Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Matka w równowadze #1 / mother-life balance

10 grudnia 2018 / Agnieszka Jabłońska

Dzisiaj będzie o Mother-Life Balance, czyli o Matce w Równowadze jak nazywam na własne potrzeby świetną ideę zapoczątkowaną i konsekwentnie rozwijaną przez Monikę Pryśko.

W wielkim skrócie chodzi o to, czy kobieta powinna ograniczać się do jednej roli? Czy jest zobowiązana wzorem swojej babki, matki i naszego dziedzictwa, zrzekania się siebie, swoich pasji i zainteresowań na rzecz dziecka? Z potrzeby serca powstał pomysł...

Dzisiaj będzie o Mother-Life Balance, czyli o Matce w Równowadze jak nazywam na własne potrzeby świetną ideę zapoczątkowaną i konsekwentnie rozwijaną przez Monikę Pryśko. W wielkim skrócie chodzi o to, czy kobieta powinna ograniczać się do jednej roli? Czy jest zobowiązana wzorem swojej babki, matki i naszego dziedzictwa, zrzekania się siebie, swoich pasji i zainteresowań na rzecz dziecka?

Z potrzeby serca powstał pomysł rozmów, wywiadów, wymiany myśli z młodymi Mamami, które znalazły się w samym środku oka cyklonu – mieszanki społecznych oczekiwań, zasad wyniesionych z domów rodzinnych, własnych wyobrażeń o macierzyństwie przepuszczonych przez filtr pop kultury. Jak one radzą sobie z pozostaniem w równowadze? Czy twardo stąpają po ziemi?

Moją pierwszą rozmówczynią jest Ola – mama 6-miesięcznej Zosi.

Aleksandra Trepka – 29 letnia łodzianka, inżynier ochrony środowiska, magister zarządzania projektami, starszy inspektor BHP, zawodniczka drużyny koszykówki „Kobiety na boiska”, trener personalny na emeryturze, świeżo upieczona żona, aktywna mama półrocznej Zośki kochająca sport i podróże

Przez urodzeniem Zosi pracowałaś na etacie, prowadziłaś własną działalność, grałaś w koszykówkę. Byłaś bardzo aktywną babką! Co zmieniło się, gdy dowiedziałaś się o ciąży? Czy to był moment, w którym postanowiłaś trochę zwolnić?

Rzeczywiście przed ciążą byłam bardzo aktywną osobą. Pracowałam na pełen etat, chodziłam na siłownię, grałam w koszykówkę i sama prowadziłam treningi personalne w ramach działalności gospodarczej.  Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, musiałam  zrezygnować z kilku rzeczy, między innymi z treningów na siłowni i koszykówki. Jeszcze zanim zaczęliśmy planować dziecko, obiecałam sobie, że w ciąży  będę pracowała do momentu, aż zdrowie i samopoczucie mi na to pozwoli.  Ciąża nie była zagrożona, ale mój organizm dość słabo na nią reagował, dlatego musiałam iść na zwolnienie lekarskie już w czwartym miesiącu.

Co zmieniło się po urodzeniu Zosi? Czy odnalazłaś się w roli mamy, a Twoje życie zwolniło?

Mam wrażenie, że moje życie przyspieszyło po urodzeniu Zosi. Od pierwszych chwil po powrocie ze szpitala myślałam, jak pogodzić wiele rzeczy. Wiedziałam, że po pół roku chcę wrócić do pracy, a w międzyczasie jeszcze czekała nas organizacja wesela. Doszła do tego chęć powrotu chociaż w minimalnej części do formy sprzed ciąży. Niestety, było to jednak niemożliwe tak szybko jak chciałam, ponieważ poród skończył się cesarskim cięciem. Po takiej operacji przynajmniej przez kilka miesięcy nie można być aktywną fizycznie.

Odnoszę wrażenie, że rola mamy nie przychodzi od razu. Kobieta przygotowuje się do tego przez 9 miesięcy. Przez cały ten czas żyje z myślą, że ma w sobie małego człowieka, ale kiedy już dochodzi do tego pierwszego spotkania (porodu), bardziej czuje się zmieszanie i przerażenie. Od tego momentu masz istotę zupełnie zależną od ciebie. Bezwarunkowa, wielka miłość przychodzi z czasem.  U mnie przyszła dopiero po 2 miesiącach. Myślę, że to wynikało z burzy hormonów, która uspokoiła się dopiero po tym czasie.

Krótko po porodzie wyjechaliście z narzeczonym na urlop, a później zorganizowaliście przepiękny ślub. Jak udało się pogodzić planowanie tych dwóch wydarzeń i logistykę z opieką nad malutką córeczką? Czy było to dla Ciebie wyzwanie? Czy coś byś zrobiła inaczej?

Jeżeli chodzi o wyjazd to była spontaniczna decyzja ☺ Po urodzeniu dziecka człowiek ma wrażenie, że cały czas siedzi w domu, a  plan dnia kręci się wokół dziecka. Jedyne o czym marzyłam, to krótki, weekendowy wyjazd ze znajomymi. Nadarzyła się taka okazja właśnie trzy tygodnie po urodzeniu Zośki ☺

Ze ślubem to śmieszna historia. Pierwotnie datę ślubu mieliśmy ustaloną na 9 czerwca 2018 roku. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży i termin porodu mam na 24 maja, zainicjowałam rozmowę z moim przyszłym mężem na temat przełożenia ślubu. W odpowiedzi usłyszałam „damy radę”. Pomyślałam wtedy:  „ok, chyba jeszcze do niego nie dotarło do końca w jakim stanie się znajduję… poczekam sobie :P”. Po jakichś trzech tygodniach zadzwonił do mnie, gdy byłam na wyjeździe służbowym i stwierdził, że rzeczywiście możemy jednak nie dać rady (hahahah). W połowie czwartego miesiąca byłam już na zwolnieniu lekarskim, więc miałam dużo czasu na organizację wesela. Nie należę do tych osób, które muszą mieć serwetki pasujące do kwiatków, więc nie było to trudne. Dużo pomogła nam moja mama, która obecnie nie pracuje. Mogłam podrzucić jej Zośkę, a w tym czasie załatwić wiele rzeczy.  Z perspektywy czasu myślę, że organizacja takich wydarzeń jak wesele, czy wyjazdy oczywiście byłaby łatwiejsze bez dziecka, ale z dzieckiem też nie jest to wielki problem.

Wiem, że zdecydowałaś się na pół roku urlopu macierzyńskiego, więc już wróciłaś do pracy. Wiele młodych mam obawia się takiego rozwiązania. Co byś im poradziła?

Zdecydowałam się na szybki powrót do pracy, gdyż jestem osobą, która nie usiedzi w domu. Lubię swoją pracę i ludzi, z którymi pracuję. Przez całą ciążę i urlop macierzyński byłam z nimi w stałym kontakcie. Cieszę się, że miałam możliwość powrotu do pracy po pół roku, a moja mama zdecydowała się zająć  w tym czasie Zośką. Zdaję sobie sprawę, że wiele kobiet nie ma takiej możliwości. Muszą poczekać, aż dziecko dorośnie do żłobka lub zdecydować się na opiekunkę, która wcale mało nie kosztuje. Uważam jednak, że jeżeli kobieta ma potrzebę zostania z dzieckiem w domu przez rok – to czemu nie? Ostatnio dowiedziałam się, że będąc na urlopie macierzyńskim można prowadzić działalność gospodarczą, więc jest to idealne rozwiązanie dla mam, które chcą być z dzieckiem w domu i jednocześnie być aktywnymi zawodowo.

Czy uważasz, że mama powinna mieć czas dla siebie, dla swojej pasji i zainteresowań?  Pytam Cię o to, bo wiem, że znowu grasz w kosza. :))

Każda kobieta powinna mieć czas na swoje pasje i zainteresowania. Jeżeli pasją mamy jest na przykład chodzenie po sklepach, to powinna mieć na to czas. To ważne chwile tylko dla siebie. Zauważyłam tendencję w naszym społeczeństwie: kiedy pojawia się dziecko to kobieta rezygnuje ze swojej pracy, zajęć dodatkowych, spotkań ze znajomymi. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale spotykam się z tym dość często. (Takie społeczne wycofanie można zauważyć już w okresie ciąży. Oczywiście jest to spowodowane fizycznymi możliwościami – przecież w ciąży nie chodzi się do zatłoczonych, zadymionych miejsc, by tam spędzić przy piwie czas ze znajomymi. Warto znaleźć inne sposoby na miłe spędzanie czasu.)

Ja wróciłam do gry w kosza dopiero po czterech miesiącach od porodu. Było to uwarunkowane między innymi zaleceniami lekarskimi po cesarskim cięciu. Myślę, że był to idealny moment, by mieć czas dla siebie. Oczywiście po porodzie czułam się super, gdy mogliśmy wyjść z Piotrkiem do kina lub na kolację. Natomiast uważam, że każda kobieta (nie ważne, czy matka, czy nie) powinna mieć pewną strefę zarezerwowaną wyłącznie dla siebie. Powoduje to, że kobiety są szczęśliwsze i mają większe poczucie własnej wartości.

Na ile w codziennych obowiązkach możesz liczyć na pomoc Piotrka – twojego męża i taty Zosi oraz rodziny? Czy to pomaga, czy raczej jesteś typem mamy „zosisamosi” i chcesz wszystko robić sama?

Mój Piotrek jest mocno zapracowanym człowiekiem. Pracuje na etacie i dodatkowo jest trenerem koszykówki w jednym z łódzkich klubów. Siedząc cały czas z dzieckiem w domu miałam wrażenie, że jego w tym domu ciągle nie ma. Na początku to dla młodej mamy ciężka sytuacja. Później staje się to kwestią przyzwyczajenia. Zaraz po urodzeniu Zośki bardzo mi była potrzebna pomoc ze względu na to, że rana po cesarskim cięciu mocno bolała. Dodatkowo zawsze jest raźniej we dwójkę  z tak małym dzieckiem szczególnie, że nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Teraz to wygląda trochę inaczej.  Każdy dzień mam całkowicie zaplanowany. Ze względu na to, że Piotrek pracuje w różnych godzinach, musieliśmy ustalić sobie stałe punkty dnia i pewne rytuały. Ważne było wyznaczenie godziny kąpieli, jedzenia i usypiania. W opiece nad Zośką są czynności, którymi się dzielimy, należą do nich: karmienie, przewijanie, ale wiele spraw Piotrek ogarnia sam. Takim rytuałem jest kąpiel. To jest zdecydowanie czas jego i  Zośki. Nie ma tam miejsca dla Mamy. 🙂 W codziennym życiu jestem raczej typem „wszystko sama”. Niestety, przy dziecku nakłada się zbyt dużo rzeczy jednocześnie i często potrzebna jest pomoc. Bardzo podziwiam kobiety, które od samego początku muszą sobie radzić same. Mnie bardzo pomogła mama, która przez pierwsze tygodnie była u nas prawie codziennie. Ugotowanie obiadu czy odkurzenie mieszkania w tym przypadku jest już dużym odciążeniem.

Co sądzisz o całej idei Mother-Life Balance, o której Ci trochę opowiedziałam? Jak rozumiesz to hasło? Czy przemawia to do Ciebie?

Mother- Life Balance rozumiem jako znalezienie złotego środka pomiędzy byciem spełnioną kobietą (w zakresie nie tylko zawodowym, ale i rodzinnym), a byciem spełniona matką. Żeby być kochającą mamą na pełen etat, nie trzeba siedzieć z dzieckiem w domu przez 24h 7 dni w tygodniu. Według mnie, nie trzeba też robić z siebie męczennicy, której największym osiągnięciem w życiu jest urodzenie dziecka. Taka kobieta nigdy nie będzie szczęśliwa. A przecież szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. ☺

Co w przypadku, gdy dziecko jest malutkie, czy uważasz, że jego mama powinna znajdować czas na rozwój i przyjemności, czy macierzyństwo jest tak szczególnym okresem, że wymaga poświęcenia na 100%?

Dla malutkiego dziecka matka często jest całym światem. Według mnie dziecko potrzebuje zarówno matki, jak i ojca. W momencie, gdy matka jest niedysponowana, bądź potrzebuje właśnie chwili odpoczynku, powinien wkroczyć tata. ☺ Myślę, że każda kobieta potrzebuje również pewnej przestrzeni dla siebie, która zapewni jej satysfakcję. Może to być  15 minut dziennie ćwiczeń z Chodakowską, wieczorne czytanie książki przed snem, wyjście raz w tygodniu z przyjaciółmi na kawę i ciacho lub – jak w moim przypadku – pogranie w kosza trzy razy w tygodniu. To, że chcemy spędzić jakiś czas  bez dziecka, nie czyni nas złymi matkami. Czyni nas matkami, które oprócz wspaniałego macierzyństwa mają również swoje pasje i potrzeby.

Jakie cechy ma Twoim zdaniem idealna młoda mama XXI wieku?

Matka XXI wieku to matka wielofunkcyjna. ☺

Czy jest coś, co byś zmieniła w swoim postępowaniu zaraz po urodzeniu Zosi? Czy dzisiaj inaczej podeszłabyś do niektórych spraw?

Po urodzeniu Zośki większość rzeczy robiłam instynktownie. Oczywiście miałam wsparcie i rady rodziny i koleżanek, ale najważniejsze jest, żeby we wszystkim znaleźć złoty środek. Z perspektywy czasu myślę, że postępowałabym tak samo jak do tej pory. ☺

Czy chciałabyś coś poradzić Czytelniczkom, które w codziennej opiece nad niemowlakiem zgubiły gdzieś swoje potrzeby, zapomniały o sobie?

Młode mamy, które niedawno urodziły swoje pociechy, nie powinny zapominać, że są również kobietami. Kobiety mają swoje potrzeby i powinny w pewien subtelny sposób uświadomić swoim mężom, partnerom, że ich życie nie powinno się ograniczać tylko do pieluch. Powinny znać swoją wartość  i to nie tylko jako matki, ale kobiety, które mają coś do zaoferowania światu. ☺

 

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo