Change font size Change site colors contrast
Ciało

Seks w ciąży to doskonały pomysł! Rozmowa z dr n. med. Maciejem Sochą.

9 października 2019 / Monika Pryśko

Seks w ciąży?

Tak! O tym można porozmawiać, ale w zamkniętym gronie ciężarnych, z lekarzem i to dyskretnym, w towarzystwie tylko na ucho, po cichu. Ponieważ nie mówi się o tym wprost, trudno zająć stanowisko. 

Jesteśmy jako Polacy pruderyjni, często zawstydzeni choćby pytaniem o seks w ciąży i bardzo podatni na internetową manipulację faktami medycznymi. Szczególnie będąc w ciąży!

 

Czy kobiety w ciąży mogą uprawiać seks? Oto jedno z pierwszych pytań, które zadałam dr. n. med. Maciejowi Socha, lekarzowi specjaliście położnictwa i ginekologii, ginekologii onkologicznej oraz perinatologii, Kierownikowi Oddziału Położniczo-Ginekologicznego w Szpitalu Św. Wojciecha w Gdańsku-Zaspie. 

 

Panie doktorze, czy seks w ciąży jest bezpieczny?

Czy naprawdę te pytania się jeszcze pojawiają? Ciągle? Znowu? 

 

Podobno kobiety w ciąży nie chcą kochać się ze swoimi partnerami. 

Jeżeli kobieta źle się czuje, czyli ma np. ból brzucha, bo pojawiły się skurcze, które mogą być objawami porodu albo odpływa płyn owodniowy lub ma obrzęknięte krocze, dodatkowo cała zmiana stanu hormonalnego doprowadza do tego, że się źle czuje, to ciężarna nie ma ochoty na współżycie. Nikt by w takiej sytuacji nie miał!

Jednak poza stanami chorobowymi, nie mam przeciwwskazań medycznych do seksu w ciąży.

Każdy z nas, jak jest chory, to mniej je, po to, by zmniejszyć metabolizm i zahamować rozprzestrzenianie się bakterii po organizmie. Gdy się źle czujemy, nie chce nam się uprawiać seksu, bo matka natura nie chce, byśmy dalej rozsiewali zarazki. Jest mnóstwo takich zachowań, których zbiór nazywamy ,,sickness behaviour’’, a które towarzyszą  chorobie. Podświadomie, biologicznie, zachowujemy się tak, a nie inaczej. 

Więc jeśli ciężarna nie chce się kochać ze swoim partnerem, powodem może być własny system ostrzegawczy organizmu i to akurat sytuacja w pełni akceptowalna.

 

Czyli mamy słuchać naszego organizmu?

Jako ludzie, jesteśmy po prostu zwierzętami. Warto czasem spojrzeć, jak zachowują się inne ssaki, zwierzęta działają bardzo instynktownie. Samice w trakcie porodu i tuż przed nim ,,dziwnie” się zachowują, szukają sobie ustronnego miejsca, są trochę spokojniejsze, chcą się zaszyć i to jest ostatni moment, w którym pomyślałyby, że jest to dobry czas na zbliżenie seksualne. Kiedy źle się czujemy, to seks nie jest naszym priorytetem. Ale warto posłuchać swojego ciała, bo w większości sytuacji życiowych nie ma przeciwwskazań do normalnych ludzkich zachowań, w tym seksu. 

 

Czy pana pacjentki w gabinecie poruszają temat seksu w ciąży? 

Oczywiście! Co ciekawe, często mówią zdziwione: panie doktorze, ten seks to jest jakiś inny. Pytam, co to znaczy. Okazuje się, że tak naprawdę nie jest gorszy czy lepszy, tylko… po prostu inny niż kiedyś. 

Ciąża wymaga czasem zmiany pozycji, zmiany przyzwyczajeń seksualnych. To nowy stan dla pary, więc może wymagać przystosowania.

 

Która pozycję wybrać?

Taką, która jest najwygodniejsza. A najczęstsza wybierana to tzw. pozycja na łyżeczkę. 

Większość kobiet fizjologicznie położy się na boku i będzie wolała współżyć właśnie w takiej pozycji, tyłem do partnera, i prącie znajdzie się w takim miejscu, że nie zrobi krzywdy ani dziecku, ani ciężarnej. A jak kobieta wygodnie się czuje, jej partner wygodnie się czuje, to znaczy, że jest dobrze.

Nikt nie ma wdrukowanego jedynego dobrego wzoru postępowania. Jesteśmy jak idealnie zbudowane maszyny, że jak coś się dzieje złego, to mamy wbudowany system alarmowy pod postacią na przykład bólu, niepokoju, pobudzenia. Więc jeśli kwestią jest tylko zmiana pozycji, proszę ją zmienić i dobrze się bawić. 

 

A jeśli seks w ciąży boli?

Jeśli boli, to znaczy, że organizm daje znać, żeby zmienić pozycję lub sposób współżycia. Generalnie seks powinien być przyjemny, a ból zwykle jest sygnałem alarmowym.

 

Mówi się jednak, że seks w ciąży skraca szyjkę macicy, a to źle. 

Jako ginekolodzy mamy narzędzia, dzięki którymi możemy zbadać, co się dzieje z szyjką macicy. Zauważyliśmy, że gdy szyjka macicy się skraca, to w fizjologicznej ciąży jest to jeden z elementów jej dojrzewania, który prowadzi wprost do porodu. Ale to, co zabawne, to to, że zapomnieliśmy, że dojrzewanie szyjki macicy jest procesem zarówno jej skracania, jak i zmiany konsystencji oraz ustawienia. Kierowaliśmy się tylko jednym z elementów – długością obserwowaną w USG. I na przestrzeni wielu lat zabranialiśmy pacjentkom współżycia – biorąc pod uwagę tylko długość szyjki macicy.

Pamiętam, że gdy zaczynałem pracę, to taka optymalnie wyglądającą szyjką macicy była ta długa, twarda, zamknięta. I wszystkim pacjentkom mówiliśmy, żeby nie współżyły, bo faktycznie, jak kobieta w ciąży uprawia seks, to szyjka macicy zaczyna dojrzewać. To pokazuje nasze ograniczenia i właściwie głupotę. Po pierwsze, wzięliśmy za pewnik tylko jeden z elementów, jakim jest długość kanału szyjki macicy, albo naszych palców, po drugie zapomnieliśmy, że fizjologicznie szyjka musi dojrzeć, a to wymaga czasu. Poród to proces, który rozpoczyna się nawet trzy dni przed pojawieniem się dziecka na świecie. A faktycznie to całość ciąży jest czasem, w którym dochodzi do zmian, których po prostu finałem jest poród. I jednym z tych elementów jest dojrzewanie szyjki macicy, która w przeciągu tygodni musi zmienić swoją konsystencję, skrócić się, ustawić. Jeśli mamy długą, twardą, zamkniętą szyjkę macicy, i nawet rozpocznie się już czynność skurczowa, a dziecko napiera na tkanki macicy, to strasznie to boli. Nawet mnie, na samą myśl, co musi czuć pacjentka. Jak ta szyjka ma dojrzeć? Nagle w ciągu kilku godzin? Tak się nie da!

 

No właśnie, jak ma dojść do tych zmian dzięki współżyciu?

W nasieniu są zawarte między innymi prostaglandyny, substancje, które wpływają na zmiany strukturalne tkanek szyjki macicy. Pewne włókna kolagenowe zamieniają się w inne, dochodzi do ich uwodnienia, i szyjka macicy zaczyna dojrzewać. Dodatkowo prostaglandyny z nasienia mogą spowodować delikatne skurcze macicy, bezpieczne dla ciąży, ale jednocześnie doprowadzające do zmian w szyjce, dzięki jej pociąganiu przez kurczącą się macicę

W Japonii przeprowadzono ciekawe badanie. Pacjentki zagrożone porodem przedwczesnym z krótkimi szyjkami podzielono na dwie grupy. W jednej grupie mogły współżyć, w drugiej nie.

Okazało się, że w tej grupie, w której kobiety współżyły, stało się coś strasznego – 

ta szyjka macicy jeszcze bardziej się skróciła, mimo to więcej porodów przedwczesnych było w grupie, która nie uprawiała seksu w ciąży. Szyjka się skróciła, ale stała się bardziej zbita, zmieniły się włókna, a sama szyjka była bardziej kompetentna do utrzymania ciąży.

 

To o co chodzi z tą szyjką macicy i całą aferą dotyczącą jej skracania?

Odpowiem na przykładzie ciąży bliźniaczej. Ciąża mnoga jest pewnym odstępstwem od fizjologicznych planów matki natury. Jeżeli macica ma ,,zaplanowaną” pewną granicę objętości i tym samym rozciągliwości, to w sytuacji, kiedy dwójka dzieci wymaga zwiększenia tej objętości, włókna mięśnia macicy, które są ze sobą w specjalny sposób spięte, musiałyby albo się rozerwać – na co biologicznie nie ma zgody. Wobec tego co ma zrobić macica, skoro jest takie mocne napięcie? Zaczyna się kurczyć. I wtedy dochodzi do porodu przedwczesnego. 

 

Więc co zrobić, by tej macicy było więcej, by zapobiec przedwczesnemu porodowi?

Macica ,,pożycza sobie” niejako tkanek z szyjki. Ona się skraca, a wtedy macica ma większą możliwość rozciągnięcia, ale pojawia się rozwarcie… 

Kiedyś w takich okolicznościach zakładano szwy szyjkowe, po latach okazało się, że założenie szwu szyjkowego w ciąży bliźniaczej zwiększa ryzyko porodu przedwczesnego o 215%. Czyli aż ponad dwukrotnie. Bo jeśli tę szyjkę ściągniemy, to macica nie ma sobie skąd pożyczyć tkanek, by się rozciągnąć, a wtedy organizm doprowadza do skurczów. Tak w prosty sposób można to zobrazować.

 

Czyli zbyt krótka szyjka to mit?

Nie, absolutnie. Czasem zbyt krótka szyjka, w pewnych tygodniach ciąży, jest objawem zagrażającego porodu i należy włączyć odpowiednie leczenie. Ja próbuję tylko powiedzieć, że mitem jest to, że najlepsza jest długa, twarda i zamknięta szyjka do dnia przed porodem, a później nagle jak supernova ma ulec ona rozwarciu. To niemożliwe. Faktem jest to, że szyjka dojrzewa, a seks w znakomitej większości przypadków nie szkodzi szyjce ani ciąży. Przeciwnie!

 

Może to głupie, ale wydaje mi się, że kobiety boją się uprawiać seks w ciąży, bo penis może zrobić krzywdę dziecku.  

W medycynie mamy różne ciekawe badania. Są też takie, które pokazują w rezonansie magnetycznym, jak ludzie współżyją i gdzie to prącie się wtedy znajduje. I z całym szacunkiem do nas facetów, ekstremalnie ciężko jest mi sobie wyobrazić, że penis dostanie się przez szyjkę macicy do jamy macicy i uszkodzi dziecko. Jest w stanie dotykać szyjki, ale zwykle pochwa w ciąży się wydłuża, zmienia też swój kąt, i prącie znajduje się po prostu w innym miejscu pochwy, najczęściej w sklepieniu tylnym. 

 

Mówi się, że seksem można przyspieszyć poród. 

Były kiedyś badania sprawdzające, czy współżycie z ejakulacją w pochwie to dobry pomysł na indukcję porodu, na zasadzie – chcielibyśmy już urodzić, to idziemy do łóżka. I to też pokazuje, jakimi wszyscy jesteśmy naiwnymi ignorantami, jeśli myślimy, że para, która nie współżyła przez całe 9 miesięcy, i teraz nagle zaczyna ze sobą sypiać w okresie okołoporodowym, może spowodować indukcję porodu. Nie!

Taki seks, to znaczy seks tylko w okresie przedporodowym, nie zwiększa szansy na wcześniejszy poród. Natomiast możemy inaczej – bardziej fizjologicznie! Gdybyśmy porównali pary nie współżyjące przez całą ciążę ze współżyjącymi przez cały ten okres, czyli u tych, gdzie ta szyjka macicy miała szansę dojrzeć, dzięki między innymi współżyciu, to u tych par będzie mniej ciąż przenoszonych powyżej np. 42. tygodnia. Te pacjentki urodzą częściej w terminie – w szacowanym terminie porodu. 

 

Czy polskie pary spodziewające się dziecka prowadzą aktywne życie seksualne?

Różnie. Statystycznie jest lepiej niż 10 lat temu i już rozkłada się to po połowie. Zmądrzeliśmy jako lekarze! Zrobiliśmy badania pokazujące, że medykalizacja przegrywa z podejściem naturalnym i już nie straszymy pacjentek seksem. Ale dalej do gabinetu przychodzą pary, które na pytanie, czy współżyją, odpowiadają – nie. Okazuje się, że taką decyzję podjęła kobieta. Pytam – nie chce pani?. Słyszę: – No chce, ale gdzie tam on będzie ze mną… z taką mną wielką… i… 

 

To znaczy, że kobieta decyduje? 

Kobiety w ciąży często nie pytają partnerów, tylko decydują za nich. Bo w ich ocenie mogą być nieatrakcyjne dla partnera. Ale nawet nie pytają go o to. Choć oczywiście bywa też i odwrotnie. Na przykład faceci nie chcą współżyć, bo się naczytali różnych rzeczy i się boją, że właśnie zrobią krzywdę dziecku albo krępuje ich sama myśl, że w seksie ,,uczestniczy” ich potomek. 

 

Ale ogólnie seks w ciąży to dobry pomysł?

My wiemy, że na poród wpływ ma wszystko, co działo się z kobietą w czasie ciąży. I też to, czy współżyła. Jeśli para nie uprawiała seksu w ciąży, to już jeden z tych elementów fizjologicznego zachowania (zaplanowanego przez naturę) jest zaburzony. 

Wyobraźmy sobie pacjentkę, która jest w 6. tygodniu ciąży, przestaje od razu pracować, kładzie się w domu owinięta folią bąbelkową i leży. Nie chodzi do pracy, nie ćwiczy. Oczywiście, że przytyje, a otyłość jest jednym z głównych czynników ryzyka powikłań zarówno śródciążowych, jak i okołoporodowych. I jeżeli ta kobieta przez kilka miesięcy nie jest aktywna, przytyła, nie współżyje, a potem przychodzi na salę porodową, na której wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i musi ,,przecisnąć melona przez otwór wielkości cytryny’’, to pojawia się problem.

 

Jaki problem ma pan na myśli?

Chcemy, żeby pacjentka rodziła w pozycji stojącej albo jakiejkolwiek innej, ale nie leżącej, choćby dlatego, że grawitacja sprzyja temu procesowi. Kobieta ma być np. w pozycji kucznej, gdy krocze się otwiera, a tkanki się rozciągają. Proszę sobie teraz wyobrazić, że właśnie rodzi pacjentka, która przez całą ciążę nic nie robiła, nawet seksu z mężem nie uprawiała. Tylko kanapa i telewizor, bo ktoś nierozsądny zaszczepił w niej przekonanie, że jest chora i musi się oszczędzać. Duże uda i ciężki  brzuch utrudniają kucanie na płaskich stopach. Zwyczajnie trudniej się ruszać, kiedy przybrało się 30 kilogramów. Nie może się podnieść, kolana odmawiają posłuszeństwa. Gdy położna prosi, by ciężarna się położyła i np. zarzuciła na siebie nogi, a potem je przytrzymała, ona nie ma siły. Wszystko ją ciągnie i boli, bo jest nierozciągnięta i ciężko odwieźć szeroko uda. Pochwa jest ciasna, zamknięta, bo od 9 miesięcy poza palcami lekarza nic w niej nie było. Rodząca nie ma siły wziąć wdechu, więc jak ma przeć? Szyjka jest twarda, niedojrzała, bo skoro ciężarna nie współżyła, każdy skurcz piekielnie boli. To jest straszliwy ból! Pacjentka leży, krzyczy z bezsilności, jest zdemotywowana, nie ma siły, grawitacja jej nie wspiera. Gdy pacjentka podczas porodu leży, w skali od 0 do 10 odczuwa ból na poziomie 6/7, natomiast  gdy staje i np. kuca w trakcie skurczu, to ból zmniejsza się do 3/4. To standard. Ale żeby rodzić w pozycji stojącej, mniej bolesnej, trzeba być w formie fizycznej i psychicznej, a brak seksu w ciąży na pewno w tym nie pomaga.

 

Czyli sam żel do masażu krocza nie wystarczy?   

Naiwne podejście. Po co żel do masażu, gdy ciężarna ma w domu faceta, który ma najlepszy masażer na świecie, a uniesienie seksualne będzie działało znieczulająco. Prostaglandyny z nasienia wesprą dojrzewanie szyjki, a prącie rozmasuje krocze. Hormony szczęścia uwalniane podczas orgazmu spowodują uczucie szczęścia zarówno u ciężarnej, i dziecku.

 

Czyli jeśli mam do wyboru seks lub masowanie, wybierajmy seks? 

Gdyby porównać cztery grupy: 1. kobiety współżyjące w ciąży, 2. współżyjące w ciąży i masujące krocze, 3. kobiety nie współżyjące w ciąży, 4. nie współżyjące w ciąży ale i masujące krocze, to w grupie współżyjących masaż w niczym nie pomoże, jest po nic. Pomoże natomiast u tych ciężarnych, które nie współżyły w ciąży, ale dalej jest to słabym substytutem i blado wypada porównanie do tych, które uprawiały seks.

 

Czy seks ciężarnych jest w Polsce tematem tabu? 

Mamy mnóstwo ograniczeń i seks ciężarnych to faktycznie temat trudny. Gdy rozmawiam o seksie z kobietami w ciąży, one wydają się być czasem wręcz zniesmaczone moim pytaniem.

W Polsce gdy kobieta zachodzi w ciążę, to od razu realizuje ten mit Matki Polki, już jest naszym dobrem narodowym i świętym ciałem.

 

To znaczy?

,,Weź poleż’’, czyli proponujemy leczenie łóżkiem, które tylko zwiększa ryzyko żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej, pogarsza przepływ maciczno-płodowo-łożyskowy, zmienia naczynioruchowość, to znaczy, że naczynia krwionośne stają się ,,leniwe’’ a ciało tyje, po prostu same szkody. Ale mamy Matkę Polkę, prawie świętą kobietę, a to ciężko już w naszej głowie połączyć z seksem.

 

Jakie jeszcze ograniczenia czują ciężarne? 

Libido jest w głowie. Ciężarnym wbija się do głowy, że są za grube, brzydkie i nie powinny uprawiać seksu. Albo że nie powinny współżyć w takim błogosławionym stanie, lub koleżanki mówią, że facetowi ten seks nie będzie się podobał. A nawet jak tego nie słyszały wprost, to i tak mają gdzieś z tyłu głowy, że każda kobieta z brzuszkiem jest brzydka, więc skoro w ciąży zwiększą się jej rozmiary, to źle. 

Oczywiście otyłość w ciąży jest dalej chorobą i szkodzi, ale z drugiej strony fizjologiczny przybór masy ciała i ciążowy wzrost brzucha powodują, że kobieta pięknieje! 

 

Głęboko nie rozumiem pojawiającej się niechęci do kształtów ciężarnej. To też piękny czas i warto z niego korzystać. Ciężarne pary mogą i powinny współżyć!

 

_________________________________________________

 

Dr n. med. Maciej W. SOCHA, lekarz specjalista położnictwa i ginekologii, ginekologii onkologicznej, perinatologii. Kierownik Oddziału Położniczo- Ginekologicznego Szpitala Św. Wojciecha w Gdańsku. 

 

 

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo