Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Dominika Jurkiewicz – Złota dziewczyna

6 stycznia 2019 / Anna Goleniewicz

Jako nawigator od lat startuje w zawodach lotniczych z sukcesem osiągając najwyższe wyniki - Mistrzyni Polski, Europy i Świata w mikrolotach.

Team leader polskiej drużyny. Z wykształcenia konserwator architektury. Kiedyś modelka, dziś projektantka mody i biżuterii, a także wykładowca w szkole projektowania. Od niedawna związana również z fotografią. Jednak przede wszystkim - mama. Dominika Jurkiewicz to kobieta o stu twarzach. W rozmowie z...

Jako nawigator od lat startuje w zawodach lotniczych z sukcesem osiągając najwyższe wyniki – Mistrzyni Polski, Europy i Świata w mikrolotach. Team leader polskiej drużyny. Z wykształcenia konserwator architektury. Kiedyś modelka, dziś projektantka mody i biżuterii, a także wykładowca w szkole projektowania. Od niedawna związana również z fotografią. Jednak przede wszystkim – mama.

Dominika Jurkiewicz to kobieta o stu twarzach. W rozmowie z Anną Goleniewicz opowiada, jak zmieniać się dla siebie.

 

TMM: Znam ludzi, którzy mają wiele pięknych pasji, jednak wciąż narzekają, że brak im na nie czasu. Jak udaje ci się rozwijać w tylu dziedzinach jednocześnie?

Każdą chwilę staram się poświęcić temu, co mnie pasjonuje. Mało odpoczywam, praktycznie w ogóle. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio leżałam sobie i nic nie robiłam (śmiech). Wolny czas spędzam z przyjaciółmi. Mam ich wielu, bo są mi bardzo potrzebni. To ludzie, z którymi wiele mnie łączy, lubimy spędzać ze sobą czas, wspólnie działać. W każdej swojej pasji mam takie przyjaźnie i bardzo je doceniam. To wielki przywilej mieć wokół siebie ludzi, którzy podobnie ze mną współodczuwają, kreują, tworzą. Jestem pewna, że wiele rzeczy, które zrobiłam, byłoby zupełnie innych, gdybym robiła je sama. Inspirujemy się nawzajem, motywujemy. Przepływ tej twórczej energii jest dla mnie bardzo ważny.

Masz w sobie dużo siły, ale to wszystko co robisz będąc jednocześnie mamą, jest nieprawdopodobne. To apetyt na życie czy niedosyt wrażeń?

Życie jest po prostu za krótkie, by z niego nie korzystać. Znam wiele osób z mojego otoczenia, które nie doceniły swoich szans. Przepuścili wiele okazji, na przykład jakiegoś wyjazdu, nowej pracy, albo zrezygnowali z walki o związek czy o siebie, o swoje szczęście, o to, żeby coś zmienić. Bali się. Ja nie chciałabym czegoś takiego dla siebie. Bardziej bałabym się, że kiedyś mogę czuć żal, że mogło być inaczej, że nie wykorzystałam jakiejś szansy. Dlatego ryzykuję, próbuję nowych rzeczy.

Zgodnie z powiedzeniem, że lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło?

Dokładnie tak, chociaż pewnie każda decyzja ma swoje dobre i złe strony. Próbując nie uniknie się błędów, ale one mogą być dla nas lekcją albo punktem zwrotnym.

Jak doszłaś do tego, w czym możesz być dobra?

Przygoda z lataniem zaczęła się dzięki mojemu tacie, który przez lata był trenerem kadry motolotniarzy. Pierwszy raz leciałam, gdy miałam 4 lata, jednak nie od razu mnie to wciągnęło. Kiedy poczułam, że chcę spróbować swoich sił, okazało się, że mam predyspozycje do nawigacji. Tata bardzo mnie w tym wspierał. Moja mama także podsuwała mi różne rzeczy. Pomagała weryfikować i rozwijać swoje talenty. Była bardzo uważna. Kiedy zaczęłam dojrzewać, bardzo szybko urosłam. Mama dostrzegła, że mam warunki do modelingu i zachęcała mnie do tego. Ufałam jej i chciałam spróbować. Miałam szczęście.

A co odrzuciłaś?  Są marzenia, których nie udało ci się zrealizować?

Mam bardzo uzdolnioną przyjaciółkę, która od dzieciństwa gra na wiolonczeli. Bardzo mnie to fascynowało i też chciałam spróbować nauki gry na jakimś instrumencie, ale okazało się, że nie mam talentu do muzyki. Poza tym to były czasy Vanessy Mae, wtedy wszystkie dziewczyny chciały być skrzypaczkami (śmiech). Próbowałam też pływać. Mieszkaliśmy wtedy w bloku niedaleko dużej pływalni. Szybko trafiłam do drużyny pływackiej, startowałam w zawodach, miałam dobre wyniki. Mimo to czułam, że to nie jest dla mnie. W tamtym okresie dużo myślałam o swojej sylwetce, o tym jak zmienia się moje ciało. Dojrzewałam.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z modelingiem?

Początek był dość zabawny. Pamiętam taką historię, która najlepiej pokazuje przebojowość i skuteczność mojej mamy (śmiech). W dniu kiedy odebrała moje zdjęcia próbne od fotografa, była umówiona na jakieś spotkanie. W restauracji przy stoliku obok siedziały dwie kobiety, związane tu, w Toruniu, z modą i pierwszymi pokazami. Moja mama podsłuchała ich rozmowę i postanowiła pokazać im moje zdjęcia. Ona jest nadzwyczajna, dla dzieci dałaby się pokroić, nie patyczkuje się.

Potem pojechałam do Warszawy. Miałam 12 lat, kiedy trafiłam do pierwszej agencji modelek. Chętnie mnie tam przyjęto. To były czasy, kiedy szukano już takich wysokich i bardzo szczupłych dziewczyn. Spełniałam warunki i oczekiwania. Dzięki tej współpracy wyjechałam do Grecji. Niesamowite, że wciąż pamiętam każdy dzień tego wyjazdu, jakby to było wczoraj.

Było tak dobrze?

Wręcz przeciwnie. To był mój pierwszy i ostatni wyjazd za granicę. Trwał dwa miesiące. Miałam 13 lat, a pracowałam od 5:00 do 23:00. Czułam się bardzo samotna. Nikt się tam nade mną nie rozczulał. Wszyscy traktowali mnie bardzo poważnie, jakbym była dorosłą kobietą, która ma po prostu wykonać swoją pracę. Było mi bardzo trudno.

To była połowa lat 90-tych, mało kto miał w domu komputer, nie mówiąc już o Internecie. Grecja mogła wydawać się naprawdę daleko. Miałaś kontakt z bliskimi? Tęskniłaś?

Bardzo. Chciałam jak najszybciej wracać do domu. W trakcie tego pobytu dostawałam kieszonkowe od agencji, tak na wszelki wypadek, na jakieś wydatki. Pamiętam, że wszystkie te pieniądze musiałam zostawić w hotelu żeby opłacić rachunek telefoniczny. Dzwoniłam do domu codziennie i płakałam. Zupełnie nie radziłam sobie z tą sytuacją.

Z perspektywy czasu myślę, że gdybym była starsza, choć o dwa czy trzy lata, to zupełnie inaczej bym się tam czuła. Miałam tam kilka starszych koleżanek, które znosiły tę rozłąkę dużo lepiej niż ja. Szczególnie pamiętam jedną. Jeździłam do niej na drugi koniec Aten niemal w każdy weekend. Wspierała mnie. Ten wyjazd bardzo mnie zmienił. Wcześniej byłam nieśmiała, nigdy nie odzywałam się niepytana, brakowało mi ogłady. Gdy wróciłam, moja mama mnie nie poznawała. To była dla mnie prawdziwa szkoła życia.

Uroda pomaga w życiu?

Zawsze może pomóc, ale niekoniecznie trzeba z tego skorzystać. Myślę, że nigdy nie wystarczyłoby mi, że jestem postrzegana wyłącznie przez pryzmat swojej urody.

A kiedy uroda przeszkadza?

Niestety wiem, że uroda prowokuje też dużo zawiści. Doświadczyłam jej, szczególnie ze strony mężczyzn, co było dla mnie dość szokujące. Zdarzyło mi się usłyszeć zarzuty, że zdobyłam jakiś tytuł, bo się z kimś przespałam. Często też bagatelizowano moje osiągnięcia, ignorowano moje wyniki. Na początku nie wiedziałam, jak reagować, ale teraz już macham na to ręką.

Kobiety w lotnictwie mają trudniej?

Chciałabym, żeby było nas więcej. To sport, w którym podział na płeć nie ma uzasadnienia. To wyłącznie kwestia umiejętności. Czasem mam wrażenie, że w tym środowisku kobiety nie są traktowane poważnie, a szkoda. Nie docenia się nas. Ja nigdy nie usłyszałam jakiejkolwiek pochwały czy słów uznania od mężczyzn w swoim środowisku. Wyjątkiem jest mój tata, który zawsze mnie wspiera i oczywiście pilot, z którym obecnie latam w jednym zespole.

Skąd czerpiesz swoją siłę?

Polegam na sobie. Zawsze staram się wybierać to, co czuję, co jest w zgodzie ze mną, a znam siebie. Duży wpływ miała na mnie moja mama, która zawsze mi powtarzała: rób tak, jak czujesz.

Jak reagujesz na zmiany?

Spokojem i analizą. Kiedy coś się zmienia albo pojawia się jakiś problem, muszę się na chwilę zatrzymać. Potem działam zadaniowo. Ci, którzy słabo mnie znają, czasem są zaskoczeni moją reakcją na stresujące sytuacje, bo zwykle jestem bardzo ekspresyjna i mam w sobie dużo energii. Chyba przez to ludzie spodziewają się histerycznych reakcji, płaczu lub złości, ale ja tak nie działam. Staram się panować nad emocjami. Oczywiście pojawia się też złość, ale zwykle kiedy jest już po wszystkim.  Później potrzebuję to w jakiś sposób odreagować.

Latanie ci w tym pomaga?

Kiedy latam, zawsze jestem tu i teraz. Na zawodach mamy do wykonania konkretne zadanie, to wymaga skupienia, które mnie kompletnie wyłącza z innych spraw. W ten sposób odreagowuję. Poza tym latanie, samo w sobie, jest bardzo przyjemne.

Moi znajomi, którzy latają, mówią podobnie.

Bo naprawdę coś w tym jest. Nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek miała odpuścić latanie. Naprawdę nie wiem, gdzie znalazłabym wtedy takie odprężenie. Latanie to mój sposób na utrzymanie życiowej równowagi.

Co wtedy zostawiasz na dole?

Ciężar odpowiedzialności. Choć z własnego wyboru samotnie wychowuję swojego syna, to jednak zdarzają się sytuacje, kiedy przygniata mnie świadomość, jak wiele ode mnie zależy. Ta odpowiedzialność za niego jest czymś, co od razu sprowadza mnie na ziemię, przywraca wszelkie proporcje, porządkuje wszystko.

Robisz tak wiele, działasz w tylu dziedzinach… nigdy nie zdarzył się moment, kiedy było tego wszystkiego za dużo?

Ciąża sprawiła, że nagle odczułam w sobie kompletny brak dyspozycyjności. Mimo tego, że pracowałam wtedy na swoich warunkach, miałam swoją firmę, zrozumiałam, że nie jestem dobra we wszystkim, kiedy jednocześnie za wszystko odpowiadam. Zajmowałam się wtedy głównie projektowaniem. Zarządzanie firmą mocną ograniczało we mnie kreację i możliwości twórcze. To było po prostu bardzo trudne. Teraz wiem, że kiedy będę miała ponownie rozwinąć skrzydła w tym kierunku, będę musiała poszukać wsparcia i oddać komuś zaufanemu zarządzanie projektem, żeby móc skupić się na jego kreacyjnej stronie. To był dla mnie chyba jedyny moment w życiu, kiedy nagle wszystkiego naraz było po prostu za dużo.

Co zmieniło w tobie macierzyństwo?

Uporządkowało mi życie, nadało stały rytm. Jednak mimo tego, że jestem przede wszystkim mamą, wciąż mam bardzo silną potrzebę samorealizacji. Wiem, że jeśli bym z tego zrezygnowała, na pewno prędzej czy później uległabym jakiejś frustracji. Za dużo mam w sobie energii. No i wciąż mam niedosyt. Wydaje mi się, że mam tyle przed sobą, tyle do zrobienia.

Planujesz jakieś zmiany w najbliższym czasie?

Czuję, że dojrzewam do wprowadzenia pewnych zmian. Tęsknię za pracą z klientkami. Jestem z natury estetką. Zawsze zwracam uwagę na kobiety wokół mnie, zastanawiam się, jak mogłyby podkreślić swoje atuty ubiorem, co mogłyby zmienić z korzyścią dla swojej figury. To mnie fascynuje. Mam to w sobie odkąd zajmowałam się stylizacją, może do tego wrócę?

Myślę też o przeprowadzce. Taka zmiana miejsca i otoczenia mogłaby być korzystna dla mojego syna, myślę o jego szansach i możliwościach. Chciałabym mu stworzyć jak najlepsze warunki do rozwoju.

Znajdziesz w życiu czas na miłość?

Zawsze (śmiech).

 

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo