Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jak wielkie znaczenie mają przeżycia podczas ciąży? Odpowiedź znajdziesz dzięki Recall Healing…

25 września 2017 / Monika Pryśko

Rozmowa z Emilią Niną Mazurkiewicz, terapeutką, która wybrała metodę Recall Healing, a ze swoimi klientami szuka przyczyny ich dolegliwości w przeżyciach z przeszłości.

  Zacznijmy od początku. Czym jest Recall Healing? Recall Healing®/Totalna Biologia® (Instytut Wiedzy Waleologicznej, iww.pl), metoda terapii opracowana przez dr Gilbert’a Renaud, bazuje na szerokiej wiedzy związanej z psychosomatyką. Kiedy zaczęto głębiej myśleć o tej metodzie? Prawdopodobnie największą rewolucją był...

Rozmowa z Emilią Niną Mazurkiewicz, terapeutką, która wybrała metodę Recall Healing, a ze swoimi klientami szuka przyczyny ich dolegliwości w przeżyciach z przeszłości.  

Zacznijmy od początku. Czym jest Recall Healing?

Recall Healing®/Totalna Biologia® (Instytut Wiedzy Waleologicznej, iww.pl), metoda terapii opracowana przez dr Gilbert’a Renaud, bazuje na szerokiej wiedzy związanej z psychosomatyką.

Kiedy zaczęto głębiej myśleć o tej metodzie?

Prawdopodobnie największą rewolucją był moment w latach 50-tych, kiedy dr Ryke Geerd Hamer, chirurg, odkrył ścisłe zależności pomiędzy emocjonalnymi zdarzeniami, których doświadczyli pacjenci, zdiagnozowanymi u nich chorobami, a zmianami, określanymi jako „ogniska Hamera”, widocznymi na skanach ich mózgów. Dzięki temu zaobserwowano, że gdy silne, traumatyczne emocje nie zostają uwolnione w sposób zewnętrzny (np. poprzez płacz i przebaczenie), kumulują się w podświadomości, która znajduje dla nich odpowiednie miejsce „do przechowania” w ciele, przez co ukazują się one w postaci nieprzyjemnych dolegliwości fizycznych lub psychicznych.

Po wielu latach badań i przeprowadzonych terapii zebrano ogromną wiedzę na temat indywidualnego znaczenia biologiczno-symbolicznego, jakie reprezentują dane choroby, organy i części ciała, co pozwala na podejmowanie starań odwrócenia tego efektu tak, by dzięki odnalezieniu i przepracowaniu emocji powiązanych z przypadłością wesprzeć organizm w procesie zdrowienia.

To brzmi jak teoria kwantowa.

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko brzmi skomplikowanie, ale kiedy zrozumie się schematy, według których działa mózg, staje się to proste. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w których nasz problem staje się dla nas tak uciążliwy, że, na przykład nie możemy spać, albo jeść, albo nie do końca pamiętamy jak dotarliśmy do domu, ponieważ byliśmy tak pochłonięci myślami. Nasz mózg odczytuje to jako niebezpieczeństwo, zagrożenie dla życia, a ponieważ życie jest najważniejsze – szuka rozwiązania. Skoro nie znalazł go na zewnątrz, to jedyne na co ma bezpośredni wpływ to nasze własne ciało, więc wywołuje w nim adekwatne zmiany. To trochę tak, jakby mózg myślał, że poprzez dolegliwości pomaga nam w bezpiecznej kontynuacji życia. I teraz naszym zadaniem, terapeuty oraz klienta, jest odnalezienie przyczyny, czyli właściwej historii, oraz przerobienie emocji z nią związanych w taki sposób, by do mózgu dotarło, że jego „pomoc” nie jest już potrzebna i może uzdrowić ciało, ponieważ problematyczna kwestia została pomyślnie zakończona.

Dlaczego tak ważne są informacje dotyczące tego, co przeżywała nasza mama, gdy była z nami w ciąży?

Przy tej metodzie terapii bardzo istotne są wszelkie informacje dotyczące rodziców w czasie, który określamy mianem „Projekt//Cel”, czyli tego, co przeżywali na 9 miesięcy przed zapłodnieniem, w momencie zapłodnienia, podczas całej ciąży oraz pierwszych 9 miesięcy życia dziecka.

Co jest jednak najważniejsze?

Najważniejsze są emocje pojawiające się w kobiecie, ponieważ dziecko, bezpośrednio z nią połączone pępowiną, odbiera każde uczucie na poziomie fizycznym oraz psychicznym niemal jak własne (np. gdy z powodu silnego stresu w ciele matki pojawi się adrenalina, to dotrze ona również do potomka). Poza tym, ciąża to czas, kiedy młody organizm się rozwija i przyjmuje wszystko bezkrytycznie do siebie, mimowolnie ucząc się schematów, które mają pomóc mu przetrwać w przyszłości (na zasadzie „skoro działało u mamy, to będzie działać i u mnie”). Co więcej, przejmuje nawet obciążenia całego organizmu, bo matka musi przeżyć, by zadbać o swoje dziecko po porodzie.

Czy ta wiedza pomaga w terapii?

Niejednokrotnie podczas sesji zdarza się odnaleźć źródło konfliktu „w brzuchu matki”, bo to tam zapoczątkowane zostały programy, blokady czy konflikty wpływające na przeszłe, obecne i przyszłe życie klienta lub jej/jego dziecka. A im więcej jesteśmy w stanie się dowiedzieć i przetransformować, tym lżejszy się stanie nieświadomie odziedziczony przez nas bagaż”.

Podaj proszę jakiś przykład, żebym mogła sobie to wyobrazić.

Chyba za jeden z ciekawszych uważam przypadek mężczyzny, który posiadał stwardnienie w okolicach brzucha. Zadzwoniliśmy do jego matki i przeżyli wzruszającą rozmowę, w której wyznała, że podczas ciąży została uderzona przez swojego męża w dokładnie to samo miejsce. Oczywiście się przestraszyła, że mogło mu się coś stać, a gdyby brzuch był bardziej twardy, to stanowiłby lepszą ochronę przed ewentualnym atakiem. Innym, bardziej psychologicznym przykładem, była młoda kobieta z anemią. Wielokrotnie znajdowała się w sytuacjach, w których niechcący naruszała czyjąś przestrzeń i dana osoba w nagły, dość agresywny sposób (np. krzykiem czy szantażem), przekazywała jej, że nie ma do tego prawa. A ponieważ zawsze wszystko robiła w dobrej wierze, te zdarzenia naruszały jej poczucie wartości, co znowu wiązało się z jej dolegliwością. Dzięki narzędziom wykorzystywanym przy terapii (np. analiza linii życia), weszłyśmy na trop prowadzący do pytania „co przeżyła matka będąc w 6-tym miesiącu ciąży?”. Okazało się, że był to czas w Polsce, gdy w godzinach policyjnych nie można było wyjść z domu nie narażając się na niebezpieczeństwo. Jednak rodzice klientki to zrobili i spotkali się z policjantem, który nie słuchając ich tłumaczeń wyciągnął broń, przystawił do brzucha kobiety i powiedział, że mają wracać skąd przyszli albo poleje się krew. Wrócili do domu, przerażeni, ale jednocześnie szczęśliwi, że im i ich dziecku nic się nie stało i żyją. Moja klientka podświadomie przyciągała takie sytuacje, ponieważ dla jej mózgu emocje przez nie wywołane stanowiły komunikat „czuję, że żyję, niebezpieczeństwo zażegnane i wszystko jest już dobrze”. Po pracy terapeutycznej klientka stała się bardziej świadoma i uważna na swoje postępowanie, a po kilku tygodniach od sesji anemia się zmniejszyła. Tak, jak w historii rodziców – wszystko zakończyło się dobrze 🙂

A co w momencie, gdy to dziecko zachoruje?

Na szczęście przy pomocy tej terapii rodzice są w stanie wspomóc proces zdrowienia dziecka. Jednak przynajmniej do jego 13 roku życia to ich zadaniem jest przejść terapię, a potem wykorzystując metody wpływania na podświadomość pracować z dzieckiem tak, by jego mózg zrozumiał, że dana dolegliwość w jego ciele nie jest już potrzebna, a organy dotknięte chorobą mogą się zregenerować i odbudować. Podam inny przykład. Miałam przywilej pracować z rodzicami dziecka, które wcześnie po narodzinach zachorowało na nowotwór oka. Przeżyli ciężki poród, podczas którego matka wyprosiła z sali swojego partnera, ponieważ nie chciała, by widział ją w tak odrażającym (w jej odczuciu) stanie, jednocześnie bardzo chcąc, by był z nią w tak trudnym momencie. Dla kobiety było to traumatyczne przeżycie, a mózg pociechy znalazł rozwiązanie – jeśli tata byłby niewidomy, to mógłby zostać w sali i być wsparciem dla matki. A ponieważ mózg ma wpływ jedynie na ciało, w którym się znajduje, to by pomóc rodzicom, wykorzystał swój własny organ.

Brzmi niewiarygodnie. Wielu na pewno zapyta, czy ta metoda jest bezpieczna?

Mimo swojej intensywności, to wciąż jest po prostu rozmowa. Zadaniem terapeuty jest przywołanie uczuć, często bardzo silnych, które wpłynęły na pojawienie się w naszym życiu czegoś, z czym pragniemy sobie poradzić, więc być może nie będzie to najprzyjemniej na świecie spędzony czas na pogawędce przy kawie, a po spotkaniu może zaistnieć potrzeba odpoczynku i odreagowania, ale niewiele poza tym. Jeśli podczas spotkania, czy spotkań, starania klienta i terapeuty nie przyniosą upragnionych efektów (tak też może się zdarzyć, ponieważ to nie jest magia i istnieje wiele czynników wpływających na przebieg i efekt pracy), to przynajmniej emocjonalnie osoba poczuje się lepiej, ponieważ zdejmie z siebie jakiś ciężar.

Idealnie opisuje to opinia jednego z moich klientów: „Emilia tak drąży w danym temacie, aż wydrąży logiczne rozwiązanie. Polecam każdemu, kto sam dla siebie chce dobrze. To jak masaż dla duszy. Po sesji czujesz się o wiele lepiej.” I do tego, by czuć się lepiej dążymy.

Czym Recall Healing® różni się od innych form terapii?

Istnieje wiele różnych metod, więc ciężko porównywać. Każdy terapeuta ma swoje sposoby i przed rozpoczęciem pracy ustala jej zasady z klientem. Jednak jeśli za przykład weźmiemy bardziej tradycyjne sesje psychologiczne, to przebieg spotkania może się bardzo różnić. Przede wszystkim założeniem jest, by odnaleźć przyczynę i przepracować ją w jak najkrótszym czasie interakcji z klientem, czyli przy niewielkiej ilości sesji. To natomiast wymaga od terapeuty spędzenia dużej ilości czasu poza spotkaniami. Najważniejszy na początku jest kwestionariusz wypełniany przez klienta oraz właściwa diagnoza wydana przez lekarza. Z otrzymanych informacji buduje się tzw. linię życia, analizuje znaczenie dolegliwości, szuka się schematów i tego, co możliwie miało wpływ na aktualny stan, przygotowuje się pytania, wymyśla sposoby przepracowania emocji, adaptuje przestrzeń…

A w tym wszystkim tylko i wyłącznie emocje!

Podczas pracy ze mną zdarza się, że osoba nie tylko płacze, ale też niekiedy krzyczy i przeklina, albo rozdziera gazety, czy bije pięściami w poduszkę… Inaczej uwalnia się smutek, inaczej złość, jeszcze inaczej wstyd. Inaczej przechodzi się przez proces przebaczania. Tu nie ma takiej, nazwijmy to, „poprawności politycznej”, jak przy konwencjonalnych metodach.

Czego w takim razie może się spodziewać klient? Jak powinien się przygotować?

Przed przystąpieniem do pracy zawsze rozmawiam z potencjalnym klientem. Przede wszystkim ustalamy zasady działania. Jeśli przypadek nie jest oczywisty (np. uzależnienie od papierosów, otyłość, bloki emocjonalne), to potrzebna jest właściwa diagnoza lekarska odnośnie problemu. Staram się też wyczuć, czy osoba naprawdę pragnie poprawy swojej sytuacji i jest gotowa na podjęcie wysiłku oraz na wzajemne zaufanie. Jeśli klient nie będzie ze mną całkowicie szczery, to nie będę w stanie wykonać swojej pracy dobrze. Oczywiście rozumiem, że ciężko jest się podzielić swoimi sekretami, zwłaszcza tymi wiążącymi się z silnymi emocjami, ale to zazwyczaj właśnie w tych sekretach kryje się rozwiązanie. Często wymagana jest konfrontacja z uczuciami, których wolałoby się nie mieć (np. żal do matki, upokorzenie związane z gwałtem czy nienawiść ze względu na wyrządzoną krzywdę). A do tego jeszcze umysł prowadzi z nami grę w chowanego, ponieważ mózg chce chronić swoje rozwiązanie problemu, więc niejednokrotnie trzeba korzystać z prowokacji. Dlatego klient musi mieć świadomość, że pewne działania mogą być kontrowersyjne i poddać się im, by dać sobie szansę.

A co w sytuacji, gdy nie mamy wiedzy na temat przebiegu ciąży naszej mamy?

W niektórych przypadkach w ogóle nie potrzebujemy wiedzy na ten temat, a w innych jesteśmy w stanie wywnioskować, co się mogło dziać w życiu matki czy ojca. Są też osoby, które szukają informacji wśród dalszych członków rodziny, jeśli nie są w stanie uzyskać ich od rodziców. Wiele zależy od tego, z czym i z kim mamy do czynienia, oraz jaka jest determinacja klienta.

Wyobrażam sobie, że dość często spotykasz się  ze sceptycyzmem?

Do każdej rzeczy można podejść sceptycznie i to wcale nie jest takie złe. Jeśli poddajemy coś pod wątpliwość, to nasz umysł pracuje, a my możemy podjąć bardziej świadome decyzje w swoim życiu. Jednak warto też mieć otwarty umysł i zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszystko na tym świecie rozumiemy, a wcale nie oznacza to, że coś nie istnieje bądź nie działa. Dawniej nie rozumiano grawitacji, ale ona przecież wciąż istniała. Sto lat temu pewne choroby nazywano nieuleczalnymi, a teraz nie mamy z nimi większego problemu. To nie jest magia, zabobon, ta metoda nie przeciwstawia się działaniom medycyny konwencjonalnej, ani też nie preferuje żadnego wyznania religijnego czy rasy.

I nie trzeba wierzyć w tę metodę terapii, by dać sobie szansę na zmianę stanu zdrowia czy świadomości, tak samo, jak nie trzeba wierzyć w chorobę, by na nią zapaść.

Umiałabyś pomóc sama sobie?

Jest to możliwe, ale bardzo trudne. Wspominałam, że mózg myśli, że nam pomaga, więc chce chronić to, co wytworzył i sabotuje działania prowadzące do odnalezienia w pamięci właściwego zdarzenia oraz wywołanie powiązanych emocji. Ciężko jest siebie samego nabrać czy sprowokować, a jeszcze ciężej samemu sobie się zwierzyć czy uwolnić uczucia nie mając świadomości, że się ich w pełni nie przerobiło. Dlatego sama też przeprowadzam „śledztwo” wśród rodziny, spisuje wszystko, co pamiętam, i kiedy utknę – wybieram się do innego terapeuty. I oczywiście też korzystam z porad lekarskich, czy innych form prozdrowotnych działań.

Jesteś w trakcie budowy swojej strony EMIefekt.pl, a Twoje hasło na wizytówce brzmi „Butterfly effect for a better life”. Kryje się za tym jakaś historia?

Jesteśmy skomplikowanymi i, w pewnym sensie, delikatnymi istotami w świecie, który się dynamicznie zmienia. Głęboko wierzę, że na jakość naszego życia największy wpływ mają rzeczy związane z naszymi emocjami (E), myślami (M), intymnością (I), a gdy odważymy się na pracę i transformację w choć jednym z tych aspektów, to następuje ciąg zmian również pod innymi względami. Typowy efekt motyla, który wpływa pozytywnie na wszystko, co jest związane z naszą egzystencją.

Emilia Nina Mazurkiewicz / Facebook / EMIefekt.pl
Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 kwietnia 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo