Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Po co rozmawiać ze swoim dzieckiem o pandemii?

7 grudnia 2020 / Emilia Pryśko

Marta to nauczycielka mojej córki.

Mam do niej zaufanie, podoba mi się, jak pracuje z dziećmi, jak je traktuje, widzę, że do niej lgną, że praca nie jest dla niej przykrym obowiązkiem. Chcę ją zapytać o pracę w przedszkolu, także teraz, w czasie pandemii oraz o to, czy czeka na święta.

Marta wita mnie w przytulnym mieszkaniu, częstuje zimową herbatą z pomarańczami i domowym ciastem bananowym. Jest spokojnie, gra cicha muzyka. 

Partnerem naszej rozmowy jest marka Luksja. Zapraszamy! 

 

Marta, lubisz, jak się mówi o tobie przedszkolanka?

Nie.

No właśnie, tak myślałam. A jak powinno się mówić?

Nauczycielka. Wszystkie moje koleżanki, które pracują w przedszkolu, wolą jak się o nich mówi nauczycielki, a nie np. ciocie. Niektórzy rodzice bardzo lubią, jak dzieci mówią do swoich nauczycielek „ciocia”. To jest pewnie jakaś naleciałość ze żłobka.

Masz rację.

Żłobek ma inne funkcje, panie są tam nie tylko nauczycielkami, ale przede wszystkim opiekunkami. Rodzice, żeby ułatwić dziecku wejście w życie przedszkolne, żeby czuło się ono bardziej bezpieczne, używają w stosunku do Pań w przedszkolu tej znajomej formy „ciocia”. Niektóre panie się nie obrażają, mówią, że to ok i dobrze się z tym czują. Ja jednak wolę, jak się mówi o mnie nauczycielka. 

A to nie jest tak, że się trochę bagatelizuje rolę pani przedszkolanki, a inaczej podchodzi do pani nauczycielki?

Właśnie. Wbrew pozorom przedszkole to jest bardzo ważny okres w życiu każdego człowieka. Tam uczymy się niezbędnych rzeczy, od załatwiania podstawowych potrzeb fizjologicznych, komunikacji, po pisanie i czytanie. Całe nasze życie bazuje na tym, czego nauczyliśmy się przez pierwszych 7 lat życia, także jeśli chodzi o rozpoznawanie swoich emocji.

 

 

Wyobraźmy sobie dziecko, które przychodzi do przedszkola totalnie nieśmiałe, zamknięte, przestraszone, nie komunikuje się. To przedszkole zmusza do przełamania barier, do nawiązania kontaktu, do rozpoczęcia komunikacji. Przedszkole jest takim etapem przejściowym, przygotowującym dziecko na stresy szkoły.

Tak. Na szkołę życia. W domu dziecko czuje się bezpiecznie, w otoczeniu, które zna, jest blisko rodziców. Nasza droga jednak jest taka, że z tego domu musimy kiedyś wyjść, idziemy do przedszkola i tam spędzamy większość dnia, kiedy rodzice są w pracy. Spędzamy ten czas w grupie, gdzie każde dziecko jest inne, gdzie są konflikty, które trzeba nauczyć się rozwiązywać. Dzieci uczą się empatii, funkcjonowania w grupie. To są bardzo ważne kwestie, które mocno wpływają na dalsze, poprzedszkolne życie. Tak, jak do 18 roku życia na pewno nauczymy się wycinać nożyczkami czy pisać ładnie literki, tak pierwsze lata są najważniejsze, żeby zdobyć podstawowe kompetencje społeczne. 

Marta, lubisz swoją pracę? 

Lubię. Lubię swoją pracę, bo widzę jak dzieci rosną, uczą się, jak radzić sobie w różnych sytuacjach. To jest ten etap, kiedy przekazuje się dzieciom wartości, uczy się rozwiązywać konflikty, uczy się relacji z drugim człowiekiem i uczy się siebie. Jest mnóstwo różnych tematów, gdzie lubię przemycać dzieciom wiedzę na temat ich samych, na temat emocji, jak je rozpoznawać, jak sobie z nimi radzić.

Podoba mi się Twój wyraz twarzy, gdy o tym mówisz. Widzę, że naprawdę to czujesz. A teraz z drugiej strony – czy lubisz wszystkie dzieci? 

Tak, lubię. Jednak z jednymi pracuje się lepiej, a inne wymagają więcej czasu i zaangażowania, bo każde dziecko jest inne. One uczą się od nas, ale my uczymy się również od nich. Nawet jeżeli czasem pojawiają się trudniejsze emocje, staram się je zrozumieć i kontrolować. Jeśli dorosły nauczy się czytać dziecięce emocje, zrozumie jego reakcje, wtedy te negatywne emocje naprawdę się minimalizują i wszystkim żyje się łatwiej.

Czy w swojej pracy miałaś udział w takiej wyraźnej przemianie dziecka, kiedy przyszło niechętne, zamknięte, a po 2-3 latach ten sam przedszkolak był nie do poznania?

Wiesz co, ja tutaj nie chcę sobie przypisywać jakichś sukcesów, nie chcę też opisywać konkretnych dzieci. Wychodzę z takiego założenia, że jeśli stworzy się fajną atmosferę dzieciom, to one same się otwierają. Dzieci, które są bardziej zamknięte, nieśmiałe, potrzebują więcej czasu aby poczuć się bezpiecznie i obdarzyć nas zaufaniem. Czy to jest moja zasługa? W pewnym sensie tak. Tutaj liczy się atmosfera, jaką stworzymy dzieciom, więc tu jest nasza duża rola. To zaufanie jest bazą, bez zaufania do nas, bez poczucia bezpieczeństwa, dzieci nie mogą w pełni wyrażać siebie.

Tutaj super przykładem jest to, jak dzieci zachowują się przy matkach. Zazwyczaj jest tak, że przy matkach dzieci są bardziej płaczliwe, bardziej jęczące, poirytowane, wychodzą z nich trudne emocje. Niektórzy powiedzą, że przy mamach dzieci są niegrzeczne. Ja unikam słowa niegrzeczny, bo to zachowanie, które nam, dorosłym, może nie odpowiadać, a wynika ono z emocji, z którymi dzieci nie potrafią sobie poradzić. Dzieci zachowują się tak, jak w danym momencie czują. Przy matkach dzieci czują się najbezpieczniej, czują, że mogą swobodnie odreagować wydarzenia całego dnia. Zazwyczaj jest tak, że odbieramy dziecko z przedszkola, wracamy do domu, zmęczeni i właśnie wtedy przychodzi nam stawić czoła tym trudnym emocjom, ale musimy sobie zdać sprawę, że dziecko potrzebuje uwolnić swoje emocje, kumulowane przez cały dzień w przedszkolu, gdzie panują pewne reguły, jednakowe dla wszystkich, a otoczenie, które zna i w którym czuje się bezpiecznie jest najlepszym do tego miejscem.

To nie jest proste.

To jest nasza praca, to my musimy sobie to poukładać, zdać sobie sprawę z mechanizmów, z tego, dlaczego dzieci reagują w pewien sposób, jak pracuje ich mózg. Jeśli to zrozumiemy, będzie nam się żyło łatwiej.

Musimy też rozmawiać, zadawać pytania. Mam synka, wiem jak to jest, jak po całym dniu w pracy i w przedszkolu wracamy do domu, wyzuci z energii, marzymy tylko o odpoczynku w ciszy. Musimy pamiętać, jako rodzice, że wtedy nasze dziecko nas najbardziej potrzebuje, zadaje nam dużo pytań, zachęca do zabawy, chce od nas więcej i więcej uwagi. Dorośli, to jest nasza rola, jako dorosłych, musimy sobie to w głowie poukładać, znaleźć na to nasz własny sposób.

To prawda, każda rodzina powinna mieć swój własny system. Tak, by zachować #motherlifebalance, ale też odpowiedzieć na potrzeby dzieci. 

Nasze dzieci naprawdę dużo rozumieją, a my musimy z nimi rozmawiać. Musimy dać im odreagować, wypłakać się, jeśli potrzebują. Tylko miłością tutaj możemy zadziałać. Nic więcej nie jest potrzebne.

Tak właśnie reagujesz na zachowania syna?

Staram się. Ostatnio zrobił aferę o skarpetki, nie mógł się zdecydować, nie wiedział, które założyć. To była totalna, wieczorna afera. Płacz, ryk, sprawa wielkiej wagi. Mi się chciało, szczerze mówiąc, śmiać, wiedziałam, że jest zmęczony, zaciskałam zęby, żeby nie poczuł, że bagatelizuję problem. Przytuliłam go, żeby poczuł, że jestem z nim w tym problemie. Rozmawialiśmy, które skarpetki pasują bardziej do butów, które do spodni. Trzeba rozmawiać, poważnie. Zawsze powtarzam, że nie ma takiego problemu, którego nie potrafilibyśmy rozwiązać.

Po prostu Psi Patrol (śmiech), nie ma problemu, którego nie rozwiążemy! 

Ekstra. Widzisz, treści przemycane w bajkach są bardzo mądre. Ja powtarzam to jak mantrę, mam nadzieję, że mu się to zakoduje. Nie ma takiego problemu, którego nie moglibyśmy rozwiązać. Czasem jest trudno poważnie traktować dziecięce problemy, ale trzeba się starać. Dzieci są naszym lustrem. Wkurza nas w dzieciach to, co wkurza nas w sobie. 

 

 

A kontynuując temat trudnych emocji, czy zauważyłaś w przedszkolu jakieś wzmożone trudne emocje u dzieci na tle pandemii? Czy odreagowują te wydarzenia, którymi żyją rodzice?

Dzieci są bardzo dobrymi słuchaczami i nawet, jak nam się wydaje, że nie słyszą, to słyszą i kodują. Oczywiście, że zauważam te trudne emocje. Dzieci je oswajają – od śmiesznych nazw jak “korona na wirusie”, po rysunki. Widziałam nawet bajki na YouTube. 

One się przejmują?

Przejmują się. Widzą tych zamaskowanych ludzi, czują ograniczenia, bo przedszkola inaczej funkcjonują, tryb życia ich rodziców i rodzeństwa się bardzo zmienił. Często w domach czuje się stres z powodu zmian. Dzieci słyszą rozmowy rodziców, a temat pandemii jest od wielu miesięcy wiodący. Trzeba wziąć pod uwagę, że dzieci przetwarzają to po swojemu, często też demonizują to, czego nie rozumieją. My potrafimy informacje przecedzić, zrozumieć, dzieci otrzymują informacje szczątkowe, np. liczby ofiar, zachorowań, ton, którym się mówi –  i na ich podstawie tworzą obraz tego, co się dzieje. To widać w zachowaniu dzieci. 

I wrócę do tej potrzeby spokoju i ciszy po przyjściu z pracy. Gdy przedszkolne dziecko nas długo nie widziało, rzuca się na nam na szyję, to jest potrzeba bliskości, coś normalnego. Natomiast w dobie pandemii jesteśmy zmuszeni do utrzymania dystansu społecznego. Dzieci, choć teraz więcej czasu spędzają z rodzicami, chcą jeszcze więcej tego czasu, potrzebują jeszcze więcej uwagi, bo sytuacja jest dla nich nowa i niezrozumiała.

Dlatego tak jest?

Bo dla dziecka rodzic = bezpieczeństwo. I one w obliczu tych wydarzeń jeszcze bardziej potrzebują bezpieczeństwa i dobrych bodźców. Musimy sami sobie opracować system, żeby dać dzieciom tyle uwagi, ile potrzebują, a jednocześnie nie zaniedbać swoich obowiązków. 

A ty czujesz się bezpiecznie w pracy? Masz przecież kontakt z dziećmi, rodzicami, innymi pracownikami przedszkola.

Nie, nie boję się chodzić do pracy. Ja sobie to ułożyłam w głowie, że po części mamy wpływ na to, co się dzieje, możemy dbać o higienę, przestrzegać zasad, dbać o odporność przez suplementację, przede wszystkim witamina D3 i C, która jest u nas na porządku dziennym w dużych dawkach.

Muszę kupić.

Koniecznie. Ja, żeby nie zwariować, dodatkowo postanowiłam, że nie będę się nadmiernie izolować w domu, bo ruch na świeżym powietrzu to jest to, co daje nam odporność. Myję ręce, to przede wszystkim. Mydło u nas schodzi litrami, moje dziecko samo sobie wybiera mydło, jakie chce, które mu pasuje obrazkiem czy zapachem, żeby uprzyjemnić mu to częste mycie rąk. Teraz wybrał sobie świąteczne mydło Luksja z reniferem. Nikoś ma już taki nawyk, że po przyjściu do domu i zdjęciu butów od razu leci do łazienki umyć ręce. I to działa, bo jesteśmy zdrowi, pomimo dość ryzykownego środowiska, jakim są przedszkola. Myślę, że to dbanie o odporność i mycie rąk to jest cudowny środek, który się u nas super sprawdza. Nie dajmy się zwariować, dbamy o siebie, nie mamy na wszystko wpływu, musimy znaleźć radość w tej rzeczywistości. 

 

 

Chcę zapytać o rodziców dzieci. Zauważyłaś, że rodzice się inaczej zachowują, inaczej traktują przedszkole, mają mniejsze czy większe zaufanie? Pandemia mocno wam utrudniła pracę.

Tak. Życie w przedszkolu się bardzo zmieniło. Wszystko jest oklejone foliami, nie ma dywanów, dzieci nie mogą przynosić swoich zabawek, co jest dla nich bardzo trudne. Jak nie mogą przynieść zabawki choć raz w tygodniu, to mocno to odczuwają. Kiedyś było można, dzisiaj nie. Trudno im do tego przywyknąć.


Widziałam te zdjęcia – dzieci bawiące się na folii, ograniczona ilość zabawek, bez leżakowania. 

To nie są przyjemne kwestie, one zaburzają poczucie bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o nas, to pracuje się trudniej, bo jednak te obostrzenia dają się we znaki. Rodzice też dotkliwie to odczuwają. Nie mogą pomóc dzieciom w szatni zdjąć kurtkę, żadnych przytulasków pod salą i buziaków na do widzenia. Rodzice tak samo to przeżywają, tym bardziej, jak jest to ich pierwsze dziecko.

Są dzieci, które bezproblemowo wchodzą w nową rzeczywistość, a są takie, którym jest ciężej, które nie są do końca emocjonalnie gotowe, które potrzebują więcej wsparcia. Wiadomo, że dziecko jest bezpieczne, że w sensie fizycznym nie dzieje mu się krzywda, ale emocje dziecka to inna sprawa. Tego przytulasa mamusiowego nie da rady niczym zastąpić.

Wymuszony dystans społeczny nie wpływa dobrze na dzieci. Dzieci powinny uczyć się, jak społecznie współdziałać, a my ich musimy uczyć dystansu.

Nie myślałam o tym w ten sposób, to brzmi wręcz przerażająco. A ja tutaj chcę zmienić temat o 180 stopni. Wiem, że lubisz święta.

Uwielbiam

Czekasz na grudzień.

Czekam (śmiech). Tak, uwielbiam święta i celebruję je cały grudzień. Jest początek grudnia, a ja już ustawiam ozdoby. 

Ale choinki jeszcze nie masz!

Myślę, że w przyszłym tygodniu już będzie, taka w donicy. Wyznaję zasadę, że ten fantastyczny, ciepły klimat celebruje się cały grudzień. To czas, kiedy cieszę się zapachem pomarańczy, mandarynek, herbatą z miodem, widokiem choinki i tą fajną ciepłą atmosferą.

I odpoczywasz od przedszkola i stresów.

Tak, zazwyczaj biorę sobie urlop w tym okresie świątecznym, żeby wykorzystać ten czas. A pandemia? Staram się żyć normalnie, nie dam się zwariować! 

 

________________________________________

Partnerem naszej rozmowy z Martą jest marka Luksja.

Rozmowa i zdjęcia: Emilia Pryśko

 

Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 kwietnia 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo