ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Patologia, wariant normy

8 grudnia 2020 / The Mother Mag

Droga redakcjo, Nie wiem, czy przyjmujecie tak zwane listy od czytelniczek, ale postanowiłam się odważyć – i wysłać swoją opowieść.

Mam takie historie okołoporodowe (trzy dni na patologii ciąży, trzy godziny porodu, trzy tygodnie płaczu), które nie są w żaden sposób nadzwyczajne, ale mnie uwierają, już dość długo. Pomyślałam, że może warto się podzielić. 

Ciąża i poród były czasem, gdy zobaczyłam, jak ważna jest bliskość kobiet. Zobaczyłam jednak też, że kobiety niezadowolone ze swojego porodu bywają oceniane. Zwykle przez inne kobiety. Kobiety niezadowolone z porodu, w wyniku którego one oraz dziecko są zdrowe, są oceniane jeszcze ostrzej. Albo byłyby, gdyby odważyły się mówić o tym, co czują. Ale ich uczucia też są oceniane. Złość, smutek, niepokój? Roszczeniowa, księżniczka, rozpieszczona, oderwana od rzeczywistości, słaba; użalasz się nad sobą niepotrzebnie, weź się w garść; a co myślałaś; nie doceniasz; i tak miałaś dobrze, bo za moich czasów; nie przesadzaj, nie strasz innych dziewczyn. Tak jakby swobodnie można było ocenić film, koncert, buty (że raczej tak 3/10), a nie poród. Oczywiście, wyobrażeniami na ogół nie da się spowodować niczego, tak samo jak przebiegu ciąży czy porodu nie da się zaplanować. Każdy jest jakiś, lepszy lub gorszy. Niemniej jednak każdy ma prawo do tych wyobrażeń oraz emocji – gdy się spełnią, lub nie.

 

Żal częściej wiąże się ze smutkiem. Smutek to reakcja na stratę czegoś ważnego.

 

Złość – niespełnione wymagania, oczekiwania oraz żądania, odpowiedź na blokadę na drodze do zdobycia czegoś. Lęk – to subiektywne postrzeganie zagrożenia. Emocje są logiczne, prawomocne i dynamiczne. Prędzej czy później opadną, ale mogą zostawić ślady, które nie wiodą ścieżką akceptacji. Akceptację rozumiem jako uznanie rzeczywistości takiej, jaką jest, także faktów, które nam się nie podobają – nie jest to aprobata ani bierność wobec nich. Paradoksalnie, niezgoda na rzeczywistość jej nie zmienia; zmiana rzeczywistości wymaga jej zaakceptowania.

Tą samą drogą przychodzi akceptacja dla faktu, że czasami nie zostajemy wysłuchane. Z różnych powodów opowieść bywa niechciana. Niepokoi, złości, smuci, a może – nie jest dla drugiej osoby istotna. Wiemy coraz więcej o depresji poporodowej i baby blues’ie, chyba lepiej umiemy się tym zająć, a co z doświadczeniami, które nie są diagnozowalne jako problemy emocjonalne lub zaburzenia? Które są po prostu skargą, wyrażeniem dyskomfortu? Bywają bagatelizowane – i wiele kobiet zgadza się na bagatelizowanie, wtedy, kiedy chcą mówić o czymś, co je spotkało. Nazwać coś, żeby móc to uporządkować i zaakceptować.

Specjaliści z obszaru zdrowia psychicznego mają różne narzędzia do badania, gdzie jest granica między patologią a normą w kontekście zaburzeń. Jako kobieta, która była w ciąży i urodziła, mam (my wszystkie mamy) wewnętrzne narzędzia – emocje – do badania własnych granic na skali patologia-norma. Nie tylko podczas porodu, w sensie fizjologicznym czy medycznym, ale w zachowaniu innych, w interakcjach, na badaniach kontrolnych, podczas pobytów w szpitalach, ze strony osób, od których zależymy, gdy oddajemy się pod ich opiekę.

Z tego powodu właśnie się dzielę – bo to istotne w odniesieniu do mnie, innych kobiet, które w tej historii występują, oraz może pozostałych, którym towarzyszy żal, gniew, niezrozumienie lub inny dyskomfort, niewypowiedziany lub niewysłuchany. Może któraś z nich zastanawia się, czy to, czego doświadczyła, to już patologia, czy jeszcze wariant normy, i na ile ta granica przebiega w niej samej, a na ile istnieje na zewnątrz.

 

 

__

 

Patologia, wariant normy

 

Wtorek: lekarz zaprasza mnie do gabinetu na echo serca. W środku widzę kilku studentów. Proszę się rozebrać, mówi lekarz. – Przy tych wszystkich ludziach? Pytam, mocno zaskoczona, bo nikt mnie nie uprzedzał o widowni. – Tak. – A czy mogę zasłonić piersi? – Niestety nie, bo badanie nie wyjdzie. 

Lubię swoje ciało i skórę w ciąży, ale, mimo to, nie chcę pokazywać obcym ludziom swoich piersi. Tak samo, jak nie chciałabym w innych okolicznościach. Poradnia przy szpitalu klinicznym ma swoje zasady, zgadzasz się na towarzystwo, albo rezygnujesz z konsultacji. Z tej nie mogę zrezygnować, jestem w 8. miesiącu ciąży. Na wizytę czekam od siódmego. Studenci na szczęście wpatrują się w ekran, lekarz opowiada im o moim sercu, jakby spoczywało ono samodzielnie na leżance. Nie patrzy na mnie ani razu. – O, a spójrzcie tutaj, widzicie, co to jest? Cisza. Ze stresu wstrzymuję oddech. Podaje jakąś skomplikowaną nazwę, z komentarzem, że to tkanka, która zwykle zanika w trakcie rozwoju, mi nie zanikła. Wszyscy wyciągają notesy i notują. Po badaniu wychodzą, lekarz mówi, żebym się ubrała i też wychodzi. Zjawia się nowy specjalista z inną pacjentką – po tym orientuję się, że moja konsultacja się zakończyła. Szukam lekarza na korytarzu i pytam, czy w badaniach wszystko wyszło dobrze? – Tak, można rodzić, to nie do końca patologia, raczej taki wariant normy.

Mimo to, w piątek rano przyjeżdżam na patologię ciąży. Powód jest inny – od dwóch tygodni mam łagodną cholestazę, a lekarka zasugerowała, że powinnam „położyć się na obserwację”, chociaż okaże się szybko, że wcale nie chodzi o leczenie, tylko o rezerwację miejsca na porodówce. Po fakcie byłam wdzięczna. Wtedy – przerażona i zła. Jestem dwa tygodnie przed terminem porodu.

Na izbie przyjęć bada mnie lekarz, jest młody i przystojny, na ręce ma duży zegarek, wygląda na bardzo drogi. Bada mnie tak, że syczę i wykręcam się na fotelu, ale, jak poprzedni lekarz i wielu kolejnych, również on na mnie nie patrzy. Nieliczne komentarze kieruje do pielęgniarki. Po badaniu krwawię, po raz pierwszy w tej ciąży. Później dowiem się, że wszystkie kobiety po wizycie u niego krwawią.

Sala jest pięcioosobowa. Wchodzę w tryb kolonijny i zaczynam marzyć o łóżku przy oknie, zamiast przy umywalce – chcąc się do niej dostać, współlokatorki zawadzają o moje rzeczy. Siadam na łóżku i czekam. Nie dzieje się nic, wbrew moim wyobrażeniom. 

Obchody weekendowe są leniwe. Przy moim łóżku zatrzymuje się najstarszy lekarz i patrzy w swoją kartę. – Taaaak, pani tu jest z powodu…. – Cholestazy – mówię. – Taaak. I coś tu jeszcze…… –  Niedoczynność tarczycy. – Właśnie. No nic, obserwujemy. 

 

Nie udaje mi się nawet spotkać z nim wzrokiem.

 

Mija druga doba, moje oczekiwanie i niezrozumienie zmienia się w irytację. Robię dokładnie to samo, co mogłabym w domu: biorę swoje leki i całymi dniami czytam gazety. Wydarzeniem dnia jest przeprowadzka na łóżko pod oknem. Absurdem dnia – lekarze wypisali dziewczynę, która bała się wrócić do domu. Powiedzieli, żeby odpoczęła w swoim środowisku, bo ich zdaniem szpital ją stresuje i pogarsza jej stan. Ona próbowała ich przekonać, że ze swoją patologią ciąży bezpieczniej jednak czuje się na oddziale. Nie udało się, a na koniec dostała w prezencie rozmowę z oddziałowym psychologiem. Gdy wraca, uśmiecha się gorzko „dziewczyny, nie rozmawiajcie z nią”. Ukrywam swój zawód, dosłownie i w przenośni. Z jej łóżka mam widok bezpośrednio na szpital, w którym pracuję. 

Moje poprzednie miejsce dostaje dziewczyna z płaskim brzuchem. My wszystkie, mocno wypukłe, patrzymy na siebie. Zastanawiam się, czy to pomyłka, czy brak empatii – dla kobiet w pierwszych miesiącach ciąży jest inny oddział. Tam – w razie gdyby nie udało im się pomóc – nie są narażone na porody i płacz noworodków. Dziewczyna ma ze sobą jedną reklamówkę. Okazuje się, że jest w 7. miesiącu ciąży, a do szpitala przyjechała autobusem, sama. I została. W bezczynności śpi lub patrzy w sufit. Po kilku godzinach koło niej zaczyna dziać się więcej, nagle cieszy mnie mój bezruch. Idzie na USG, wraca zmieniona. Podobno dziecko przestało się rozwijać kilka miesięcy temu. Ma planowane jakieś badania. Jak było? Pytamy. – Nie wiem. Zapytałam lekarza, co się dzieje. Powiedział „proszę wytrzeć brzuch i się ubrać” i wyszedł. – Jak wyglądał? – Taki młody, przystojny. 

Dwa razy dziennie w naszej sali głośne, miarowe bicie serc trójki dzieci i jedno ciche, nieregularne, wolne. Podobno wcześniej była w innym szpitalu i oglądali ją inni lekarze. Podobno mówili, że dziecko rozwija się zgodnie z normą. Nie płacze, mówi, że już nie ma czym. Śpi lub patrzy w sufit. W domu czeka kilkuletnia córka i partner, nie mogą od razu dowieźć jej rzeczy. Czuję ulgę, gdy to mówi. Oddaję jej swoje gazety.

W niedzielę późnym wieczorem przyjeżdżają dwie kobiety, głośno rozmawiają przez telefon, przy każdej – dwie osoby towarzyszące. Ich KTG piszczą mi nad uchem, pielęgniarki dyskutują pół metra od mojego łóżka. Jestem niewyspana, zestresowana i obolała, a czeka mnie przecież wysiłek porodu i połogu. Frustracja kumuluje się we mnie myślą, że pierdolę to. Jutro się wypisuję na własne żądanie, muszę odpocząć. Ani jednej nocy więcej na tym oddziale. Gdy o 6.30 rano stawiam stopy na podłodze, odchodzą mi wody. Nie jestem sobie wdzięczna.

 

Dziewczyny z sali już nie śpią, mówię – kurwa, chyba mi wody odeszły.

 

Pielęgniarki nie są pewne, chociaż w drodze na dyżurkę kapie ze mnie na podłogę. Po jakimś czasie przenoszą mnie na porodówkę. Dociera do mnie niewyraźnie, że dzisiaj urodzę. Lekarz mówi, że skurcze słabe, głowa dziecka się odpycha. Oczywiście nie wiem, co to znaczy, ale domyślam się, że nie idzie tak, jak ma iść. Na porodówce cisza. Jestem sama w sali. Czas spędzam chodząc, skurcze są nikłe, ale co 20 minut. Pytam jakąś położną, co dalej będzie się działo. – Musi pani urodzić w ciągu 24 godzin, a akcja skurczowa żadna, sama pani nie ma szans na poród. 

Po tym komentarzu nie mam już ani jednego skurczu. Dzwonię do swojej położnej, dziękuję losowi, że będzie na nocnym dyżurze, nagle jest 19:00, idę na lewatywę i  kroplówkę z oksytocyny. Położna mnie bada, mówi – dziecko skośnie ustawione. Na jej polecenie zmieniam pozycje, położna robi wewnątrz mnie jakiś manewr i nagle chlustają ze mnie litry płynu, czuję potworny ból, bezwiednie odpycham się nogami, płaczę i błagam, żeby przestała. – Poczekaj dziecko, jeszcze chwilę wytrzymaj. Widocznie, póki co, to ja mam być dzieckiem na tej sali. Bezradność i przerażenie. Gdy po kilku dniach od porodu dzwonię do niej zapytać, co się właściwie wydarzyło, mówi: wstawiłam ci dziecko.

Nagle rzuca: głowa dziecka przyparta, ułożenie dobre, zaczynamy. Kroplówka z oksytocyną startuje, głęboko oddycham i rozmawiam z mężem, szybko zapominam o mowie, zaraz potem o oddychaniu, proszę o gaz. Gaz działa chwilę, trochę mnie otępia, niewystarczająco. Skurcze narastają, tracę poczucie czasu, ból, który miał dotyczyć brzucha, wykręca mnie całą, sztywnieję aż do palców stóp. Błagam o znieczulenie. Przed moimi oczami pojawia się kartka, proszę przeczytać między skurczami i podpisać zgodę. Nie jestem w stanie czytać, a „między skurczami” nie istnieje, jest ciągły ból, krzyczę, żeby nie wychodziła, podpisuję natychmiast. Anestezjolog wkłuwa się raz, mówi, że mam krzywy kręgosłup i nie pójdzie. Że kobieta w ciąży to trzecia płeć. Wkłuwa się drugi; chyba za trzecią próbą drętwieje mi lewa noga. Znieczulenie podziałało tylko na lewą stronę ciała. Po prawym biodrze co kilka sekund przejeżdża mi ciężarówka, ale jest łatwiej nie zwracać na to uwagi. Przyspieszone rozwarcie, położna oznajmia drugi okres porodu. Instruują. Nie zauważam zamieszania wokół mnie, skupionych twarzy, dziwnej ciszy. Nie rozumiem, dlaczego dają mi maskę z tlenem, skoro, póki co, to dla mnie najbardziej znośny moment porodu. Potem okaże się, że gdy zmieniłam pozycję, odczepiła się pelota od KTG i personel myślał, że dziecku zanikło tętno. Oddychanie, parcie. Położna z nożyczkami między moimi nogami, zero bólu. Nagle chluśnięcie, jakby wylały się ze mnie wszystkie narządy, największa ulga. Jego i mój płacz. Ciepły i mokry leży na moim brzuchu, trzyma mnie za palec. Jest strasznie mały. Nie wierzę, że to żywy człowiek, dotykam go. Później łożysko. Jest czułość, wyczerpanie, rezygnacja, pogodzenie. Bo on – jest, tak jak miał być. Mimo że nie tak miało być.

 

Urodziłam swojego chłopca tuż przed północą i myślałam, że najgorsze za mną.

 

Po porodzie leżymy razem, długo, zanim położna odkłada dziecko do plastikowego łóżeczka. Nie śpię do rana, bo sprawdzam, czy oddycha. Przysypiam, kiedy otwieram oczy – czuję się nieźle, dziwi mnie to, skoro kilka godzin wcześniej byłam przekonana, że nie przeżyję. Postanawiam wstać do bobasa, jak to mówią – po porodzie naturalnym jest łatwiej, zaraz możesz sama zajmować się dzieckiem. Unoszę się na łokciu i zapiera mi dech, a w uszach słyszę, po raz pierwszy w życiu, przeciągły pisk. Pod sobą widzę kałużę krwi. Przychodzi salowa, proszę, żeby zmieniła mi podkład. A wkładka gdzie? No przecież źle ją pani trzyma, sarka. Szum w uszach się wzmaga. – Przepraszam, źle się czuję – mówię. Nie wiem, jakim sposobem wstać z łóżka. Próbuję klęknąć, ta sama kobieta podnosi głos, – przecież zaraz spadnie, niech wstaje inaczej. Nie wiem, czy dam radę, ale próbuję. – No ale jak tak po milimetrze pani będzie wstawała, to ja nie wiem. Przy silniejszym ruchu na pościel chlusta ze mnie krew, salowa krzyczy – co pani robi, niech pani uważa, teraz trzeba będzie wszystko wymienić. – Przepraszam, starałam się jakoś wstać. – No chyba się pani starała jak najwięcej wybrudzić. Nie mówię już nic więcej, bariera poporodowego szoku i wyczerpania chroni mnie przed uczuciem wstydu. Niestety blokuje też moją złość, która normalnie pomaga mi postawić granicę od razu, gdy ktoś ją przekracza. Moja bezsilność mnie przeraża, pytam pielęgniarki i lekarza, co robić, mówią – dużo pić, powoli się pionizować. Cieszę się, że dziecko śpi, bo nie mogę do niego wstać, robi mi się ciemno przed oczami. Naciskam przycisk wzywający personel, są niezadowoleni, że proszę ich o podanie dziecka. Mija 11 godzin od porodu.

Ktoś w końcu kładzie mi synka na łóżku, próbuję karmić go na leżąco, wtedy nie kręci mi się w głowie. Po 12 godzinach od porodu stoję w łazience, trzymając się ściany, mąż myje mnie ostrożnie. Pierwszy raz patrzę na swój brzuch i odbite na łydkach ślady własnych palców. Siadanie boli, plecy też. Na kręgosłupie opatrunek po trzech wkłuciach. Piersi krwawią, dziecko nie umie ssać, ale dowiem się tego dopiero 1,5 tygodnia po porodzie, u doradcy laktacyjnego.  

Dzień później: obchód lekarski na porodówce. – Proszę się położyć i odsłonić brzuch; młody lekarz z drogim zegarkiem wciska swoje palce poniżej mojego pępka. – Macica na 3 palce. Odchyla siatkowe majtki i komentuje kolor krwi. Jakaś kobieta podchodzi, łapie mnie za obie piersi i ściska. – Twarde, trzeba odciągać. Nie mam pojęcia, kim jest.

Niby urodziłam w terminie, bo dwa tygodnie wcześniej. Szybko okaże się, że te dwa tygodnie były dziecku potrzebne. Nieprawidłowe ssanie, ciągły sen, mleko płynące mi po brzuchu, gdy biorę prysznic, laktator 8 razy dziennie. W dniu szacowanego terminu rozwiązania pierwszy raz karmię piersią bez płaczu. W poporodowym USG głowy okazuje się, że dziecko ma krwiaki (łagodne, powinny samoistnie przeminąć i nie zostawić śladów, mówi lekarz; miał rację). – Chyba miałaś ciężki poród, mówią bliscy. – Ale to nic, było, minęło – podsumowują, zanim otwieram usta. Położna przez telefon chwali – super poród, wszystko przebiegło bez problemu. W karcie wpis: poród samoistny, bez komplikacji. Wiele dni po porodzie wpisuję w przeglądarkę: żal po porodzie. Poza dzieckiem – czuję, jakby uszło ze mnie coś jeszcze.

 

____________________

ilustracja: Emilia Pryśko

Ciało

Masaż twarzy i facetaping. Rozmowa z Anetą Hregorowicz-Gorlo

13 stycznia 2021 / Monika Pryśko

Poznajcie Anetę Hregorowicz-Gorlo, kobietę, która w swojej Akademii uczy, jak się masować, by mieć zdrowe i piękne ciało, a szczególnie witalną, łagodną i promienną twarz.

Przez lata zgłębiała tajniki masażu, by połączyć je z niekonwencjonalnymi metodami, jak stawianie baniek na twarz, czy wykorzystywanie taśm kinezjologicznych, które zazwyczaj stosuje się w kontuzjach i rehabilitacji ciała. 

 

Powiedz, gdzie uczyłaś się masażu? Wyobrażam sobie te godziny szkoleń! 

Od wielu lat interesuję się masażem, zgłębiam tajniki, czytam, oglądam, a ostatnimi laty doszły do tego wyjazdy, szczególnie na Wschód. Rosja, Ukraina, Łotwa słyną z kultury masowania. Kiedy skończyłam studia ponad 10 lat temu, nauczanie masażu opierało się na podstawowych informacjach. Moja ciekawość anatomii twarzy, naszego naturalnego  potencjału do samoodnowy, motywowała mnie do poszukiwań, dlatego stawiałam sobie nowe wyzwania w poszukiwaniu nowej dla mnie wiedzy i łączenia jej właśnie z dziedziną kosmetologii, naturoterapii, psychobiologii i ekologicznego stylu życia. Na mojej drodze stanęło wówczas wielu wspaniałych ludzi, od niezwykłych lekarzy, osteopatów, po masażystów i naturoterapeutów, którzy pokazali mi, że skóra i jej zewnętrzne piękno to wynik wewnętrznego zdrowia.

 

To brzmi wręcz mistycznie, choć przecież wiem, że nie jest to wiedza tajemna.  Zastanawiam się więc, dlaczego nie mówi się o tym głośniej i dlaczego masaż nie jest dla nas tak naturalny, jak być powinien. 

Byliśmy pochłonięci nową technologią, urządzeniami, odkrywaniem ekspresowych kuracji upiększających, zafascynowani szybkim działaniem niektórych technik. Gabinety kosmetyczne inwestowały w nowe sprzęty, które gwarantują piękną, młodą, jędrną skórę. Natomiast te manualne terapie zostały odstawione na bok, ale one były zawsze, nie są żadnym odkryciem.Teraz natomiast przeżywają renesans. 

 

Czy to znaczy, że zamiast botoksu kobiety powinny inwestować w częstsze wizyty w gabinetach masażu? 

Jako naturoterapeutka i kosmetolog holistycznie patrzący na nasze ciało, cenię sobie naturalne metody. Nigdy nie byłam przeciwna medycynie estetycznej, nawet sama próbowałam w swoim życiu wielu propozycji, jakie nam daje świat medycyny i kosmetologii estetycznej. Jednak to, co jest bardzo ważne, to zdrowy rozsądek i umiar. Zaufanie naszej naturze, zaufanie temu, co nas od środka zasila i wzmacnia. Twarz ostrzyknięta botoksem, przez wiele lat poddana ,,paraliżowi” zamienia się w maskę, a jej skóra, przez brak odpowiedniego krążenia, robi się wiotka i bardzo słaba.

W ostatnim czasie współpracuję z wieloma lekarzami, którzy dla uzyskania jak najlepszych rezultatów odmłodzenia czy regeneracji, otwarcie już mówią o dobroczynnym wpływie masażu jak i ,,rehabilitacji estetycznej” – przed kuracją, jak i po niej. Mowa o niwelowaniu obrzęków po ostrzyknięciu, rozmiękczeniu zrostów, jakie czasem powstają przy zabiegach medycyny estetycznej, tworząc blokady w przepływie płynów fizjologicznych.

 

Czy to był jeden z impulsów, by stworzyć autorską metodę masażu twarzy?

Stworzyłam pakiet autorskich technik, które w przypływie weny zapisałam, zmotywowana efektami, których byłam świadkiem. Zainspirowana spotkaniami z ludźmi z całego świata, zebrałam same perełki, które na swoich kursach i warsztatach przekazuję innym kobietom. 

Potrzebowałam skutecznego narzędzia, które pozwoli mi w całkowicie naturalny sposób, w pełni holistycznie zaopiekować się kobiecą urodą, a szczególnie zdrowiem, tak samo na poziomie fizycznym, jak i psychoemocjonalnym.

 

 

Pamiętam, gdy na warsztatach tłumaczyłaś mi, że twarz też powinna być w dobrej formie! Masaż ciała to coś, co znamy, natomiast masaż twarzy do niedawna brzmiał dla mnie nieco ekscentrycznie. 

Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale od kilku lat nurt holistyczny zaczyna się bardzo rozwijać. Kobiety częściej już czytają etykiety kosmetyków, interesują się tym, co nakładają na swoją skórę i wiedzą, że krem za 2000 zł nie jest w stanie zagwarantować piękna i długowiecznej młodości, ponieważ może być jedynie finezyjnym wykończeniem relaksacji, może być aromaterapią. Natomiast za kondycję twarzy odpowiada krew, układ mięśniowy, który jest rozprężony. Naczynia krwionośne, które niczym nurty rzeczne odżywiają tkanki od środka. To, co znajduje się pod skórą, jest odpowiedzialne za piękno, zdrowie i witalność.

 

Zwróciłaś też moją uwagę na mięsnie twarzy.  Zapomnieliśmy, że twarz to mięśnie, a mięśnie potrzebują konkretnego działanie, a nie miziania piórkiem. Od tych warsztatów minęło kilka miesięcy, a ja wciąż o tym pamiętam przy codziennej pielęgnacji, mimo że teoretycznie nie powinnam zbyt mocno masować twarzy, ponieważ mam cerę naczynkową. 

Gdy jeszcze studiowałam kosmetologię, głównym przeciwwskazaniem do masażu była właśnie cera naczynkowa czy wrażliwa. Zobacz, jakie to jest mylne i złudne. Jeśli przykładowo moja ręka byłaby w gipsie przez pół roku, to skóra po nim na pewno się wysuszyła, nie miała dobrego krążenia, była przez większość czasu unieruchomiona. Więc gdy tylko zdejmą mi gips, zaczynam rehabilitację, by krążenie wróciło do normy.  Takiej samej gimnastyki i ćwiczeń potrzebują nasze naczynia krwionośne, aby były zdrowe i szczelne.

 

No właśnie, traktujemy ciało dość ostro, gdy chcemy, by wróciło do dawnej sprawności. 

Jeśli mam kruchość naczyń krwionośnych, jeśli mam mało tkanki łącznej i moja skóra jest wiotka, to przecież nie mogę jej delikatnie głaskać, bo żadne krążenie się tam nie poprawi. 

Tak naprawdę nasze tkanki aż proszą o intensywny bodziec. Jeśli porównasz twarz do doliny, gdzie płynie rzeka, to gdy na rzece robi się tama, ja nie idę tam z miotłą i nie zmiatam na niej kurzu. Ja zakasuję rękawy i usuwam tę tamę. Tak samo jest z twarzą. Nie będę głaskać mięśni żwacza, który jest napięty i chłonie cały kortyzol, tylko skupię się na intensywnym masażu. 

 

Pamiętam, że masaż twarzy, który mi zrobiłaś, bardzo poprawił mi nastrój. Faktycznie nie chodzi tylko o to, by wyglądać ładniej, ale by pozbyć się też negatywnych emocji, które kumulujemy w mięśniach twarzy. Zauważyłaś wtedy, że powinnam więcej uwagi poświęcać mojej żuchwie, bo właśnie po tym fragmencie twarzy widać, że miałam ostatnio nerwowy czas. 

Jesteś osobą, która wydaje się być szczera ze sobą. To znaczy, że jeśli jest ci smutno, to się nie uśmiechasz. Twoja twarz wyraża emocje, więc jeśli jest dobrze, to na twarzy to widać, i odwrotnie. Wyobraź sobie, że są osoby, które z różnych powodów mają na twarzy maskę. Takie twarze są mało żywe, a jeśli dodamy do tego medycynę estetyczną i zablokujemy mięśnie botoksem, nie damy mięśniom popracować, to mamy problem. U takich osób występuje brak krążenia, niedotlenienie, a przecież blisko twarzy jest mózg. Ponad 60 mięśni naszej twarzy nie tylko odżywia naszą skórę, pompując krew do kapilarów, ale dodatkowo przecież doprowadza krew do naszego mózgu. Osoby, które są jak zamrożone, które mają bardzo dużo napięć, często też, co wynika z moich obserwacji, borykają się ze stanami depresyjnymi, zachwianiem równowagi psychoemocjonalnej, migrenami, zmęczeniem, przewlekłym stresem.

 

Gdy mówisz teraz o krążeniu, mięśniach, tkankach i przepływie limfy, wydaje mi się to bardzo trudne. Sama wiesz, że najtrudniej jest zacząć. 

Zacznij od początku. Nawet dzieci robią to intuicyjnie. Gdy są zmęczone i znudzone, masują okolicę oczu, pobudzają sobie zakończenia nerwowe, które są odpowiedzialne za orzeźwienie i otrzeźwienie umysłu. W kącikach oczu mamy punkt, który, kiedy tylko przytrzymasz go kilka sekund, aktualizuje twój mózg, bo poprawia krążenie i odświeża.

 

Znowu wychodzi na to, że to, co najprostsze, jest najbardziej skuteczne.

Masaż to dotyk, najstarsza terapia na świecie. Boli mnie głowa, chwytam się za czoło. Dwie dłonie oparte o skronie, opuszki palców na włosach i nieświadomie masujemy głowę. Nie musimy być super specjalistą, żeby zafundować sobie kilka minut masażu w domu. Oczywiście dobrze, jeśli wiemy, jak przepływa limfa, jak ułożone są mięśnie naszej twarzy, natomiast sam dotyk, samo głaskanie, samo ciepło dłoni i intencja już działają. 

 

Czytałam gdzieś, że twarz należy masować w określonym kierunku, bo inaczej rozciągniemy sobie skórę i spowodujemy szybsze powstawanie zmarszczek. 

Wystarczy, że będziesz świadoma tego, że limfa odpływa od środkowej części twarzy w stronę uszu i spływa po szyi do największych kanałów limfatycznych, jakimi są pachy. Wszystkie ruchy wykonuj zgodnie z tą linią. Zachęcam do masażu intuicyjnego, bo twarz woła o uwagę, a każda z nas ma napięcia w twarzy w innym miejscu. 

 

Dobrze, że o tym wspominasz. Naśladowanie bez zaangażowania i wyczucia własnych potrzeb wydaje się być bez sensu.

Dokładnie tak, bo skupiamy się nie na tym, co robimy, tylko na tym, co zaraz będziemy musiały zrobić. 

 

I wtedy rozwijamy rolkę taśmy kinezjologicznej i dzieją się cuda!

Taśmy to nie jest cud natury, to nie plastry nasączone płatkami złota. To taśmy, które zostały opatentowane przez japońskiego lekarza Dr Kenzo Kase. Odwzorowują linie papilarne i strukturę naszej skóry, co oznacza, że gdy nadamy im odpowiednie napięcie, bądź jego brak, a także z odpowiednią intensywnością nakleimy je na naszą skórę, zostaje ona w  kinezjologiczny sposób podniesiona. Taśma działa na tkankę unosząc jej strukturę, a jeśli pod skórą i powięzią zaczyna być więcej przestrzeni, to oznacza, że krew i limfa zaczynają swobodnie przepływać. A krew i limfa to eliksir urody. 

 

Czyli tak naprawdę chodzi o regenerację, odbudowę tkanek?

To tak jak ze skaleczeniem. Jeśli skaleczę swoją dłoń, to moje komórki, komórki Langerhansa, komórki odpornościowe, robią wszystko, żeby skupić się na regeneracji i procesie naprawczym tej zmiany. Z taśmą jest podobnie. Jeśli poprzez masaż stymuluję sobie tkankę i na to nałożę taśmę, to wzmacniam efekt regeneracji i rewitalizacji danego obszaru.

 

Nie trzeba chyba być specjalistą, by używać tych plastrów? Są dostępne choćby online, na Allegro ich cena zaczyna się od 11 zł. Czy wystarczy je pociąć na paseczki i sobie je intuicyjnie nakleić?

Jeśli chcemy osiągnąć zdecydowanie bardziej spektakularne rezultaty, wymodelować naszą twarz, rozprężyć odpowiednie partie mięśniowe (a pamiętajmy, że deformacje robią się poprzez napięcia mięśniowe, czy zablokowanie limfy w podbródku), to tutaj fajnie byłoby znać biomechanizmy i kierować się rzeczywiście wskazówkami, które pomogą tę deformację rozłożyć na czynniki pierwsze, czyli np. odprowadzić limfę czy wzmocnić mięśnie. 

 

Na swoim profilu na Instagramie często publikujesz swoje zdjęcia z naklejonym na czoło serduszkiem. Sama czasem sobie podobne naklejam. 

To bardzo prosta aplikacja, którą nakłada się w okolicy tzw. trzeciego oka. Ten kawałek taśmy naklejony na czole pomaga w czasie migreny, ma działanie odprężające, wygładza zmarszczki. W czasie snu relaksuje napięty mięsień marszczący brwi. Uspokaja i harmonizuje. 

 

Zastanawia mnie, czy masażem twarzy jesteśmy w stanie walczyć z niedoskonałościami skóry. Mam na myśli nie tyle zmarszczki, co na przykład trądzik czy zmiany chorobowe. Czy taśmy pomogą w przywróceniu twarzy dobrej kondycji?

Wróćmy do przykładu tamy. Nagle do rzeki trafia parę kontenerów ze śmieciami. Te śmieci to toksyny, złogi, neurotoksyny, stres. Toksyny z pożywienia i powietrza, ale też z naszych myśli. Te nurty rzeczne, czyli kanały krwionośne, energetyczne czy limfatyczne, są zatkane. Jeśli one są zatkane, to nasze tkanki zachowują się jak bagno, którego nikt dawno nie oczyszczał. Nasza twarz zaczyna puchnąć, woda zbiera się w tkankach i nie ma możliwości odpływu. I wtedy nasza skóra informuje nas, że coś jest nie tak. Zaczynają na twarzy pojawiać się wypryski, stany zapalne, przebarwienia. 

 

Faktycznie, gdy tak to opisujesz, już sama widzę, że nawet najlepszy krem tutaj nie bardzo pomoże, że to za mało. 

Nie jestem przeciwna kremom i zabiegom, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że pierwszym krokiem powinno być odblokowanie i praca z przyczyną, czyli z zastojem. Sama uwielbiam naturalne produkty, aromaterapię, choć zawsze na pierwszym miejscu jest masaż! Reszta to tylko przyjemny dodatek.

 

Aż boję się zadać to pytanie. Systematyka i w tym przypadku jest ważna?

Pewnie, że tak. Pomyśl sobie, że raz na pół roku idziesz na spacer. Albo zadaj pytanie dietetykowi, jak długo będziesz zdrowa po zjedzeniu marchewki. Byłam dziś pół godziny na rowerze, czy to znaczy, że przez najbliższe miesiące mogę leżeć na kanapie? Tutaj systematyka jest jak picie wody. Nie wypijesz na raz 20 litrów wody i nie powiesz – dobra, mam luz na cały miesiąc.

 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić! Rozmawiasz z największym leniem na świecie. 

I dlatego też stworzyłam autorski program automasażu. Kurs FACEMODELING SELF TAPE, który uczy pozytywnej dyscypliny w działaniu, dobrej rutyny i pielęgnacji twarzy, która już po kilku dniach, tygodniach odwdzięcza się łagodnym wygladem, młodością i promiennością.

Profesjonalne masaże to coś wspaniałego, ale korzystasz z nich raz na jakiś czas. Są bardzo cenne i zachęcam, by dać sobie co jakiś czas tę ogromną przyjemność. Nawet na mojej stronie rekomenduję miejsca, które warto odwiedzić już w całej Polsce.

Pamiętajmy jednak, że to codzienna, pozytywna rutyna, zdrowe pożywienie, oddech i harmonia są kluczem do zdrowia i urody naszej twarzy i całego ciała.

 

Chciałabym też zaznaczyć, a co poczułam po masażu w Twoim gabinecie, że nawet jeśli trzeba zachować systematyczność, to i tak efekt widać od razu. 

Tak, to prawda. Jeśli techniki są dopasowane do potrzeb i ja wyczuję, co mi służy, gdzie jest potrzeba masażu, to tkanki są na tyle wdzięczne, że to widać. Przypomina to o pierwotnym modelu samouzdrawiania. Widać to u osoby, która ma 20 lat, ale najbardziej widać u osób, które tego masażu naprawdę potrzebują. U osób starszych, zmęczonych, schorowanych, albo po prostu zaniedbanych, zapomnianych.

 

Jeśli twarz po 20 latach bez uwagi dostanie taki masaż, to zdecydowanie poinformuje nas swoim radosnym, łagodnym i wypoczętym wyglądem.

Dbajmy o siebie dziewczyny! 

Zdrowie i piękno jest w naszych rękach każdego dnia!

 

_

Na zdjęciu: Emilia Pryśko

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo