Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Babcie emigrantów

16 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

Tych babć nie widać na ulicach.

Nie chodzą z wózkami po parku, na placu zabaw nie karmią wnuków domowym ciastem i żelkami w kształcie robaków.  Te babcie mają w domach komputery, zamiast schowanych cukierków i dostęp do Internetu, zamiast pudełka z zabawkami. Częściej korzystają z myszki, niż z patelni do naleśników i potrafią bezbłędnie rozpoznać sygnał rozmowy przychodzącej na Skypie lub na Whatsappie. To są babcie wnuków-emigrantów, których rodzice wybrali lepszą teraźniejszość dla siebie i lepszą przyszłość dla swoich dzieci. 

 

Beata lat 56, mąż i jedyna córka, która z zięciem Polakiem mieszka od 4 lat w Norwegii. 

Za dwa miesiące będę miała wnuczka u siebie przez całe trzy tygodnie. To dla niego takie wakacje z babcią w Polsce,  a dla mnie bardzo cenny czas. Specjalnie czekam z urlopem, tak oszczędzam dni w roku, żeby właśnie mieć na te trzy tygodnie. A wie Pani, jak on już pięknie mówi po norwesku i po polsku? Miesza trochę wyrazy i czasami, gdy pytam go o coś po polsku, to odpowiada językiem, który poznaje w przedszkolu. 

– Nie żałuje Pani, że wnuczek nie mieszka tutaj? 

– Pewnie, że żałuję. Mam tylko jedną córkę, ale towarzystwa dotrzymuje mi mąż, no i rozmawiamy często na Skypie. Widzę to wszystko – jak był mały, to córka go bardziej pokazywała, a teraz sam chce porozmawiać z babcią i prosi rodziców o włączenie rozmowy. Ostatnio pokazywał mi rysunki, które robił w przedszkolu. Czy Pani wie, że w Norwegii dzieci przebywają na świeżym powietrzu codziennie, niezależnie od pogody przez kilka godzin? Nawet zimą jedzą drugie śniadanie na powietrzu. Mały wcale nie choruje, złapał może jedną infekcję, jakiś katar, a ma już przecież prawie cztery lata! 

– Czyli opieka przedszkolna jest lepsza niż w Polsce?

– Oczywiście, przecież tam on jest uczony norweskiego od postaw, są specjalne zajęcia. Nie ma takiego zaduchu jak u nas w przedszkolach, grupy są mniejsze, zajęcia lepiej zorganizowane, codziennie biega po ogrodzie. Jestem zadowolona, że mój wnuczek chodzi do takiego przedszkola! 

– A nie chciałaby Pani, żeby córka z zięciem za jakiś czas wrócili do Polski?

– Córka mówi, że Norwegia to nie będzie chyba docelowe miejsce ich pobytu, że jednak ta część Skandynawii nie spełnia ich oczekiwań całkowicie. Wie Pani, ja bym nie chciała, żeby oni wrócili. 

– Naprawdę?! 

– Nie. Tutaj jest ciężko i z pracą dla nich i z opieką nad dzieckiem. Przecież ja pracuję, mnie zostały co najmniej 4 lata do emerytury, ja im tutaj nie pomogę i tak wnuczek musiałby iść do przedszkola. Sama Pani wie, jak to u nas wygląda – dostać się i tak dalej, ciągle nerwy wiem, bo młode nauczycielki narzekają. Niech nie wracają do Polski, ja mogę do nich jechać, oni przywiozą do mnie Piotrusia i jakoś sobie poradzimy.

 

 

Wioletta, lat 54, mąż i dwie córki – Agata i Asia. Agata mieszka we Francji, wyszła za mąż za Francuza, ma córeczkę, Asia mieszka w Polsce, jej mąż jest Polakiem, córeczka jest o kilka miesięcy starsza od dziecka Agaty. Agata nie zamierza wracać do kraju, Asia przeprowadziła się z Poznania do Bydgoszczy, żeby być bliżej rodziców. 

– Pani Wiolu, zacznijmy może od tego, jak układają się Pani relacje z zięciami? 

Bardzo dobrze. Zięć Jaś – Polak często do nas zagląda, przywozi wnuczkę, czasami wieczorem odbiera od nas dziewczyny. Mamy bardzo dobre relacje, ja się, proszę pani, staram być miłą teściową, nie czepiam się, jak widzę, że coś jest nie tak, to mówię córce. Oni są młodzi i to teraz jest inaczej niż kiedyś. Asia jest bardzo uważną matką, ja nie widziałam, że cokolwiek dzieje się z Kasią, a ona już zwróciła uwagę na nóżkę i szybko zapisała małą do fizjoterapeuty dziecięcego. Słusznie jak się okazało, bo malutka miała jakieś przykurcze i mogłaby mieć problem z rozpoczęciem nauki chodzenia. 

– A z zięciem z Francji?

– Bardzo dobrze się dogadujemy, bo ja nie znam francuskiego, a on nie mówi po angielsku – śmieje się Pani Wiola – Tak poważnie, ciężko pracuje ten mój zięć, przystojny facet, zaradny, mają ładny dom, a córka zadowolona. Czego ja, jako matka, mogę chcieć więcej? Wnuczka rozwija się prawidłowo. Cieszę się, że dziewczyny mają córki, które dzieli zaledwie kilka miesięcy. Żałuję tylko, że Agata jest tak daleko. Chciałam, żeby pod koniec ciąży przyjechała, ale wolała urodzić we francuskim szpitalu. Później ja mogłam pojechać do nich,  dopiero gdy Jagoda miała 1,5 miesiąca i w sumie może lepiej się stało.  

– Dlaczego? 

– We Francji opieka w czasie ciąży wygląda inaczej niż w Polsce, na przykład o wiele rzadziej wykonuje się usg. Oni mniej przejmują się zdrowiem dziecka, zdrowiem kobiety. Dla nich to wszystko jest takiej… bardziej oczywiste niż  w Polsce. U nas są badania, ciężarna konsultuje się z różnymi specjalistami, opieka wygląda zupełnie inaczej. Agata rodziła naturalnie, chociaż Jagoda ważyła ponad 4 kilogramy, u nas coś takiego byłoby wskazaniem do cesarskiego cięcia. Proszę sobie wyobrazić, że po porodzie doszło u niej do porażenia jakichś mięśni i nie mogła w ogóle wstać z łóżka! Nie mogła zająć się dzieckiem, sobą, musiała siedzieć w szpitalu, miała rehabilitację. To wszystko trwało ponad miesiąc, a ona w tym czasie nic mi nie powiedziała! Jaka byłam na nią zła, przecież przyjechałabym wcześniej. Jak ją zobaczyłam po tym okresie 1,5 miesiąca po urodzeniu Jagody, to nie poznałam własnej córki! A ona wtedy do mnie: Mamuś, teraz już jest lepiej, mam czucie w nogach i mogę chodzić, do tej pory to Pierre zajmował się małą i moja teściowa. Żadna matka nie chce usłyszeć czegoś takiego od swojej córki. Wie Pani, jak dzisiaj myślę, jak to się mogło skończyć, to aż mam gulę w gardle. Moja wysoka, wysportowana i aktywna córka, to się jednak nie przewidzi, co się stanie w czasie ciąży i porodu. 

– A jak dzisiaj czuje się córka?

– Twierdzi, że bardzo dobrze, wysyła mi mmsy, często do siebie dzwonimy. To jednak nie to samo, co być na miejscu. Bardzo żałuję, że nie mieszka w Polsce. Asi pomagam, jestem  u niej dwa popołudnia w tygodniu. Nie wpycham się w ich życie, tak ustaliłyśmy i tak jeżdżę. Zajmowanie się starszą wnuczką to dla mnie przyjemność. Tylko Kasia je jak smok i waży coraz więcej, niedługo nie będę miała siły jej podnosić – śmieje się Pani Wiola – A Agata z Jagodą? Przyjadą do nas za dwa tygodnie. 2 miesiące temu pojechaliśmy do nich z mężem, sami, samolotem i pociągiem. Do dzisiaj nie wiem, jak udało nam się nie pogubić na dworcu bez znajomości francuskiego, ale dojechaliśmy. Wolałabym częściej widywać Jagodę  i pomagać Agacie, zwłaszcza że opieka nad malutkimi dziećmi wygląda we Francji zupełnie inaczej. 

– To znaczy? Córka ciągle zajmuje się Jagodą?

– A skąd. Urlop macierzyński trwa we Francji tylko 3 miesiące, a później kobieta wraca do pracy. Francuzki rzadko karmią dzieci piersią, więc nie mają tego problemu, co młode matki u nas. Tam się tak nie chucha na dzieci, a z tego, co mówiła córka, wiem, że podobne podejście mają także francuscy pediatrzy. We Francji, jeśli dziecko płacze, a ma zaspokojone wszystkie potrzeby, to znaczy: jest umyte, nakarmione, przewinięte i nie ma gorączki, to dziecko się odkłada do łóżeczka i czeka, aż przestanie płakać. Oni nie słyszeli o czymś takim jak rodzicielstwo bliskości. Dlatego po trzech miesiącach opiekę nad niemowlakiem przejmuje niania. U Agaty na ulicy w jednym domu jest taki mini-żłobek, w którym jedna z sąsiadek opiekuje się maluszkami. W tym roku przyjęła troje dzieci w tym naszą Jagodę. Córka śmieje się, że może małą przerzucić przez płot i jechać do pracy. 

– A  co Pani o tym myśli? Chciałaby Pani, żeby Agata i Pierre zamieszkali w Polsce?

– Nie podoba mi się, że opieka nad dzieckiem trwa we Francji tak krótko. Uważam, patrząc na moją drugą wnuczkę, że do roku mama powinna być przy swoim dziecku. Mam wrażenie, że urodzenie dziecka to dla Francuzek tylko punkt z listy zadań do wykonania – jak kupienie sportowego samochodu, czy zamieszkanie w domu z dużym salonem. U nas jest inaczej, niemowlęta mają mamę przy sobie o wiele dłużej i dostają o wiele większą dawkę miłości. Chciałabym, aby Agata w przyszłości nie żałowała, że tak szybko musiała wrócić do pracy. Myślę, że żałuje czasami, jak patrzy na zdjęcia Asi i Kasi. Wiem, że dziewczyny są ze sobą w stałym kontakcie, pewnie dzielą się swoimi sekretami, w które nie chcą angażować starej matki. A czy chciałabym, żeby zamieszkali tutaj? Oczywiście, praca dla zięcia na pewno by się znalazła, on pracuje we Francji na jakimś kierowniczym stanowisku. Mogłabym pomóc w opiece nad Jagodą i widywać obie – córkę i wnuczkę – o wiele częściej. 

 

 

Pani Stasia, lat 80, babcia Agaty i prababcia małego Tomka

– Pani Stasiu, wnuczka jest dla Pani, jak córka, prawda?

– Tak, wychowałam syna na dobrego człowieka, a on znalazł później żonę. Synowa dała mu piękną córkę i poszła sobie – Pani Stasia macha dłonią pokrytą siecią żyłek i brązowymi plamkami – w cholerę. No to syn przyszedł do mnie, mówi Mama, weź Agatę do siebie, co? Ona ma 6 lat, zaraz idzie do szkoły, Ty jesteś na emeryturze, razem będzie Wam weselej. To co miałam robić? Zajęłam się wnuczką. 

– Jak wyglądała opieka nad Agatą?

– Nie wiem, kto się tutaj kim bardziej opiekował – śmieje się Pani Stasia – jak Agata zamieszkała ze mną, to ja miałam wtedy 56 lat i byłam na wcześniejszej emeryturze. Całe życie pracowałam w łódzkich zakładach włókienniczych, na starość praca zaczęła ze mnie wychodzić – problemy ze słuchem, z koncentracją, z pamięcią. Zaczęłam się sypać, jak stara choinka po świętach, jak skończyłam 65 lat. Agata miała wtedy 15 lat i zaczęła się mną opiekować. Wiesz, nie takiej młodości dla niej chciałam, ona powinna latać, biegać, mieć koleżanki, umawiać się z chłopcami, a ona po szkole pędem do domu, bo obiad trzeba zrobić, często z zakupami, z siatkami. W końcu wkurzyłam się, dzwonię do syna: Janek albo zaczniesz Agacie pomagać w opiece nad starą matką, albo Ci skórę na grzbiecie wygarbuję. Musiałam tak powiedzieć, bo syn miał już swoją nową rodzinę, związał się z panią z wyższej sfery, miał z nią syna. Ja mu od początku mówiłam, że za wysokie progi synek, ale jak się uparł, to nie było mocnych. Ładnego mam wnuczka, Michasia, zaraz Ci zdjęcia pokażę, śliczny był jako dziecko. Dzisiaj już studiuje…

– Pani Stasiu, a jak to było z tym wyjazdem Agaty?

– A tak, no więc Janek zaczął mi więcej pomagać, Agata skupiła się na nauce. Skończyła szkołę, nauczyła się szycia i zaczęła zarabiać, biorąc szycie do domu. Wtedy to ja się zupełnie załamałam. Gdzie to dziewczę pozna jakiegoś chłopaka, jak cały czas z nosem w niciach siedzi? A miała już 20 lat, ja w jej wieku dawno byłam mężatką i matką. Z kłopotu uratowali mnie sąsiedzi, ich syn – Krzysiek dwa lata starszy od Agaty – zabujał się po uszy – Pani Stasia znowu się śmieje. Jakie niezdarne były te jego zaloty. W końcu ojciec, co miał trochę oleju w głowie i zawsze darzył mnie szacunkiem, zszedł któregoś dnia z góry z butelką wódki i poprosił o rękę Agaty. Wnuczka do dzisiaj śmieje się, że mogłam ją chociaż za kozę przehandlować, to bym miała świeże mleko. I któregoś dnia, Agata do mnie mówi, że chcą z Krzyśkiem wyjechać, do Hiszpanii. Wiesz, ja wtedy to ze cztery noce nie spałam z nerwów, jak to będzie z nimi, jak sobie poradzą. 

– Nie martwiła się Pani, co będzie z Panią?

– Wcale. Przecież mam na miejscu Jasia, a on się wszystkim zajmie. Zaskórniaki wyjęłam spod materaca, zapakowałam w kopertę, daję jej i mówię, jedź dziecko, tylko z Bogiem. Pojechali, a mnie wnuczek nauczył obsługiwać komputer i mogłam z Agatką rozmawiać na tym programie, co się widzimy. Krzysiu pracował, jako stolarz, a ona szybko nauczyła się języka, więc szyła na zamówienia albo zajmowała się dziećmi. Nie mieli tam źle i mieszkanie ładne i auto kupili. I dzwoni Agata jednego dnia i tak jest dziwna, już tak myślałam, że coś się święci, w końcu zbliżała się już do 30. A ona do mnie, że będę prababcią! To jest coś niesamowitego, nie wiem, jak mam Ci opisać to uczucie, że wiesz, że urodzi się czwarte pokolenie. Twoja wnuczka jest dorosłą kobietą i będzie matką, a Ty masz jeszcze dość klepek w głowie, żeby to do Ciebie dotarło. Byłam szczęśliwa. 

– Co się działo dalej?

– Tomek urodził się w Hiszpanii i tam spędził 1,5 roku życia, a później przyjechali. Wrócili na stałe. Ja już wtedy mało chodziłam, tylko po domu i do sklepu na rogu. Mieliśmy taką umowę ze sklepikarzem, że ja kupowałam butelkę wody, a on mi tę butelkę odkręcał, żebym nie musiała czekać na Jasia, bo to taka moja słabość, lubię wodę z gazem. Agata któregoś dnia podjęła decyzję – ja chyba mogę tak powiedzieć, prawda? Krzyś mam nadzieję, że się nie obrazi, ale ja już mam tyle lat, że dobrze widzę, kto podejmuje decyzje w ich domu – że wracają. W ciągu miesiąca wszystko załatwili i byli z powrotem. Bardzo się ucieszyłam, w moim wieku każda godzona z wnuczką i prawnukiem to skarb. 

– Nie uważa Pani, że tam żyłoby im się lepiej?

– Nie wiem, nie mam pojęcia, a może to wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? Agata nie tęskni za Hiszpanią, możesz jej zapytać, zaraz pewnie przyjdzie z pracy, a Tomek jest oczkiem w głowie: rodziców, dwóch dziadków,  babci i prababci. Nie sądzę, żeby gdziekolwiek za granicą dostał tyle miłości, co tutaj. 

 

 

Babcie, które kochają swoje wnuki i prawnuki, które chcą dla nich i dla dzieci, jak najlepiej. Bacie, które zamiast przytulenia mają emotki, a zamiast buziaka w policzek, przychodzące Pocztą Polską lekko wymięte laurki. Czy miłości można doświadczać na odległość? Patrzę na Beatę, Wiolę i myślę, że dopóki mamy swoje sprawy – jesteśmy aktywne zawodowo, zajmujemy się domem, mamy mężów i znajomych – tęsknota może się przyczaić, może być uśpiona. Inaczej, gdy spotykamy się ze swoją metryką i dociera do nas, jaką wagę ma każda godzina. Wtedy imigracja naszych dzieci i to, że nie mamy przy sobie wnuków, zaczynać boleć, jak powstający w nas tatuaż – babcia imigrantów. 

Rozmowy

Polki niekompletne

30 kwietnia 2020 / Agnieszka Jabłońska

...kiedy tęsknota za dzieckiem rozwija się z czasem

Z moimi rozmówczyniami spotykamy się w modnej kawiarni i w ładnym mieszkaniu. Jemy razem słodki karmelowy popcorn na jednej z parkowych ławek i łapiemy się w biegu na biznesowy lunch. Jak o sobie mówią kobiety, które zgodziły się ze mną spotkać? Pozytywnie z uśmiechem, dużo i głośno, chętnie gestykulują, śmieją się. To świetny wstęp, ale później dochodzimy do słowa „bez”.

U każdej z nich obserwuję taką samą reakcję – milczenie. Jest chwila zawahania, zatrzymanie potoku swobodnie płynących myśli. „Tak – mówi w końcu pierwsza – żyję bez dziecka i coraz częściej czuję, że jestem niekompletna”.

Coraz starsze mamy Polki 

Granica wieku, w którym większość Polek rodzi swoje pierwsze dziecko, mocno się przesunęła. Obecnie, jak informuje mnie jedna z położonych, mamy ogromny rozstrzał. Na porodówkę przyjeżdżają tłumnie młode dziewczyny, później są pojedyncze przypadki, a kolejna nawałnica urodzeń ma miejsce wśród kobiet w okolicach trzydziestki. To nie powinno nikogo dziwić – 6 lat między skończeniem studiów a urodzeniem dziecka to czas, jaki mają Polki, by wejść na ścieżkę kariery, stać się specjalistkami, zdobyć umowę na czas nieokreślony lub ustabilizować własną firmę i iść na urlop macierzyński z poczuciem, że mają dokąd wracać. 

Kobiety, które chcą ŻYĆ

Jednak naciski na posiadanie dziecka ze strony społeczeństwa oraz bliskich są ogromne i często młode kobiety muszą dokonywać trudnych wyborów. Oczywiście da się pogodzić wychowanie dziecka z karierą zawodową, rozwojem osobistym, podróżowaniem i doświadczaniem życia. Co, jeśli jednak jakaś kobieta tego nie chce? Nie chce pracować aż do rozwiązania w trosce o swoje stanowisko pracy, nie chce jechać na wyprawę życia z wózkiem i zapasem pieluch, nie ma ochoty oddawać dziecka do dziadków co weekend, żeby poużywać życia? Co z kobietami, które mają inne plany, a jednocześnie żałują, że nie mogą się rozdwoić? Czy mamy prawo je potępiać?

#KAJA
gdy brakuje mężczyzny

Kaja zaprasza mnie na kawę do modnej kawiarni w centrum Łodzi. Pijemy wyśmienitą latte i gadamy o życiu, o jej firmie, która świetnie prosperuje, o nowym pracowniku, którego nareszcie mogła zatrudnić i o etacie wirtualnej asystentki, który właśnie stworzyła. Kaja ma 33 lata, jest właścicielką niewielkiej agencji reklamowej, którą prowadzi od niemal 7 lat. Jest śliczną kobietą: ma kręcone blond włosy, piegi i absolutnie niebieskie oczy. Co chwila się śmieje, a gdy to robi zakrywa usta dłonią dziecięcym gestem – zdecydowanie nie wygląda na twardą businesswoman. 

– Od liceum wiedziałam, że chcę pracować w reklamie. Oglądałam te wszystkie posty w telewizji, widziałam bilbordy na mieście i miałam poczucie, że umiem zrobić to lepiej. Dlatego poszłam na studia z marketingu i przez cały czas łapałam staże w agencjach, a z jedną nawet związałam się na parę lat. Jednocześnie mocno pracowałam nad moimi umiejętnościami, uczyłam się obsługi nowych programów, szlifowałam język angielski. Dzisiaj jest naprawdę fajnie, firma działa, pracuję jakieś 30 do 40 godzin w tygodniu, co jest miłą odmianą po latach zasuwania po 12 godzin codziennie. Mam ładne trzypokojowe mieszkanie, własny samochód, jestem niezależna finansowo. 

– To niesamowite, że już w tak młodym wieku miałaś pomysł na siebie! Ja w liceum miotałam się między byciem humanistką, a klasą mat-fiz. – obie się śmiejemy – Ok, Kaja, a jak Twoje plany macierzyńskie? 

– I tutaj Cię zaskoczę: nie mam żadnych – rozkłada ręce nad stolikiem – To znaczy, plany to ja mam, w tej chwili jest idealny moment na dziecko, ale nie mam żadnego faceta, który nadawałby się na ojca. Ostatnio myślałam nad wybraniem gościa, który będzie ojcem dziecka, tak wiesz, bez specjalnego związku, ale gdzieś we mnie jest ogromna potrzeba założenia rodziny – rosół w niedzielę, wspólne spacery, rodzicielskie rozmowy w sypialni. Spotkałam się z dwoma facetami, którzy byliby świetnymi mężami i ojcami. Jeden z nich oświadczył że on kategorycznie nie chce mieć dzieci do 40stki, a miał wtedy 28 lat. Mogłam poczekać, mama mi wypominała, że gdybym bardziej nad nim popracowała, ale… jak tak nie potrafię. Sama nie chciałabym związać się z osobą, która nie akceptowałaby mojego stylu życia, więc się rozstaliśmy. Drugi facet był świetny –  miał własną sieć restauracji, zaradny, przedsiębiorczy, szarmancki – c-u-d-o! Kochaliśmy się bardzo i chcieliśmy mieć rodzinę, ale okazało się, że on nie może mieć dzieci. Załamał się, zaczął pić. Wytrzeźwiał, zerwaliśmy. Życie potoczyło się dalej. Tak, żyję bez dziecka i coraz częściej czuję, że jestem niekompletna. Jeśli w ciągu 12 miesięcy nie znajdę idealnego kandydata na ojca  moich dzieci, to chyba skorzystam z innej opcji. – Kaja uśmiecha się smutno – Biologia nas współczesnych kobiet ewidentnie nie lubi – kończymy naszą kawę w milczeniu. 

#AMELIA
gdy przeważa troska o środowisko 

Amelia zaprasza mnie do swojego pięknego mieszkania w jednej z łódzkich kamienic. Pokoje w amfiladzie, wielkie okna, drewniana podłoga – miejsce jest tak samo magiczne jak jego właścicielka – joginka i weganka. Amelia ma 36 lat, ale wygląda na studentkę. Jest szczupła, ma krótkie czarne włosy, tatuaże na plecach i rękach. Siadamy wygodnie na miękkim dywanie, wspieramy się na puszystych poduchach, które zostały uszyte z tkaniny przywiezionej z Indii. 

– Moja mama już dawno straciła nadzieję i pewnie myśli, że jestem lesbijką. – Amelia puszcza do mnie oko – Wciąż podobają mi się faceci, chociaż zawsze zawieszę oko na pięknej kobiecie. Mam partnera, mama o nim nie wie. Jest Hindusem, pracuje w łódzkiej korporacji. Nie mieszkamy razem, on ma w Indiach żonę. Rodzice zorganizowali zaręczyny i ślub, gdy pojechał ostatnio do domu powiedzieć im o mnie. Poczułam się jak bohaterka filmów z Bollywood, miałam ochotę krzyczeć i tupać na środku pokoju, gdy do mnie zadzwonił. Teraz jednak cieszę się z tej sytuacji, bo z żoną będzie mógł mieć dzieci. – Amelia wzdycha i wypija łyk korzennej herbaty z mlekiem – Od dziecka uwielbiałam dzieci, opiekowałam się najpierw rodzeństwem, później pracowałam na świetlicy i z zuchami w harcerstwie. Chciałam być mamą, mieć gromadkę dzieci, dom z wielkim stołem, gwar w Święta Bożego Narodzenia… Później jednak w moim życiu pojawiła się joga, minimalizm i buddyzm. Zainteresowałam się cierpieniem, którego nie brakuje na naszej planecie i doszłam do wniosku, że nie chcę mieć dzieci. Człowiek już dość wykorzystuje Ziemię, niszczy jej zasoby, nasze dzieci będą musiały umiejętnie korzystać ze smętnych resztek i zadbać o klimat, inaczej nie przetrwamy tego. Decyzja, żeby wyjść poza moją potrzebę, poza mojego ego, które pragnęło dziecka, krzyczało o nie i obniżało moje poczucie wartości, jako kobiety była dla mnie bardzo trudna. Te wszystkie reklamy, plakaty, ciężarne koleżanki – w pewnym wieku wszystkie Twoje koleżanki są w ciąży albo już urodziły dziecko. To jest jak plaga, jak szarańcza, przewala się przez Twój rocznik, a Ty kucasz na podłodze i wkładasz sobie do ust pięść, żeby nie krzyczeć. Ale emocje są jak fale oceanu, one przychodzą i odchodzą i – Amelia uśmiecha się do mnie łagodnym ciepłym uśmiechem, a ja widzę, że moja rozmówczyni jest na zupełnie innym etapie rozwoju duchowego niż ja – można się do nich przyzwyczaić, zaakceptować je. Z czasem bolą o wiele mniej.

#KASIA
gdy mężczyzna nie chce dziecka 

Z Kasią widzimy się na krótkim lunchu biznesowym. Ma świetny kostium, krągłą figurę i zjawiskowe czarne włosy. Rozmawia szybko, jest konkretna. 

– Chciałam mieć dziecko, no pewnie. Dalej chcę zostać mamą, mam 29 lat całe życie przede mną – śmieje się – jest tylko jeden problem: mój facet. Jest rozwodnikiem, ma swoją córkę i nie widzi w swoim życiu miejsca na kolejne dziecko. Mamy impas i codziennie podejmuję od nowa decyzję, że chcę z nim być. Jest o wiele starszy ode mnie – ma 43 lata i byłby idealnym ojcem, to spokojny i ciepły człowiek, który dba o mnie i o swoją córkę, księgowy, ale uparty jak osioł. Nie wiem, czy go przekonam – Kasia elegancko kroi grillowaną pierś z kurczaka – wciąż próbuję, więc to chyba miłość, ale nie powiem Ci dzisiaj, na jak długo starczy mi tej miłości. Wiem, że może pojawić się coś takiego jak instynkt macierzyński i jeśli naprawdę go poczuję, to nie wiem, co wygra. Wolałabym nie musieć wybierać, ale nie wiem, czy jestem w stanie aż tak wpłynąć na mojego faceta. Podobno jego była żona zmusiła go do bycia ojcem, bo on nigdy nie chciał mieć dzieci. Uważam, że to nie fair wobec mnie, ale wiedziałam, na co się porywam. – Kasia wzdycha – Pewnie drugi raz podjęłabym tę samą decyzję – dzwoni telefon i Kasia pogrąża się w rozmowie biznesowej, a ja powoli kończę moją sałatkę z łososiem. 

#LIDKA
gdy pojawia się szansa na rozwój zawodowy i karierę

Lidka jest zadbaną zwyczajną dziewczyną, szczupła, ubrana na sportowo. Widzimy się w jej ulubionym łódzkim parku, siadamy na ławce, słońce przyjemnie grzeje nasze plecy. Lidka wyciąga z plecaka domowej roboty popcorn karmelowy i termos z kawą. 

– Wyszłam  za mąż z ogromnej miłości i wciąż czuję się niemal jak pierwszego dnia po ślubie. Mój mąż jest ode mnie starszy o pięć lat, jest prawnikiem, pracuje w porządnej kancelarii. Ja niedawno zmieniłam pracę. Po studiach zostałam zatrudniona w jego kancelarii na stanowisku asystentki sekretariatu i tak się poznaliśmy. Dopiero od kilku miesięcy pracuję, jako fotograf freelancer. Mogę sobie na to pozwolić, dzięki zaangażowaniu mojego męża, jestem szczęściarą – Lidka uśmiecha się – Fotografuję narzeczonych, młode pary i dzieci. Ta ostatnia część mojej pracy jest najtrudniejsza, a to właśnie ona pozwala mi utrzymać agencję i inwestować w sprzęt. Jest ogromne zapotrzebowanie na zdjęcia dzieci – nowonarodzonych bobasków, wzięcie mają fotki z chrzcin, i piękne fotografie młodych rodzin. Robię również zdjęcia ciążowe i widzę te wszystkie piękne dziewczyny z brzuszkami, to czasami aż mnie coś skręca w środku. Ostatnio po sesji długo płakałam, nie mogłam dojść do siebie. Mam 30 lat i bardzo chciałabym zajść w ciążę, przekonać się, że jestem zdolna dać życie. Czuję, że będę dobrą mamą, dużo spraw mam poukładanych w głowie i bardzo lubię dzieci. Umiem być  stanowcza – Lidka śmieje się – ale oboje z mężem doszliśmy do wniosku, że zainwestowaliśmy za dużo kapitału i mojego czasu i wysiłku, żebym miała teraz zawiesić moją firmę. Muszę poczekać. Jak długo? Nie wiem, rok, może dwa lata, może trzy. Dobrze byłoby zbudować stabilną pozycję marki na rynku – Lidka mimo sportowej kurtki i śmiesznej czapki z pomponem brzmi teraz jak prawdziwy rekin strategii – i może pomyśleć o jakimś asystencie, a co najważniejsze: wydłużyć zapisy na rok do przodu, żebym zdążyła po porodzie spokojnie wrócić do pracy, nie tracąc zleceń. To wszystko wymaga czasu – wzdycha – poza tym mój mąż wciąż nie jest przekonany, czy chce zostać ojcem. Mamy bardzo wygodne życie, gramy w tenisa, jeździmy na koncerty, dwa razy do roku odpoczywamy za granicą. Czasami to się zastanawiam, czy chciałabym z tego wszystkiego zrezygnować dla dziecka… Lidka milknie, a ja widzę, jak do kubka z kawą leci łza. Obejmuję Lidkę ramieniem, słońce powoli zachodzi w parku. 

Na koniec mojego cyklu spotkań spotykam się z Moniką. Przesympatyczna uśmiechnięta brunetka, bardzo szczupła o delikatnych rysach. Poznałyśmy się na zajęciach fitness. Monika ma 29 lat i pracuje w biurze rachunkowym. 

#MONIKA
gdy praca jest ważniejsza niż macierzyństwo

– zwolnienie ciążowe? U mnie w firmie nie ma o czymś takim mowy. Koleżanka zaszła w ciążę, poszła na L-4, następnie na macierzyński i szefowa sprytnie zachęciła ją do wzięcia urlopu wychowawczego, dziewczyna nie miała dokąd wracać. Bardzo mi jej było żal, bo to świetna księgowa, skrupulatna i fajna koleżanka, miła, nikogo nie obgadywała, nie układała się z nimi specjalnie, wiesz, jak to jest biurze, gdzie pracują same baby. – Monika wzdycha – Teraz ja jestem pod obserwacją, widziałam, jak szefowa taksowała mnie wzrokiem, jak ostatnio włożyłam luźniejszą sukienkę. Już ma braki kadrowe, jak ja zajdę w ciążę, to nie wiem, jak ona to ogarnie. Pensję mam nie najgorszą, z mężem doszliśmy do wniosku, że możemy jeszcze chwilę poczekać. Przecież teraz średnia wieku to jakieś 32 lata… – Monik zamyśla się i po chwili dodaje – Wiesz, tak naprawdę czuję się okropnie. Mamy mieszkanie, mąż ma super pracę, całkiem dobrze zarabia, a ja oddalam założenie rodziny, bo mi szkoda głupiej pracy. Tylko… boję się bardzo, że po ciąży zostanę bezrobotna, a mąż nas nie utrzyma w trójkę – wiem, bo to już liczyliśmy. Powinnam dawno odejść z tego biura i poszukać innego miejsca dla siebie, może pójdę do korpo, tam  przynajmniej można normalnie iść na L-4 i macierzyński, ale jak teraz zacznę nową pracę, to stałą umowę – o ile w ogóle – zobaczę za 2 lata. Bycie kobietą jest czasami do bani, naprawdę. – Monika zamyśla się, a osiedlowa kawiarenka powoli się wyludnia. Musimy iść, zaraz zamykają, jesteśmy ostatnimi gośćmi. 

# TY
gdy czujesz się szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie

Wszystkie moje rozmówczynie łączy uczucie bycia szczęśliwą i niekompletną jednocześnie. Zawsze uważałam, że same układamy ścieżkę, po której idziemy, wytyczamy jej kierunek oraz mamy wpływ na strukturę. Z wiekiem jednak coraz boleśniej dogania nas ciężar konsekwencji wcześniej dokonanych wyborów. 

Może należało poczekać ze zmianą pracy, przejść wcześniej z małej firmy do korpo, zmienić partnera, wyjechać do innego miasta i zacząć studia nieco wcześniej niż w wieku 28 lat? Lubię myśleć, że to, co się stało działo się w jakimś celu. Myślę, że tak właśnie miało być, a życie codziennie nas zaskakuje i robi miejsce na nowe doświadczenia – cenną lekcję rozwoju osobistego, spełnienie marzenia, czy małe tęsknoty. To wszystko składa się na obraz tego, kim jesteśmy dzisiaj. 

Chcę Ci powiedzieć, że dzisiaj jesteś sobą bez dziecka i jutro również będziesz sobą, jako mama. Pewnie Twoje życie wywróci się do góry nogami i nic nie będzie takie samo. Co nie znaczy, że dzisiaj jesteś niekompletna! Jesteś teraz najlepszą wersją siebie i jako mama też będziesz. A gdy spełni się Twoje marzenie i ziści jedno z największych pragnień, to pamiętaj o sobie,  o #motherlifebalance! 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo