ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Mamy, którym się chce

26 października 2020 / Monika Pryśko

Marta mówi, że wszystko jest po coś.

Sylwia - że matką jest się na całe życie i że mimo wszystko jest ono piękne. Marta i Sylwia, mamy, którym się chce. Codziennie. Mamy niepełnosprawnych dzieci, których życie zmieniło się o 180 stopni nagle, przez przypadek, niechcący.

Artykuł został opublikowany w 3 numerze The Mother MAG / wrzesień 2018.

 

MARTA.
MATKA KAZIKA.

Jestem matką nadaktywną. Zawsze tak było, pracowałam dużo i cały czas pod presją. Lubiłam to i czułam się zawsze dobrze tam, gdzie coś się działo. Pracowałam u Marka Egurroli, przy produkcji TVN-owskiego ,,Tańca z Gwiazdami’’ od drugiej edycji, potem przy ,,You Can Dance’’. Pracowałam, trenowałam taniec i wychowywałam samodzielnie najstarszą córkę, a nadal, jak od wielu lat, angażowałam się społecznie.

Kiedy urodziła się Marianna, moja młodsza córka, wsadzałam ją w chustę i aktywnie spędzałyśmy cały urlop wychowawczy, angażując się w wiele akcji społecznych, pokazując się trochę w śniadaniówkach, tworząc kluby matek, robiąc kolejne studia… A potem urodził się Kazimierz, dowiedzieliśmy się o chorobie Józefiny – najstarszej córki i o potrzebie operacji młodszej córki Marianny, zmarł nasz najmłodszy syn…

Tego wszystkiego, co na nas spadło w tak krótkim czasie było za dużo nawet dla mnie, twardej dziewczyny wychowanej na warszawskiej Pradze.
Moment urodzenia Kazika, to był chyba taki moment, kiedy pierwszy raz poczułam, że nad niczym nie panuję, że nic już nie zależy ode mnie. Po kilku ciężkich tygodniach walki o każdy dzień ciąży, wiadomo było, że dłużej już nie da rady utrzymać nas w dwupaku. Dziewczyny urodziły się chwilę za wcześnie, ale dzisiaj mówię, że to takie ,,oszukane wcześniaki”.

Kazik, pomimo tego, że poród nastąpił finalnie w 31. tygodniu ciąży, kolejne tygodnie walczył o życie. Urodził się z makrosomią, z wagą 2600 g. Z niedomykalnością zastawki trój-dzielnej i płucnej. Z zespołem zaburzeń oddychania, długo oddychał za niego respirator, później wprowadzono tlenoterapię. Od urodzenia zmaga się z niedokrwistością, ma zaburzenia gospodarki wapniowo-fosforowej, refluksem. Gdy miał 6 tygodni przeszedł zarażenie wirusem RSV, zapalenie płuc, zapalenie oskrzeli, transfuzję krwi. Miał znaczną asymetrię, wzmożone napięcie mięśniowe, opóźniony rozwój ruchowy. Kilka razy go traciliśmy. Niestety, każde kolejne niedotlenienie powodowało nieodwracalne zmiany w mózgu, a co za tym idzie – niepełnosprawność. Kazik bardzo długo zachowowywał się jak noworodek – do około 6. miesiąca życia nie trzymał główki, nie reagował, nie uśmiechał się. Wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy, że prawdopodobnie ,,będzie roślinką, będzie leżał i patrzył w sufit”. Przez cały ten pierwszy okres jego życia byłam przy nim całą dobę, zajmowałam się jedynie opieką nad dzieckiem. Eventy dla rodziców zamieniałam na wycieranie cieknącej z buzi śliny, modne warszawskie miejsca spotkań zastąpiłam ośrodkami rehabilitacji. W pewnym momencie okazało się, że większość znajomych zniknęła, bo mój czas, kiedyś przeznaczony dla nich, zajęło mi teraz codzienne jeżdżenie na rehabilitację syna czy częste pobyty z nim w szpitalach.

Gdy byłam w ciąży z Kazikiem, wszystko było pod kontrolą, nie było realnego zagrożenia. Gdybym wiedziała to, co teraz, że coś może pójść nie tak, to bym świadomie się na dziecko nie zdecydowała. Wszystko było ok do chwili, w której macica mi pękła w 28 tygodniu ciąży. Kazik, dzięki cudownym lekarzom, dotrwał w brzuchu aż do skończonego 31. tygodnia ciąży. Przykro mi, gdy słyszę, że na pewno coś zaniedbałam. Mam, na co zasłużyłam. A przecież wystarczy jeden błąd podczas porodu, by dziecko było niepełnosprawne.
I na to wszystko trzeba mieć pieniądze, duże pieniądze, o które trzeba prosić obcych ludzi, wspomagając się tzw. ,,żebroblogami’’. Schowałam więc własną dumę do kieszeni i prosiłam. A może powinnam napisać: prosiła matka niepełnosprawnego dziecka, bo ja – Marta, cały czas się na to buntowałam gdzieś w środku. Nazywałam to byciem ,,letnią lurą” – w kontrze do tego, jaką miałam ksywkę – Kofeina. Żadna Kofeina – letnia lura, która musi pisać tak, żeby spodobało się to czytelnikom żebrobloga, żeby nie ujawniać swoich osobistych przekonań, poglądów. No ale dzięki pieniądzom, zebranym na żebroblogu, stan Kazika poprawiał się w oczach! Zaciskałam zęby i robiłam swoje, coraz bardziej uciszając w sobie Martę – kobietę.

Nie lubię być zależna finansowo od innych. A to, co robię, to żebranie o pomoc.

Mam wrażenie, że totalnie obdarłam swoje dzieci z jakiejś prywatności i to jest dla mnie straszne. Nie dlatego, że ja tak chciałam, tylko dlatego, że ludzie nie wpłacają pieniędzy na kogoś, kogo nie widzą, a my potrzebujemy pieniędzy. Do niedawna to 5000 zł miesięcznie na samą rehabilitację Kazika.

Ładny wygląd chorego dziecka nie powoduje odruchu wsparcia, empatii. Bo inaczej, jak jest matka utyrana, z tym ciężkim wózkiem i dzieckiem, po którym bardzo widać to porażenie. A ja nie chcę pokazywać Kazika w jego najgorszych momentach. Przecież on kiedyś dorośnie. Ale jak nie pokażę jego choroby i gorszych dni – wtedy zbiorę mniej pieniędzy na jego leczenie. To jest straszne. Uwierz, dużo dziewczyn nie chce pokazywać swoich chorych dzieci, ale nie mamy wyjścia.

Diagnoza Kazika przyszła dość szybko – porażenie mózgowe dziecięce. Kolejne diagnozy spadały na nas co jakiś czas – padaczka lekooporna, refluks żołądkowo-przełykowy, niedomykalność trzech zastawek w serduszku, bardzo słabe płuca itd. Za diagnozami szły konkretne sumy pieniędzy, które trzeba było wyłożyć na leczenie syna. Ogromne kwoty, wydawane co miesiąc. Oczywiście, mieliśmy wizyty na NFZ, ale ten, kto chociaż trochę zna temat wie, że to farsa – godzina zajęć na tydzień, rok-dwa lata czekania na wizytę u specjalisty – dlatego chodzi się prywatnie. Takie dzieci jak nasze nie mogą czekać, bo mogą zwyczajnie nie dożyć wizyty…

Kazik ma niepełnosprawność złożoną, u niego nie jest tak, że jest jakaś jedna główna choroba. Głupi katar powoduje, że jego płuca, a jedno jest lekko uszkodzone, zaczynają coraz gorzej działać, są coraz mniej wydolne, co wpływa też na serce. Kazik się urodził z niedomykalnością dwóch zastawek, ale mówili, że to mu się cofnie, że się domkną. Około 2. roku życia, przez te ,,katarki i infekcje” otworzyła się trzecia zastawka. W tym momencie walczymy o to, żeby nie otworzyła się czwarta, bo będzie musiał mieć operację, a przy jego odporności to będzie ciężko.
Mamy świetnego lekarza, dr Bachańskiego, prawdziwą sławę. To ten, z którym bardzo długo sądziło się Centrum Zdrowia Dziecka, ten, który leczył medyczną marihuaną. Okazało się, że jak przystopowaliśmy padaczkę, dzięki dr Bachańskiemu, to Kazik nie jest opóźniony w rozwoju. Wszyscy tak myśleli, bo faktycznie nie kumał totalnie, co się wokół niego dzieje. Ale wyobraź sobie, że masz cały czas stroboskop w głowie – nikt by w takiej sytuacji nie odbierał prawidłowo rzeczywistości. Gdy wyciszyliśmy padaczkę okazało się, że w testach dla dzieci zdrowych miał bardzo wysokie noty.

Niedawno byliśmy w szpitalu. Od dawna nie było takiej sytuacji, jak teraz. Kazik był w takim stanie, że minuty nas dzieliły od tego, żeby miał te jelita powycinane, założoną stomię. A miał wtedy zapalenie oskrzeli, gardła, ucha, nosa, oczu, płuc, na szczęście nie doszło do serca. To była makabryczna sytuacja. Wyobraź sobie, że siedzisz na bombie, która może wybuchnąć w każdej chwili.

Na początku miało być tak, że Kazik będzie leżał i patrzył w sufit. Nie wiedzieliśmy, że już jest źle, że Kazik ma dwie duże dziury w mózgu. Że to dziecko nie ma prawa chodzić i siedzieć. Ale cuda się zdarzają.

Kazimierz jest dzieckiem wymagającym cały czas ćwiczeń, dzieckiem, które wiele miesięcy swojego życia spędza na oddziałach szpitalnych. Znam swoje priorytety i oczywiste jest, że zawsze na pierwszym miejscu będą potrzeby Kazika i opieka nad nim i jego siostrami. Jasne, że czasem się wkurzam, bo coś sobie zaplanowałam, a akurat Kazik jest w gorszej kondycji i muszę zostać w domu – ok, tak jest i zaakceptowałam to. Robię tylko to, na co pozwala mi w danym momencie stan syna – nie pracuję zawodowo, musiałam odejść z etatu, żeby jeździć z Kazikiem na zajęcia, ale artykuły piszę w nocy i wywiady do książek obrabiam, kiedy Tata Kazika wróci z pracy i przejmie ode mnie zajmowanie się dziećmi. Podjęłam także kolejne studia, które okazały się świetną przygodą, ale i dostarczają mi wiedzy, jak udoskonalać to, co robię teraz w sieci. Schowana we mnie Marta – kobieta stanęła obok Marty – Matki Kazika i całkiem dobrze sobie koegzystują. Teraz naprawdę czuję, że zbliżam się do odnalezienia swojego mother-life-balance.

Nie mamy z mężem takiego normalnego życia. Nie mamy spontanicznych, zdawałoby się normalnych wypadów we dwoje. Nie możemy sobie nic zaplanować. Przestałam się spotykać ze znajomymi, bo nigdy nie wiem, czy będę mogła faktycznie się spotkać. Z tego powodu znajomi się wykruszają, zostawiają cię w końcu samego. Niby jesteś nadal tym samym fajnym człowiekiem, z którym można było wspólnie wiele rzeczy zrobić, ale jednak zostajesz sam. Z jednej strony to samotność, z drugiej poczucie, że coś Ci odebrano. Nie jesteś zły na to dziecko, tylko na tę sytuację, w której paradoksalnie bardzo potrzebujesz z kimś po prostu pogadać. Nie chcę być matką niepełnosprawnego dziecka 24h na dobę.

Nie odpoczywam. Ani fizycznie, ani psychicznie. Mam problemy z kręgosłupem, ale to norma u matek z niepełnosprawnymi dziećmi. Mamy kręgosłupy dwa razy starsze niż my same. Ja noszę ,,tylko’’ 16 kilo, ale moje koleżanki – po 26, po 36 kilo… Uważam, że matki niepełnosprawnych dzieci powinny mieć opiekę rehabilitacyjną, kogoś, kto zadba o ich zdrowie, bo jak matka o siebie nie zadba, to kto zadba o dziecko?

Już mniej ryczymy. Zmęczenie u nas to stan permanentny. Chciałabym się czasem wykrzyczeć i wypłakać, ale ja już nie mam łez.

Dopóki płaczesz, wrzeszczysz, jakoś odreagowujesz te emocje, przytulasz się do drzewa, to jest ok. Ale w pewnym momencie przychodzi taka myśl, że ty chcesz płakać, ale nie masz już czym. Wszystko jest już wypłakane.
Stan Kazika pozwalał na to, żeby zabrać mu kilka godzin ćwiczeń w tygodniu i okazało się, że mam znowu trochę czasu na spotkania z ciekawymi ludźmi, na przeprowadzanie wywiadów, na pisanie książki – na bycie znowu Martą – Matką Kazika, ale i Martą – kobietą z pasjami. Wróciłam do angażowania się w sprawy społeczne – sukcesem zakończyły się nasze rozmowy z Ministerstwem Zdrowia w sprawie rozszerzenia profilaktyki zarażeń wirusem RSV starszych wcześniaków.Wróciłam do prowadzenia grup wsparcia dla rodziców przedwcześnie urodzonych dzieci, planuję kilka kolejnych akcji pokazujących jakie są potrzeby niepełnosprawnych dzieci w przestrzeni publicznej. Wróciłam także do swoich pasji związanych z historią i architekturą. Jasne, że czasem jest trudno wszystko pogodzić.
Kupiłam sobie specjalnie materac, bo śpię pod łóżkiem Kazika, gdy jesteśmy w szpitalu. Psychicznie – dramat. Przynajmniej raz w miesiącu śpię w tym syfie… A potem? Przychodzisz do domu po miesiącu w szpitalu i tydzień zajmuje ci odtajanie. Nie masz siły nawet na ugotowanie czegoś. Wracasz do domu, masz masę rzeczy do ogarnięcia, do zrobienia, ale nie masz nikogo, kto ci pomoże, a dziecko po pobycie w szpitalu jest w takim stanie, że przynajmniej przez kolejny miesiąc musisz mu poświęcać jeszcze więcej uwagi. W międzyczasie znajduję czas dla córek. Oderwaniem jest dla mnie pisanie czy oglądanie Instagrama albo Pinteresta. Do 4:00 nad ranem pracuję. Potrzebuję tej aktywności.

Kiedyś każda podróż to było szukanie przenośnego koncentratora tlenu. Robimy sobie plan szpitali, gdzie po drodze są jakieś placówki medyczne. Mieliśmy całą listę, gdzie trzeba skręcić, żeby podać Kazikowi tlen. Nie mogę sobie wymyślić, że na przykład pojedziemy do Borów Tucholskich. Musimy jechać tam, gdzie są szpitale, gdzie ktoś szybko będzie mógł udzielić nam pomocy. Nie mamy odwagi na spontaniczność.

Domowe randki? To trudne, bo o ile dziewczyny chodzą spać normalnie, to Kazik trochę niedosypia, bo albo ćwiczenia, albo leki… Gdy Kazik zaśnie o 22:00, to my padamy na twarz i też idziemy spać. Ale za to mamy mały rytuał. Czekam, aż mój mąż wróci z pracy i zrobi kawę, którą pijemy razem. Choćby nie wiem, jak bardzo chciało mi się kawy, czekam.

Kazik miał 2,5 roku, a jadł słoiczki dla dzieci. Ma porażoną jedną stronę krtani, nie może po prostu i długo nie potrafił jeść innego pokarmu.

Idź teraz z takim dzieckiem, które fizycznie wygląda świetnie, do restauracji. I znieś te spojrzenia innych matek.

Albo inna sytuacja. Kazik jeździ na wózku inwalidzkim, który wygląda całkiem jak normalny dziecięcy wózek, tylko odrobinę większy. No i słyszę te komentarze: ,,Taki duży i w wózku?’’. Albo: ,,Taki duży i pieluchę nosi?’’. I czy ja mam każdej osobie po kolei tłumaczyć, że nosi pieluchę, bo nie ma czucia głębokiego? ,,Mamie się nie chce?’’. No właśnie się chce, bardzo się chce.

Ludzie mają ogromną potrzebę oceniania i komentowania. Rozpuszczony, leniwy bachór i leniwa, beztroska matka. Spróbuj sobie zrobić zdjęcie w markowych butach, pojechać na wakacje…
Mój mąż ma kartę umożliwiającą mu nocowanie w hotelach po naprawdę korzystnych cenach. Na przykład pokój dla naszej 5-osobowej rodziny potrafi kosztować 200 zł za całą dobę. Albo jeszcze mniej. To dużo taniej niż nocleg w ośrodku rehabilitacyjnym. A ludzie widzą tylko ten hotel. Nie wiem kiedy dotarłam do etapu, w którym boję się, co pomyślą lub powiedzą inni.

Nie oswoiłam się z tym. W pewnym momencie myślałam, że już jest ok. Ja sobie w głowie pewne rzeczy ułożyłam i często mówię sobie – pierdolę to, ja wiem swoje, ty wiesz, dlaczego mam się kimś obcym przejmować?
Ale przychodzi taki dzień, gdy pan kierowca podejdzie, bo Kazik trochę krzyczy, wiesz – ,,neurologiczne dziecko’’, i mówi: ,,Z takimi dziećmi to się nie jeździ autobusami, proszę wyjść’’. Niestety muszę, bo dojeżdżamy ze wsi pod Warszawą.
Nawet taką osobę jak ja, która miała trudne dzieciństwo, która wiele w życiu przeszła, łącznie z 7-letnią terapią, by sobie wszystko poukładać – jest w stanie złamać komentarz innych osób i niepełnosprawność mojego dziecka. Nikt, kto nigdy nie musiał prosić o pieniądze na ratowanie zdrowia czy życia swojego dziecka, nie będzie w stanie zrozumieć, jak jest to upokarzające. Już nie było mnie – wesołej kobiety, a umęczona matka, usilnie jeżdżąca w każde miejsce, gdzie chociaż trochę mogli pomóc mojemu synowi.

Mogę pracować, ale pieniądze, które zarobię, musiałyby pójść na opiekunkę i rehabilitację. Kazik nie może mieć zwykłej opiekunki, pani, która po prostu będzie do niego przychodzić, by go nakarmić i wyjść na plac zabaw. Kazik musi mieć opiekunkę, która jest byłą pielęgniarką, bo trzeba w razie czego podać lek, podać tlen, włożyć ssak. To około 3500 zł miesięcznie. Widzisz, pierwsza pomoc tu nie wystarczy.

Wiesz, że czasem cieszę się z każdego pobytu w szpitalu?

Bo w szpitalach są rehabilitanci, którzy przychodzą za darmo. W tym miesiącu oszczędziłam 2500 zł. Co mają zrobić mamy, których dzieci, jak na złość, nie chorują tak, by wylądować w szpitalu? Dzieci, które stale są w terapii? Potrzebujemy teraz mniej pieniędzy, bo połowę miesiąca spędzamy w szpitalu. Paranoja. Człowiek się cieszy, że jest w szpitalu! W szpitalu hurtowo robią badania, za które musiałabym zapłacić albo miesiącami na nie czekać. Nocami piszę do różnych firm. To mój wieczorny etat. Proszę o 1%, wysyłam mejle, odpowiadam. Jeśli tego nie będę robić, nie będzie pieniędzy na rehabilitację. To, ile zbierzesz, zależy też od dziecka. Są dziewczyny, które zbierają po 600 zł, że nawet na turnus nie starczy. Są też matki, które zbierają po kilka tysięcy. A jak zbierzesz 6000 zł, to masz na 2 miesiące rehabilitacji.

Ten 1% to realna pomoc. Tylko komu wpłacisz – takiemu Kazikowi, który jest ślicznym chłopcem, czy dziecku na wózku? Dziecko nie musi wyglądać mega źle, żeby było bardzo chore. Ludzie nie wpłacają na starsze dzieci, bo lubią mieć świadomość, że ich pieniądze mają faktyczny wpływ na zdrowe dziecka, że jeszcze coś da się zrobić. Dlatego większość dziewczyn wyskakuje z lodówki. Jak dziecko ma 5 czy 10 lat to już nic nie zbierzesz, no chyba, że wsród znajomych.

40 000 zł. Tyle muszę rocznie zebrać, żebyśmy mogli funkcjonować. Ale to już końcówka. Już będzie mi coraz ciężej. Co teraz? Nie wiem, wykombinuję coś, muszę. Musimy wierzyć, że się uda. Wszystko jest po coś. Nie ma przypadków. Nie spotykamy na swojej drodze nikogo przypadkowo. Wszystko ma swój cel.

Kazika subkonto w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
przelew z dopiskiem
„27368 Spyrczak Kazimierz
darowizna na pomoc i ochronę zdrowia’’

 

 

SYLWIA.
MAMA ZOSI.

Jak wygląda mój dzień? Dziś spędziłam z Zosią 4 godziny w urzędach, żeby załatwić kartę parkingową, po to, aby móc parkować w miejscach przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych. Skończyło nam się orzeczenie, więc musiałam zawnioskować o nowe, co nie idzie w parze z wnioskiem o legitymację potwierdzającą niepełnosprawność Zosi, potrzebną m.in. po to, żeby móc jeździć komunikacją miejską. W związku z powyższym udałam się do urzędu, gdzie okazało się, że: A – nie ma podjazdu dla wózków, B – nie działa winda, C (śmiech) – lista oczekujących jest tak wielka, że spędziłyśmy 3 godziny na Dyrekcyjnej w Gdańsku, żeby złożyć wnioski. Następnie udałyśmy się do poradni psychologiczno-pedagogicznej, żeby załatwić kolejne dokumenty, bo chciałabym Zosię wysłać do przedszkola. Tam też spędziłyśmy kolejną godzinę. Aż tyle trzeba, żeby udowodnić, że Zosia jest niepełnosprawna, że potrzebuje kształcenia specjalnego. 4 godziny walki. Dziś mam wolny dzień, który powinnam spędzić z Zosią na placu zabaw, a wyszło na to, że mój wolny dzień niemal w całości poszedł na urzędowe sprawy.

Przeważnie tak jest zawsze, bo przy dziecku niepełnosprawnym zawsze ,,coś” trzeba załatwić.

Dziś też odbyłam przykrą rozmowę. Szukam przedszkola dla Zosi i niestety okazuje się, że w zwykłych i integracyjnych przedszkolach nie ma miejsca dla dzieci z taką niepełnosprawnością, jaką ma moja córka. Jest jedno przedszkole w Oliwie, dla dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, gdzie jest szansa, żeby Zosia się dostała. W innych miejscach w Trójmieście nie dają Zosi szans, bo prawdopodobnie boją się takiej niepełnosprawności ruchowej. W oczach wielu dyrektorów przedszkoli jest to zbyt wielki kłopot. Jedna z dyrektorek powiedziała mi wprost, że wolą dzieci autystyczne, ponieważ subwencja jest podobna, a pracy jest mniej i wolą się specjalizować w tym kierunku. Serce pęka, gdy słyszy się, że jedna niepełnosprawność jest ,,lepsza” od innej… Wiadomo, że z Zosią jest dużo pracy, bo nie siedzi, nie chodzi, nie widzi dobrze, sama się nie nakarmi, ani nie zawoła, że chce do toalety, jednak każde dziecko, też te niepełnosprawne, powinno mieć takie same szanse, by móc uczęszczać do przedszkola i łapać kontakt ze społeczeństwem, a nie siedzieć zamkniętym wśród czterech ścian. Rozmawiałam z tą dyrektorką, że mamy rewelacyjną nianię, która z chęcią zostałaby opiekunem Zosi w tym przedszkolu. Daliśmy jej rozwiązanie na tacy. Pani dyrektor jednak nie wyraziła zgody.

Od najmłodszych lat segregujemy ludzi na tych sprawnych, mniej sprawnych i tych bardzo niepełnosprawnych. Te dzieci, które już zaczynają chodzić do przedszkola, nie uczą się, co to jest inność, no bo skąd? Nie wiedzą, że są inne dzieci – te niepełnosprawne, bardziej potrzebujące, nie uczą się empatii. Oczywiście, jeżeli mają mądrych rodziców, to pewne wartości wyniosą z domu, no ale jak ma dziecko się zachować, jeśli pierwszy raz zobaczy taką dziewczynkę, jak Zosia, która nie widzi, która siedzi na wózku rehabilitacyjnym. Co powie? Inwalida.

Na przykład w Parku Reagana w Gdańsku jest ogromny plac zabaw, z jedną specjalistyczną huśtawką, dla dzieci na wózkach. Zosia na zwykłej huśtawce się nie pobuja, bo nie siedzi. Pewnego dnia poszłyśmy na spacer do tego parku. Okupowało tę huśtawkę z milion innych, zdrowych dzieci. Grzecznie czekałyśmy, bo przecież nie moją rolą jest zwracanie uwagi czyimś dzieciom, że to nie jest miejsce zabawy dla nich. Przyszedł ich tatuś, bo dzieci nie potrafiły się na tej huśtawce bujać i udawał, bądź nie widział, mimo oznaczeń, że ta huśtawka ma specjalne przeznaczenie. Jak gdyby nigdy nic bujał swoje dzieci, choć elementy huśtawki nie chciały współpracować – opadał podjazd dla wózków. Aż w końcu babka, która obok robiła sobie piknik, nie wytrzymała i powiedziała: ,,Czy pan nie widzi, że to jest huśtawka dla dzieci niepełnosprawnych?’’ Na co dzieci tego mężczyzny zaczęły krzyczeć: ,,O, inwalidka! Tato, inwalidka!’’ I pokazywały Zosię palcami… Tak, to było bardzo nieprzyjemne uczucie, bo nikt nie chce być wytykany palcami.

Mój dzień polega na przekraczaniu barier, nie tylko barier moich i mojej córki, ale też na uświadamianiu, że niepełnosprawność nie jest niczym złym, niczym strasznym, nie trzeba się bać ludzi innych, niż my.

Gdy przyszła do mnie Marysia, fizjoterapeutka, na rozmowę kwalifikacyjną, była przerażona, że Zosia to dziecko z epilepsją, że sobie nie poradzi. Ale podobało mi się to, że mimo obaw powiedziała: ,,ok, spróbuję’’. Nie bała się zmienić swojego punktu widzenia i postrzegania świata.
Zosia ma rehabilitację codziennie, po 2 godziny, innego wyjścia nie ma przy jej schorzeniu. Czyli jeśli ja idę do pracy od 14:00 do 22:00, to wstajemy rano, biegniemy w jedno miejsce na rehabilitację, po czym jedziemy szybko w drugie. Oczywiście muszę w domu na szybko coś ogarnąć, zrobić jeść i gnać do pracy. Wracam o 22:00 i jeszcze ćwiczę z Zosią. Marzę, żeby Zosia chodziła o normalnych porach spać, ale często zasypia dopiero o północy.

Jest często naprawdę ciężko. Z racji zawodu, jaki wykonuje mój mąż, nie ma go na co dzień w domu, więc nie może mnie fizycznie wesprzeć, choć by chciał. Bardzo dużo pracuje, nie dlatego, że jest pracoholikiem, tylko dlatego, że bardzo potrzebujemy pieniędzy na rehabilitację i leczenie Zosi. Wróciłam do pracy dla swojego zdrowia psychicznego. To spowodowało, że wszelkie instytucje pomocowe zamknęły przed nami swoje bramy. Na przykład PCPR, który dofinansowuje sprzęty, jak wózki, pionizatory i siedziska, odmawia pomocy, bo wykazuję dochód, czyli na papierze jestem milionerką, na wszystko mnie stać. Nikt nie patrzy na to, że mój dochód idzie w dużej mierze na pensję niani.

Zrezygnowaliśmy ze zbiórek dla Zosi na portalach pomocowych typu zrzutka.pl. Głupio to zabrzmi, ale byłam pod ,,obstrzałem” ludzkich spojrzeń.

Kiedy kupiłam sobie nowe buty i ktoś skomentował: ,,o, masz New Balance!’’, poczułam się okropnie, jakbym musiała się spowiadać ze swojego życia. Ten ktoś nie dostrzegł, że poprzednie zepsuły mi się po 3 latach, a te kupiłam na wyprzedaży. Albo kiedy pojedziemy na wakacje i ktoś powie ,,o, pojechaliście na wakacje!”, jak byśmy zapłacili za nie z pieniędzy przeznaczonych na leczenie Zosi. Powinnam chodzić w worku pokutnym. Samo to, że mieszkamy we własnym mieszkaniu, kłuje ludzi w oczy. Nikt nie patrzy na to, że wzięliśmy ogromny kredyt hipoteczny jeszcze przed pojawieniem się Zosi. Wzięliśmy go z myślą: Ok, będziemy mieli zdrowe dziecko, damy radę. Dobrze pracujemy, zarabiamy, mamy zdrowe ręce i nogi. Przecież każdy ma hipotekę w tym kraju. Aż tu nagle się pojawiła chora Zosia, która wywróciła nasz świat do góry nogami, a kasy zaczęło brakować.

Urodziła się za szybko o 2 miesiące, akurat na dyżurze mojego męża, który jest ginekologiem. Zosia przyszła na świat 11 listopada 2015 roku, drogą cesarskiego cięcia, dostała 9 punktów w skali Apgar, czyli wow, super!, po czym zabrali ją na OIOM noworodkowy, gdzie została zaintubowana. Ja oczywiście nie mogłam pobiec do Zosi, bo byłam po znieczuleniu, musiałam czekać 5 godzin, aż ono zejdzie. W międzyczasie przychodził mój mąż, który mówił, że mam się nie martwić, że wszystko jest dobrze, że on czuwa. Ale ja chciałam sama sprawdzić i byłam wkurwiona, że nie mogę.

W ogóle nie planowałam cesarki, chciałam rodzić naturalnie, czułam się tak, jakby mi ktoś ukradł dziecko z brzucha. Naszprycowali mnie jakimiś lekami, żebym zasnęła, wyluzowała, a ja byłam tak nabuzowana, że nie mogłam. Po 5 godzinach, jak nogi w końcu zaczęły działać, szybka pionizacja, zakrwawiona piżama, z cewnikiem na wózek. Okazało się, że OIOM noworodkowy jest na drugim końcu szpitala, więc ja taka upodlona pojechałam do córki. Nic się nie liczyło, tylko, żeby zobaczyć Zosię. To był szok. Dziecko z rurką w buzi, pokłute. Pytam, czemu ona nie jest w inkubatorze. Powiedzieli, że jest na stanowisku resuscytacyjnym, w razie, gdyby musieli ją reanimować. Że najważniejsze będzie pierwszych 7 dni, jak je przeżyje, to będzie dobrze. To ,,dobrze’’ wcale nie było takie ,,dobre’’, bo po miesiącu, przed wypisem, pani neonatolog, która prowadziła Zosię, powiedziała, że musimy zrobić kontrolne USG głowy. Jak zaczęła robić to USG głowy, to zbladła. Mówi: ,,Ojej, nie wiem, jak pani to powiedzieć, leukomalacja okołokomorowa” (czyli niedotlenienie mózgu). Ja mówię: ,,Ale co to jest leukomalacja okołokomorowa”. Ona: ,,Ojej, ojej, zawołam innego lekarza”. Przyszedł inny lekarz, popatrzył i ,,o Boże, o Boże”. Więc ja w szloch. Przyszedł mój mąż, spojrzał i powiedział: ,,Nie martw się, będziemy rehabilitować”.

Wizyta u neurologa odbyła się po dwóch tygodniach od wyjścia ze szpitala. Neurolog mówi: ,,Ojej, trzeba rehabilitować już teraz, natychmiast”. Wypisała skierowanie na turnus rehabilitacyjny, zapisaliśmy się do szpitala na Polankach, gdzie fizjoterapeuta mi powiedział: ,,Nie, to dziecko nie potrzebuje rehabilitacji, ono potrzebuje spokoju”. Powiedziałam mężowi, że ma wziąć wolne w pracy i sam tu przyjechać, bo ja nie wiem, czemu neurolog mówi jedno, a fizjoterapeuta co innego. Oczywiście ja wolałam wierzyć w wersję fizjoterapeuty, że przecież jest wszystko dobrze… Przyjechał mój mąż, fizjoterapeuta mu powtórzył to samo. Stwierdzili więc, że po co ten turnus, nie męczmy dziecka. Po dwóch tygodniach neurolog do mnie z pretensjami, że co ja robię! Że ja muszę rehabilitować Zosię teraz i natychmiast.

Do dziś pluję sobie w brodę, że nie uwierzyłam tej lekarce od razu i dałam sobie zamydlić oczy.

Nikt nie wyjaśnił mi skali problemu, co robić, gdzie się udać, gdzie szukać pomocy. Wychodzisz ze szpitala i czujesz, że nie wiesz nic. Łudzisz się, że wychodzisz ze zdrowym dzieckiem, a wszystko co najgorsze już jest za tobą, że jakoś się potoczy i jeszcze będzie normalnie.
No i nagle okazuje się, że masz wszystkie badania kontrolne zalecone z wypisu do zrobienia na cito. Dzwonisz na przykład do poradni audiologicznej, gdzie mówią, że wizyta dopiero jest możliwa za pół roku, że wszyscy czekają, że wszyscy są ,,pilni”. Dzwonisz do ośrodka wczesnej interwencji, żeby zapisać dziecko na rehabilitację, mówią, że najszybszy możliwy termin za 8 miesięcy, że nie masz możliwości przyspieszyć terminu. Jeżeli jesteś zielonym żuczkiem i nie masz pleców, to sobie czekasz rok czasu i naiwnie wierzysz, że Twoje dziecko ma czas. A takie dzieci jak Zosia muszą być rehabilitowane od zaraz, od teraz, non stop, bo w pierwszym roku życia mózg jest najbardziej plastyczny, więc uszkodzone połączenia nerwowe można zastąpić nowymi, tylko i wyłącznie dzięki intensywnej rehabilitacji.

W 3. miesiącu życia Zosia zaczęła się dziwnie zachowywać, wyginać się w łuk, nie mogłam jej przystawić do piersi. Zaczęła się drzeć, jakby ją obdzierano ze skóry. Ona nie płakała, tylko się darła, praktycznie całą dobę. Dzień w dzień. Więc zaczęliśmy biegać po lekarzach. Robiliśmy USG brzucha, bo może coś w jelitach, potem sprawdzaliśmy, czy to nie refluks, myślałam, że to kolki. Zapisałam się do poradni laktacyjnej, żeby mi powiedzieli, czy może źle ją karmię. W poradni laktacyjnej mi powiedzieli, że nie mogą mi pomóc, dopóki nie uspokoję dziecka, a dziecka przecież nie dało się uspokoić. Przez tydzień tej gehenny nikt nie potrafił nam pomóc, a ja po 3 czy 4 dniach myślałam, że skoczę z balkonu. Naturalną reakcją na płacz swojego dziecka jest ogromna chęć pomocy, ulżenia mu w cierpieniu, a na moje dziecko nic nie działało, nawet końskie dawki ibuprofenu. W końcu trafiliśmy do kolejnej pani neurolog, która doradziła nam szybko pojechać na turnus rehabilitacyjny i wysłała nas do Bartoszyc. Wypisała jeszcze przy okazji kwitek, że Zosia nie musi podróżować w foteliku, bo nie dało jej się do niego wsadzić, wyginała się w łuk. Dojechaliśmy do Bartoszyc. Fizjoterapeutka wzięła Zosię na stół, poćwiczyła, a ta, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przestała płakać. Zosi spastyka, czyli wzmożone napięcie mięśni, była tak duża, że płakała z bólu. Tylko i wyłącznie rehabilitacja była na to lekarstwem. I tak jest do tej pory.

Dużo mi daje praca. Dobrze się czuję z tym, że poszłam do pracy. Mogłam po prostu pójść na zasiłek, który w Polsce wynosi, wow!, 1450 zł, no i poświęcić swoje życie Zosi, co i tak czynię mimo wszystko. Spędzanie 24h na dobę z dzieckiem, mimo, że się bardzo je kocha, nie jest dobre. Czujesz się taka zmiażdżona rzeczywistością. A jeszcze jak dziecko jest niepełnosprawne, ciągle jeździsz na rehabilitacje, to z matki zamieniasz się w fizjoterapeutkę. Nie chciałam tego, nie jestem fizjoterapeutką. Jestem przede wszystkim matką, więc wróciłam do tej mojej pracy, która może najłatwiejsza nie jest, ale daje mi satysfakcję, że robię coś innego, niż bycie mamą i fizjoterapeutką.

Mąż pracuje 88 godzin w tygodniu, czyli wychodzi na to, że mamy sobotę wolną dla siebie, o ile ja nie idę do pracy. Teraz na przykład mam wolne 4 dni, a później mam 6 dni ciągiem w pracy. Widzimy się z mężem wieczorami, kiedy on jest już wymęczony, sfrustrowany swoimi problemami w pracy. Niedawno miałam szkolenie ,,Wellness i SPA w pracy”, gdzie babka mówiła o tym, że powinniśmy delektować się każdą wolną chwilą, wypić kawę, wziąć głęboki oddech. Myślałam sobie – o czym ty kobieto pieprzysz, jak ja czasem nie mam kiedy zrobić siku! Kiedy ja mam się relaksować?

Chciałabym, żeby mój mąż ograniczył pracę, ale później przychodzą takie myśli, że my tak bardzo potrzebujemy pieniędzy. I mój mąż stwierdza, że nie może pozwolić, żebyśmy nie mieli pieniędzy na rehabilitację, na życie i tak się bujamy. Teraz byliśmy z Zosią w Londynie na rehabilitacji, turnus opłaciliśmy z własnych oszczędności. Praktycznie co 1,5 miesiąca mamy podanie komórek macierzystych, a każde podanie to koszt 5 tysięcy złotych. Rehabilitacja stacjonarna w Trójmieście po 2000 zł miesięcznie, siedzisko 1700 zł, wózek 14 000 zł. Nie mamy możliwości posiadania luksusu, jakim jest czas dla siebie. Ok, może byłoby więcej czasu, jakbym zrezygnowała z pracy. Ale z kolei ja psychicznie wysiądę, skoczę z tego 10. piętra.

Gdy Zosia skończyła 3. miesiące, uświadomiłam sobie, że mamy przejebane.

To życie, które wiedliśmy, już nie wróci, a my musimy pogrzebać myśl o zdrowym dziecku i nauczyć się żyć z jego niepełnosprawnością. Trwało to bardzo długo i było bardzo bolesne. Bardzo wierzyłam tej fizjoterapeutce, która mówiła, że Zosi nic nie jest. Sądziłam, że lekarze się mylą, w końcu w naszym społeczeństwie zawsze winny jest lekarz. W szpitalu w Bartoszycach sobie uświadomiłam, że to jednak lekarze mają rację, że jesteśmy w czarnej dupie. Otrzepałam więc rzęsy, bo po co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba działać. Dom zmieniłam w salę gimnastyczną, 4 razy dziennie ćwiczyłam z Zosią metodą Vojty. Były piękne rezultaty, Zosia zaczęła pełzać, pięknie trzymała głowę. Tak super się rozwijała, że zaczęłam wierzyć, że za rok już stanie na nogi. Gdy mała miała 7 miesięcy, mieliśmy iść na odroczone szczepienie, bo nasza neurolog stwierdziła, że u Zosi się nic złego nie dzieje. Dała więc karteczkę, że zezwala na szczepienie. Poszliśmy do pediatry, pediatra pyta o tę karteczkę, a ja na to: ,,O kurczę, nie wzięłam” (śmiech). I pani pediatra powiedziała: “O kurcze, to nie zaszczepię”. Oczywiście się wkurzyłam, że znowu tracę czas. Wróciłam do domu i nagle Zosia zaczęła się dziwnie zachowywać. Nagrałam filmik, wysłałam do neurolog, która powiedziała, że trzeba się zgłosić do szpitala. Okazało się, że to padaczka. Całe szczęście, że jej wtedy nie zaszczepiłam. Pojechałyśmy karetką do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. Tam stwierdzono, że Zosia ma lekooporną padaczkę. Jakby tego wszystkiego było mało… W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Zosia nie widzi. Przez miesiąc Zosia miała atak za atakiem, nie spaliśmy w ogóle.

Mój mąż musiał chodzić do pracy, bo potrzebowaliśmy regularnej wypłaty, przecież kredyt się sam nie spłaci, więc ja byłam już totalnym wrakiem człowieka. Szukałam informacji w Internecie, jak pomóc mojemu dziecku i natrafiłam na nazwisko lekarza z Warszawy, który leczy marihuaną. Okazało się, że kolejka do niego jest na 2 lata do przodu. Znalazłam więc jakąś inną lekarkę i się okazało, że szczęście w nieszczęściu, to jest mama naszej koleżanki. Przez tę koleżankę udało nam się bardzo szybko do niej dostać. Ta pani doktor odratowała mi Zosię. Dała mi nadzieję. W Gdańsku lekarze stwierdzili, że padaczka jest lekooporna, dali jeden lek, nie działał, potem drugi, nie działał, trzeci, czwarty, a przecież ,,z pani dziecka i tak nic nie będzie”. Trafiliśmy do Bydgoszczy, gdzie pani doktor powiedziała: ,,Wiem, co robić, znajdę dla was miejsce, ale spróbujmy jeszcze zwiększyć dawki leków. Jak to nie zadziała, to za 3 dni dzwonicie do mnie i działamy dalej.” Po zwiększeniu dawki leków Zosia miała tylko jeden atak padaczki w ciągu dnia, a nie 15. Uradowana dzwonię do pani doktor, chcąc ją całować po rękach, że tylko jeden atak padaczki, a ona: “O jeden za dużo”. Trafiliśmy więc do dziecięcego szpitala w Bydgoszczy, zaczęliśmy sterydoterapię. Po pierwszym zastrzyku nowego leku Zosia przestała mieć ataki.

Przez ten jeden miesiąc, kiedy Zosia miała po 15 ataków dziennie, straciła wszystkie funkcje. Już nie pełzała, nie trzymała głowy. Bardzo to przeżyłam, bo cała praca i poświęcenie poszły na marne, a my od nowa musieliśmy się podnieść z ,,dołka”, ze smutku i rozpaczy.

Matką jest się na całe życie. Będę matką małego dziecka na zawsze, dziecka, które będzie potrzebowało opieki do końca życia.

Moje dziecko nie pójdzie na studia, nie założy rodziny, nie mam na to wpływu. Jest jak jest i mimo wszystkich przeszkód jakie nas spotkały i jeszcze nie raz spotkają, wiem, że damy radę, a życie jest piękne! Codziennie pokonujemy wiele przeszkód. W samolocie nie mają specjalnych procedur co do osób, które nie potrafią siedzieć, przez co nie zezwalają na wniesienie specjalnego siedziska na pokład. Dziecko ma zająć swoje miejsce i zostać przypięte pasami, mimo, że zaraz ześlizgnie się z tego miejsca, bo jego ciało nie utrzyma pozycji siedzącej. Przed wylotem do Londynu zadzwoniłam na infolinię jednej z linii lotniczych i mówię, że będzie leciało dziecko, które nie chodzi, nie siedzi, czy nie możecie zrobić wyjątku od tych swoich przepisów? Nie mogą. To jest straszne, że na każdym kroku musisz walczyć, prosić o rzeczy, o które nie powinno się prosić, które powinny być oczywiste.

Podjeżdża autobus i nie obniża się, bo kierowca wychodzi z założenia, że to zwykły wózek spacerowy, choć jest to inwalidzki ważący 30 kilo plus waga dziecka, a mi się nie chce za każdym razem machać i wołać, że to dziecko niepełnosprawne. O ile łatwiej byłoby, jakby kierowca, widząc matkę z wózkiem, za każdym razem obniżał autobus, nieważne, czy to wózek spacerowy, czy inwalidzki? To, co mnie też boli, to parkowanie na miejscach dla niepełnosprawnych. To się zdarza bardzo często. Pod naszym blokiem są już zaznaczone miejsca na niebiesko, narysowane koperty. Ale i tak wciąż słyszę: ,,Ja tu tylko na chwilę, do banku”. A ja przez tę chwilę muszę zaparkować, pobiec do domu, przepakować torbę i jechać na następne zajęcia. I przez tę chwilę ja potrzebuję tego miejsca. Ludzie sobie nie zdają sprawy, że to ,,na chwilę” jest bardzo irytujące. Jeżeli miejsce dla niepełnosprawnych jest zajęte, ja muszę zaparkować na normalnym miejscu, gdzie stoi samochód przy samochodzie i masz 30 cm z jednej i drugiej strony. Muszę poradzić sobie z Zosią, która sama przecież nie stanie, która jest sztywna jak kłoda i jeszcze uważać, żeby nie uszkodzić drzwiami samochodu obok. Jak ludzie mają sobie zdawać z tego sprawę, jak od dziecka nie wiedzą, że są osoby niepełnosprawne, że jest ich więcej, niż wszyscy myślą. Osoby niepełnosprawne się izoluje od zdrowego społeczeństwa, przez co są niewidoczni.

Tak, jestem spełnioną mamą! Wiedząc, że Zosia urodzi się niepełnosprawna, na pewno nie zdecydowałabym się zakończyć ciąży.

Nie jestem zwolenniczką aborcji, nie mniej jednak uważam, że kobiety powinny mieć wybór. Jak ktoś mnie pyta, jaką bym decyzję podjęła wiedząc to, co teraz wiem, to odpowiadam, że tak, urodziłabym Zosię. Ale barbarzyństwem jest mówienie kobietom: ,,Hej, rodźcie niepełnosprawne dzieci, jesteśmy takim świetnym, opiekuńczym państwem, damy wam 4 tysiące złotych”, a potem odwracać się od nich plecami i wymagać heroizmu. Bardzo mnie boli to, że jest 500+ na każde drugie i kolejne dziecko, zdrowe i niezdrowe, jest 300 złotych na wyprawkę szkolną, a nie ma kasy na niepełnosprawne dzieci, które najbardziej tej kasy potrzebują. Jedyna pomoc państwa, jaką dostajemy, to 156 złotych, co starcza na dosłownie 1,5 godziny rehabilitacji w Trójmieście. Zosia ma codziennie dwie godziny rehabilitacji. Był taki dobry mem w Internecie, że się odbyło głosowanie w sejmie, kto jest przeciwko aborcji – wszyscy podnieśli rękę do góry. A kto by chciał wziąć niepełnosprawne dziecko do siebie? – nie zgłosił się nikt. Tak to mniej więcej u nas w Polsce wygląda, że ci, którzy nie wiedzą, jak wygląda życie z niepełnosprawnością, ludziom niepełnosprawnym i ich rodzinom mówią, jak mają żyć.

Myślę czasem o drugim dziecku, tylko się zastanawiam, jak to zrobić. Jest Zosia, którą muszę dźwigać. Mam nianię, ale ona przecież nie będzie z nami na zawsze. No i co – zajdę w ciążę i kto mi pomoże? Chcę, żeby Zosia była jak najlepiej przystosowana do życia, bo nas przecież kiedyś zabraknie. Bardzo nie lubię, jak ktoś mi mówi, że muszę zajść w ciążę, mieć drugie dziecko, żeby to drugie pomagało Zosi. Nie po to się rodzi dziecko, żeby ono coś musiało, bo każdy ma prawo do tego, by żyć, jak chce. To jest ważne, by medialnie mówić o 1 procencie. Ponad 50% ludzi nie oddaje 1%, według danych GUS z 2017 roku. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile mogą pomóc. 1% ma moc. My za ten 1% z zeszłego roku byliśmy już na 3 turnusach w Polsce, wspiera nas to w zakupie sprzętu.

Gdyby nie 1%, mój mąż nawet soboty by już nie miał wolnej. Mi się wydaje, że jestem taką ryczącą ciamajdą (śmiech), ale chyba mam poczucie, że trzeba działać, jest jak jest, poryczę, poryczę, otrzepuję rzęsy i idę dalej. Ja wierzę w to, że kiedyś będzie lepiej, że Zosia zrobi chociaż pięć kroków. Robimy wszystko po to, żeby kiedyś włożyła pełną łyżkę do buzi i usiadła sama na sedesie.

 

Zosi subkonto w Fundacji Słoneczko

89 8944 0003 0000 2088 2000 0010

przelew z dopiskiem
,,na leczenie i rehabilitację Zofii Pakuła symbol 519/P’’

Reportaż

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

7 czerwca 2021 / Agnieszka Jabłońska

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

Zazwyczaj gdy zadaję to pytanie, spotykam się ze szczerym oburzeniem – no jak to?!

Oczywiście, że kobieta powinna mieć swoje pieniądze,  i pracę, i przyjemności, i płacić na randce, jeśli ma na to ochotę. Nie poprzestaję na tym i drążę dalej, a czy mama powinna mieć swoje pieniądze? Tutaj odpowiedzi nie są już tak jednoznaczne, a zdania mocno podzielone. Dlatego zebrałam kilka historii wspaniałych kobiet, które poradziły sobie mimo braku środków i wyszły z opresji obronną ręką. 

Jednocześnie po wysłuchaniu moich rozmówczyń zbiera mi się na płacz na samą myśl o tym, ile jest kobiet, które nie mają do kogo zwrócić się o pomoc i muszą trwać, nieustannie pijąc bardzo gorzkie piwo, którego same naważyły bez szans na zmianę swojego położenia. 

Kasia (Kicia): od miłości do wielkich długów 

– Nie słonko, mój mąż ode mnie nie odszedł. – Kasia, którą wszyscy znajomi nazywają „Kicią”, ma długie czarne włosy, ciemne oczy i brwi. Sama siebie nazywa kobietą po przejściach, która wciąż wierzy w szczęśliwy los. To może trochę patetyczne, ale w jej ustach to zdanie brzmi… prawdziwe. Spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o tym, czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze.  – Mój mąż nie odszedł, to ja wykopałam go z domu, ale to zupełnie nic nie zmieniło – Kicia zaciąga się papierosem – i tak musiałam spłacać jego długi, a komornik zajął moją pensję. Byłam sama z dwójką dzieci, już nie takich małych – Jasiek miał 6, a Tomek 8 lat i jedną pensją, na której łapy położył komornik. 55 tysięcy długu dokładnie to pamiętam, to zabrzmiało jak wyrok. Jak przeczytałam pismo, to poczułam takie kłucie tutaj – Kicia kładzie wypielęgnowaną dłoń z krótkimi bordowymi paznokciami na biuście – że myślałam, że osierocę moje dzieciaki. Ale przetrwałam i każda z nas przetrwa. – Przez chwilę pali w milczeniu. 

O matczynym poświęceniu i miłości silniejszej niż rozsądek 

– Pomogła moja matka świętej pamięci. Poszła i sprzedała mieszkanie, rozumiesz? Sprzedała swoje małe dwa pokoiki i przyniosła te pieniądze i dwie walizki. Zamieszkała z nami i tak już zostało do końca. Ostatnia ofiara mojej matki można powiedzieć. – Kicia znowu się zamyśla. Gdyby była kimś innym, pewnie teraz zaczęłaby płakać, ale Kicia nie płacze, już nie – Największa głupota? Powinnam powiedzieć teraz jak w telenoweli, że wyjście za mąż za tego gnoja, ale nie uważam tak. Mam z nim dwóch synów, którzy – Bogu niech będą dzięki – wyszli na ludzi. Jeden pracuje jako kierowca autobusu, drugi jest księgowym, ma swoją firmę, dobrze zarabia. Jestem zadowolona i spokojna. Najbardziej żałuję, że byłam młoda i zakochana, nie myślałam o pieniądzach, wcale. Pieniądze? Na co to komu, jak ma się miłość – Kicia śmieje się i kaszle, to taki typowy suchy kaszel palacza. Upija łyk mocnej kawy ze szklanki, wiem, bo w mojej jest dokładnie ta sama fusiara,  i po chwili kontynuuje – Dzisiaj mówię dziewczynom jedno: rozdzielność majątkowa i własne pieniądze. Taka się zrobiłam wykształcona, ale co się nalatałam po prawnikach, jak gnoja wykopałam z domu, to moje. Hazard. – uprzedza moje pytanie – zorientowałam się trochę wcześniej, bo Tomusia pobili, szli za nim ze szkoły, wciągnęli w bramę i obili, wrócił zapłakany, krew na koszulce, myślałam, że wdał się w bójkę. Na początku krył ojca, oh oni obaj byli w starego wpatrzeni jak w święty obrazek, moja kochana, tylko „tatuś” i „tatuś”, a jak go wykopywałam, jaki był lament. Jeden stał i krzyczał na mnie, drugi trzymał się ojca, jakby ich coś opętało. Więc krew mnie zalała, złapałam starszego i wrzeszczę „idź z nim! No idź, zobaczymy, za ile wrócisz do matki”, ale wtedy – nie uwierzysz – stary się odezwał „wrócę po was chłopaki” tak im powiedział, dobre, nie? – Kicia śmieje się i klepie po udach – dwa tygodnie na niego czekali z nosami przyklejonymi do szyby, na każdy dźwięk dochodzący z klatki lecieli do drzwi, a jak słyszeli domofon, to zlatywali nawet na dół z trzeciego piętra w kamienicy. Nie wrócił. 

O nowej rzeczywistości, w której rządzi praca 

Kicia patrzy przez okno. Bawi się złotym pierścionkiem. – W końcu wzięłam rozwód. Po co mi więcej jego długów? Na co miałam czekać? Udało się. A, ty kochana, chciałaś więcej o tych pieniądzach. To tak jak mówiłam, mamusia sprzedała mieszkanie, wprowadziła się do nas. Miała niską emeryturę, ale byłe prządki nie mogły jakoś specjalnie liczyć na łaskę państwa, a ja zaczęłam dorabiać. Pracowałam po 12 godzin w sklepie, a po pracy szyłam dla prywaciarza. Przywoził rzeczy w worku, czasami były karteczki, co do zrobienia, czasami nie i trzeba było szukać. Przy dobrym świetle latem mamusia siadła i pomogła, przy gorszym musiałam szyć sama. Czasami było pracy na dwie godziny, a czasami na sześć. Im więcej brałam i szybciej szyłam, tym lepiej płacił, ale nigdy nie było wiadomo, ile przywiezie. Raz przywiózł trzy worki, ja chora z gorączką, ale nie ma rady, szyć trzeba. Usnęłam nad maszyną, cudem nie przyszyłam sobie palców do spodni. Innym razem nie było go trzy tygodnie, nie miałam za co dzieciakom butów kupić, chodzili w dziurawych. Na co szły pieniądze? Na jedzenie – wykarm dwóch dorastających chłopaków, na ogrzewanie, to była kamienica, tutaj się ogrzewa prądem. Zimą siedziałam w trzech swetrach i rękawiczkach bez placów. Mamusia spała pod pierzyną, pod koniec to była taka chudziutka i malutka, że jej wcale nie było z łóżka widać. Gorące butelki z wodą jej wkładałam do łóżka, żeby cieplej było. Dzisiaj to ja mam luksusy. Sama mieszkam i dwa pokoje od miasta dostałam, bo moja kamienica na rewitalizację poszła. Wodę mam w kranie, ogrzewanie z miasta, sypialkę własną – luksus! 

Co by było gdyby? Być może lepiej 

– Co bym zrobiła, jakbym wtedy miała pieniądze? Kupiła nam wspólnie z mamusią trzy pokoje w blokach. Żyła spokojniej, może mniej bym pracowała, a tak moich chłopaków to wychowały sąsiadki i babcia. Na szczęście żyliśmy wtedy wśród swoich. Każdy każdego znał i musieli się zachowywać, bo wszystko wiedziałam jeszcze zanim weszłam na trzecie piętro. W kamienicy obok mieszkała ich nauczycielka, surowa była i dobrze. Udało się, ale mogło się nie udać. Dlatego mówię zawsze dziewczynom: chcesz ślubu, to bierz, ale zrób rozdzielność u prawnika i miej swoje pieniądze, okładaj, oszczędzaj, to się zawsze przyda. 

Marysia: wielka miłość, która czasami za szybko się kończy  

Z Marysią rozmawiamy online. Ma szczupłą twarz i bardzo duże oczy. Mówi cicho i powoli, jakby się czegoś bała. Za jej plecami na dywanie bawi się jej 4-letnia córeczka Iza. Marysia pracuje w szkolnej bibliotece, bardzo lubi swoją pracę. Nie zarabia kokosów, ale nie ma również pełnego etatu, tylko tak może zajmować się Izusią. 

Mgła, która zmieniła wszystko 

– To był październik. Zwyczajny dzień, wtorek. Maciek jak zwykle pożegnał się ze mną i z Izusią, wsiadł na rower i pojechał do pracy. Pogoda była ładna,  tylko mgła nie dawała mi spokoju. Maciek śmiał się, że jak zwykle panikuję, że ma się przejaśnić na popołudnie. – Marysia mówi wolno, jakby czytała z karki – Z mgły wyjechał rozpędzony Ford Mondeo, kierowca zapatrzył się w ekran smartfona, domykał jakiś ważny „deal”, jak zeznawał później w sądzie. Za późno zauważył Maćka. – Marysia milknie i zaciska usta w wąską kreskę. Dłonie, którymi podnosi kubek, drżą lekko. Trzyma kubek w dłoniach, zagląda do jego wnętrza. Nie pije. 

Czas na chłodne kalkulacje 

– Telefon z policji. Ja na zakupach, z wózkiem, marudzącą Izą, nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Jak dotarło wreszcie do mnie, co mówi policjant, wypadły mi z rąk siatki. Pomidory potoczyły się po chodniku, miałam zrobić spaghetti na kolację. Zadzwoniłam do brata Maćka, on i bratowa przyjechali do mnie i bardzo mi pomogli. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu, a Maćka rodzice nie żyją. Do pogrzebu było ciężko, próbowałam się trzymać. Iza nie rozumiała, co się dzieje, ciągle chciała na ręce, była taka nieznośna. Miała zaledwie 16 miesięcy, gdy Maciek zginął. Po pogrzebie zaczęło powoli do mnie docierać, że nie mam środków do życia… Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, a wiosną zaczęła się budowa naszego domu. Oczywiście na kredyt. Banki jeszcze wtedy nie robiły problemów z hipoteką. Maciek poprzedniej zimy kupił auto, też na kredyt. Był informatykiem, mogliśmy sobie na to pozwolić. – mówi, jakby chciała usprawiedliwić nieżyjącego męża –  Ja byłam na wychowawczym, ale to było wszystko załatwione ze znajomym Maćka. Pamiętam, że zostało mi na koncie 280 złotych z jego ostatniej pensji. Dostałam jeszcze zasiłek i pieniądze z ubezpieczenia, ale czynsz za nasze mieszkanie wynosił 1200 do tego opłaty, wyżywienie i raty kredytów, na które potrzebowałam kolejne 2000 złotych. Myślałam, że oszaleję. Przez chwilę myślałam nawet, czy się nie poddać, ale – pewnie uznasz, że to śmieszne – przyśnił mi się Maciek. W tym śnie byliśmy na Korfu – tam spędziliśmy naszą podróż poślubną – Maciek obejmował mnie, śmialiśmy się, świeciło słońce i nagle on powiedział „żyj” i sen się skończył. Wtedy zrozumiałam, że jeśli kiedykolwiek chcę go zobaczyć, teraz muszę wziąć się w garść. – Marysia patrzy gdzieś w bok i delikatnie się uśmiecha. 

Bezcenne wsparcie i bezinteresowna pomoc 

– Brat Maćka pożyczył mi 5 tysięcy, a bratowa pomogła z prawnikami. Sprzedałam samochód i spłaciłam cały kredyt. Sprzedałam dom dzięki ich pomocy. Zapłaciłam karę za wcześniejszą spłatę kredytu hipotecznego, zostało tyle, żeby na kilka miesięcy wynająć kawalerkę. Byłam dumna. Wymówiłam dwa pokoje. Właścicielka nie robiła problemów i nawet oddała mi kaucję i dała różaniec na drogę. To był jednej z najmilszych gestów, jakich doświadczyłam w życiu, ale nie ostatni po śmierci Maćka. Mam wrażenie, że odkąd nauczyłam się prosić o pomoc i przestałam udawać, że sobie radzę, wszechświat naprawdę ruszył mi na pomoc. Zadzwoniła przyjaciółka, której mama jest dyrektorem szkoły. Dostałam pracę w bibliotece, poszłam na studia zaoczne. Moja inna koleżanka wzięła Izę do swojego przedszkola, płacę tylko za wyżywienie. Dwa tygodnie temu dostałam kredyt w banku, kupiłam nam malutkie mieszkanie dwupokojowe blisko parku, za miesiąc się przeprowadzamy. Teraz mój kolega – Marysia lekko czerwieni się przy słowie „kolega” – pomaga w remoncie. 

Warto mieć swoje pieniądze 

Co chciałabym powiedzieć innym dziewczynom? Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej. Dużo nad tym myślałam w bezsenne noce po śmierci Maćka. Gdybym miała odłożone swoje pieniądze, nie musiałabym pożyczać od rodziny. Może skończyłabym budowę domu i zarobiła na sprzedaży nieruchomości, a tak musiałam sprzedawać szybko rozgrzebaną inwestycję… Czułabym się pewnej i bezpieczniej. Dzisiaj nie zdecydowałabym się na urlop wychowawczy, szukałabym jednak żłobka i wróciła do pracy. Chociaż Maciek nigdy nie dał mi odczuć, że nie mam pieniędzy. On… – Marysia musi głęboko odetchnąć – ciągle mi proponował „kup to, kup sobie tamto”, a ja nie chciałam. Często sam robił mi prezenty. A ja?  Jedna bluza, dwie pary spodni i buty, nie potrzebowałam wiele. Teraz wiem, że chcę zadbać o siebie i o Izę pod każdym względem, ale za swoje pieniądze. 

Iwona: nowa miłość, nowe życie i wielka pomyłka 

Kolejna rozmówczyni nie chce, żebym poznała jej twarz. Jest najbardziej tajemnicza, ale gdy opowiada mi swoją historię, przestaję się dziwić. Jej życie przypomina film sensacyjny i pewnie niejeden scenarzysta znalazłby w jej słowach gotową historię. 

Apetyt na miłość 

– Iwona, mam na imię Iwona. Słyszysz mnie? – pyta, gdy łączymy się na What’s upie. – Dobrze, będę opowiadać. Możesz notować, nie ma problemu. Mam na imię Iwona i mam 47 lat. Tego człowieka – przez całą rozmowę będzie go właśnie tak nazywać „tym człowiekiem” – poznałam, gdy miałam lat 35 i 12-letnią córkę. Zwolnili mnie z pracy w szwalni, siedziałam na zasiłku i myślałam, co dalej. Odpowiedziałam na ogłoszenie matrymonialne w radiu. Koleżanki pukały się w głowę i śmiały ze mnie. Urządzałyśmy takie babskie spotkania, no wiesz – moja rozmówczyni trochę się rozluźnia i przestaje brzmieć, jakby czytała z karki – śledzie, wódka i tort, takie to były babskie nasiadówy, moja córka bawiła się z dziećmi, a my mogłyśmy nakręcić sobie wałki, zrobić paznokcie i trochę ponarzekać. Ojciec mojej córki poszedł do więzienia, a późnej zniknął. To było takie głupie… Ja, dziewczyna z dobrego domu – ojciec lekarz, matka nauczycielka, najlepiej w szkole zdałam maturę, poszłam na studia. Tam poznałam brata mojej koleżanki. Dziewczyna była fajna, ale brat to taki typ spod ciemnej gwiazdy, a ja – głupia gęś zakochana w Skrzetuskim – śmiej się, jeśli chcesz, taka właśnie byłam. Miałam warkocz i okulary w grubych oprawkach. Ja postanowiłam, że go zbawię, a on, że mnie uwolni. Jak wpadłam, to się skończyło love story… – Iwona milknie na chwilę – co to ja miałam… aha, ogłoszenie matrymonialne, bo ja chciałam pana przyzwoitego, żeby odnosił się do mnie i do mojej córki z szacunkiem, żeby rodzinę mieć, chciałam kochać na poważnie. 

Szansa na nowe, piękne życie 

I taki pan, wyobraź sobie, do mnie napisał. Mieszkał w Anglii, ciężko pracował na produkcji. Zaczęliśmy wymieniać listy, później dzwonił do mnie czasem, wysłał paczkę ze słodyczami dla córki. Później jakieś kosmetyki dla mnie, chyba perfumy. Spotkaliśmy się, jak przyleciał tutaj odwiedzić matkę. Pan starszy ode mnie o 10 lat. Na poziomie, niepijący i niepalący. Miło się odzywał, córka go polubiła. Kwiaty mi kupował, zapraszał do kawiarni. Urlop szybko minął i musiał wracać. Już wtedy zaproponował, żebym z nim poleciała. Najpierw myślałam, że upadł na głowę, ale zaczęłam myśleć. Jeden dzień, drugi, trzeci, czwartego dnia zaprosiłam koleżanki, gadamy, opowiadam, a one mówią, że to może dobry pomysł. W Anglii więcej płacą, pracę bym znalazła, córka się przyzwyczai. Właśnie córkę to chciałam zostawić tutaj i pojechać najpierw sama na próbę. Ten człowiek zaoferował, że mała może zostać u jego matki. Poznałam tę kobietę i była bardzo miła i życzliwa. Gdy byliśmy u niej, zapytała jaką kawę lubię i zaprosiła mnie do kuchni. Ten człowiek coś oglądał w telewizji. Jego matka konspiracyjnym szeptem powiedziała do mnie znad filiżanki pełnej proszku, który miał się zamienić w cappuccino orzechowe: „uciekaj dziecko!”, ale nie zapaliła mi się żadna lampka. Myślałam, że starsza pani ma swoje dziwactwa, wiesz, tekściki i takie inne. Gdy pojechałam do niej z córką, bardzo serdecznie przyjęła małą, mnie znowu wzięła do kuchni i dała mi 500 złotych. Nie chciałam przyjąć tych pieniędzy „Schowaj to – powiedziała – i wydaj, gdy będą Ci najbardziej potrzebne, gdy nie będzie wyjścia. Jak nie wydasz, to mi oddasz” i tym mnie przekonała. Wezmę, zawiozę i wrócę. Na koniec dodała „Niech to będzie nasza matczyna tajemnica”. Schowałam pieniądze do torby i szybko wyszłam. Ten człowiek kupił mi bilet. Miałam około 20 funtów i pieniądze od jego matki. W moim mieszkaniu miał zatrzymać się brat przyjaciółki. Dostał lokum w zamian za czynsz i dbanie o kwiatki. – Iwona przerywa rozmowę, musi odebrać paczkę od listonosza. 

Sielanka, która trwała tylko chwilę 

– Zamówiłam nowy magazyn ogrodniczy, wybacz słonko. Już jestem. Na miejsce doleciałam wieczorem. Pierwszy raz leciałam samolotem, byłam taka przejęta i zmęczona. A w Anglii jak to w Anglii – ciemno, zimno i deszcz. Ciągle ten deszcz. Ten człowiek przysłał po mnie kolegę, bo musiał zostać w pracy. Pojechaliśmy autobusem na przedmieścia do małego domku. Myślałam, że to będzie nasz domek, okazało się, że mamy jedynie pokój w piwnicy. Zdumiałam się, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że przecież mężczyźni nie potrzebują wielkich luksusów i na pewno wkrótce coś znajdziemy. Ten człowiek ucieszył się na mój widok. Przyniósł kwiaty i kolację – burgera z frytkami. Następnego dnia miał wolne, więc mieliśmy przejść się po miasteczku i poszukać dla mnie pracy. Z pracą nie było żadnego problemu – szukali pracowników magazynu. Praca ciężka, ale czas mijał szybko, pracowałam z innymi Polkami, brygadzista był dla mnie bardzo miły, wpadłam mu w oko. 

Bolesne zderzenie z rzeczywistością 

Po trzech dniach dostałam jednak wymówienie, a ten człowiek załatwił mi pracę w swojej fabryce. Tutaj nie było już tak miło, tempo szybsze, przerwy krótsze i ciągle śmierdziało. Mnie jednak ludzie lubią i szybko zaczęłam się ze wszystkimi dogadywać, dbał o mnie szczególnie jeden kolega. Nic złego nie robił, pomógł coś przenieść, raz podał mi coś z półki i przytrzymał drzwi na zaplecze. Temu człowiekowi to jednak wystarczyło, po pracy nie odzywał się do mnie, a później zrobił mi awanturę. Szybko się pogodziliśmy i był spokój. Aż do czasu, gdy były moje imieniny i dostałam od kolegi kwiatka. Ten człowiek nic nie powiedział, ale zrobił się cały czerwony. A to był zwykły kwiatek za 10 p. Wtedy przez moment poczułam się dobrze, trochę zazdrości, jak to mawiają w związku, jest potrzebne. W domu najpierw się nie odzywał, a później mi przywalił. Bez uprzedzenia, mocno. Ogłuszył mnie. Później bił mnie jeszcze głowie. Powiedział, że już więcej tam nie wrócę. Myślałam, że żartuje, ale musiał dosypać mi czegoś do herbaty, którą mi podał po wszystkim, bo obudziłam się prawie w południe, a drzwi były zamknięte na klucz. Od tego dnia zaczął się mój horror. Nie mogłam pracować, nie mogłam sama wychodzić, nie mogłam dzwonić do córki. Dni zlały się w jedno. Miałam wiadro, bo w piwnicy nie było toalety. Miałam gotować, sprzątać, prać, kiedy mi kazał. Najpierw byłam cicho, później krzyczałam, ale nikt z domu mi nie pomógł. Dowiedziałam się o wiele, wiele później że powiedział tym ludziom, z którymi mieszkaliśmy, że jestem chora psychicznie, okłamałam go i nie wzięłam leków z Polski. Oni mu uwierzyli. Nie przestawał mnie bić. Bił mnie, gdy byłam niemiła, gdy nie chciałam uprawiać z nim seksu, gdy płakałam za domem lub ugotowałam coś inaczej, niż on chciał. Bił mnie, gdy nie poszło mu w pracy albo gdy koledzy się z niego śmiali. Modliłam się do Najświętszej Panienki, żeby wrócić do domu, do córki. 

Ratunek, który mógł nie nadejść 

Pomoc przyszła zupełnie niespodziewanie. Znajoma, z którą pracowałam na magazynie w tej pierwszej pracy, postanowiła mnie odwiedzić. Przyszła do nas i gdy on nie patrzył, wyszedł na chwilę na korytarz, podsunęła mi serwetkę z napisem „jeśli dzieje Ci się krzywda mów o Klaudii” szybko wsunęła serwetkę do kieszeni sukienki. Ten człowiek na szczęście tego nie zauważył. Nie wiem, co by było, gdyby się zorientował… Wizyta koleżanki go zmęczyła tak bardzo, że próbował wyrzucić tę kobietę. Kiedy ja – nie wiem, skąd wzięło się we mnie tyle sił, ale powiedziałam: „Nie, ona musi jeszcze zostać, bo nie powiedziała mi o Klaudii”. I zaczęłam ją pytać, jak czuje się Klaudia, bo gdy z nimi pracowałam, to było z nią kiepsko i tęskniła za domem. Gdy znajoma wyszła, dostałam kilka razy w twarz, ale modliłam się jedynie, by ktoś mi pomógł. Nie wierzyłam, że ratunek nadejdzie, to było dla mnie niemożliwe. Dwa dni później usłyszałam walenie w drzwi naszej piwnicy. Ten człowiek otworzył, został wepchnięty do środka pokoju. Jakiś mężczyzna trzymał go za gardło i przyciskał do lodówki, drugi stał za nim. Trzecią osobą, która weszła do pokoju, była tamta kobieta. „Pakuj się, wracasz do domu” . Na lotnisku oddałam jej 500 złotych. Tyle kosztował bilet. Gdy samolot oderwał się od ziemi, po moich policzkach płynęły łzy i nie przestały aż do samego lądowania. 

Doświadczenie matki, wnioski dla córki 

Na lotnisku cały czas oglądałam się za siebie, czy nikt mnie nie śledzi. Dopiero następnego dnia dotarłam do mieszkania jego matki. Gdy mnie zobaczyła, przeżegnała się i powiedziała tylko „przepraszam”. Zgłosiłam sprawę na policję. Dużo pomogła mi wychowawczyni mojej córki i moja koleżanka. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała przy sobie tamtych pieniędzy. Możliwe, że Ci ludzie i tak by mi pomogli, a może nie, nie wiem. Dzisiaj moja córka ma 24 lata, pracuje, ma swoje pieniądze. Nie opowiedziałam jej, co zdarzyło się w Anglii, ale zaczęłam uczyć, że ma zarabiać, być niezależna. Chcę, żeby miała dobrą pracę i związała się z facetem, który też umie ciężko pracować i zarobić pieniądze. Co mogę powiedzieć młodym dziewczynom? Jeśli szukacie pracy, to szukajcie dobrej pracy, a jeśli mężczyzny, to dobrego mężczyzny i te dwie rzeczy wcale nie muszą iść w parze. 

Kinga: mąż dobry do czasu

Mojego męża poznałam na konferencji – opowiada drobniutka blondynka w dużych okularach w złotych oprawkach.  Ja – świeżo upieczony pracownik, kilka miesięcy wcześniej skończyłam studia, dostałam dyplom i wyruszyłam na podbój wielkiego świata. On – dyrektor handlowy starszy ode mnie o ponad 10 lat. Doskonale ubrany, przystojny, elokwentny. Rozmawialiśmy kilka minut i byłam przekonana, że nigdy więcej się nie spotkamy. Nie doceniłam go – Kinga uśmiecha się smutno na to wspomnienie – zdobył mój służbowy numer telefonu i umówił się na spotkanie, jako klient. Trochę mnie zdziwiło, że specjalnie do mnie przyjechał z innego województwa ponad 300 kilometrów. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że musi być naprawdę zachwycony naszymi pozytywnymi opiniami w sieci… 

Owinięta wokół palca 

Oczywiście tak poprowadził pierwsze spotkanie, że niczego nie udało się ustalić i kilka dni później musiał przyjechać znowu. Tym razem zaprosił mnie na lunch. Widziałam już, że starsze stażem koleżanki wychodzą na lunche z klientami, więc czułam się wyróżniona – w duchu skakałam z radości! Później zaczęliśmy do siebie dzwonić, najpierw w sprawach służbowych, później on poprosił mnie o prywatny numer telefonu. Pół roku, tyle minęło od pierwszego spotkania, gdy mi się oświadczył. To były nasze wakacje w Rzymie, mój pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem – byłam dosłownie i w przenośni wniebowzięta! I on, opiekujący się mną w tak piękny sposób, trzeba przyznać, że miał maniery dżentelmena: odsuwał mi krzesło w restauracji, podawał ramię podczas spaceru, mówił do mnie „kochanie” w taki serdeczny sposób. Zmiękłam, roztopiłam się jak rzymskie lody w upał. Dzisiaj myślę, że owinął mnie wokół palca… 

Wielka miłość i wielkie zmiany – czy na pewno na lepsze? 

Rzuciłam pracę i zamieszkałam w jego mieście. Szybko znalazłam zatrudnienie, a później wszystko nabrało tempa: ślub i ciąża. To była wielka miłość, ale pociągała za sobą wielkie zmiany, byłam przerażona. Jemu zależało na dziecku, w końcu był już grubo po 30-stce. Ja uważałam, że mam czas, ale pozostał w tej kwestii stanowczy. Gdybym wtedy zauważyła, że jest to człowiek, który zawsze potrafi postawić na swoim, jeśli nie od razu, to po jakimś czasie. Nieważne, jakimi środkami, on zawsze osiąga to, czego chce – Kinga uśmiecha się, ale nie w tym uśmiechu radości, w jej głosie pobrzmiewa gorycz – dziecko i od razu bliźniaki. Byłam przerażona, ale powiedział, że ze wszystkim sobie poradzimy. Zaczął szukać większego mieszkania, urządzać je dla nas. Pokój dla dzieci, salon, piękna kuchnia. Ja puchłam, a on zdawał się pękać z dumy. Pierwsze dziwne zachowania, które pamiętam, bo musiało ich być więcej, tylko nie zwracałam na nie uwagi, dotyczyły właśnie ciąży. Musiałam iść do ginekologa, którego on wybrał, chociaż wolałam innego lekarza. Miałam rodzić w konkretnej klinice i tutaj również nie miałam nic do powiedzenia. Spisał ze mną plan porodu, ale byłam tak zmęczona, że niewiele z tego pamiętałam. Później dowiedziałam się, że to on chciał, abym za wszelką cenę rodziła bliźniaki naturalnie – wyobrażasz sobie? Uważał, że tylko poród SN to prawdziwy poród. Wybrał również położną – bardzo nieprzyjemną kobietę, która wcale nie chciała mnie słuchać i w czasie porodu na mnie krzyczała. Zabronił mi karmić piersią, ponieważ uznał, że zepsuje mi się biust – wcześniej uwielbiał moje piersi – i poinformował o tym cały personel kliniki, tylko nie mnie. 

Groźba, która zmieniła wszystko 

Najgorsze jednak było to – Kinga nie może poradzić sobie ze łzami, które napływają jej do oczu – że zmienił imiona naszych dzieci. Urodziłam dwie śliczne dziewczynki, jedna miała mieć na imię Amelka, a druga Weronika, a on nazwał je: Monika i Patrycja. Kompletnie tego nie rozumiałam, a gdy zwróciłam mu uwagę – tak naprawdę to zrobiłam scenę – najpierw z dobrodusznym uśmiechem powiedział, że coś mi się pomyliło, a później podszedł bardzo blisko mnie i wyszeptał: „Jeśli się nie uspokoisz, powiem wszystkim, że masz depresję poporodową, zamkną Cię w klinice psychiatrycznej i dopilnuję, żebyś już nigdy nie zobaczyła dzieci.” Poddałam się, miałam zdrowe dzieci i to było dla mnie najważniejsze. 

Wspomnienia, które ciągle bolą  

Dalej było tylko gorzej. Całe macierzyństwo polegało na zadowalaniu jego potrzeb i spełnianiu jego wizji idealnej matki. To on określał jaka mam być, co mam nosić, jak mam mówić. Do dzisiaj na widok skromnej sukienki zapinanej od góry do dołu na guziczki dostaję mdłości. Dość szybko musiałam również spełniać małżeński obowiązek. Nie przejmował się, że dzięki niemu miałam za sobą bardzo długi i bolesny poród. Jego potrzeby były najważniejsze. I pieniądze! Każdego dnia żałowałam, że nie miałam swojego kapitału, swojego konta. Tyle, żeby opłacić wizytę u dobrego prawnika i poszukać mieszkania w innym mieście. Nie miałam niczego, tylko kartę do jego konta, na które wpływały wszystkie świadczenia na dzieci. Kartę dawał mi i zabierał wedle uznania. Raz wyjechał w delegację i zapomniał jej zostawić. Zapasy skończyły się po dwóch dniach – nie pozwalał robić większych zakupów, bo uważał, że za dużo wydaję i marnuję za dużo jedzenia – i nie miałam co jeść. Na szczęście ukryłam przed nim jedną puszkę mleka dla dziewczynek, więc chociaż one nie były głodne. Gdy wrócił, wyśmiał mnie, wskazując jako potencjalne źródło zarobku ulicę i komentując moją fizjologię, która wyglądała tak, jak wyglądała przez niego… – Kinga płacze, jest to jednak płacz spokojny, dwa lata terapii i pomoc bliskich zrobiły swoje – Działo się wiele okropnych rzeczy, w naszym domu  i w naszym małżeństwie. Po jakimś czasie człowiek jednak przestaje zwracać na to uwagę, rośnie mu pancerz. Znosi uwagi i inne upokorzenia, wiedząc, że nie ma wyjścia i dzieciom nie dzieje się krzywda.

Chwila, która zmusza do walki 

Kiedy poczułam, że mam dość?  Pewnego dnia weszłam do pokoju, gdy przebierał jedną z naszych córeczek. Nie widział mnie, a ja zauważyłam jego dziwne zachowanie. Na początku nie mogłam uwierzyć, byłam pewna, że mi się przywidziało. Całą noc nie spałam, tylko analizowałam zachowanie córeczek. Moje niemal 3-latki stały się wtedy apatyczne i bardziej płaczliwe, a po czasie, jaki spędziły z ojcem, garnęły się do mnie bardziej niż zwykle. Często czepiały się mojej spódnicy i chowały za mną, gdy on wracał z pracy. Gdy dodałam dwa do dwóch, musiałam włożyć sobie pięść w usta, żeby nie krzyczeć. Miałam różne myśli tamtej nocy, chciałam to zakończyć, ale nie miałam żadnej siły, nie chciałam stracić moich córek i zostawić ich z tym potworem. 

Siła, która bierze się z miłości 

Zaczęłam działać. Musiałam zgromadzić środki, trwało to w moim odczuciu wieczność. Wmówiłam mu, że córki są chore, że może się zarazić, więc przestał spędzać z nimi tak dużo czasu. Jednocześnie pracowałam nad uśpieniem jego czujności. Ucieczkę zaczęłam planować w maju, w październiku miał dużą konferencję, wiedziałam, że kilka dni go nie będzie w domu – to była moja szansa. Pomogła mi pani z kiosku, która skontaktowała się z moją rodziną. Znalazłam również prawnika. Skąd miałam pieniądze? Powiedzmy, że sprytnie robiłam zakupy – Kinga uśmiecha się lekko – niech reszta zostanie moją tajemnicą. Uciekłam. Żyję i mam się dobrze, moje dziewczynki również. Udało się uzyskać opiekę i odwiedziny tylko pod moim nadzorem, nagrywam każde spotkanie. Walka była długa i sprawiła, że mając 26 lat, całkowicie osiwiałam – Kinga śmieje się z goryczą  – próbował zabrać z mojego życia kolor, ale tylko w części mu się udało. Nie był w stanie odebrać mi siły, którą dawała mi miłość do moich córek. 

Nowe życie i piękna miłość 

Dzisiaj mam śliczne 12-letnie córeczki, nowego męża, który nas kocha i szanuje moją potrzebę niezależności. Zna moją przeszłość, więc mnie nie kontroluje, ufa mi, a wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. Mam swoją firmę – jestem psychologiem dziecięcym. Za 3 miesiące znowu zostanę mamą, pracuję tyle, na ile pozwala mi samopoczucie i lekarz. Mąż jest dla mnie wielkim wsparciem. Mój eks? Dzwoni do dziewczynek kilka razy do roku, raz na dwa lata przyjeżdża z prezentami (spotkania tylko w mojej obecności). Córki na szczęście niczego nie pamiętają z tamtego okresu, ale ja mam tę krótką scenę wyrytą w pamięci na zawsze. 

Pieniądze: bufor bezpieczeństwa 

Czy chciałabym coś powiedzieć dziewczynom? Wyjście za mąż za odpowiedniego człowieka, to piękne wydarzenie. Jednak nigdy nie możemy do końca poznać drugiej osoby. Dlatego własne pieniądze są buforem bezpieczeństwa, z których możemy w każdej chwili skorzystać. Ich posiadanie nie jest objawem braku zaufania, a właśnie dojrzałości i świadomości tego, że życie to nie jest lista od A do Z, której punkty odhaczamy od narodzin do śmierci. To wszystko jest płynne i niestałe, a już najbardziej porywy serca. Plus można zawsze trafić na jakiegoś chorego człowieka i wtedy pieniądze są gwarancją bezpieczeństwa naszego i naszych dzieci. Tak uważam. 

***

Jak przekonały się moje rozmówczynie, życie pisze własne scenariusze. Czasami takie, których nie wyśniłybyśmy nawet w najgorszym koszmarze, a także te, które sprawiają, że czujemy się jak księżniczki Disney’a. Dlaczego w takim razie tak duże oburzenie wywołuje obecnie pytanie, czy matka powinna mieć swoje pieniądze? Kobiety, które mają mocne przeświadczenie o swojej niezależności, nie odróżniają okresu macierzyństwa od reszty życia i wciąż chcą pozostać samodzielnie, również finansowo. Te, które traktują związek, jako możliwość poprawienia stopy życiowej, są przekonane, że zawsze będą miały dostęp do pieniędzy partnera, co – jak się okazuje – może być jedynie ich wyobrażeniem. Istnieją też kobiety, dla których macierzyństwo oznacza całkowitą rezygnację z kariery i pracy zawodowej, które z konieczności lub z wygody przechodzą na utrzymanie partnera lub męża. Dla nich wszystkie pieniądze są wspólne i będą wspólne przez cały okres trwania pożycia. Brakuje jednak refleksji, kiedy to pożycie może się zakończyć. 

Chociaż mamy wpływ na dobór partnera, czasami podejmujemy głupie decyzje. Zmieniają się również okoliczności, nasze potrzeby. Okazuje się, że nie do końca znamy osobę, z którą dzielimy życie, pojawia się ktoś nowy i jedno z nas chce ruszyć dalej, by żyć swoim życiem. Nie umiemy zaplanować własnego odejścia, nie znamy chwili śmierci, więc jak możemy mieć pewność, że partner będzie z nami na zawsze? 

Niezależnie od tego, w jakiej obecnie jesteś sytuacji, czy już jesteś matką, czy dopiero planujesz nią być, porządek we własnych finansach, pozwoli Ci zachować niezbędną niezależność. Nie tworzycie z Twoim partnerem jednego organizmu i różne sytuacje w życiu mogą sprawić, że będziesz potrzebowała szybko stanąć na własnych nogach. Tak jak powiedziała Marysia: „Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej.”

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo