Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Mama w pracy – rozmowa przy kawie

8 kwietnia 2018 / Monika Pryśko

A może stworzymy przewodnik dla młodych mam.

O tym, co zrobić, by nie czuć presji i wyrzutów sumienia? I by umieć odpoczywać jak mężczyzna…     Z Magdaleną Manasterską, dziennikarką Radia Gdańsk i Małgosią Jasnoch, współtwórczynią Inkubatora Przedsiębiorczości Starter i turkusowej spółki Teal rozmawiała redaktor naczelna TMM Monika Pryśko.   Monika: Zauważyłam, że gdy kobieta ma wolny zawód, sama ustala zasady, a jej...

A może stworzymy przewodnik dla młodych mam. O tym, co zrobić, by nie czuć presji i wyrzutów sumienia? I by umieć odpoczywać jak mężczyzna…  

 

Z Magdaleną Manasterską, dziennikarką Radia Gdańsk i Małgosią Jasnoch, współtwórczynią Inkubatora Przedsiębiorczości Starter i turkusowej spółki Teal rozmawiała redaktor naczelna TMM Monika Pryśko.

 

Monika: Zauważyłam, że gdy kobieta ma wolny zawód, sama ustala zasady, a jej praca jest faktycznie elastyczna, trudne wybory między macierzyństwem a rozwojem jej nie dotyczą.

Małgorzata: Dużo plusów jest takiej formy pracy, ale ja sama już dostrzegam minusy. Granica jest bardzo cienka. Przykład – ostatnio miałam taki tydzień, gdy codziennie musiałam pięć godzin poświęcić pracy poza domem. Telefon: mama, przyjeżdżaj. Bo jak ja mam wyjść na tak długo? Jest ryzyko zapędzenia się. Mówię sobie, nie za szybko. Z drugiej strony,  firmy nie da się prowadzić na pół gwizdka.

Monika: Czujesz presję, którą sama sobie narzucasz, a dodaj do tego presję na przykład szefa, którego mogłabyś mieć…

Małgorzata: Więc albo znajdziesz pracodawcę z elastycznym podejściem, albo będziesz mieć dobrego partnera we własnym biznesie, albo partnera w rodzicielstwie. Inaczej sobie tego nie wyobrażam.

Monika: Najłatwiej wtedy zrezygnować z pracy.

Małgorzata: Zrezygnować?

Monika: Chcemy pracować i lubimy pracować, więc zawsze znajdziemy jakiś sposób, żeby się po prostu zrealizować, nawet kosztem snu. Ale są sytuacje, kiedy nie można sobie na to pozwolić, choćby dlatego, że się pracuje na etacie. Wtedy można usłyszeć od pracodawcy: ,,nie ty pierwsza i nie ostatnia’’. Albo nauczysz się godzić pracę z rodziną, albo nic tu po tobie.

Małgorzata: Ja miałam bardzo dużo mam w zespole. W Starterze zespół był bardzo kobiecy, rocznie rodziło się pięcioro dzieci!

Magdalena: Ja jestem jedyną reporterką, która aż troje dzieci dzieci. U nas nie ma młodych mam, a jeśli są, starają się dostosowywać swoje godziny pracy do macierzyństwa. To często trudne..

Małgorzata: Kobiety reporterki rezygnują z zawodu mając dzieci?

Magdalena: Często nie decydują się na nie. To jest wymagająca praca. Gdy słyszę, że coś się wydarzyło o godzinie 21:00, to wiem, że nikt do mnie nie zadzwoni. Przecież jestem mamą.

Monika: Z czym to się wiążę dla Ciebie zawodowo?

Magdalena: Z jednej strony czuję się odsunięta, z drugiej wiem, że może przyjść taka chwila, gdy ktoś stwierdzi, że jednak nie jestem w radiu potrzebna. Bo pojawi się ktoś młodszy, bardziej dostępny, bez zobowiązań.

Monika: Jaka by była w takim razie idealna sytuacja dla młodej mamy? Pojedźmy schematami. Elastyczny czas pracy?

Małgorzata: Pół etatu na początku jest fajnym rozwiązaniem. Plus opiekunka. Taki mam plan też na siebie.

Magdalena: Mam podobnie. Chciałabym powoli zaznaczyć swoją obecność, gotowość do pracy. No i tutaj ważnym aspektem jest pracodawca. Pamiętam, jak usłyszałam od mojego szefa po urodzeniu syna: ,,spokojnie, zrób tak, żeby tobie było dobrze. My sobie radzimy, ale świetnie, że do nas wracasz.’’

Małgorzata: To jest bezcenne.

Magdalena: Tak, i usłyszałam to od mężczyzny, więc to też jest fajne…

Monika: Czego pracodawcy boją się najbardziej?

Magdalena: Że nas po prostu nie będzie. Że po tygodniu dziecko zachoruje, a my nie mając go z kim zostawić, weźmiemy zwolenienie. A potem kolejne i kolejne.

Małgorzata: Że nie będziemy dyspozycyjne.

Monika: A wystarczyłaby zwykła rozmowa.

Małgorzata: Miałam taki przypadek. Posypało mi się menedżerskie grono w zespole i zadzwoniłam do dziewczyny, która była w drugim półroczu urlopu macierzyńskiego. Zapytałam ją wprost: czy byłaby gotowa przyjść na pół etatu, gdyby wiązał się w tym awans z zastępcy na szefa, oczywiście w grę wchodziła również podwyżka. Po dwóch tygodniach namysłu podjęła wyzwanie. Bez rozmowy nie wiedziałabym, że była gotowa na nowy etap.

Monika: Jakie rodzicielskie kompetencje są atrakcyjne dla pracodawców?

Magdalena: Wielozadaniowość.

Małgorzata: Świetna organizacja. Elastyczność też. I oddanie. W zespole miałam młode mamy i jeśli ja byłam fair wobec nich jako pracodawca, to one odwdzięczały się tym samym. Mamy to lojalny, oddany, długoterminowy pracownik.

Monika: Według raportu mom@Work 90% pracujących mam z powodzeniem łączy obowiązki domowe i pracę. My z pewnością jesteśmy w tej grupie. Ale wydaje mi się, że ten wynik mija się z rzeczywistością.

Magdalena: Jeżeli mnie zapyta mój mąż, czy da się połączyć pracę z macierzyństwem, to powiem: absolutnie nie! Jeżeli mnie pyta pani ankieterka – no oczywiście, przecież to jest proste! (śmiech) Więc zależy, kto pyta i w jakim momencie. Gdy pytasz mnie o to teraz, kiedy siedzimy, rozmawiamy i pijemy kawę – odpowiadam tak! Ale jeszcze wczoraj, kiedy dzieci urządziły mi piekło na ziemi, stwierdziłabym, że nie…

Małgorzata: Jakbyś mnie zapytała dwa miesiące temu, przy absolutnym niedoborze snu, powiedziałabym, że absolutnie nic nie da się połączyć. (śmiech)

Magdalena: Do pakietu, który mamy dostają w szpitalu po porodzie, powinien być dołączony kontakt do psychologa, psychiatry albo coacha, by wskazywał dobrą drogę.

Małgorzata:  Ale też pokazywał drogę dbania o siebie. Pierwszy urlop macierzyński poświęciłam dziecku. To były czasy takie, że ledwie maile się odbierało. Wyrzutów sumienia wobec siebie nie miałam, bo w ogóle nie myślałam o sobie. Dziś sobie obiecuję: matko, Ty musisz pamiętać, żeby czasem  iść na samotny spacer.

Monika: A to nie jest tak, że mamy problem z komunikowaniem własnych potrzeb? Dlaczego nie można pójść do pracodawcy i powiedzieć: słuchaj, potrzebuję pracować elastycznie, bo jest mi to potrzebne, żeby lepiej wykonywać swoje obowiązki, jest mi to też potrzebne, żebym się dobrze czuła jako matka i kobieta. Przydałby się taki katalog rzeczy, które dla aktywnej mamy są normalne i osiągalne. Szkoda, że nie umiemy mówić o swoich oczekiwaniach.

Małgorzata: Zwłaszcza że my dopiero pytamy, na co możemy sobie pozwolić. Nie stawiamy warunku bezwzględnego, tylko mówimy: pogadajmy, jak można to inaczej zorganizować.

Monika: Trzeba tylko wyjść z inicjatywą.

Małgorzata: Jest wiele kobiet, którym w ogóle nie przyszłoby do głowy, że można. Tak było zawsze i tyle – albo wracasz i jesteś na 100%, albo cię nie ma.

Magdalena: Myślę, że to jest kwestia nie tyle mówienia o swoich potrzebach, ale też naszej kobiecej natury. Nie myślimy o sobie, tylko myślimy, żeby zadbać o wszystkich wokół. A mężczyźni nie mają tego problemu. Mężczyzna jak potrzebuje wyjść z domu, to po prostu wychodzi. Mówi: mam potrzebę wyjścia. Czy masz coś przeciwko?

Małgorzata: Od facetów można się wiele nauczyć. Uważam, że powinnyśmy robić dokładnie tak, jak oni – nauczyć się odpoczywać i zadbać o siebie.

Monika: Ale my chcemy się położyć, tylko mamy od razu te wyrzuty sumienia, o których już rozmawiałyśmy wcześniej.

Magdalena:  Książkę o tym trzeba napisać.

Małgorzata: Wypisać: rób tak i tak, z przykładami.

Magdalena: Jak przeżyć i przetrwać. (śmiech)

Malgorzata: Jak się nie zadba o siebie, to naprawdę można zwariować.

Monika: Umiesz dbać o siebie kobietę, mamę i businesswoman?

Małgorzata: Staram się dużo odpoczywać. Szukam niani, chyba już tego potrzebuję. Moi wspólnicy szanują to, że jestem z dzieckiem, nikt mi nie powie: przychodź teraz. To ja sama muszę zdecydować, kiedy i na ile wracam do aktywności. Myślę, jak to zrobić.

Magdalena: To bywa też stresujące, bo dochodzi do zupełnie niepotrzebnych napięć między partnerami. ,,No bo dlaczego ja mam się teraz dzieckiem zajmować? Przecież to też jest Twoje dziecko.’’

Małgorzata: To nie jest łatwe dla mamy. Kobieta potrzebuje elastycznej pracy, która pozwala jej wyjść, gdy dziecko tego potrzebuje. Spokojnie, bez stresu. Trzeba mówić sobie: jako matka mam do tego prawo.

Magdalena: Mam prawo i to jest w porządku.

Monika: Ja się zawsze obawiałam niezadowolenia innych ludzie, poczucia, że nie spełniam ich oczekiwań, bo na przykład gorsze samopoczucie mojej córki popsuło komuś plany.

Małgorzata: Dobrze jest sobie stworzyć w głowie taki najgorszy możliwy scenariusz zdarzeń i się do niego przygotować. I powiedzieć przed spotkaniem: słuchaj, wezmę małego. Mam nadzieję, że pogadamy. Jak nam nie wyjdzie, to wybacz. Myślę, że ta druga strona byłaby w stanie to zaakceptować.  

Monika: Wracamy do nie mówienia wprost o swoich potrzebach i oczekiwaniach.

Magdalena: Myślę o tej naszej psychice kobiet, z jednej strony jest ona naszym świetnym sprzymierzeńcem, bo jesteśmy w stanie poukładać sobie w głowie wszystko tak, żeby było dobrze. Ale z drugiej strony jest też naszym największym wrogiem, bo my sobie piszemy scenariusze, które tak naprawdę nie mają miejsca. Myślimy za innych.

Małgorzata: I spełniamy oczekiwania, które nie są w ogóle stawiane przed nami.

Magdalena: Dokładnie. Nikt nie oczekuje, że nasze dziecko będzie cudowne, uśmiechnięte, nie zrobi kupy, nie będzie wymiotować, nie będzie głodne i marudne.

Monika: Trzeba sobie odpuścić, dać sobie pomóc i przestać kontrolować sytuację na 100 procent, w każdym momencie.

Małgorzata: Jak się jest mamą, powinno się mieć ten luz: jak będzie na 90 procent, to też będzie wystarczająco dobrze. Ja się całe życie tego uczę. Po prostu perfekcjonizm jest skaraniem boskim, które mi przypadło w udziale. (śmiech) Wiele kobiet tak ma. Nie potrafią sobie powiedzieć: matko, to nie musi być zawsze idealne.

Monika: Nie zawsze musi być wszystko wspaniale. Wystarczy, że będzie w porządku.

 


Cała rozmowa dostępna w pierwszym numerze The Mother MAG.


Zdjęcia / Olga Diana Jasińska
Miejsce / Mitte Chleb i Kawa

Rozmowy

Lepszych sama bym sobie nie urodziła. Adopcja drogą do macierzyństwa.

16 sierpnia 2019 / Monika Pryśko

Justyna od lat wiedziała, że jej droga do macierzyństwa będzie inna.

Ale nie pozwoliła, by ten fakt jakkolwiek negatywnie wpłynął nie tylko na jej życie czy małżeństwo, ale też na pragnienia bycia mamą. Razem z mężem adoptowali kilkumiesięczne bliźnięta - Gosię i Piotrka, a dwa lata temu zostali także rodzicami ich biologicznego brata - Antoniego. Adopcja stała się ich drogą do rodzicielstwa.

 

Kiedy dowiedziałaś się, że nie możesz mieć dzieci?

Już w wieku 16 lat wiedziałam, że moja droga do rodzicielstwa będzie inna. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu na oswojenie się z diagnozą i zaakceptowanie jej. W jakimś sensie dobrze się stało, że tak wcześnie się dowiedziałam. Pomyśl, mam 30 lat, idę do lekarza, wciąż podejmuję próby, a dziecka nie ma. I co? Nagle pan w białym fartuchu mówi ci: ,,Nie może pani mieć dzieci w sposób naturalny”. Jak myślisz, ile czasu zbierasz się po takiej informacji? Ile czasu potrzebujesz na zaakceptowanie takiego stanu?

 

Nie możesz mieć dzieci i co wtedy?

Trzeba zadać sobie pytanie – czego chcę? Czy pragnę być w ciąży, czy pragnę, żeby dziecko było podobne do mnie z wyglądu? Czy po prostu chcę być mamą i przygotować do życia w społeczeństwie małego człowieka i samemu doświadczyć wzlotów i upadków, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Gdy zaakceptujemy swoje położenie, możemy szukać rozwiązań. Jednym z nich jest adopcja. 

 

Adopcja – słowo, które przeraża.

I powoduje lęk, tysiące pytań i niewiadomych. Ale czy tego samego nie doświadcza mama będąca w ciąży? Czy nie zastanawia się, czy będzie dobrą mamą? Czy dobrze wychowa dziecko, czy pokocha je od razu? Takie same lęki dotyczą wszystkich mam, nie ważne, czy chodzi o biologiczne rodzicielstwo, czy adopcyjne.

 

Czy Twoje dzieci wiedzą, że są adoptowane?

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nasze dzieci dowiadują się od kolegów w piaskownicy, że są adoptowane. Od początku z mężem ustaliliśmy, że będziemy mówić maluchom, że wzięły się z serduszka, a nie z brzuszka, że długo na nie czekaliśmy i jak bardzo są dla nas wyjątkowe. Już teraz zbieramy zdjęcia, choćby z procesu powstawania ich pokoików, żeby pokazać, jak wyglądało nasze oczekiwanie na nie.

 

Jak Wasze dzieci na to reagują?

Gosia bardzo się ze mną utożsamia. Ona nie może przeżyć, że nie było jej w moim brzuchu, że jej nie urodziłam. Nie wie, że ta inna osoba nazywa się ,,mamą biologiczną’’, nie ma to znaczenia, bo oni nie mają i nie mieli żadnej relacji. Na Piotrku ten temat nie robi żadnego wrażenia, a Antek jest za mały, by to zrozumieć.

 

 

Myślisz, że maluchy będą chciały kiedyś poznać swoich biologicznych rodziców? 

Mają do tego prawo. Wydaje mi się jednak, że jedyną osoba, która może być w przyszłości ciekawa, kto ją urodził, będzie Gosia. 

 

 A Ty nie chciałabyś jej zobaczyć?

Szukałam jej kiedyś na Facebooku, ale bezskutecznie. Chciałam ją zobaczyć, choć nie wiem, czy chciałabym ją poznać. Jestem jej bardzo wdzięczna, dzięki niej mam dzieci, ale z drugiej strony – nie wiem, jakiej reakcji mogłabym się spodziewać. To jest obca kobieta, która zostawiła dzieci w szpitalu, nawet nie nadała im imion. 

 

Masz jakieś kompleksy z tego powodu? 

Żadnych. Mama to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała. Jak kochasz, to kochasz. 

 

Co jest ważne podczas procesu adopcyjnego?

Bardzo ważne w adopcji jest wyłączenie litości, nie można adoptować z litości, to największy błąd, jaki przyszli rodzice mogą popełnić. Decyzja o adopcji musi być bardzo przemyślana i świadoma. Nie ma odwrotu, pojawia się dziecko, odpowiedzialność na całe życie. W adopcji ważna jest też tolerancja, biorąc dziecko akceptujemy całą jego przeszłość i nie ma tu miejsca na żadne „ale”, ono do nas przychodzi z czymś. I to ,,coś’’ to jest jedyne co ma z poprzedniego życia. Z jednej strony my rodzice chcemy zacząć od nowa, a z drugiej strony już historia się zaczęła bez nas. To bardzo trudne, ale wiem, że jesteśmy mądrymi ludźmi i razem z mężem sobie świetnie poradzimy. Takie dzieci jedyne czego potrzebują, czego są spragnione, to miłości, wręcz jej nadmiaru.

 

Niestety często adopcja kojarzona jest z tak zwanym ,,genem zła’’. 

Rozumiem obawy ludzi, ale to wszystko jest wyłącznie brakiem wiedzy i mocno krzywdzące dla dzieci. Rozmawiałam z panią pediatrą na temat genów i zapytałam, czy geny dają nam predyspozycję do pewnych zachowań. I odpowiedziała mi tak: geny są ważne, ale w dziedziczeniu chorób i w wyglądzie. To, czy wasze dziecko będzie dobrze wychowane, czy źle, to już wasza odpowiedzialność i rola, niestety łatwiej jest zwalić na geny. To są jej słowa, są dla mnie jak Biblia.  

 

To Wy wybraliście dzieci, czy to dzieci wybrały Was?

To działa w dwie strony. Ktoś tam na górze siedzi i nieźle tą adopcją kręci. Ale faktem jest, że ja sama znalazłam nasze maluchy. 

 

Jak to sama znalazłaś swoje dzieci?

Pojechaliśmy do domu dziecka, bo jednym z elementów kursu przygotowawczego było szkolenie na rodzinę zastępczą i staż w rodzinnym domu dziecka. Poszłam na salę noworodków. Siostra zakonna, która tam pracowałą, nie chciała mi pozwolić tam wejść, bo nie byłam uprawniona. Stanęłam i powiedziałam: albo wchodzę na noworodki, albo w ogóle nigdzie nie idę. Pamiętam, że dano mi do potrzymania kilkutygodniowego chłopca, gdy przyszła jedna z opiekunek i zapytała, czy nie chcę bliźniaków, bo akurat są szykowane do adopcji. Zapytam, jaka data urodzin. 21 stycznia – jak mój tata. Bez namysłu poszłam zobaczyć Gośkę, bo Piotrek był wtedy w szpitalu, złapał rotawirusa. Pierwsza myśl – to moja córka. Pobiegłam do Łukasza i mówię: słuchaj, znalazłam nasze dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że w tym czasie, gdy ja mówiłam Łukaszowi o naszych dzieciach, właśnie one były przygotowywane do adopcji, dla nas!  Wybrane dla nas, jako nasze dzieci, dokładnie w tym czasie. Znalazłam dzieci, które były dla nas przeznaczone. Magia. 

 

Często mówisz o magii!

W 2016 roku powiedziałam do męża, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko, syna Antoniego. Chcę, by był spod znaku ryby. Łukasz był sceptyczny, ale ja wiedziałam swoje. Mówię – zobaczysz, będzie Antek. No i jest. W dodatku biologiczny brat bliźniaków. 

 

Pamiętasz, jak zobaczyłaś dzieciaki pierwszy raz? 

Jak pani w ośrodku adopcyjnym wniosła Piotrka, to wpadłam w histerię. Gosię widziałam już wcześniej, więc widok tego chłopczyka zadziałał na mnie bardziej. I on był taki malutki. Miał 6 miesięcy, a wyglądał na 3. Nie mogłam się uspokoić. Pani go trzyma i mówi: to twój syn, uspokój się, weź go na ręce! To było bardzo, bardzo wzruszające. Nazwałam Piotrka najsmutniejszym dzieckiem świata. Był bardzo smutny. 

 

A Gosia?

Gośka była uśmiechnięta, a Piotrek – smutek w oczach. Miał minę dziecka, które nie wierzy. Kilkumiesięczne dziecko z oczami dorosłego człowieka. On nie wierzył w to, co się dzieje. Nie chciał, żeby go przytulać, jakby się asekurował, jakby nie chciał się przyzwyczaić i potem rozczarować. Pozbawiony wręcz wiary i nadziei. Przez te miesiące w domu dziecka on się wyjałowił z emocji, zrobił się bierny. My czekaliśmy dlugich 7 lat, ale one też czekały, całe 6 miesięcy swojego życia. 

 

Kiedy uwierzył, że ma rodziców?

Jest takie zdjęcie, jak bliźniaki wpięte w foteliki leżą pod drzwiami naszego domu, w dniu, w którym zabraliśmy je na stałe. Tak bardzo uśmiechnięte. To było dokładnie 4 lata temu. 

 

Co jest takiego w adopcji, że oczy Ci się świecą, jak o niej mówisz?

To jak uzależnienie. Bardzo mocne przeżycie, którego nie może doświadczyć każdy, bo przecież nie każdy z ulicy może wejść do ośrodka adopcyjnego. To doświadczenie nie ma sobie równych. Trudne, choć piękne, pełne sprzecznych emocji. Czasem mi się wydaje, że jestem uzależniona od tych emocji. 

 

 

Co było najtrudniejsze?

Oczekiwanie. Nie wiesz, kiedy zadzwonią, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. 

 

Mieliście wybór?

Pytają, czy chcesz niemowlę. Mówisz, że chcesz roczne dziecko. Wtedy pada pytanie – no dobrze, a jak będzie miało rok i tydzień, to też możemy zadzwonić? No tak, pewnie! A co, jeśli będzie miało rok i miesiąc, to też możemy zadzwonić? W ten sposób z roku robią się dwa lata. Sprawdzane są twoją granice. 

 

Dlaczego chcieliście adoptować niemowlę, a nie starsze dziecko? 

Chciałam tworzyć więź z naszym dzieckiem od pierwszych minut, pierwszych dni jego życia. Nie chciałam, by umknął mi pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy ząbek czy pierwsza marchewka. Chcę mieć świadomy wpływ naszych zachowań i reakcji na nasze dziecko, od

samego początku.  

 

Mając taką wiedzę, jak teraz, adoptowałabyś starszaka?

Nie podjęłabym się adopcji starszego dziecka, nie potrafiłabym udźwignąć już tego, co ma zasiane w głowie. A nie chciałabym skrzywdzić takiego dziecka, tylko dlatego, że wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja potrafię wszystko!  Staram się mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie rozsądnie granice. 

 

 

Adoptowalibyście chore dziecko?

W adopcji nie ma zdrowych dzieci. Z reguły są to dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Mowa o patologii, narkotykach, alkoholu, innych uzależnieniach rodziców. Większość maluchów ma jakieś braki wynikające z niezaspokojenia ich podstawowych potrzeb. Są to dzieci z

dużą niedowagą, dzieci cofnięte w rozwoju emocjonalnym, w mowie. Wszystkie te

defekty wynikają z braku miłości, czasu, którego potrzebuje każde dziecko. Ośrodek zadaje pytanie: jakie dziecko jesteście państwo w stanie przyjąć do swojej rodziny? Mając na myśli chore, widzę też dzieci upośledzone umysłowo, takie też czekają na adopcję i bardzo trudno jest im znaleźć dom.

 

Jak Wasza rodzina przyjęła dzieciaki?

Zakochani po uszy, wszyscy, od razu. Mają fioła na ich punkcie, kochają je bardzo. 

 

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Jest żmudna, a państwo polskie niestety nie pomaga, a wręcz utrudnia na każdym kroku. Żeby przystąpić do procedury adopcyjnej, trzeba przygotować ogromną ilość dokumentów. Ogromną! Niektóre pary już na wstępie, wiedząc, ile żmudnej pracy będzie ich to kosztować, rezygnują. Poddają się. Mówią: ,,Ok, to jednak weźmiemy 20-ste in vitro’’. 

 

Co trzeba zrobić na początku?

Etap pierwszy to zapisanie się na kurs adopcyjny. My z mężem czekaliśmy 9 miesięcy, zanim nas zapisano. Kurs prowadzony jest metodą PRIDE i w naszym ośrodku trwał 9 tygodni. Spotkania po 3,5 godziny, raz w tygodniu. Tematyka opiera się na poznaniu emocji, potrzeb, uczuć dziecka, na tworzeniu więzi z dzieckiem, ale i również na tworzeniu relacji ze współmałżonkiem.

 

Co jest wymagane na tym etapie?

Żeby móc przystąpić do kursu, wymagany jest odpowiednio długi staż małżeński, w katolickim ośrodku adopcyjnym uznają na przykład tylko ślub kościelny. W czasie trwania kursu pani z ośrodka odwiedza w domu przyszłych rodziców, by sprawdzić warunki mieszkaniowe.

 

Co potem?

Drugi etap, czyli oczekiwanie na kwalifikacje. Zbiera się komisja w składzie: dyrektor ośrodka, psycholog, pedagog i dyskutują, czy się nadajesz, czy nie. Głównym punktem,

który biorą pod uwagę, jest relacja z małżonkiem. Po pozytywnej opinii oczekuje się na TEN telefon. Że czeka na nas dziecko.  

 

Po jakim czasie dzwoni ten wyczekany telefon?

Najkrócej czeka się na dzieci powyżej 2. roku życia i rodzeństwa, ośrodki dbają o to, żeby

ich nie rozdzielać. Za co im cześć i chwała. 

 

Ile siły trzeba mieć, by przez to przejść? 

Mimo że zaczynasz nowy rozdział w życiu, droga, którą rodzice adopcyjni muszą przejść, jest długa i trudna. Nie każda osoba jest na tyle silna, by się na nią zdobyć. To jest procedura, która bardzo narusza Twoje poczucie godności osobistej, intymność. Gdy idziesz do sądu na ostateczną rozprawę, sędzia na głos czyta, że ,,Pani Justyna z powodu takiej i takiej niepłodności adoptuje…’’ Coś, co było powiedziane za zamkniętymi drzwiami ginekologa, o czym wiedziałaś tylko ty, ewentualnie mąż, jest przeczytane głośno, słyszane przez wiele obcych osób i zaprotokołowane. 

 

 

Jest coś, czego się boisz?

Boję się, że odniosę porażkę wychowawczą i zawiodę moje dzieci. Boję się pytań o rodzinę biologiczną, czy będę umiała stanąć na wysokości zadania i pokonać własne lęki, zazdrość, aby pomóc im w poznawaniu swoich korzeni, wspierać i być przy nich w tych zapewne trudnych chwilach.

 

Czujesz się bohaterką wiedząc, że stworzyłaś dom trójce niechcianych maluchów? 

Nie lubię słów „podziwiamy was”. Bardzo mnie to drażni i zawsze odpowiadam, że podziwiać można małpę w zoo, ja nie czuję się bohaterką, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie podziwiał. Jestem mamą jak miliony innych. To nie jest heroizm czy litość, to jest moja droga do rodzicielstwa. Świadoma, przemyślana, trudna, z wybojami, ale prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

 

 

ZDJĘCIA: Bogna Ekowska

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo