywam do ostatniej kropelki lub oddaję, jeśli już mi nie pasują. Zużyte opakowania przemieniam na funkcjonalne słoiczki lub świeczniki, które rozdaję bliskim. 

Kupuję rzeczy potrzebne

– unikam tego przyjemnego dreszczyku, który towarzyszy wyprawom do centrum handlowego w weekend wyprzedaży, wolę zakupy online. Wybieram rzeczy, które potrzebuję w ściśle określonej ilości – jeśli szukam jednej bluzki, to kupię jedną bluzkę lub jeden lakier do paznokci. 

Nie kupuję emocjonalnie

– zakupy to nie lekarstwo na doła i nudę. Wolę poczytać książkę, iść na spacer do parku, zagrać w planszówkę lub pouczyć się języka obcego. Transferuję swoje zasoby – energię i czas tam, gdzie da mi to jakąkolwiek korzyść. Zakupy zostawią Cię z poczuciem winy, pustym kontem i brakiem miejsca w szafie lub w łazience. 

Nie chomikuję

– noszę ubrania – na co dzień również te ładne na specjalne okazje – używam wszystkich kosmetyków, gotuję z zapasów i extra składników ze sklepiku kontynentalnego, jeśli czegoś nie używam, to oddaję. Uwaga, tutaj może być pułapka, bo less waste zakłada, że ponownie wykorzystywać np. gdy otrzymasz paczkę zostawić pudełko, papier i sznurek do kolejnej wysyłki – świetne rozwiązanie, jeśli wysyłasz paczki. Jeśli nie, oddaj ten zestaw komuś, kto będzie miał z niego użytek lub połóż na klatce schodowej z opisem „zestaw do wysyłki paczki”, na pewno ktoś skorzysta. 

Inwestuję w hobby

nie oszczędzam na moim hobby, ale nie chwytam pięciu srok za ogon. Zanim przekonam się do czegoś, spróbuję pożyczyć potrzebny sprzęt i przeanalizuję, czy nowe zajęcie jest dla mnie wystarczająco rozwojowe. Później zobaczysz mnie w super butach do biegania, w markowej koszulce, z japońskim nożem kucharskim lub formą do wypieku magdalenek za kilka stówek doskonałej jakości. Pamiętaj, że minimalizm zakłada, że masz dokładnie tyle rzeczy, ile potrzebujesz, więc spokojnie stwórz własny zestaw do malowania farbami, gry na gitarze, czy robienia na drutach. Jeśli po jakimś czasie stwierdzisz, że to nie dla Ciebie, zamiast chować rzeczy na dno szafy, sprzedaj jej lub zrób komuś prezent – to takie proste! 

Oczekuję jakości

– chcę, aby rzeczy, które wybieram, reprezentowały doskonałą jakość. Ubrania nie mechaciły się, kosmetyki nie uczulały, a pokrywki od garnków nie pękały. 

Inwestuję w emocje i doświadczenia

– bardziej ucieszę się z biletów na wydarzenie niż z kolejnego kurzołapa na półce. Sama chętniej wydam na podróż niż remont – w moim odczuciu – wciąż ładnej i zadbanej kuchni. Zamiast piątej pary jeansów wybiorę koncert. 

Pielęgnuję relacje

częściej zobaczysz mnie z przyjaciółką w restauracji lub na herbacie niż w galerii. Lubię randki z mężem, lubię dobre jedzenie i miłe towarzystwo. W „starej” bluzce bawię się lepiej niż w nowej tunice od projektanta – zużywam, pamiętasz? 

Mam porządek w domu

mam mało przedmiotów, więc sprzątanie zajmuje mało czasu. Zmywanie zajmuje niewiele czasu, prasowanie, czyszczenie łazienki – naprawdę polecam. Im więcej produktów w Twoim domu będzie miało swoje stałe miejsce w szafce lub szufladzie, tym mniej czasu zmarnujesz na ich bezsensowne przestawianie, a pusta przestrzeń, będzie sprawiała wrażenie schludnej. 

Ograniczam się i nie ograniczam się

– możesz pomyśleć, że żyję w ciasnym gorsecie, który krępuje moją radość życia, przecież cholernie się ograniczam – tego nie kupuję, tamtego też nie, tam nie chodzę, ale – uwierz, proszę – czerpię z życia pełnymi garściami. Mam wolne środki, żeby inwestować w rzeczy lub doświadczenia, o których marzę i które sprawiają mi wielką radość. 

 

 

Tak jak widzisz, jedno wynika z drugiego, miesza się i przenika. Momentami ciężko jednoznacznie określić, czy jestem minimalistką, czy żyję pro ekologicznie. Jedno jest pewne, wciąż czerpię pełnymi garściami ze stylu życia, który wybrałam, a tango gra mi w duszy nieprzerwanie!

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo