Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

,6 pytań do’, czyli mini wywiad z matkami założycielkami Kultury Fizycznej

8 czerwca 2018 / Monika Pryśko

Dorota Mentrak-Bączkowska i Agata Ziółkowska, matki założycielki Kultury Fizycznej, czyli Rodzinnego Studia Ruchu.

Stworzyły miejsce, gdzie liczy się bycie razem, płynność ruchu i rozmów. Gdzie ważne są dzieci.   Dorota Jaki masz pomysł na swoje macierzyństwo? Odkąd pojawiła się Helena na świecie, wiedziałam, że nie postawię całego swojego życia do góry nogami. Oczywiście i tak poniekąd się to wydarzyło, naturalne jest przecież totalne...

Dorota Mentrak-Bączkowska i Agata Ziółkowska, matki założycielki Kultury Fizycznej, czyli Rodzinnego Studia Ruchu. Stworzyły miejsce, gdzie liczy się bycie razem, płynność ruchu i rozmów. Gdzie ważne są dzieci.

 

Dorota

Jaki masz pomysł na swoje macierzyństwo?

Odkąd pojawiła się Helena na świecie, wiedziałam, że nie postawię całego swojego życia do góry nogami. Oczywiście i tak poniekąd się to wydarzyło, naturalne jest przecież totalne przewartościowanie życia, ale zależało mi, by Ona dostosowała się do mojego spontanicznego rytmu. W związku z tym nie ma u nas w domu regularności, nie ma podręczników, nic nie jest jak w zegarku. Pasuje nam to, jej nawet bardziej. Bardzo zależy mi na tym, by Helenka była niezależna, by sama decydowała o sobie, by czuła się wolna i by zawsze wiedziała, że ma wybór. Każde kolejne pokolenie powinno mieć lepiej niż poprzednie – to słowa mojej Mamy, i bardzo się z nimi zgadzam, staram się wcielać je w nasze życie.

Twoje dziecko pyta – mamo, co robisz w życiu? – co odpowiadasz?

„Tańczę dziecko, tańczę”. Od niedawna na szczęście u siebie. Ale Ona mnie nie pyta, bo jest bardzo bliskim świadkiem tego, co robię. Czasem widzi mnie w telewizji w jakiejś reklamie, czasem w gazecie, czasem na scenie w teatrze, czasem na castingu, a teraz prawie codziennie w naszym studiu, ale nie muszę jej niczego tłumaczyć. Sama składa swoje wyobrażenie o mnie z tych wszystkich czynności, które robię, sama maluje obraz Mamy.

Jaki jest twój ulubiony kobiecy rytuał?

Bez dwóch zdań kąpiel. Wanna, piana, lampka wina.

 

Które trzy rzeczy czy sytuacje dały Ci ostatnio najwięcej satysfakcji?

Pewnie odpowiemy tak samo przynajmniej za jednym razem – nasze Rodzinne Studio Ruchu czyli Kultura Fizyczna. Poród naszego wspólnego „dziecka” był trudny, a raczkowanie pełne ostrych kantów po drodze, ale powoli stawia pierwsze kroki, a nawet puszcza rękę! To wielka satysfakcja prowadzić swoje studio, tworzyć je każdego dnia, widzieć, jak staje się coraz bardziej samodzielne.

Druga sprawa to z kolei samodzielność Helenki, widzę, jak każdego dnia przekracza swoje granice, jak uważnie słucha i wyciąga wnioski, jak dojrzewa. Jestem z niej bardzo dumna. Jest super wrażliwą i mądrą dziewczynką, czasem chciałabym, by tyle nie czuła, ale cieszy mnie jej emocjonalność i dobre serce. Ponadto zaskakuje mnie jej rozwój ruchowy, czerpie z naszych zajęć pełnymi garściami, ostatnio odtańczyła czaczę, stanęła na rękach i zrobiła arabesque!

Trzecia rzecz to współpraca z moją przyjaciółka Agatą – każdego dnia ścieramy się ze sobą na dobre i na złe. Cieszę się, że uczymy się tej partnerskiej relacji między kobietami, co wiem, że zawsze było dla mnie bardzo trudne. Niby jesteśmy podobne, ten sam znak zodiaku, znamy się aż 22 lata! Ale posiadanie wspólnego dziecka pokazuje, jak różnymi rodzicami jesteśmy, uczy nas tolerancji i zrozumienia, a przede wszystkim cierpliwości i opanowania.

Spontanicznie czy z kalkulatorem? Jak warto wg Ciebie podchodzić do życia?

Od zawsze spontanicznie, chociaż od pół roku ciągle liczę. I bardzo mnie to męczy. Chciałabym, by ktoś inny liczył, a ja bym tylko robiła swoje, ale w naszym biznesie to nie możliwe! Jesteśmy partnerkami i wszystko robimy na pół, każda liczy, nawet jak nie chce.

Czym jest według Ciebie hasło Mother-Life Balance?

Dla mnie jest to próba znalezienia złotego środka pomiędzy pracą a czasem wolnym, środka, który według mnie nie istnieje. Niemniej myślę, że właśnie szukanie tego balansu jest w tym wszystkim najważniejsze. Boję się jednak, że nie byłabym szczęśliwa, gdybym go znalazła! Teraz jestem już bardzo blisko – własny biznes, w którym mogę spędzać czas z córką i robić to, co kocham, miejsce, którego nie mogę nazwać pracą, bo sprawia mi za dużo przyjemności i satysfakcji zawodowej, na dodatek mogę tam (czasami) leniuchować i nie robić nic! Niemniej jedyne, czego mi brakuje, to gorącej wyspy na środku morza na wypad z moją rodziną, wolnego czasu dla męża i córki – czasu bez obowiązków. Ale wiem, że to na mnie czeka, i to czekanie jest dla mnie właśnie najlepsze!

 

Agata

Jaki masz pomysł na swoje macierzyństwo?

Miałam mnóstwo pomysłów na macierzyństwo zanim zostałam mamą. Nie wszystkie założenia udało mi się jednak zrealizować, bo każde dziecko jest inne i ma inne potrzeby. Najważniejszym było dla mnie, żeby nauczyć moje dzieci, jak być szczęśliwymi, potrafić kochać i doceniać otaczające nas dobro. Wiem, że życie bywa okrutne i nie powinni patrzeć jedynie przez różowe okulary, ale chciałabym, żeby ze złych doświadczeń wyciągały wnioski i szybko zapominały o bólu z nimi związanym. Niech będą tą uśmiechniętą częścią społeczeństwa. Niech potrafią otwarcie mówić o swoich potrzebach i problemach. Niech nie tracą czasu na smutek i złość.

Drugim założeniem było nauczyć dzieci tolerancji. Są jeszcze maleńcy, ale wiele rozmawiamy o różnicach między ludźmi. Nasze otoczenie również pomaga nam w nauce tego aspektu. Nasi znajomi są różnych ras, religii, orientacji seksualnych oraz z różnymi ograniczeniami ruchowymi. Tutaj najważniejsza jest rozmowa. Powoli widzę efekty tych rozmów. Syn nie dziwi się widząc osobę wyróżniającą się w tłumie. Nie wybucha śmiechem, nie woła „mamo popatrz”. Czasem zapyta szeptem „mamo dlaczego”, ale robi to w dyskretny sposób.

Trzecią ważną sprawą była dla mnie nauka dialogu w kryzysowych sytuacjach. To jest najtrudniejsze. Syn uwielbia fochy (zresztą ma to po mnie).  Ale pracujemy nad tym wspólnie. Rozmawiamy ze sobą o wszystkim, co nas gryzie. I szybko oczyszczamy złą atmosferę. W końcu szkoda czasu na złoszczenie się na siebie.

Kompletnie nie wyszła mi realizacja spraw organizacyjnych – np. pilnowanie rytuałów, drzemek, zbilansowanej diety. Tutaj przyznaję się, że jest pełen freestyle. Mamy czasem ochotę na małe grzeszki, to je robimy.  No cóż, nie jestem idealną matką i nigdy nie chciałam taką być. Chciałam być mamą, która daje poczucie bezpieczeństwa i okazuje miłość. Chciałabym, żeby w dorosłym życiu moje dzieci powiedziały mi – „mamo, dziękujemy że zawsze JESTEŚ przy nas”.

Twoje dziecko pyta-mamo co robisz w życiu?- co odpowiadasz

W moim przypadku to bardzo proste – oni wiedzą, że tańczę i uczę ruchu.

Sama czasem zadaję im to pytanie, bo jestem ciekawa, jak postrzegają moją pracę…

Dopóki pracowałam w teatrze, byłam po prostu baletnicą (bo dla nich to bardzo normalny zawód, a teatr to drugi dom). Teraz, odkąd otworzyłyśmy z Dorotą studio ruchu, słyszę dużo więcej komentarzy, bo i tańczę, i uczę dorosłych, ale i dzieci, a to dla nich największa duma… bo przecież nauczyciel na tym etapie to największy autorytet… 😉

Jaki jest twój ulubiony kobiecy rytuał?

Marzę o wypadach do SPA, o tym, żeby ktoś dopieścił moje kobiece ego (zadbana czuje się od razu bardziej kobieca). Na to jednak na razie nie mam zbyt dużo czasu.

Póki co, najbardziej kobiecym rytuałem na jaki sobie pozwalam, to otulanie się pięknymi zapachami. Aromatyczne olejki, pachnąca kąpiel, czy balsam to taki mój substytut salonu piękności.

 

Które trzy rzeczy czy sytuacje dały Ci ostatnio najwięcej satysfakcji?

Jestem osobą, którą cieszą nawet drobnostki. Więc często czuję satysfakcję.

Moje dzieci – ostatnio mój synek godził się ze swoją przyjaciółką mówiąc ,,przepraszam, nie chcę, żebyś się smuciła” . Taka empatia u tak młodego człowieka sprawiła, że pękałam z dumy.

Bycie nauczycielem – w ostatnich tygodniach jeden z moich uczniów zaskakuje mnie postępami na każdych zajęciach. Taki progres zawsze dodaje skrzydeł.

Nasze studio – wielką satysfakcję odczuwam także słuchając komplementów dotyczących naszego studia – wkładamy w nie całe serca. Prowadzimy je całkowicie samodzielnie i każdy najdrobniejszy szczegół jest naszym dziełem. Dlatego tak cieszą nas dobre opinie.

Spontanicznie czy z kalkulatorem? jak warto według ciebie podchodzić do życia?

Ja korzystam z obu opcji. Staram się planować obowiązki i wszystkie konieczności, a dzięki temu wiem, czy mogę pozwolić sobie na spontany.

Czym jest według ciebie hasło Mother-Life Balance?

Mother-Life Balance to dla mnie zachowanie umiaru w byciu matką. Jakkolwiek to nie brzmi, chodzi o pozostanie sobą i dbanie również o swoje potrzeby.  Tak! Mama też ma prawo wyjść czasem na miasto z koleżankami, pójść do kosmetyczki czy na randkę z tatą. Kocham moje dzieci do szaleństwa, ale żeby obdarzać je miłością i troską, muszę mieć w sobie te uczucia.

 


UWAGA, już jutro w Kulturze Fizycznej bezpłatne zajęcia otwarte dla mam i dzieci! Sprawdźcie teraz.

Rozmowy

Lepszych sama bym sobie nie urodziła. Adopcja drogą do macierzyństwa.

16 sierpnia 2019 / Monika Pryśko

Justyna od lat wiedziała, że jej droga do macierzyństwa będzie inna.

Ale nie pozwoliła, by ten fakt jakkolwiek negatywnie wpłynął nie tylko na jej życie czy małżeństwo, ale też na pragnienia bycia mamą. Razem z mężem adoptowali kilkumiesięczne bliźnięta - Gosię i Piotrka, a dwa lata temu zostali także rodzicami ich biologicznego brata - Antoniego. Adopcja stała się ich drogą do rodzicielstwa.

 

Kiedy dowiedziałaś się, że nie możesz mieć dzieci?

Już w wieku 16 lat wiedziałam, że moja droga do rodzicielstwa będzie inna. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu na oswojenie się z diagnozą i zaakceptowanie jej. W jakimś sensie dobrze się stało, że tak wcześnie się dowiedziałam. Pomyśl, mam 30 lat, idę do lekarza, wciąż podejmuję próby, a dziecka nie ma. I co? Nagle pan w białym fartuchu mówi ci: ,,Nie może pani mieć dzieci w sposób naturalny”. Jak myślisz, ile czasu zbierasz się po takiej informacji? Ile czasu potrzebujesz na zaakceptowanie takiego stanu?

 

Nie możesz mieć dzieci i co wtedy?

Trzeba zadać sobie pytanie – czego chcę? Czy pragnę być w ciąży, czy pragnę, żeby dziecko było podobne do mnie z wyglądu? Czy po prostu chcę być mamą i przygotować do życia w społeczeństwie małego człowieka i samemu doświadczyć wzlotów i upadków, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Gdy zaakceptujemy swoje położenie, możemy szukać rozwiązań. Jednym z nich jest adopcja. 

 

Adopcja – słowo, które przeraża.

I powoduje lęk, tysiące pytań i niewiadomych. Ale czy tego samego nie doświadcza mama będąca w ciąży? Czy nie zastanawia się, czy będzie dobrą mamą? Czy dobrze wychowa dziecko, czy pokocha je od razu? Takie same lęki dotyczą wszystkich mam, nie ważne, czy chodzi o biologiczne rodzicielstwo, czy adopcyjne.

 

Czy Twoje dzieci wiedzą, że są adoptowane?

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nasze dzieci dowiadują się od kolegów w piaskownicy, że są adoptowane. Od początku z mężem ustaliliśmy, że będziemy mówić maluchom, że wzięły się z serduszka, a nie z brzuszka, że długo na nie czekaliśmy i jak bardzo są dla nas wyjątkowe. Już teraz zbieramy zdjęcia, choćby z procesu powstawania ich pokoików, żeby pokazać, jak wyglądało nasze oczekiwanie na nie.

 

Jak Wasze dzieci na to reagują?

Gosia bardzo się ze mną utożsamia. Ona nie może przeżyć, że nie było jej w moim brzuchu, że jej nie urodziłam. Nie wie, że ta inna osoba nazywa się ,,mamą biologiczną’’, nie ma to znaczenia, bo oni nie mają i nie mieli żadnej relacji. Na Piotrku ten temat nie robi żadnego wrażenia, a Antek jest za mały, by to zrozumieć.

 

 

Myślisz, że maluchy będą chciały kiedyś poznać swoich biologicznych rodziców? 

Mają do tego prawo. Wydaje mi się jednak, że jedyną osoba, która może być w przyszłości ciekawa, kto ją urodził, będzie Gosia. 

 

 A Ty nie chciałabyś jej zobaczyć?

Szukałam jej kiedyś na Facebooku, ale bezskutecznie. Chciałam ją zobaczyć, choć nie wiem, czy chciałabym ją poznać. Jestem jej bardzo wdzięczna, dzięki niej mam dzieci, ale z drugiej strony – nie wiem, jakiej reakcji mogłabym się spodziewać. To jest obca kobieta, która zostawiła dzieci w szpitalu, nawet nie nadała im imion. 

 

Masz jakieś kompleksy z tego powodu? 

Żadnych. Mama to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała. Jak kochasz, to kochasz. 

 

Co jest ważne podczas procesu adopcyjnego?

Bardzo ważne w adopcji jest wyłączenie litości, nie można adoptować z litości, to największy błąd, jaki przyszli rodzice mogą popełnić. Decyzja o adopcji musi być bardzo przemyślana i świadoma. Nie ma odwrotu, pojawia się dziecko, odpowiedzialność na całe życie. W adopcji ważna jest też tolerancja, biorąc dziecko akceptujemy całą jego przeszłość i nie ma tu miejsca na żadne „ale”, ono do nas przychodzi z czymś. I to ,,coś’’ to jest jedyne co ma z poprzedniego życia. Z jednej strony my rodzice chcemy zacząć od nowa, a z drugiej strony już historia się zaczęła bez nas. To bardzo trudne, ale wiem, że jesteśmy mądrymi ludźmi i razem z mężem sobie świetnie poradzimy. Takie dzieci jedyne czego potrzebują, czego są spragnione, to miłości, wręcz jej nadmiaru.

 

Niestety często adopcja kojarzona jest z tak zwanym ,,genem zła’’. 

Rozumiem obawy ludzi, ale to wszystko jest wyłącznie brakiem wiedzy i mocno krzywdzące dla dzieci. Rozmawiałam z panią pediatrą na temat genów i zapytałam, czy geny dają nam predyspozycję do pewnych zachowań. I odpowiedziała mi tak: geny są ważne, ale w dziedziczeniu chorób i w wyglądzie. To, czy wasze dziecko będzie dobrze wychowane, czy źle, to już wasza odpowiedzialność i rola, niestety łatwiej jest zwalić na geny. To są jej słowa, są dla mnie jak Biblia.  

 

To Wy wybraliście dzieci, czy to dzieci wybrały Was?

To działa w dwie strony. Ktoś tam na górze siedzi i nieźle tą adopcją kręci. Ale faktem jest, że ja sama znalazłam nasze maluchy. 

 

Jak to sama znalazłaś swoje dzieci?

Pojechaliśmy do domu dziecka, bo jednym z elementów kursu przygotowawczego było szkolenie na rodzinę zastępczą i staż w rodzinnym domu dziecka. Poszłam na salę noworodków. Siostra zakonna, która tam pracowałą, nie chciała mi pozwolić tam wejść, bo nie byłam uprawniona. Stanęłam i powiedziałam: albo wchodzę na noworodki, albo w ogóle nigdzie nie idę. Pamiętam, że dano mi do potrzymania kilkutygodniowego chłopca, gdy przyszła jedna z opiekunek i zapytała, czy nie chcę bliźniaków, bo akurat są szykowane do adopcji. Zapytam, jaka data urodzin. 21 stycznia – jak mój tata. Bez namysłu poszłam zobaczyć Gośkę, bo Piotrek był wtedy w szpitalu, złapał rotawirusa. Pierwsza myśl – to moja córka. Pobiegłam do Łukasza i mówię: słuchaj, znalazłam nasze dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że w tym czasie, gdy ja mówiłam Łukaszowi o naszych dzieciach, właśnie one były przygotowywane do adopcji, dla nas!  Wybrane dla nas, jako nasze dzieci, dokładnie w tym czasie. Znalazłam dzieci, które były dla nas przeznaczone. Magia. 

 

Często mówisz o magii!

W 2016 roku powiedziałam do męża, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko, syna Antoniego. Chcę, by był spod znaku ryby. Łukasz był sceptyczny, ale ja wiedziałam swoje. Mówię – zobaczysz, będzie Antek. No i jest. W dodatku biologiczny brat bliźniaków. 

 

Pamiętasz, jak zobaczyłaś dzieciaki pierwszy raz? 

Jak pani w ośrodku adopcyjnym wniosła Piotrka, to wpadłam w histerię. Gosię widziałam już wcześniej, więc widok tego chłopczyka zadziałał na mnie bardziej. I on był taki malutki. Miał 6 miesięcy, a wyglądał na 3. Nie mogłam się uspokoić. Pani go trzyma i mówi: to twój syn, uspokój się, weź go na ręce! To było bardzo, bardzo wzruszające. Nazwałam Piotrka najsmutniejszym dzieckiem świata. Był bardzo smutny. 

 

A Gosia?

Gośka była uśmiechnięta, a Piotrek – smutek w oczach. Miał minę dziecka, które nie wierzy. Kilkumiesięczne dziecko z oczami dorosłego człowieka. On nie wierzył w to, co się dzieje. Nie chciał, żeby go przytulać, jakby się asekurował, jakby nie chciał się przyzwyczaić i potem rozczarować. Pozbawiony wręcz wiary i nadziei. Przez te miesiące w domu dziecka on się wyjałowił z emocji, zrobił się bierny. My czekaliśmy dlugich 7 lat, ale one też czekały, całe 6 miesięcy swojego życia. 

 

Kiedy uwierzył, że ma rodziców?

Jest takie zdjęcie, jak bliźniaki wpięte w foteliki leżą pod drzwiami naszego domu, w dniu, w którym zabraliśmy je na stałe. Tak bardzo uśmiechnięte. To było dokładnie 4 lata temu. 

 

Co jest takiego w adopcji, że oczy Ci się świecą, jak o niej mówisz?

To jak uzależnienie. Bardzo mocne przeżycie, którego nie może doświadczyć każdy, bo przecież nie każdy z ulicy może wejść do ośrodka adopcyjnego. To doświadczenie nie ma sobie równych. Trudne, choć piękne, pełne sprzecznych emocji. Czasem mi się wydaje, że jestem uzależniona od tych emocji. 

 

 

Co było najtrudniejsze?

Oczekiwanie. Nie wiesz, kiedy zadzwonią, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. 

 

Mieliście wybór?

Pytają, czy chcesz niemowlę. Mówisz, że chcesz roczne dziecko. Wtedy pada pytanie – no dobrze, a jak będzie miało rok i tydzień, to też możemy zadzwonić? No tak, pewnie! A co, jeśli będzie miało rok i miesiąc, to też możemy zadzwonić? W ten sposób z roku robią się dwa lata. Sprawdzane są twoją granice. 

 

Dlaczego chcieliście adoptować niemowlę, a nie starsze dziecko? 

Chciałam tworzyć więź z naszym dzieckiem od pierwszych minut, pierwszych dni jego życia. Nie chciałam, by umknął mi pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy ząbek czy pierwsza marchewka. Chcę mieć świadomy wpływ naszych zachowań i reakcji na nasze dziecko, od

samego początku.  

 

Mając taką wiedzę, jak teraz, adoptowałabyś starszaka?

Nie podjęłabym się adopcji starszego dziecka, nie potrafiłabym udźwignąć już tego, co ma zasiane w głowie. A nie chciałabym skrzywdzić takiego dziecka, tylko dlatego, że wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja potrafię wszystko!  Staram się mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie rozsądnie granice. 

 

 

Adoptowalibyście chore dziecko?

W adopcji nie ma zdrowych dzieci. Z reguły są to dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Mowa o patologii, narkotykach, alkoholu, innych uzależnieniach rodziców. Większość maluchów ma jakieś braki wynikające z niezaspokojenia ich podstawowych potrzeb. Są to dzieci z

dużą niedowagą, dzieci cofnięte w rozwoju emocjonalnym, w mowie. Wszystkie te

defekty wynikają z braku miłości, czasu, którego potrzebuje każde dziecko. Ośrodek zadaje pytanie: jakie dziecko jesteście państwo w stanie przyjąć do swojej rodziny? Mając na myśli chore, widzę też dzieci upośledzone umysłowo, takie też czekają na adopcję i bardzo trudno jest im znaleźć dom.

 

Jak Wasza rodzina przyjęła dzieciaki?

Zakochani po uszy, wszyscy, od razu. Mają fioła na ich punkcie, kochają je bardzo. 

 

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Jest żmudna, a państwo polskie niestety nie pomaga, a wręcz utrudnia na każdym kroku. Żeby przystąpić do procedury adopcyjnej, trzeba przygotować ogromną ilość dokumentów. Ogromną! Niektóre pary już na wstępie, wiedząc, ile żmudnej pracy będzie ich to kosztować, rezygnują. Poddają się. Mówią: ,,Ok, to jednak weźmiemy 20-ste in vitro’’. 

 

Co trzeba zrobić na początku?

Etap pierwszy to zapisanie się na kurs adopcyjny. My z mężem czekaliśmy 9 miesięcy, zanim nas zapisano. Kurs prowadzony jest metodą PRIDE i w naszym ośrodku trwał 9 tygodni. Spotkania po 3,5 godziny, raz w tygodniu. Tematyka opiera się na poznaniu emocji, potrzeb, uczuć dziecka, na tworzeniu więzi z dzieckiem, ale i również na tworzeniu relacji ze współmałżonkiem.

 

Co jest wymagane na tym etapie?

Żeby móc przystąpić do kursu, wymagany jest odpowiednio długi staż małżeński, w katolickim ośrodku adopcyjnym uznają na przykład tylko ślub kościelny. W czasie trwania kursu pani z ośrodka odwiedza w domu przyszłych rodziców, by sprawdzić warunki mieszkaniowe.

 

Co potem?

Drugi etap, czyli oczekiwanie na kwalifikacje. Zbiera się komisja w składzie: dyrektor ośrodka, psycholog, pedagog i dyskutują, czy się nadajesz, czy nie. Głównym punktem,

który biorą pod uwagę, jest relacja z małżonkiem. Po pozytywnej opinii oczekuje się na TEN telefon. Że czeka na nas dziecko.  

 

Po jakim czasie dzwoni ten wyczekany telefon?

Najkrócej czeka się na dzieci powyżej 2. roku życia i rodzeństwa, ośrodki dbają o to, żeby

ich nie rozdzielać. Za co im cześć i chwała. 

 

Ile siły trzeba mieć, by przez to przejść? 

Mimo że zaczynasz nowy rozdział w życiu, droga, którą rodzice adopcyjni muszą przejść, jest długa i trudna. Nie każda osoba jest na tyle silna, by się na nią zdobyć. To jest procedura, która bardzo narusza Twoje poczucie godności osobistej, intymność. Gdy idziesz do sądu na ostateczną rozprawę, sędzia na głos czyta, że ,,Pani Justyna z powodu takiej i takiej niepłodności adoptuje…’’ Coś, co było powiedziane za zamkniętymi drzwiami ginekologa, o czym wiedziałaś tylko ty, ewentualnie mąż, jest przeczytane głośno, słyszane przez wiele obcych osób i zaprotokołowane. 

 

 

Jest coś, czego się boisz?

Boję się, że odniosę porażkę wychowawczą i zawiodę moje dzieci. Boję się pytań o rodzinę biologiczną, czy będę umiała stanąć na wysokości zadania i pokonać własne lęki, zazdrość, aby pomóc im w poznawaniu swoich korzeni, wspierać i być przy nich w tych zapewne trudnych chwilach.

 

Czujesz się bohaterką wiedząc, że stworzyłaś dom trójce niechcianych maluchów? 

Nie lubię słów „podziwiamy was”. Bardzo mnie to drażni i zawsze odpowiadam, że podziwiać można małpę w zoo, ja nie czuję się bohaterką, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie podziwiał. Jestem mamą jak miliony innych. To nie jest heroizm czy litość, to jest moja droga do rodzicielstwa. Świadoma, przemyślana, trudna, z wybojami, ale prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

 

 

ZDJĘCIA: Bogna Ekowska

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo