Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Matka w równowadze #1 / mother-life balance

10 grudnia 2018 / Agnieszka Jabłońska

Dzisiaj będzie o Mother-Life Balance, czyli o Matce w Równowadze jak nazywam na własne potrzeby świetną ideę zapoczątkowaną i konsekwentnie rozwijaną przez Monikę Pryśko.

W wielkim skrócie chodzi o to, czy kobieta powinna ograniczać się do jednej roli? Czy jest zobowiązana wzorem swojej babki, matki i naszego dziedzictwa, zrzekania się siebie, swoich pasji i zainteresowań na rzecz dziecka? Z potrzeby serca powstał pomysł...

Dzisiaj będzie o Mother-Life Balance, czyli o Matce w Równowadze jak nazywam na własne potrzeby świetną ideę zapoczątkowaną i konsekwentnie rozwijaną przez Monikę Pryśko. W wielkim skrócie chodzi o to, czy kobieta powinna ograniczać się do jednej roli? Czy jest zobowiązana wzorem swojej babki, matki i naszego dziedzictwa, zrzekania się siebie, swoich pasji i zainteresowań na rzecz dziecka?

Z potrzeby serca powstał pomysł rozmów, wywiadów, wymiany myśli z młodymi Mamami, które znalazły się w samym środku oka cyklonu – mieszanki społecznych oczekiwań, zasad wyniesionych z domów rodzinnych, własnych wyobrażeń o macierzyństwie przepuszczonych przez filtr pop kultury. Jak one radzą sobie z pozostaniem w równowadze? Czy twardo stąpają po ziemi?

Moją pierwszą rozmówczynią jest Ola – mama 6-miesięcznej Zosi.

Aleksandra Trepka – 29 letnia łodzianka, inżynier ochrony środowiska, magister zarządzania projektami, starszy inspektor BHP, zawodniczka drużyny koszykówki „Kobiety na boiska”, trener personalny na emeryturze, świeżo upieczona żona, aktywna mama półrocznej Zośki kochająca sport i podróże

Przez urodzeniem Zosi pracowałaś na etacie, prowadziłaś własną działalność, grałaś w koszykówkę. Byłaś bardzo aktywną babką! Co zmieniło się, gdy dowiedziałaś się o ciąży? Czy to był moment, w którym postanowiłaś trochę zwolnić?

Rzeczywiście przed ciążą byłam bardzo aktywną osobą. Pracowałam na pełen etat, chodziłam na siłownię, grałam w koszykówkę i sama prowadziłam treningi personalne w ramach działalności gospodarczej.  Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, musiałam  zrezygnować z kilku rzeczy, między innymi z treningów na siłowni i koszykówki. Jeszcze zanim zaczęliśmy planować dziecko, obiecałam sobie, że w ciąży  będę pracowała do momentu, aż zdrowie i samopoczucie mi na to pozwoli.  Ciąża nie była zagrożona, ale mój organizm dość słabo na nią reagował, dlatego musiałam iść na zwolnienie lekarskie już w czwartym miesiącu.

Co zmieniło się po urodzeniu Zosi? Czy odnalazłaś się w roli mamy, a Twoje życie zwolniło?

Mam wrażenie, że moje życie przyspieszyło po urodzeniu Zosi. Od pierwszych chwil po powrocie ze szpitala myślałam, jak pogodzić wiele rzeczy. Wiedziałam, że po pół roku chcę wrócić do pracy, a w międzyczasie jeszcze czekała nas organizacja wesela. Doszła do tego chęć powrotu chociaż w minimalnej części do formy sprzed ciąży. Niestety, było to jednak niemożliwe tak szybko jak chciałam, ponieważ poród skończył się cesarskim cięciem. Po takiej operacji przynajmniej przez kilka miesięcy nie można być aktywną fizycznie.

Odnoszę wrażenie, że rola mamy nie przychodzi od razu. Kobieta przygotowuje się do tego przez 9 miesięcy. Przez cały ten czas żyje z myślą, że ma w sobie małego człowieka, ale kiedy już dochodzi do tego pierwszego spotkania (porodu), bardziej czuje się zmieszanie i przerażenie. Od tego momentu masz istotę zupełnie zależną od ciebie. Bezwarunkowa, wielka miłość przychodzi z czasem.  U mnie przyszła dopiero po 2 miesiącach. Myślę, że to wynikało z burzy hormonów, która uspokoiła się dopiero po tym czasie.

Krótko po porodzie wyjechaliście z narzeczonym na urlop, a później zorganizowaliście przepiękny ślub. Jak udało się pogodzić planowanie tych dwóch wydarzeń i logistykę z opieką nad malutką córeczką? Czy było to dla Ciebie wyzwanie? Czy coś byś zrobiła inaczej?

Jeżeli chodzi o wyjazd to była spontaniczna decyzja ☺ Po urodzeniu dziecka człowiek ma wrażenie, że cały czas siedzi w domu, a  plan dnia kręci się wokół dziecka. Jedyne o czym marzyłam, to krótki, weekendowy wyjazd ze znajomymi. Nadarzyła się taka okazja właśnie trzy tygodnie po urodzeniu Zośki ☺

Ze ślubem to śmieszna historia. Pierwotnie datę ślubu mieliśmy ustaloną na 9 czerwca 2018 roku. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży i termin porodu mam na 24 maja, zainicjowałam rozmowę z moim przyszłym mężem na temat przełożenia ślubu. W odpowiedzi usłyszałam „damy radę”. Pomyślałam wtedy:  „ok, chyba jeszcze do niego nie dotarło do końca w jakim stanie się znajduję… poczekam sobie :P”. Po jakichś trzech tygodniach zadzwonił do mnie, gdy byłam na wyjeździe służbowym i stwierdził, że rzeczywiście możemy jednak nie dać rady (hahahah). W połowie czwartego miesiąca byłam już na zwolnieniu lekarskim, więc miałam dużo czasu na organizację wesela. Nie należę do tych osób, które muszą mieć serwetki pasujące do kwiatków, więc nie było to trudne. Dużo pomogła nam moja mama, która obecnie nie pracuje. Mogłam podrzucić jej Zośkę, a w tym czasie załatwić wiele rzeczy.  Z perspektywy czasu myślę, że organizacja takich wydarzeń jak wesele, czy wyjazdy oczywiście byłaby łatwiejsze bez dziecka, ale z dzieckiem też nie jest to wielki problem.

Wiem, że zdecydowałaś się na pół roku urlopu macierzyńskiego, więc już wróciłaś do pracy. Wiele młodych mam obawia się takiego rozwiązania. Co byś im poradziła?

Zdecydowałam się na szybki powrót do pracy, gdyż jestem osobą, która nie usiedzi w domu. Lubię swoją pracę i ludzi, z którymi pracuję. Przez całą ciążę i urlop macierzyński byłam z nimi w stałym kontakcie. Cieszę się, że miałam możliwość powrotu do pracy po pół roku, a moja mama zdecydowała się zająć  w tym czasie Zośką. Zdaję sobie sprawę, że wiele kobiet nie ma takiej możliwości. Muszą poczekać, aż dziecko dorośnie do żłobka lub zdecydować się na opiekunkę, która wcale mało nie kosztuje. Uważam jednak, że jeżeli kobieta ma potrzebę zostania z dzieckiem w domu przez rok – to czemu nie? Ostatnio dowiedziałam się, że będąc na urlopie macierzyńskim można prowadzić działalność gospodarczą, więc jest to idealne rozwiązanie dla mam, które chcą być z dzieckiem w domu i jednocześnie być aktywnymi zawodowo.

Czy uważasz, że mama powinna mieć czas dla siebie, dla swojej pasji i zainteresowań?  Pytam Cię o to, bo wiem, że znowu grasz w kosza. :))

Każda kobieta powinna mieć czas na swoje pasje i zainteresowania. Jeżeli pasją mamy jest na przykład chodzenie po sklepach, to powinna mieć na to czas. To ważne chwile tylko dla siebie. Zauważyłam tendencję w naszym społeczeństwie: kiedy pojawia się dziecko to kobieta rezygnuje ze swojej pracy, zajęć dodatkowych, spotkań ze znajomymi. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale spotykam się z tym dość często. (Takie społeczne wycofanie można zauważyć już w okresie ciąży. Oczywiście jest to spowodowane fizycznymi możliwościami – przecież w ciąży nie chodzi się do zatłoczonych, zadymionych miejsc, by tam spędzić przy piwie czas ze znajomymi. Warto znaleźć inne sposoby na miłe spędzanie czasu.)

Ja wróciłam do gry w kosza dopiero po czterech miesiącach od porodu. Było to uwarunkowane między innymi zaleceniami lekarskimi po cesarskim cięciu. Myślę, że był to idealny moment, by mieć czas dla siebie. Oczywiście po porodzie czułam się super, gdy mogliśmy wyjść z Piotrkiem do kina lub na kolację. Natomiast uważam, że każda kobieta (nie ważne, czy matka, czy nie) powinna mieć pewną strefę zarezerwowaną wyłącznie dla siebie. Powoduje to, że kobiety są szczęśliwsze i mają większe poczucie własnej wartości.

Na ile w codziennych obowiązkach możesz liczyć na pomoc Piotrka – twojego męża i taty Zosi oraz rodziny? Czy to pomaga, czy raczej jesteś typem mamy „zosisamosi” i chcesz wszystko robić sama?

Mój Piotrek jest mocno zapracowanym człowiekiem. Pracuje na etacie i dodatkowo jest trenerem koszykówki w jednym z łódzkich klubów. Siedząc cały czas z dzieckiem w domu miałam wrażenie, że jego w tym domu ciągle nie ma. Na początku to dla młodej mamy ciężka sytuacja. Później staje się to kwestią przyzwyczajenia. Zaraz po urodzeniu Zośki bardzo mi była potrzebna pomoc ze względu na to, że rana po cesarskim cięciu mocno bolała. Dodatkowo zawsze jest raźniej we dwójkę  z tak małym dzieckiem szczególnie, że nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Teraz to wygląda trochę inaczej.  Każdy dzień mam całkowicie zaplanowany. Ze względu na to, że Piotrek pracuje w różnych godzinach, musieliśmy ustalić sobie stałe punkty dnia i pewne rytuały. Ważne było wyznaczenie godziny kąpieli, jedzenia i usypiania. W opiece nad Zośką są czynności, którymi się dzielimy, należą do nich: karmienie, przewijanie, ale wiele spraw Piotrek ogarnia sam. Takim rytuałem jest kąpiel. To jest zdecydowanie czas jego i  Zośki. Nie ma tam miejsca dla Mamy. 🙂 W codziennym życiu jestem raczej typem „wszystko sama”. Niestety, przy dziecku nakłada się zbyt dużo rzeczy jednocześnie i często potrzebna jest pomoc. Bardzo podziwiam kobiety, które od samego początku muszą sobie radzić same. Mnie bardzo pomogła mama, która przez pierwsze tygodnie była u nas prawie codziennie. Ugotowanie obiadu czy odkurzenie mieszkania w tym przypadku jest już dużym odciążeniem.

Co sądzisz o całej idei Mother-Life Balance, o której Ci trochę opowiedziałam? Jak rozumiesz to hasło? Czy przemawia to do Ciebie?

Mother- Life Balance rozumiem jako znalezienie złotego środka pomiędzy byciem spełnioną kobietą (w zakresie nie tylko zawodowym, ale i rodzinnym), a byciem spełniona matką. Żeby być kochającą mamą na pełen etat, nie trzeba siedzieć z dzieckiem w domu przez 24h 7 dni w tygodniu. Według mnie, nie trzeba też robić z siebie męczennicy, której największym osiągnięciem w życiu jest urodzenie dziecka. Taka kobieta nigdy nie będzie szczęśliwa. A przecież szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. ☺

Co w przypadku, gdy dziecko jest malutkie, czy uważasz, że jego mama powinna znajdować czas na rozwój i przyjemności, czy macierzyństwo jest tak szczególnym okresem, że wymaga poświęcenia na 100%?

Dla malutkiego dziecka matka często jest całym światem. Według mnie dziecko potrzebuje zarówno matki, jak i ojca. W momencie, gdy matka jest niedysponowana, bądź potrzebuje właśnie chwili odpoczynku, powinien wkroczyć tata. ☺ Myślę, że każda kobieta potrzebuje również pewnej przestrzeni dla siebie, która zapewni jej satysfakcję. Może to być  15 minut dziennie ćwiczeń z Chodakowską, wieczorne czytanie książki przed snem, wyjście raz w tygodniu z przyjaciółmi na kawę i ciacho lub – jak w moim przypadku – pogranie w kosza trzy razy w tygodniu. To, że chcemy spędzić jakiś czas  bez dziecka, nie czyni nas złymi matkami. Czyni nas matkami, które oprócz wspaniałego macierzyństwa mają również swoje pasje i potrzeby.

Jakie cechy ma Twoim zdaniem idealna młoda mama XXI wieku?

Matka XXI wieku to matka wielofunkcyjna. ☺

Czy jest coś, co byś zmieniła w swoim postępowaniu zaraz po urodzeniu Zosi? Czy dzisiaj inaczej podeszłabyś do niektórych spraw?

Po urodzeniu Zośki większość rzeczy robiłam instynktownie. Oczywiście miałam wsparcie i rady rodziny i koleżanek, ale najważniejsze jest, żeby we wszystkim znaleźć złoty środek. Z perspektywy czasu myślę, że postępowałabym tak samo jak do tej pory. ☺

Czy chciałabyś coś poradzić Czytelniczkom, które w codziennej opiece nad niemowlakiem zgubiły gdzieś swoje potrzeby, zapomniały o sobie?

Młode mamy, które niedawno urodziły swoje pociechy, nie powinny zapominać, że są również kobietami. Kobiety mają swoje potrzeby i powinny w pewien subtelny sposób uświadomić swoim mężom, partnerom, że ich życie nie powinno się ograniczać tylko do pieluch. Powinny znać swoją wartość  i to nie tylko jako matki, ale kobiety, które mają coś do zaoferowania światu. ☺

 

Ciało

Na wschód po cud – wspomnienia z in vitro

20 września 2019 / Nina Olszewska

Warsztaty z Hanną Samson wczesną wiosną tego roku.

Przypadek przydziela mi do pary Magdalenę, Hania – zadanie. Każda z nas ma przez dwie minuty mówić tej obcej osobie naprzeciwko o tym, z czego jest dumna. Magda opowiada o swoim brzuchu, na który zapracowała rodząc bliźniaczki. Mówi o latach starań, o in vitro. Przez kilka miesięcy poznaję Magdę i wiem, że jej lista powodów do dumy mogłaby być znacznie dłuższa. Gdy TMM planuje numer o zwycięstwie, nie mam wątpliwości, z kim chcę porozmawiać.

Kiedy się poznałyśmy byłaś ważną panią z telewizji. Może miesiąc później dowiedziałam się, że to już nieaktualne, zamknęłaś ten etap. Pamiętam, że byłaś pełna optymizmu. Już po chwili okazało się, że robisz film dokumentalny o in vitro. Jeszcze nie zdążyłam polubić na Facebooku wszystkich zdjęć z planu, a Ty już opowiadasz z zapałem o zupełnie nowej pracy. Jesteś naprawdę dobra w zaczynaniu od nowa i zwyciężaniu! Dziś skupmy się jednak na tym najważniejszym. Zaczniemy od początku?

Była jesień, wieczór. Pamiętam, że pomyślałam po prostu, że nikt nie biega po domu, a mogłoby być tu więcej zamieszania. Zaczęliśmy próbować, ale bez skutku. Przez sześć lat chodziłam po lekarzach.. Byłam bardzo zapracowana, nie orientowałam się, jak działają jajniki, nie wiedziałam, że są sprzężone z głową. Miałam 29, 30 lat – nie byłam supermłoda, a nic nie wiedziałam o sobie samej.

Myślisz, że nieznajomość własnego ciała to był tylko Twój problem?

Moja kuzynka niedawno zbierała dla 18-letniej koleżanki rady życia. Taki zeszyt założyła, różni ludzie pisali tam porady w rodzaju „Nigdy nie myj naczyń”. Ja napisałam: „Naucz się, kiedy jest Twoja owulacja”, bo ja tego nie wiedziałam, o tym się nie mówiło, mama mnie nie nauczyła – a to jest po prostu ważne. Znać siebie, wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Nauczyć się czytać sygnały z ciała, rozumieć to.

To nie jest łatwe, szczególnie, gdy lekarze i medyczna terminologia nie pomagają. Moja koleżanka niedawno usłyszała, że jest w ciąży geriatrycznej. Wiesz, co to jest?

Pierwsze słyszę. Jeśli jest takie medyczne określenie – ok. Ale w komunikacji z pacjentką to nie jest fair. Język, jaki jest wokół spraw kobiecych, jest problemem. W pewnym momencie leczenia miałam diagnozę „wrogi śluz”. Mówienie „śluz” na głos jest trudne, a jeszcze „wrogi”? Znaczy co? Ja zabijam te plemniki? Nie byłam na to przygotowana i ten komunikat zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną. Później trafiłam do profesora, który zdziwił się, że ktoś jeszcze używa pojęcia „wrogi śluz”, bo tak się już nie mówi, bo tego się już nie bada i to w ogóle jakieś średniowiecze. Skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślę, że to mogło mieć wpływ na to, że zaczęłam źle myśleć o sobie, a w konsekwencji miałam depresję, czego nie byłam przez lata świadoma.

Minęło kilka lat. Myślisz, że podejście lekarzy się zmienia?

Nie. Wydaje mi się, że nadal język, jakim posługują się lekarze w rozmowach z pacjentkami, i to nie tylko w sprawie ciąży, uwłacza kobiecie. Wciąż tego nie zmieniłyśmy – my, kobiety. I nie jest to tylko problem mężczyzn-lekarzy. Pół roku po porodzie poszłam na kontrolę. Ginekolożka powiedziała mi wtedy, że żadnych środków antykoncepcyjnych nie potrzebuję, bo mi ciąża naturalna nie grozi. Rozumiesz? Zajdę, nie zajdę, ważne jest to, w jakim stanie psychicznym ona mnie zostawiła.

Myślisz, że w czasie starania o dziecko stan psychiczny kobiety jest ważny?

I tak, i nie. Słyszałam mnóstwo porad: wyluzuj, wszystko jest w głowie! Chodziłam do psychoanalityka, który uważał, że nie zachodzę w ciążę, bo sobie sama wybudowałam barierę. Jak usłyszał o tym wrogim śluzie, to aż zatarł ręce, miał dowód. Pokłóciliśmy się wtedy. Był przeciwnikiem in vitro. A może tylko mnie prowokował? W końcu na tym też czasem polega terapia.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Przepracowałam to, rozłożyłam sobie logicznie: sami w ciążę nie zajdziemy. Skoro mój mąż ma słabe nasienie, to połowa naszych możliwości jest stracona. Jeśli u mnie jest problem z owulacją, bo jestem zestresowana, zaharowana, zagubiona i czuje się biedna tak, że prawie już nie istnieję, to chyba potrzebujemy pomocy? To był sukces tej psychoanalizy. Zdecydowaliśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Działać. Zrozumiałam, że nie uzyskam pomocy chodząc do przypadkowych lekarzy: raz jednego, raz drugiego, z których każdy mówi co innego i to językiem, który mnie obraża. Postanowiłam, że nie dam sobie zdemonizować in vitro, bo to jest osiągnięcie cywilizacyjne mające służyć ludziom w potrzebie, tak jak szczepionki, viagra czy zastawka. Czy ktoś napiętnowuje viagrę? Nie słyszałam.

Ja też nie. Jak wyglądało to przejście do działania?

Postanowiłam wybrać lekarza, takiego jednego jedynego, który mnie poprowadzi, któremu zaufam i podporządkuję się. Miałam szczęście. Znalazłam profesora, który odpowiadał na wszystkie pytania, nawet te głupie i te zadawane moim językiem literacko-symboliczno-intelektualnym. Przekładał ten język na konkrety, a ja zrozumiałam, jak on myśli, nauczyłam się z nim rozmawiać, obojgu nam zrobiło się łatwiej.

Jak go znalazłaś?

Bałam się kliniki niepłodności, długo się przed tym broniłam. Sama przed sobą udawałam, że się staram, że zwykły ginekolog mi wystarczy. Może in vitro dziś jest bardziej powszechne, może młode dziewczyny już się tego nie boją. Ja się bałam. Pierwszym krokiem, przełamaniem, był telefon do mojej kuzynki, która robiła doktorat z in vitro. Ona poleciła mi klinikę w Białymstoku. „Masz 35 lat – im szybciej, tym lepiej” – powiedziała.

I teraz powinien być happy end, teoretycznie.

Jeszcze nie. Nie udało się pierwsze, drugie, trzecie in vitro. To mnie już kosztowało dużo cierpienia. Za trzecim razem zaszłam w ciążę. Tak na chwilę, na kilka tygodni, ale wystarczyło, abym ją poczuła. Jednak się nie udało. Już wcześniej miałam problemy ze snem, które wtedy się nasiliły. Prawie nie spałam, chodziłam na rzęsach. Koleżanka z pracy powiedziała: „Idź do psychiatry”. Poszłam i dowiedziałam się, że mam depresję. Dostałam leki nasenne i Seronil . Po 2-3 tygodniach stanęłam na nogach. Profesor się na mnie wściekł, że poszłam po pomoc psychiatryczną. Diagnostyka niepłodności to jak rozwiązywanie zagadki: „Dlaczego ona nie zachodzi?”, to praca na wielu niewiadomych. Środki nasenne, to kolejna niewiadoma. Profesor zapytał: Lepiej się czujesz? Lepiej. No dobra, to bierz.

Pomogło?

Po krótkim czasie poczułam, że ruszyły mi jajniki. Znałam już wtedy swoje ciało na tyle, że wyczuwałam takie zmiany. Siedziałam w pracy i wahałam się, czy zrobić szybko USG, żeby sprawdzić, czy jest pęcherzyk w jajniku. Nagle dostałam smsa od mamy, która raczej nie miewa skłonności do gestów. Napisała: „Na pewno wszystko będzie dobrze córciu, trzymaj się”! Dało mi to siłę, tego samego dnia zrobiłam USG. Lekarka, której powiedziałam o swojej sytuacji, doradziła mi telefon do mojego profesora, a on zarządził: „Jutro o 8:00 jest Pani u mnie w gabinecie”.

Opowiesz, na czym polega in vitro?

Miałam już zamrożone zarodki, cztery. Do ich umieszczenia w macicy najlepszy byłby naturalny, prawdziwy cykl i ładna owulacja. Chodziło, o to żeby podrzucić mi pięć dni po naturalnej owulacji pięciodniowe zarodki. Potem było tak, że okazało się, że w czasie rozmrażania dwa z czterech zarodków się nie rozwijały dalej. Zostały dwa, moje dwa ostatnie zarodki. Mimo wszystko było coś takiego w tej chwili, że wiedziałam, że będzie dobrze. Po 11 dniach testy. Wynik beta wskazywał wysoko, tak wysoko, jak tylko przy dwóch ciążach może być. Profesor kazał odstawić prochy, więc odstawiłam. Był październik 2012 roku.

Ten Białystok to chyba nie było najwygodniejsze rozwiązanie?

Ten Białystok nam właśnie pasował, jeżdżąc tam, zostawialiśmy za sobą wszystkie problemy. Sama podróż oczyszczała. W Warszawie tkwiliśmy po uszy w zaplątaniu. Dwa lata jeździliśmy na wschód po cud.

In vitro dało Ci córki i misję.

Trudno się od tego doświadczenia odciąć. Musiałam to przepracować moimi narzędziami, stąd pomysł na film i potrzeba pisania. Ktoś mi powiedział: „Magda, przestań o tej macicy. Jest tyle innych tematów!”. Zaangażowanie społeczne, walka o kobiety i rodzicielstwo – to jest ważne. Ale dla mnie ten świat rozrodu człowieka jest fascynujący. Jak tylko zobaczyłam to wszystko od środka, rozwaliło mi czaszkę. Teraz patrzę na świat dostrzegając, jak bardzo moderowany, napędzany płodnością. Aspekt kobiecy jest wszędzie, na przykład komórka jajowa – jest okrągła jak Ziemia i Słońce, i równie pierwotna.

Pamiętam, jak rozmawiałaś o tym w Polskiej Szkole Reportażu z Mariuszem Szczygłem. Powiedziałaś, że chcesz pisać o in vitro, a on powiedział, że to już było. Wtedy zaczęłaś opowiadać o pracy embriologów i okazało się, że niby o in vitro tyle razy było, a jednak tak mało o tym wiemy.

Leczenie in vitro to nie tylko włożenie zarodka do „maszyny rodzącej”, to fascynująca diagnostyka, szukanie informacji o tym, co u kobiety nie działa. Bo czynnik męski jest super łatwo przebadać. Jedno badanie nasienia i już wiadomo. Tajemnicą jest kobieta. Zdaniem mojego profesora jest dwanaście barier, które przeszkadzają zajść w ciążę. Teraz coraz częściej mówi się też o depresji jako przeszkodzie. stąd ten film i dwójka jego bohaterów: kobieta, która stara się o dziecko i profesor. To zderzenie: jej ciekawość i jego wiedza. Jego melancholia i jej depresja. Nawzajem się potrzebują. Między nimi jest dialog. Karkołomne to jest dla formy filmowej, ale może mi się uda.

Kiedy zajście w ciążę staje się problemem, ludzie zyskują dodatkowy etap rodzicielstwa, mam wrażenie: rodzicielstwo przed urodzeniem.

Bycie w ciąży jest mniej absorbujące niż to staranie. Problem z zajściem w ciążę to dla kobiety wydarzenie graniczne, punkt zwrotny życia. Czułam się wtedy jak ktoś ciężko chory: tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno. Przez ponad miesiąc jadłam tylko owoce i warzywa, co niby jest fajne, bo figura i cera świetna, jest też jednak frustrujące. Miałam wrażenie, że jestem poza obiegiem, że omija mnie życie. Dziś wiem, że życie wtedy mnie dopadło, a ci siedzący do późna w korporacjach je przespali. Wtedy zauważyłam, dzięki patrzeniu z boku, jak ludzie są nakręceni, jak pędzą gdzieś ciągle. Gdyby nie udało się z tą ciążą, prułabym z nimi po jakieś nagrody w tym wyścigu. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby się nie udało.

Rodzina wiedziała, że się staracie? Wiedzieli o in vitro?

Wszyscy byli już zmęczeni tym naszym staraniem. Na początku wszystkim powiedziałam, że się leczymy, żeby wiedzieli i żeby uniknąć głupich żartów. Potem, jak nam się nie udawało, to już nie mówiłam. Nie chciałam się połowie świata tłumaczyć, że nie wyszło, ale spróbujemy znowu. Przestałam opowiadać, mówiłam tylko: „Nie gadamy na ten temat”. Ludziom szczerze zainteresowanym moim zdrowiem chętnie mówiłam wszystko.

Jeśli chodzi o wsparcie rodziny: ta ze strony męża chciała, żeby jak najszybciej nam się udało. Czułam presję i wpieniało mnie to. Moja mama za to przekonywała, że przecież nie musimy mieć dzieci. Życie bez dzieci jest prostsze, tańsze i przyjemniejsze! Możemy podróżować, mieszkać w Nowym Jorku i zajmować się sztuką. I to mnie też bolało, bo chciałam, żeby ktoś w rodzinie uprawomocnił moją wolę i mój ból. A poza tym poczułam się, jak jej ontologiczny ciężar. Dziś rozumiem, że ona wcale tak nie myślała. Przygotowałam się do in vitro i miałam po prostu natłok złych myśli. Najważniejszym wsparciem był mąż. Ile cierpliwości, miłości i troski on mi wtedy dał! To wszystko, co nam się przytrafiło, sprawiło, że nawiązała się między nami więź mocna jak skała. To leczenie pogłębiło naszą relację. Mieliśmy wspólne zadanie, wspólną walkę. Bez niego nie podołałabym. Nigdy.

Jakieś formy wsparcia poza najbliższymi?

Teraz jest inaczej niż kilka lat temu. Jestem na forum na Facebooku, in vitro przed, po i w trakcie. Dziewczyny rozmawiają, pomagają sobie, trzymają za siebie kciuki, spotykają się też w realu. To jest wspaniała grupa wsparcia, bardzo lubię przebywać z nimi, bo rozumiem ich problemy. Kiedyś temat w internecie albo nie istniał, albo ja go skutecznie unikałam, za bardzo mnie bolały wszystkie informacje. Teraz dziewczyny mówią sobie wszystko, robią relacje na żywo, żeby opowiadać o swoich emocjach, często się motywują.

Płodność to sprawa kobiet czy mężczyzn?

Z tematem: „Mieć dzieci czy nie” każda kobieta się zetknie. Można chcieć, można nie, ale pytanie się pojawi. Każda kobieta w końcu zada je sama sobie. Ta decyzja przychodzi wcześniej czy później, ale przychodzi i definiuje całe życie. U każdej z nas w swoim czasie.

W swoim czasie? Posiadanie dzieci jest tematem bardzo publicznym i otoczenie zadaje pytania niezależnie od tego, czy kobieta już na etapie decyzji jest, czy nie.

W piątek wieczorem byłam na basenie i przez szafki usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna zapytała o dzieci, druga powiedziała, że stara się, ale ciągle ma poronienia. W odpowiedzi usłyszała jakieś pocieszenia, że na pewno się uda. We mnie się zagotowało. Wiedziałam, że jak wróci do domu, to będzie ryczeć. A ta druga wróci i opowie mężowi taką ciekawostkę, że wiesz, ona ma poronienia. Nie można zadawać innym takich pytań. Nie można dać się wmanewrować w taką rozmowę, szczególnie jakimś przypadkowym ludziom, na przykład w pracy, na basenie. Można powiedzieć: „Nie rozmawiam o tym”. Dopóki my kobiety nie wywalczymy sobie zasady, że o pewnych sprawach się nie rozmawia, nikt ich nie będzie przestrzegał.

Jak to zmienić?

Trzeba mówić swoim córkom, że nikt nie ma prawa ich dotykać, ale też nikt nie ma prawa pytać ich o okres, o ciążę, o poronienia. To są intymne sprawy. Ja już mam pancerz, mało co mnie dotyka, a jak już coś mnie dotknie, to mam w zanadrzu kilka coltów.

Ja nie mam żadnych coltów. Niedawno jakiś facet ustąpił mi miejsca w tramwaju, mówiąc, że staniem zaszkodzę dziecku.

Odpowiedziałaś mu coś?

Nie, bo ze wstydu umarłam. Miałam powiedzieć, że to nie ciąża tylko kurtka?

No właśnie. A potem wracasz do domu i masz milion dobrych tekstów. Jak jestem w saunie to zawsze mam taką projekcję nerwową, że facet, który siedzi obok, zaraz zapyta, czemu przychodzę tu w ciąży – bo ten mój brzuch jest ciągle duży. Oczywiście nikt mnie nigdy o to nie pyta. Wariactwo z tym.

W sumie nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zapytał, w końcu wszyscy się czują upoważnieni do troski o potencjalne cudze ciąże.

Ciekawe, że to nie działa w drugą stronę. Ja bym takiego faceta w saunie przecież o ten jego pełen piwa i wieprzowiny brzuch nie zapytała. Obcemu na ulicy czy w restauracji nie powiem: „Przestań pan jeść tyle kiełbasy, to nie jest zdrowe”. Mnie te uwagi o ciążę tak strasznie bolały. Przepłakałam niejedną noc.

Kiedyś Twoje córki zaczną słyszeć takie pytania. Da się przygotować na to dziewczynki?

Trzeba rozmawiać. Moje córki mają po cztery lata i są już bardzo świadome. Zuzia zapytała niedawno, z czego jest zrobiona. Wiesz, na takiej zasadzie, że stół jest z drewna, a ona z czego? Lubią rozmawiać o tym, że były u mnie w brzuszku, jak z niego wyszły. Ostatnio zapytały, jak do tego brzuszka trafiły. Rozmawiamy, one się chichrają, ale budują świadomość, a nie traumę czy wstyd. Nie chcę, żeby wyrastały w przekonaniu, że ich części kobiece są czymś złym.

Wiesz już, jak z nimi rozmawiać o in vitro?

Wiem, jak powiem o tym moim dzieciom. I one to zrozumieją. Boję się, co będzie, jak pójdą do przedszkola i skonfrontują to z innymi dziećmi. Co, jeśli z tymi dziećmi nikt mądrze nie rozmawiał?

Nauczyłaś się czegoś w tym trudnym czasie starania?

Przypominam sobie, jak chodziłam po tych lekarzach, boksowałam się z ich zblazowaniem, brakiem empatii. Ale też sama nawalałam: ile razy nie poszłam na badania, bo miałam coś w pracy do zrobienia? Kiedyś mnie psychoanalityk ochrzanił, bo spóźniłam się na sesję. „Co zatrzymało panią w najważniejszej sprawie dzisiejszego dnia? Wybuchł wulkan? To pani cele są najważniejsze, niech pani natychmiast przestanie realizować cudze cele!”. Doświadczenia z płodnością nauczyły też mnie rozmawiać z ludźmi. Przede wszystkim rozmawiać o sprawach kobiecych i z kobietami. Bohaterkę mojego filmu po prostu zagadnęłam w klinice na korytarzu. Wystarczy dobrze zadać pytanie, kobiety z reguły chcą o tym rozmawiać, szczególnie tam, pod gabinetem. Nauczyłam się też w obliczu problemów przyjmować zasadę „Pomyślę o tym jutro”. Bo może jutro ten strach być nieaktualny, więc zaoszczędzę sobie fatygi. To, czego jeszcze się nauczyłam, to niezależność. Na przykład w życiu zawodowym – funkcjonuję w kilku środowiskach jednocześnie, by żadna grupa nie przytłoczyła mnie swoimi problemami. Chronię siebie, bo ochronić siebie to największe zwycięstwo.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo