Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Babcie emigrantów

16 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

Tych babć nie widać na ulicach.

Nie chodzą z wózkami po parku, na placu zabaw nie karmią wnuków domowym ciastem i żelkami w kształcie robaków.  Te babcie mają w domach komputery, zamiast schowanych cukierków i dostęp do Internetu, zamiast pudełka z zabawkami. Częściej korzystają z myszki, niż z patelni do naleśników i potrafią bezbłędnie rozpoznać sygnał rozmowy przychodzącej na Skypie lub na Whatsappie. To są babcie wnuków-emigrantów, których rodzice wybrali lepszą teraźniejszość dla siebie i lepszą przyszłość dla swoich dzieci. 

 

Beata lat 56, mąż i jedyna córka, która z zięciem Polakiem mieszka od 4 lat w Norwegii. 

Za dwa miesiące będę miała wnuczka u siebie przez całe trzy tygodnie. To dla niego takie wakacje z babcią w Polsce,  a dla mnie bardzo cenny czas. Specjalnie czekam z urlopem, tak oszczędzam dni w roku, żeby właśnie mieć na te trzy tygodnie. A wie Pani, jak on już pięknie mówi po norwesku i po polsku? Miesza trochę wyrazy i czasami, gdy pytam go o coś po polsku, to odpowiada językiem, który poznaje w przedszkolu. 

– Nie żałuje Pani, że wnuczek nie mieszka tutaj? 

– Pewnie, że żałuję. Mam tylko jedną córkę, ale towarzystwa dotrzymuje mi mąż, no i rozmawiamy często na Skypie. Widzę to wszystko – jak był mały, to córka go bardziej pokazywała, a teraz sam chce porozmawiać z babcią i prosi rodziców o włączenie rozmowy. Ostatnio pokazywał mi rysunki, które robił w przedszkolu. Czy Pani wie, że w Norwegii dzieci przebywają na świeżym powietrzu codziennie, niezależnie od pogody przez kilka godzin? Nawet zimą jedzą drugie śniadanie na powietrzu. Mały wcale nie choruje, złapał może jedną infekcję, jakiś katar, a ma już przecież prawie cztery lata! 

– Czyli opieka przedszkolna jest lepsza niż w Polsce?

– Oczywiście, przecież tam on jest uczony norweskiego od postaw, są specjalne zajęcia. Nie ma takiego zaduchu jak u nas w przedszkolach, grupy są mniejsze, zajęcia lepiej zorganizowane, codziennie biega po ogrodzie. Jestem zadowolona, że mój wnuczek chodzi do takiego przedszkola! 

– A nie chciałaby Pani, żeby córka z zięciem za jakiś czas wrócili do Polski?

– Córka mówi, że Norwegia to nie będzie chyba docelowe miejsce ich pobytu, że jednak ta część Skandynawii nie spełnia ich oczekiwań całkowicie. Wie Pani, ja bym nie chciała, żeby oni wrócili. 

– Naprawdę?! 

– Nie. Tutaj jest ciężko i z pracą dla nich i z opieką nad dzieckiem. Przecież ja pracuję, mnie zostały co najmniej 4 lata do emerytury, ja im tutaj nie pomogę i tak wnuczek musiałby iść do przedszkola. Sama Pani wie, jak to u nas wygląda – dostać się i tak dalej, ciągle nerwy wiem, bo młode nauczycielki narzekają. Niech nie wracają do Polski, ja mogę do nich jechać, oni przywiozą do mnie Piotrusia i jakoś sobie poradzimy.

 

 

Wioletta, lat 54, mąż i dwie córki – Agata i Asia. Agata mieszka we Francji, wyszła za mąż za Francuza, ma córeczkę, Asia mieszka w Polsce, jej mąż jest Polakiem, córeczka jest o kilka miesięcy starsza od dziecka Agaty. Agata nie zamierza wracać do kraju, Asia przeprowadziła się z Poznania do Bydgoszczy, żeby być bliżej rodziców. 

– Pani Wiolu, zacznijmy może od tego, jak układają się Pani relacje z zięciami? 

Bardzo dobrze. Zięć Jaś – Polak często do nas zagląda, przywozi wnuczkę, czasami wieczorem odbiera od nas dziewczyny. Mamy bardzo dobre relacje, ja się, proszę pani, staram być miłą teściową, nie czepiam się, jak widzę, że coś jest nie tak, to mówię córce. Oni są młodzi i to teraz jest inaczej niż kiedyś. Asia jest bardzo uważną matką, ja nie widziałam, że cokolwiek dzieje się z Kasią, a ona już zwróciła uwagę na nóżkę i szybko zapisała małą do fizjoterapeuty dziecięcego. Słusznie jak się okazało, bo malutka miała jakieś przykurcze i mogłaby mieć problem z rozpoczęciem nauki chodzenia. 

– A z zięciem z Francji?

– Bardzo dobrze się dogadujemy, bo ja nie znam francuskiego, a on nie mówi po angielsku – śmieje się Pani Wiola – Tak poważnie, ciężko pracuje ten mój zięć, przystojny facet, zaradny, mają ładny dom, a córka zadowolona. Czego ja, jako matka, mogę chcieć więcej? Wnuczka rozwija się prawidłowo. Cieszę się, że dziewczyny mają córki, które dzieli zaledwie kilka miesięcy. Żałuję tylko, że Agata jest tak daleko. Chciałam, żeby pod koniec ciąży przyjechała, ale wolała urodzić we francuskim szpitalu. Później ja mogłam pojechać do nich,  dopiero gdy Jagoda miała 1,5 miesiąca i w sumie może lepiej się stało.  

– Dlaczego? 

– We Francji opieka w czasie ciąży wygląda inaczej niż w Polsce, na przykład o wiele rzadziej wykonuje się usg. Oni mniej przejmują się zdrowiem dziecka, zdrowiem kobiety. Dla nich to wszystko jest takiej… bardziej oczywiste niż  w Polsce. U nas są badania, ciężarna konsultuje się z różnymi specjalistami, opieka wygląda zupełnie inaczej. Agata rodziła naturalnie, chociaż Jagoda ważyła ponad 4 kilogramy, u nas coś takiego byłoby wskazaniem do cesarskiego cięcia. Proszę sobie wyobrazić, że po porodzie doszło u niej do porażenia jakichś mięśni i nie mogła w ogóle wstać z łóżka! Nie mogła zająć się dzieckiem, sobą, musiała siedzieć w szpitalu, miała rehabilitację. To wszystko trwało ponad miesiąc, a ona w tym czasie nic mi nie powiedziała! Jaka byłam na nią zła, przecież przyjechałabym wcześniej. Jak ją zobaczyłam po tym okresie 1,5 miesiąca po urodzeniu Jagody, to nie poznałam własnej córki! A ona wtedy do mnie: Mamuś, teraz już jest lepiej, mam czucie w nogach i mogę chodzić, do tej pory to Pierre zajmował się małą i moja teściowa. Żadna matka nie chce usłyszeć czegoś takiego od swojej córki. Wie Pani, jak dzisiaj myślę, jak to się mogło skończyć, to aż mam gulę w gardle. Moja wysoka, wysportowana i aktywna córka, to się jednak nie przewidzi, co się stanie w czasie ciąży i porodu. 

– A jak dzisiaj czuje się córka?

– Twierdzi, że bardzo dobrze, wysyła mi mmsy, często do siebie dzwonimy. To jednak nie to samo, co być na miejscu. Bardzo żałuję, że nie mieszka w Polsce. Asi pomagam, jestem  u niej dwa popołudnia w tygodniu. Nie wpycham się w ich życie, tak ustaliłyśmy i tak jeżdżę. Zajmowanie się starszą wnuczką to dla mnie przyjemność. Tylko Kasia je jak smok i waży coraz więcej, niedługo nie będę miała siły jej podnosić – śmieje się Pani Wiola – A Agata z Jagodą? Przyjadą do nas za dwa tygodnie. 2 miesiące temu pojechaliśmy do nich z mężem, sami, samolotem i pociągiem. Do dzisiaj nie wiem, jak udało nam się nie pogubić na dworcu bez znajomości francuskiego, ale dojechaliśmy. Wolałabym częściej widywać Jagodę  i pomagać Agacie, zwłaszcza że opieka nad malutkimi dziećmi wygląda we Francji zupełnie inaczej. 

– To znaczy? Córka ciągle zajmuje się Jagodą?

– A skąd. Urlop macierzyński trwa we Francji tylko 3 miesiące, a później kobieta wraca do pracy. Francuzki rzadko karmią dzieci piersią, więc nie mają tego problemu, co młode matki u nas. Tam się tak nie chucha na dzieci, a z tego, co mówiła córka, wiem, że podobne podejście mają także francuscy pediatrzy. We Francji, jeśli dziecko płacze, a ma zaspokojone wszystkie potrzeby, to znaczy: jest umyte, nakarmione, przewinięte i nie ma gorączki, to dziecko się odkłada do łóżeczka i czeka, aż przestanie płakać. Oni nie słyszeli o czymś takim jak rodzicielstwo bliskości. Dlatego po trzech miesiącach opiekę nad niemowlakiem przejmuje niania. U Agaty na ulicy w jednym domu jest taki mini-żłobek, w którym jedna z sąsiadek opiekuje się maluszkami. W tym roku przyjęła troje dzieci w tym naszą Jagodę. Córka śmieje się, że może małą przerzucić przez płot i jechać do pracy. 

– A  co Pani o tym myśli? Chciałaby Pani, żeby Agata i Pierre zamieszkali w Polsce?

– Nie podoba mi się, że opieka nad dzieckiem trwa we Francji tak krótko. Uważam, patrząc na moją drugą wnuczkę, że do roku mama powinna być przy swoim dziecku. Mam wrażenie, że urodzenie dziecka to dla Francuzek tylko punkt z listy zadań do wykonania – jak kupienie sportowego samochodu, czy zamieszkanie w domu z dużym salonem. U nas jest inaczej, niemowlęta mają mamę przy sobie o wiele dłużej i dostają o wiele większą dawkę miłości. Chciałabym, aby Agata w przyszłości nie żałowała, że tak szybko musiała wrócić do pracy. Myślę, że żałuje czasami, jak patrzy na zdjęcia Asi i Kasi. Wiem, że dziewczyny są ze sobą w stałym kontakcie, pewnie dzielą się swoimi sekretami, w które nie chcą angażować starej matki. A czy chciałabym, żeby zamieszkali tutaj? Oczywiście, praca dla zięcia na pewno by się znalazła, on pracuje we Francji na jakimś kierowniczym stanowisku. Mogłabym pomóc w opiece nad Jagodą i widywać obie – córkę i wnuczkę – o wiele częściej. 

 

 

Pani Stasia, lat 80, babcia Agaty i prababcia małego Tomka

– Pani Stasiu, wnuczka jest dla Pani, jak córka, prawda?

– Tak, wychowałam syna na dobrego człowieka, a on znalazł później żonę. Synowa dała mu piękną córkę i poszła sobie – Pani Stasia macha dłonią pokrytą siecią żyłek i brązowymi plamkami – w cholerę. No to syn przyszedł do mnie, mówi Mama, weź Agatę do siebie, co? Ona ma 6 lat, zaraz idzie do szkoły, Ty jesteś na emeryturze, razem będzie Wam weselej. To co miałam robić? Zajęłam się wnuczką. 

– Jak wyglądała opieka nad Agatą?

– Nie wiem, kto się tutaj kim bardziej opiekował – śmieje się Pani Stasia – jak Agata zamieszkała ze mną, to ja miałam wtedy 56 lat i byłam na wcześniejszej emeryturze. Całe życie pracowałam w łódzkich zakładach włókienniczych, na starość praca zaczęła ze mnie wychodzić – problemy ze słuchem, z koncentracją, z pamięcią. Zaczęłam się sypać, jak stara choinka po świętach, jak skończyłam 65 lat. Agata miała wtedy 15 lat i zaczęła się mną opiekować. Wiesz, nie takiej młodości dla niej chciałam, ona powinna latać, biegać, mieć koleżanki, umawiać się z chłopcami, a ona po szkole pędem do domu, bo obiad trzeba zrobić, często z zakupami, z siatkami. W końcu wkurzyłam się, dzwonię do syna: Janek albo zaczniesz Agacie pomagać w opiece nad starą matką, albo Ci skórę na grzbiecie wygarbuję. Musiałam tak powiedzieć, bo syn miał już swoją nową rodzinę, związał się z panią z wyższej sfery, miał z nią syna. Ja mu od początku mówiłam, że za wysokie progi synek, ale jak się uparł, to nie było mocnych. Ładnego mam wnuczka, Michasia, zaraz Ci zdjęcia pokażę, śliczny był jako dziecko. Dzisiaj już studiuje…

– Pani Stasiu, a jak to było z tym wyjazdem Agaty?

– A tak, no więc Janek zaczął mi więcej pomagać, Agata skupiła się na nauce. Skończyła szkołę, nauczyła się szycia i zaczęła zarabiać, biorąc szycie do domu. Wtedy to ja się zupełnie załamałam. Gdzie to dziewczę pozna jakiegoś chłopaka, jak cały czas z nosem w niciach siedzi? A miała już 20 lat, ja w jej wieku dawno byłam mężatką i matką. Z kłopotu uratowali mnie sąsiedzi, ich syn – Krzysiek dwa lata starszy od Agaty – zabujał się po uszy – Pani Stasia znowu się śmieje. Jakie niezdarne były te jego zaloty. W końcu ojciec, co miał trochę oleju w głowie i zawsze darzył mnie szacunkiem, zszedł któregoś dnia z góry z butelką wódki i poprosił o rękę Agaty. Wnuczka do dzisiaj śmieje się, że mogłam ją chociaż za kozę przehandlować, to bym miała świeże mleko. I któregoś dnia, Agata do mnie mówi, że chcą z Krzyśkiem wyjechać, do Hiszpanii. Wiesz, ja wtedy to ze cztery noce nie spałam z nerwów, jak to będzie z nimi, jak sobie poradzą. 

– Nie martwiła się Pani, co będzie z Panią?

– Wcale. Przecież mam na miejscu Jasia, a on się wszystkim zajmie. Zaskórniaki wyjęłam spod materaca, zapakowałam w kopertę, daję jej i mówię, jedź dziecko, tylko z Bogiem. Pojechali, a mnie wnuczek nauczył obsługiwać komputer i mogłam z Agatką rozmawiać na tym programie, co się widzimy. Krzysiu pracował, jako stolarz, a ona szybko nauczyła się języka, więc szyła na zamówienia albo zajmowała się dziećmi. Nie mieli tam źle i mieszkanie ładne i auto kupili. I dzwoni Agata jednego dnia i tak jest dziwna, już tak myślałam, że coś się święci, w końcu zbliżała się już do 30. A ona do mnie, że będę prababcią! To jest coś niesamowitego, nie wiem, jak mam Ci opisać to uczucie, że wiesz, że urodzi się czwarte pokolenie. Twoja wnuczka jest dorosłą kobietą i będzie matką, a Ty masz jeszcze dość klepek w głowie, żeby to do Ciebie dotarło. Byłam szczęśliwa. 

– Co się działo dalej?

– Tomek urodził się w Hiszpanii i tam spędził 1,5 roku życia, a później przyjechali. Wrócili na stałe. Ja już wtedy mało chodziłam, tylko po domu i do sklepu na rogu. Mieliśmy taką umowę ze sklepikarzem, że ja kupowałam butelkę wody, a on mi tę butelkę odkręcał, żebym nie musiała czekać na Jasia, bo to taka moja słabość, lubię wodę z gazem. Agata któregoś dnia podjęła decyzję – ja chyba mogę tak powiedzieć, prawda? Krzyś mam nadzieję, że się nie obrazi, ale ja już mam tyle lat, że dobrze widzę, kto podejmuje decyzje w ich domu – że wracają. W ciągu miesiąca wszystko załatwili i byli z powrotem. Bardzo się ucieszyłam, w moim wieku każda godzona z wnuczką i prawnukiem to skarb. 

– Nie uważa Pani, że tam żyłoby im się lepiej?

– Nie wiem, nie mam pojęcia, a może to wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? Agata nie tęskni za Hiszpanią, możesz jej zapytać, zaraz pewnie przyjdzie z pracy, a Tomek jest oczkiem w głowie: rodziców, dwóch dziadków,  babci i prababci. Nie sądzę, żeby gdziekolwiek za granicą dostał tyle miłości, co tutaj. 

 

 

Babcie, które kochają swoje wnuki i prawnuki, które chcą dla nich i dla dzieci, jak najlepiej. Bacie, które zamiast przytulenia mają emotki, a zamiast buziaka w policzek, przychodzące Pocztą Polską lekko wymięte laurki. Czy miłości można doświadczać na odległość? Patrzę na Beatę, Wiolę i myślę, że dopóki mamy swoje sprawy – jesteśmy aktywne zawodowo, zajmujemy się domem, mamy mężów i znajomych – tęsknota może się przyczaić, może być uśpiona. Inaczej, gdy spotykamy się ze swoją metryką i dociera do nas, jaką wagę ma każda godzina. Wtedy imigracja naszych dzieci i to, że nie mamy przy sobie wnuków, zaczynać boleć, jak powstający w nas tatuaż – babcia imigrantów. 

Ciało

Chcę żyć i będę żyć, bo mam cel. O życiu z rakiem piersi z twórczyniami kampanii ,,Jestem tu… Och życie !”

17 października 2021 / Monika Pryśko

Magdalena Kucińska 10 lat temu, w wieku 25 lat, zachorowała na raka piersi.

Jej babcia przegrała walkę z rakiem, mama wygrała dwukrotnie, jest obustronną amazonką. Wiedziała, że jest obciążona genetycznie i istnieje duże prawdopodobieństwo, że i ona zachoruje na raka piersi. Badanie było umówione na listopad 2011 roku, we wrześniu dowiedziała się, że ma raka. Nie zdążyła się zbadać.

Minęło 10 lat,  a ona motywuje inne kobiety z podobnymi doświadczeniami, by stawiały przed sobą cele, bo cele motywują do działania. Jej kampania na rzecz kobiet walczących z rakiem piersi ,,Jestem tu… Och życie !” dodała życiowych mocy kolejnej grupie wojowniczek. 

 

Dziś rozmawiam i z Magdą, i z jej przyjaciółką, fotografką Agatą Jakimowicz, która wspiera Magdę w realizacji kampanii, a także portretuje kobiety walczące z rakiem piersi. 

 

 

Magdalena: Żyję z rakiem, pomimo raka, pomimo wszystko. Każdego dnia jestem i podejmuję walkę. 

Agata: Dwa lata temu Magda postanowiła, że zrobi autorski projekt dla amazonek „Wznieść się na szczyt”. Mogłam jej towarzyszyć nie tylko jako przyjaciółka, ale też jako fotograf. I tak powstała kampania na rzecz kobiet walczących z rakiem piersi ,,Jestem tu… Och życie !”

Monika: Czujecie, że mimo tak wielu akcji dotyczących świadomości raka piersi, nadal jest luka, którą warto zapełnić?

Agata: Dzięki Magdzie zaczęłam zauważać kobiety na ulicy, które zmagają się z rakiem. Wcześniej ich nie widziałam. Ciężko człowiekowi tak na co dzień, niemającemu doświadczeń z nowotworem, domyślić się nawet, z czym te kobiety się zmagają, co przeżywają. 

Magdalena: Podczas października, Miesiąca Świadomości Raka Piersi bardzo dużo mówi się o profilaktyce, o tym, by się badać, ale na dobrą sprawę każdy wie, że musi się badać. To oczywiste. Mój projekt „Wznieść się na szczyt”  miał przypomnieć kobietom o ich pewności siebie. Wszystko po to, by poczuły się piękne nie tylko wewnętrznie, ale też fizycznie.  Gdy spojrzysz na zdjęcia zrobione podczas sesji, zobaczysz na twarzach tych kobiet także  udrękę, zmęczenie, smutek. Wszystko po to, by zaznaczyć, że wcale nie jest tak, że sama wygrana z rakiem to koniec problemów. Wcale tak nie jest. Życie z rakiem to szereg trudnych chwil, gorszych dni, złego samopoczucia, zwątpienia, ale mimo wszystko pojawia się w głowie zdanie: chcę żyć. 

 

 

Monika: Akcja i inicjatywy dotyczące raka piersi skupiają się w większości na zdrowiu fizycznym, na raku, na chorobie. 

Magdalena: Nasza kampania miała pokazać, że jesteśmy. Miała wydobyć potrzeby, które nie są zaopiekowane. Chciałam dać kobietom dobrą, zdrową energię. Pokazać kobiety, które wygrały, które są zwyciężczyniami. 

Monika: Które potrzeby kobiet walczących z nowotworem piersi są niezaspokojone?

Magdalena: Z jednej strony to niedostępność leków, brak refundacji, długie kolejki, konieczność korzystania z prywatnej służby zdrowia. Z drugiej strony bardzo mało jest  szpitali w Polsce, które podchodzą holistyczne do osób chorych na nowotwór. Z opieką psychologa spotkałam się dopiero w szpitalu im. Świętej Rodziny w Warszawie, gdzie przed operacją rekonstrukcji piersi przyszła do mnie pani psycholog i ze mną porozmawiała.

Monika: Zapomina się o tym, jak ważna jest kondycja psychiczna w walce z chorobą?

Magdalena: Przecież każda chora kobieta wie, że ma się badać, ma monitorować swoje zdrowie. To jest naturalne. A co z samopoczuciem, wolą walki, motywacją? 

Monika: Zdrowie psychiczne bardzo wpływa na zdrowie psychiczne. 

 

 

Agata: Większość akcji mówi o tym, by się badać, by dbać o zdrowie. A przecież równie istotne w procesie zdrowienia jest pozytywne nastawienie. Nasze myśli, samopoczucie to połowa sukcesu w każdej chorobie, a jednak rak piersi to mocny przeciwnik i ważne jest, by tym bardziej wspierać kobiety w tym trudnym czasie. 

Magdalena: Wsparcie jest bardzo, bardzo ważne. Uczestniczki mojej akcji tworzą jedność. Stworzyłyśmy grupę na Facebooku, codziennie ze sobą rozmawiamy, piszemy sobie afirmacje, dzielimy się odczuciami. 

Monika: A kto ciebie wspierał w walce z chorobą? 

Magdalena: Zachorowałam, gdy miałam 25 lat, bardzo młodo. Ja miałam raka, a w tym samym czasie moja mama miała depresję, bo nie mogla sobie poradzić z trudnościami własnego życia. Gdyby nie moi przyjaciele, którzy jeździli ze mną na chemioterapię i trzymali mnie za rękę, byłabym sama. Agata na przykład jeździła ze mną pociągiem 600 km do Szczecina. Mnie narzeczony zostawił w chorobie. Rzadko się o tym mówi, ale kobiety często są porzucane przez mężów czy partnerów, zaraz po tym, jak otrzymują diagnozę. 

Monika: Skąd brać siłę?

Magdalena: Nie mamy wyjścia, musimy ją mieć. Przeczytam Ci teraz naszą sentencję: „Kochamy życie, jednak czasami byłyśmy gorzko nieszczęśliwe, udręczone smutkiem, bez sił, ale mimo to jesteśmy tego całkowicie pewne, że wielką sprawą jest po prostu żyć”. To życie daje nam siłę. 

Agata: Nie chodzi o życie z fajerwerkami, tylko o proste, normalne, zwykle życie.

Monika: Dziewczyny, które walczą z rakiem, trochę się też ukrywają. Rozumiem, że to odruch obronny, ale nie da się ukryć, że wszyscy potrzebujemy bliskości, obecności. 

 

 

Agata: Zwykle bycie obok jest ważne. Niektórzy myślą: „ona jest taka chora, co ja jej będę głowę zawracać, niech się kuruje”, a osoba chora, po chemiach, zmartwiona, zmęczona, wymiotująca, siedzi sama. Samotność nie pomaga, wręcz przeciwnie. 

Monika: Po prostu chyba nie wiemy, jak się zachować, nie chcemy nikogo urazić. 

Magdalena: Sam fakt, że ktoś jest blisko, że jest obecny, potrzyma za rękę, odpowie na SMS, dodaje odwagi. Ta świadomość daje poczucie bezpieczeństwa, a myśl, że jest się tak blisko śmierci, budzi lęk. 

Monika: Sama najlepiej wiesz, jak powinny czuć się osoby walczące z rakiem. 

Magdalena: Dlatego kobiety biorące udział w projekcie „Wznieść się na szczyt” czuły się przez nas zaopiekowanie, ktoś o nie zadbał. Dzięki temu poczuły się piękne. A był tam kobiety na różnych etapach leczenia, w trakcie, po chemioterapii, z przerzutami. 

Monika: Czy wszystkie bohaterki mówią o swoich potrzebach jednym głosem?

 

 

Magdalena: Każda z nich ma ogromny apetyt na życie, każda przewartościowała swoje życie, każda bardziej żyje chwilą. 

Agata: Amazonki są bardzo aktywne. Spotykają się, wyjeżdżają na rehabilitację, wspierają się wzajemnie. 

Monika: Czy wszystkie kobiety biorące udział w akcji mają w sobie akceptację swojej choroby? Wierzę, że akceptacja daje wolność do tego, by działać, bo jak nie ma akceptacji, to jesteśmy w różnych obszarach życia zamrożeni. Dopiero akceptacja pozwala zrobić krok dalej.

Agata: Choroba zmieniła całe ich ciało. Począwszy od wnętrza, którego nie widać, po sam wygląd, czyli włosy, rzęsy, skórę, piersi. Kobiety tracą atrybuty kobiecość i to zawsze ma swoje odbicie.

Magdalena: Kobiety często się też wstydzą. Też miałam taki  moment, że wstydziłam się wyjść z domu w chustce na głowie, bo ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem, 

Monika: Jak jest z tym poczuciem kobiecości? Kobiety na Waszych zdjęciach niezaprzeczalnie piękne, emanują energią.

Magdalena: One po prostu zaakceptowały swoją chorobę i swoje ciało w trakcie lub po chorobie. Ja bez piersi żyłam 10 lat. 

Agata: Pierwsze zdjęcia robiłam, gdy bohaterki były pięknie ubrane. Później poprosiłam o pokazanie symboli walki z rakiem, czyli blizn. Gdy prosiły o dodatkowe zdjęcia swoich ciał, czułam, że są z siebie dumne. Na zdjęciach widać ich dumę. 

Monika: Jedną z bolączek kobiet walczących z rakiem jest fizyczna utrata atrybutów kobiecości, obniżka poczucia własnej wartości, a tutaj się okazuje, że wystarczy dać przestrzeń, by uczestniczki mogły swoja kobiecość zamanifestować w nowy sposób. I to zostaje na dłużej, daje silę. 

Magda: W chorobie nowotorowej ważne jest mieć cel, marzenia. Jak jest cel, to jest motywacja, by to osiągnąć, by to gonić. Dlatego projekt zakładał różnego rodzaju warsztaty, by tę motywację i wiarę wzmocnić. Zorganizowałam warsztaty psychologiczne i motywacyjne, o tym, jak zarządzać emocjami. Tworzyłyśmy mapy marzeń oraz plotłyśmy wianki, które są bardzo kobiecym symbolem. Dziewczyny miały kurs chodzenia na szpilkach, by na koniec imprezy,  w pięknych strojach i makijażach, przejść po czerwonym dywanie i wziąć udział w pokazie mody. 

 

 

Agata: Specjalnie zrobiłyśmy tę sesję na sam koniec dwudniowego projektu „Wznieść się na szczyt”, by zobaczyć tę energię, wydobytą podczas warsztatów, by podkreślić piękno. A poczucie piękna wiąże się z poczuciem akceptacji. 

Magdalena: Kiedy tracisz włosy i patrzysz na siebie łysą. Kiedy budzisz się po operacji i nie masz piersi, czujesz się niepełna, zabrano Ci kobiecość. 

Monika: Ale kobiecość to nie tylko piersi i włosy…

Magdalena: Kobieta musi się czuć dobrze sama ze sobą. Akceptacja to proces, nie można udawać, że taka zmiana, jak utrata włosów czy piersi, to nic. 

Monika: W którym momencie akceptacja do Ciebie wróciła?

Magdalena: Musiał minąć czas. Czas robi robotę. Najpierw przyzwyczaiłam się do tego, jak wyglądam, a później te zmiany zaakceptowałam. Myślałam, że zostanę bezdzietną starą panną, a dziś jestem mamą dwójki dzieci. 

 

Zdjęcia: Agata Jakimowicz

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo