Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jak wielkie znaczenie mają przeżycia podczas ciąży? Odpowiedź znajdziesz dzięki Recall Healing…

25 września 2017 / Monika Pryśko

Rozmowa z Emilią Niną Mazurkiewicz, terapeutką, która wybrała metodę Recall Healing, a ze swoimi klientami szuka przyczyny ich dolegliwości w przeżyciach z przeszłości.

  Zacznijmy od początku. Czym jest Recall Healing? Recall Healing®/Totalna Biologia® (Instytut Wiedzy Waleologicznej, iww.pl), metoda terapii opracowana przez dr Gilbert’a Renaud, bazuje na szerokiej wiedzy związanej z psychosomatyką. Kiedy zaczęto głębiej myśleć o tej metodzie? Prawdopodobnie największą rewolucją był...

Rozmowa z Emilią Niną Mazurkiewicz, terapeutką, która wybrała metodę Recall Healing, a ze swoimi klientami szuka przyczyny ich dolegliwości w przeżyciach z przeszłości.  

Zacznijmy od początku. Czym jest Recall Healing?

Recall Healing®/Totalna Biologia® (Instytut Wiedzy Waleologicznej, iww.pl), metoda terapii opracowana przez dr Gilbert’a Renaud, bazuje na szerokiej wiedzy związanej z psychosomatyką.

Kiedy zaczęto głębiej myśleć o tej metodzie?

Prawdopodobnie największą rewolucją był moment w latach 50-tych, kiedy dr Ryke Geerd Hamer, chirurg, odkrył ścisłe zależności pomiędzy emocjonalnymi zdarzeniami, których doświadczyli pacjenci, zdiagnozowanymi u nich chorobami, a zmianami, określanymi jako „ogniska Hamera”, widocznymi na skanach ich mózgów. Dzięki temu zaobserwowano, że gdy silne, traumatyczne emocje nie zostają uwolnione w sposób zewnętrzny (np. poprzez płacz i przebaczenie), kumulują się w podświadomości, która znajduje dla nich odpowiednie miejsce „do przechowania” w ciele, przez co ukazują się one w postaci nieprzyjemnych dolegliwości fizycznych lub psychicznych.

Po wielu latach badań i przeprowadzonych terapii zebrano ogromną wiedzę na temat indywidualnego znaczenia biologiczno-symbolicznego, jakie reprezentują dane choroby, organy i części ciała, co pozwala na podejmowanie starań odwrócenia tego efektu tak, by dzięki odnalezieniu i przepracowaniu emocji powiązanych z przypadłością wesprzeć organizm w procesie zdrowienia.

To brzmi jak teoria kwantowa.

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko brzmi skomplikowanie, ale kiedy zrozumie się schematy, według których działa mózg, staje się to proste. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w których nasz problem staje się dla nas tak uciążliwy, że, na przykład nie możemy spać, albo jeść, albo nie do końca pamiętamy jak dotarliśmy do domu, ponieważ byliśmy tak pochłonięci myślami. Nasz mózg odczytuje to jako niebezpieczeństwo, zagrożenie dla życia, a ponieważ życie jest najważniejsze – szuka rozwiązania. Skoro nie znalazł go na zewnątrz, to jedyne na co ma bezpośredni wpływ to nasze własne ciało, więc wywołuje w nim adekwatne zmiany. To trochę tak, jakby mózg myślał, że poprzez dolegliwości pomaga nam w bezpiecznej kontynuacji życia. I teraz naszym zadaniem, terapeuty oraz klienta, jest odnalezienie przyczyny, czyli właściwej historii, oraz przerobienie emocji z nią związanych w taki sposób, by do mózgu dotarło, że jego „pomoc” nie jest już potrzebna i może uzdrowić ciało, ponieważ problematyczna kwestia została pomyślnie zakończona.

Dlaczego tak ważne są informacje dotyczące tego, co przeżywała nasza mama, gdy była z nami w ciąży?

Przy tej metodzie terapii bardzo istotne są wszelkie informacje dotyczące rodziców w czasie, który określamy mianem „Projekt//Cel”, czyli tego, co przeżywali na 9 miesięcy przed zapłodnieniem, w momencie zapłodnienia, podczas całej ciąży oraz pierwszych 9 miesięcy życia dziecka.

Co jest jednak najważniejsze?

Najważniejsze są emocje pojawiające się w kobiecie, ponieważ dziecko, bezpośrednio z nią połączone pępowiną, odbiera każde uczucie na poziomie fizycznym oraz psychicznym niemal jak własne (np. gdy z powodu silnego stresu w ciele matki pojawi się adrenalina, to dotrze ona również do potomka). Poza tym, ciąża to czas, kiedy młody organizm się rozwija i przyjmuje wszystko bezkrytycznie do siebie, mimowolnie ucząc się schematów, które mają pomóc mu przetrwać w przyszłości (na zasadzie „skoro działało u mamy, to będzie działać i u mnie”). Co więcej, przejmuje nawet obciążenia całego organizmu, bo matka musi przeżyć, by zadbać o swoje dziecko po porodzie.

Czy ta wiedza pomaga w terapii?

Niejednokrotnie podczas sesji zdarza się odnaleźć źródło konfliktu „w brzuchu matki”, bo to tam zapoczątkowane zostały programy, blokady czy konflikty wpływające na przeszłe, obecne i przyszłe życie klienta lub jej/jego dziecka. A im więcej jesteśmy w stanie się dowiedzieć i przetransformować, tym lżejszy się stanie nieświadomie odziedziczony przez nas bagaż”.

Podaj proszę jakiś przykład, żebym mogła sobie to wyobrazić.

Chyba za jeden z ciekawszych uważam przypadek mężczyzny, który posiadał stwardnienie w okolicach brzucha. Zadzwoniliśmy do jego matki i przeżyli wzruszającą rozmowę, w której wyznała, że podczas ciąży została uderzona przez swojego męża w dokładnie to samo miejsce. Oczywiście się przestraszyła, że mogło mu się coś stać, a gdyby brzuch był bardziej twardy, to stanowiłby lepszą ochronę przed ewentualnym atakiem. Innym, bardziej psychologicznym przykładem, była młoda kobieta z anemią. Wielokrotnie znajdowała się w sytuacjach, w których niechcący naruszała czyjąś przestrzeń i dana osoba w nagły, dość agresywny sposób (np. krzykiem czy szantażem), przekazywała jej, że nie ma do tego prawa. A ponieważ zawsze wszystko robiła w dobrej wierze, te zdarzenia naruszały jej poczucie wartości, co znowu wiązało się z jej dolegliwością. Dzięki narzędziom wykorzystywanym przy terapii (np. analiza linii życia), weszłyśmy na trop prowadzący do pytania „co przeżyła matka będąc w 6-tym miesiącu ciąży?”. Okazało się, że był to czas w Polsce, gdy w godzinach policyjnych nie można było wyjść z domu nie narażając się na niebezpieczeństwo. Jednak rodzice klientki to zrobili i spotkali się z policjantem, który nie słuchając ich tłumaczeń wyciągnął broń, przystawił do brzucha kobiety i powiedział, że mają wracać skąd przyszli albo poleje się krew. Wrócili do domu, przerażeni, ale jednocześnie szczęśliwi, że im i ich dziecku nic się nie stało i żyją. Moja klientka podświadomie przyciągała takie sytuacje, ponieważ dla jej mózgu emocje przez nie wywołane stanowiły komunikat „czuję, że żyję, niebezpieczeństwo zażegnane i wszystko jest już dobrze”. Po pracy terapeutycznej klientka stała się bardziej świadoma i uważna na swoje postępowanie, a po kilku tygodniach od sesji anemia się zmniejszyła. Tak, jak w historii rodziców – wszystko zakończyło się dobrze 🙂

A co w momencie, gdy to dziecko zachoruje?

Na szczęście przy pomocy tej terapii rodzice są w stanie wspomóc proces zdrowienia dziecka. Jednak przynajmniej do jego 13 roku życia to ich zadaniem jest przejść terapię, a potem wykorzystując metody wpływania na podświadomość pracować z dzieckiem tak, by jego mózg zrozumiał, że dana dolegliwość w jego ciele nie jest już potrzebna, a organy dotknięte chorobą mogą się zregenerować i odbudować. Podam inny przykład. Miałam przywilej pracować z rodzicami dziecka, które wcześnie po narodzinach zachorowało na nowotwór oka. Przeżyli ciężki poród, podczas którego matka wyprosiła z sali swojego partnera, ponieważ nie chciała, by widział ją w tak odrażającym (w jej odczuciu) stanie, jednocześnie bardzo chcąc, by był z nią w tak trudnym momencie. Dla kobiety było to traumatyczne przeżycie, a mózg pociechy znalazł rozwiązanie – jeśli tata byłby niewidomy, to mógłby zostać w sali i być wsparciem dla matki. A ponieważ mózg ma wpływ jedynie na ciało, w którym się znajduje, to by pomóc rodzicom, wykorzystał swój własny organ.

Brzmi niewiarygodnie. Wielu na pewno zapyta, czy ta metoda jest bezpieczna?

Mimo swojej intensywności, to wciąż jest po prostu rozmowa. Zadaniem terapeuty jest przywołanie uczuć, często bardzo silnych, które wpłynęły na pojawienie się w naszym życiu czegoś, z czym pragniemy sobie poradzić, więc być może nie będzie to najprzyjemniej na świecie spędzony czas na pogawędce przy kawie, a po spotkaniu może zaistnieć potrzeba odpoczynku i odreagowania, ale niewiele poza tym. Jeśli podczas spotkania, czy spotkań, starania klienta i terapeuty nie przyniosą upragnionych efektów (tak też może się zdarzyć, ponieważ to nie jest magia i istnieje wiele czynników wpływających na przebieg i efekt pracy), to przynajmniej emocjonalnie osoba poczuje się lepiej, ponieważ zdejmie z siebie jakiś ciężar.

Idealnie opisuje to opinia jednego z moich klientów: „Emilia tak drąży w danym temacie, aż wydrąży logiczne rozwiązanie. Polecam każdemu, kto sam dla siebie chce dobrze. To jak masaż dla duszy. Po sesji czujesz się o wiele lepiej.” I do tego, by czuć się lepiej dążymy.

Czym Recall Healing® różni się od innych form terapii?

Istnieje wiele różnych metod, więc ciężko porównywać. Każdy terapeuta ma swoje sposoby i przed rozpoczęciem pracy ustala jej zasady z klientem. Jednak jeśli za przykład weźmiemy bardziej tradycyjne sesje psychologiczne, to przebieg spotkania może się bardzo różnić. Przede wszystkim założeniem jest, by odnaleźć przyczynę i przepracować ją w jak najkrótszym czasie interakcji z klientem, czyli przy niewielkiej ilości sesji. To natomiast wymaga od terapeuty spędzenia dużej ilości czasu poza spotkaniami. Najważniejszy na początku jest kwestionariusz wypełniany przez klienta oraz właściwa diagnoza wydana przez lekarza. Z otrzymanych informacji buduje się tzw. linię życia, analizuje znaczenie dolegliwości, szuka się schematów i tego, co możliwie miało wpływ na aktualny stan, przygotowuje się pytania, wymyśla sposoby przepracowania emocji, adaptuje przestrzeń…

A w tym wszystkim tylko i wyłącznie emocje!

Podczas pracy ze mną zdarza się, że osoba nie tylko płacze, ale też niekiedy krzyczy i przeklina, albo rozdziera gazety, czy bije pięściami w poduszkę… Inaczej uwalnia się smutek, inaczej złość, jeszcze inaczej wstyd. Inaczej przechodzi się przez proces przebaczania. Tu nie ma takiej, nazwijmy to, „poprawności politycznej”, jak przy konwencjonalnych metodach.

Czego w takim razie może się spodziewać klient? Jak powinien się przygotować?

Przed przystąpieniem do pracy zawsze rozmawiam z potencjalnym klientem. Przede wszystkim ustalamy zasady działania. Jeśli przypadek nie jest oczywisty (np. uzależnienie od papierosów, otyłość, bloki emocjonalne), to potrzebna jest właściwa diagnoza lekarska odnośnie problemu. Staram się też wyczuć, czy osoba naprawdę pragnie poprawy swojej sytuacji i jest gotowa na podjęcie wysiłku oraz na wzajemne zaufanie. Jeśli klient nie będzie ze mną całkowicie szczery, to nie będę w stanie wykonać swojej pracy dobrze. Oczywiście rozumiem, że ciężko jest się podzielić swoimi sekretami, zwłaszcza tymi wiążącymi się z silnymi emocjami, ale to zazwyczaj właśnie w tych sekretach kryje się rozwiązanie. Często wymagana jest konfrontacja z uczuciami, których wolałoby się nie mieć (np. żal do matki, upokorzenie związane z gwałtem czy nienawiść ze względu na wyrządzoną krzywdę). A do tego jeszcze umysł prowadzi z nami grę w chowanego, ponieważ mózg chce chronić swoje rozwiązanie problemu, więc niejednokrotnie trzeba korzystać z prowokacji. Dlatego klient musi mieć świadomość, że pewne działania mogą być kontrowersyjne i poddać się im, by dać sobie szansę.

A co w sytuacji, gdy nie mamy wiedzy na temat przebiegu ciąży naszej mamy?

W niektórych przypadkach w ogóle nie potrzebujemy wiedzy na ten temat, a w innych jesteśmy w stanie wywnioskować, co się mogło dziać w życiu matki czy ojca. Są też osoby, które szukają informacji wśród dalszych członków rodziny, jeśli nie są w stanie uzyskać ich od rodziców. Wiele zależy od tego, z czym i z kim mamy do czynienia, oraz jaka jest determinacja klienta.

Wyobrażam sobie, że dość często spotykasz się  ze sceptycyzmem?

Do każdej rzeczy można podejść sceptycznie i to wcale nie jest takie złe. Jeśli poddajemy coś pod wątpliwość, to nasz umysł pracuje, a my możemy podjąć bardziej świadome decyzje w swoim życiu. Jednak warto też mieć otwarty umysł i zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszystko na tym świecie rozumiemy, a wcale nie oznacza to, że coś nie istnieje bądź nie działa. Dawniej nie rozumiano grawitacji, ale ona przecież wciąż istniała. Sto lat temu pewne choroby nazywano nieuleczalnymi, a teraz nie mamy z nimi większego problemu. To nie jest magia, zabobon, ta metoda nie przeciwstawia się działaniom medycyny konwencjonalnej, ani też nie preferuje żadnego wyznania religijnego czy rasy.

I nie trzeba wierzyć w tę metodę terapii, by dać sobie szansę na zmianę stanu zdrowia czy świadomości, tak samo, jak nie trzeba wierzyć w chorobę, by na nią zapaść.

Umiałabyś pomóc sama sobie?

Jest to możliwe, ale bardzo trudne. Wspominałam, że mózg myśli, że nam pomaga, więc chce chronić to, co wytworzył i sabotuje działania prowadzące do odnalezienia w pamięci właściwego zdarzenia oraz wywołanie powiązanych emocji. Ciężko jest siebie samego nabrać czy sprowokować, a jeszcze ciężej samemu sobie się zwierzyć czy uwolnić uczucia nie mając świadomości, że się ich w pełni nie przerobiło. Dlatego sama też przeprowadzam „śledztwo” wśród rodziny, spisuje wszystko, co pamiętam, i kiedy utknę – wybieram się do innego terapeuty. I oczywiście też korzystam z porad lekarskich, czy innych form prozdrowotnych działań.

Jesteś w trakcie budowy swojej strony EMIefekt.pl, a Twoje hasło na wizytówce brzmi „Butterfly effect for a better life”. Kryje się za tym jakaś historia?

Jesteśmy skomplikowanymi i, w pewnym sensie, delikatnymi istotami w świecie, który się dynamicznie zmienia. Głęboko wierzę, że na jakość naszego życia największy wpływ mają rzeczy związane z naszymi emocjami (E), myślami (M), intymnością (I), a gdy odważymy się na pracę i transformację w choć jednym z tych aspektów, to następuje ciąg zmian również pod innymi względami. Typowy efekt motyla, który wpływa pozytywnie na wszystko, co jest związane z naszą egzystencją.

Emilia Nina Mazurkiewicz / Facebook / EMIefekt.pl
Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo