Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Patologia, wariant normy

8 grudnia 2020 / The Mother Mag

Droga redakcjo, Nie wiem, czy przyjmujecie tak zwane listy od czytelniczek, ale postanowiłam się odważyć – i wysłać swoją opowieść.

Mam takie historie okołoporodowe (trzy dni na patologii ciąży, trzy godziny porodu, trzy tygodnie płaczu), które nie są w żaden sposób nadzwyczajne, ale mnie uwierają, już dość długo. Pomyślałam, że może warto się podzielić. 

Ciąża i poród były czasem, gdy zobaczyłam, jak ważna jest bliskość kobiet. Zobaczyłam jednak też, że kobiety niezadowolone ze swojego porodu bywają oceniane. Zwykle przez inne kobiety. Kobiety niezadowolone z porodu, w wyniku którego one oraz dziecko są zdrowe, są oceniane jeszcze ostrzej. Albo byłyby, gdyby odważyły się mówić o tym, co czują. Ale ich uczucia też są oceniane. Złość, smutek, niepokój? Roszczeniowa, księżniczka, rozpieszczona, oderwana od rzeczywistości, słaba; użalasz się nad sobą niepotrzebnie, weź się w garść; a co myślałaś; nie doceniasz; i tak miałaś dobrze, bo za moich czasów; nie przesadzaj, nie strasz innych dziewczyn. Tak jakby swobodnie można było ocenić film, koncert, buty (że raczej tak 3/10), a nie poród. Oczywiście, wyobrażeniami na ogół nie da się spowodować niczego, tak samo jak przebiegu ciąży czy porodu nie da się zaplanować. Każdy jest jakiś, lepszy lub gorszy. Niemniej jednak każdy ma prawo do tych wyobrażeń oraz emocji – gdy się spełnią, lub nie.

 

Żal częściej wiąże się ze smutkiem. Smutek to reakcja na stratę czegoś ważnego.

 

Złość – niespełnione wymagania, oczekiwania oraz żądania, odpowiedź na blokadę na drodze do zdobycia czegoś. Lęk – to subiektywne postrzeganie zagrożenia. Emocje są logiczne, prawomocne i dynamiczne. Prędzej czy później opadną, ale mogą zostawić ślady, które nie wiodą ścieżką akceptacji. Akceptację rozumiem jako uznanie rzeczywistości takiej, jaką jest, także faktów, które nam się nie podobają – nie jest to aprobata ani bierność wobec nich. Paradoksalnie, niezgoda na rzeczywistość jej nie zmienia; zmiana rzeczywistości wymaga jej zaakceptowania.

Tą samą drogą przychodzi akceptacja dla faktu, że czasami nie zostajemy wysłuchane. Z różnych powodów opowieść bywa niechciana. Niepokoi, złości, smuci, a może – nie jest dla drugiej osoby istotna. Wiemy coraz więcej o depresji poporodowej i baby blues’ie, chyba lepiej umiemy się tym zająć, a co z doświadczeniami, które nie są diagnozowalne jako problemy emocjonalne lub zaburzenia? Które są po prostu skargą, wyrażeniem dyskomfortu? Bywają bagatelizowane – i wiele kobiet zgadza się na bagatelizowanie, wtedy, kiedy chcą mówić o czymś, co je spotkało. Nazwać coś, żeby móc to uporządkować i zaakceptować.

Specjaliści z obszaru zdrowia psychicznego mają różne narzędzia do badania, gdzie jest granica między patologią a normą w kontekście zaburzeń. Jako kobieta, która była w ciąży i urodziła, mam (my wszystkie mamy) wewnętrzne narzędzia – emocje – do badania własnych granic na skali patologia-norma. Nie tylko podczas porodu, w sensie fizjologicznym czy medycznym, ale w zachowaniu innych, w interakcjach, na badaniach kontrolnych, podczas pobytów w szpitalach, ze strony osób, od których zależymy, gdy oddajemy się pod ich opiekę.

Z tego powodu właśnie się dzielę – bo to istotne w odniesieniu do mnie, innych kobiet, które w tej historii występują, oraz może pozostałych, którym towarzyszy żal, gniew, niezrozumienie lub inny dyskomfort, niewypowiedziany lub niewysłuchany. Może któraś z nich zastanawia się, czy to, czego doświadczyła, to już patologia, czy jeszcze wariant normy, i na ile ta granica przebiega w niej samej, a na ile istnieje na zewnątrz.

 

 

__

 

Patologia, wariant normy

 

Wtorek: lekarz zaprasza mnie do gabinetu na echo serca. W środku widzę kilku studentów. Proszę się rozebrać, mówi lekarz. – Przy tych wszystkich ludziach? Pytam, mocno zaskoczona, bo nikt mnie nie uprzedzał o widowni. – Tak. – A czy mogę zasłonić piersi? – Niestety nie, bo badanie nie wyjdzie. 

Lubię swoje ciało i skórę w ciąży, ale, mimo to, nie chcę pokazywać obcym ludziom swoich piersi. Tak samo, jak nie chciałabym w innych okolicznościach. Poradnia przy szpitalu klinicznym ma swoje zasady, zgadzasz się na towarzystwo, albo rezygnujesz z konsultacji. Z tej nie mogę zrezygnować, jestem w 8. miesiącu ciąży. Na wizytę czekam od siódmego. Studenci na szczęście wpatrują się w ekran, lekarz opowiada im o moim sercu, jakby spoczywało ono samodzielnie na leżance. Nie patrzy na mnie ani razu. – O, a spójrzcie tutaj, widzicie, co to jest? Cisza. Ze stresu wstrzymuję oddech. Podaje jakąś skomplikowaną nazwę, z komentarzem, że to tkanka, która zwykle zanika w trakcie rozwoju, mi nie zanikła. Wszyscy wyciągają notesy i notują. Po badaniu wychodzą, lekarz mówi, żebym się ubrała i też wychodzi. Zjawia się nowy specjalista z inną pacjentką – po tym orientuję się, że moja konsultacja się zakończyła. Szukam lekarza na korytarzu i pytam, czy w badaniach wszystko wyszło dobrze? – Tak, można rodzić, to nie do końca patologia, raczej taki wariant normy.

Mimo to, w piątek rano przyjeżdżam na patologię ciąży. Powód jest inny – od dwóch tygodni mam łagodną cholestazę, a lekarka zasugerowała, że powinnam „położyć się na obserwację”, chociaż okaże się szybko, że wcale nie chodzi o leczenie, tylko o rezerwację miejsca na porodówce. Po fakcie byłam wdzięczna. Wtedy – przerażona i zła. Jestem dwa tygodnie przed terminem porodu.

Na izbie przyjęć bada mnie lekarz, jest młody i przystojny, na ręce ma duży zegarek, wygląda na bardzo drogi. Bada mnie tak, że syczę i wykręcam się na fotelu, ale, jak poprzedni lekarz i wielu kolejnych, również on na mnie nie patrzy. Nieliczne komentarze kieruje do pielęgniarki. Po badaniu krwawię, po raz pierwszy w tej ciąży. Później dowiem się, że wszystkie kobiety po wizycie u niego krwawią.

Sala jest pięcioosobowa. Wchodzę w tryb kolonijny i zaczynam marzyć o łóżku przy oknie, zamiast przy umywalce – chcąc się do niej dostać, współlokatorki zawadzają o moje rzeczy. Siadam na łóżku i czekam. Nie dzieje się nic, wbrew moim wyobrażeniom. 

Obchody weekendowe są leniwe. Przy moim łóżku zatrzymuje się najstarszy lekarz i patrzy w swoją kartę. – Taaaak, pani tu jest z powodu…. – Cholestazy – mówię. – Taaak. I coś tu jeszcze…… –  Niedoczynność tarczycy. – Właśnie. No nic, obserwujemy. 

 

Nie udaje mi się nawet spotkać z nim wzrokiem.

 

Mija druga doba, moje oczekiwanie i niezrozumienie zmienia się w irytację. Robię dokładnie to samo, co mogłabym w domu: biorę swoje leki i całymi dniami czytam gazety. Wydarzeniem dnia jest przeprowadzka na łóżko pod oknem. Absurdem dnia – lekarze wypisali dziewczynę, która bała się wrócić do domu. Powiedzieli, żeby odpoczęła w swoim środowisku, bo ich zdaniem szpital ją stresuje i pogarsza jej stan. Ona próbowała ich przekonać, że ze swoją patologią ciąży bezpieczniej jednak czuje się na oddziale. Nie udało się, a na koniec dostała w prezencie rozmowę z oddziałowym psychologiem. Gdy wraca, uśmiecha się gorzko „dziewczyny, nie rozmawiajcie z nią”. Ukrywam swój zawód, dosłownie i w przenośni. Z jej łóżka mam widok bezpośrednio na szpital, w którym pracuję. 

Moje poprzednie miejsce dostaje dziewczyna z płaskim brzuchem. My wszystkie, mocno wypukłe, patrzymy na siebie. Zastanawiam się, czy to pomyłka, czy brak empatii – dla kobiet w pierwszych miesiącach ciąży jest inny oddział. Tam – w razie gdyby nie udało im się pomóc – nie są narażone na porody i płacz noworodków. Dziewczyna ma ze sobą jedną reklamówkę. Okazuje się, że jest w 7. miesiącu ciąży, a do szpitala przyjechała autobusem, sama. I została. W bezczynności śpi lub patrzy w sufit. Po kilku godzinach koło niej zaczyna dziać się więcej, nagle cieszy mnie mój bezruch. Idzie na USG, wraca zmieniona. Podobno dziecko przestało się rozwijać kilka miesięcy temu. Ma planowane jakieś badania. Jak było? Pytamy. – Nie wiem. Zapytałam lekarza, co się dzieje. Powiedział „proszę wytrzeć brzuch i się ubrać” i wyszedł. – Jak wyglądał? – Taki młody, przystojny. 

Dwa razy dziennie w naszej sali głośne, miarowe bicie serc trójki dzieci i jedno ciche, nieregularne, wolne. Podobno wcześniej była w innym szpitalu i oglądali ją inni lekarze. Podobno mówili, że dziecko rozwija się zgodnie z normą. Nie płacze, mówi, że już nie ma czym. Śpi lub patrzy w sufit. W domu czeka kilkuletnia córka i partner, nie mogą od razu dowieźć jej rzeczy. Czuję ulgę, gdy to mówi. Oddaję jej swoje gazety.

W niedzielę późnym wieczorem przyjeżdżają dwie kobiety, głośno rozmawiają przez telefon, przy każdej – dwie osoby towarzyszące. Ich KTG piszczą mi nad uchem, pielęgniarki dyskutują pół metra od mojego łóżka. Jestem niewyspana, zestresowana i obolała, a czeka mnie przecież wysiłek porodu i połogu. Frustracja kumuluje się we mnie myślą, że pierdolę to. Jutro się wypisuję na własne żądanie, muszę odpocząć. Ani jednej nocy więcej na tym oddziale. Gdy o 6.30 rano stawiam stopy na podłodze, odchodzą mi wody. Nie jestem sobie wdzięczna.

 

Dziewczyny z sali już nie śpią, mówię – kurwa, chyba mi wody odeszły.

 

Pielęgniarki nie są pewne, chociaż w drodze na dyżurkę kapie ze mnie na podłogę. Po jakimś czasie przenoszą mnie na porodówkę. Dociera do mnie niewyraźnie, że dzisiaj urodzę. Lekarz mówi, że skurcze słabe, głowa dziecka się odpycha. Oczywiście nie wiem, co to znaczy, ale domyślam się, że nie idzie tak, jak ma iść. Na porodówce cisza. Jestem sama w sali. Czas spędzam chodząc, skurcze są nikłe, ale co 20 minut. Pytam jakąś położną, co dalej będzie się działo. – Musi pani urodzić w ciągu 24 godzin, a akcja skurczowa żadna, sama pani nie ma szans na poród. 

Po tym komentarzu nie mam już ani jednego skurczu. Dzwonię do swojej położnej, dziękuję losowi, że będzie na nocnym dyżurze, nagle jest 19:00, idę na lewatywę i  kroplówkę z oksytocyny. Położna mnie bada, mówi – dziecko skośnie ustawione. Na jej polecenie zmieniam pozycje, położna robi wewnątrz mnie jakiś manewr i nagle chlustają ze mnie litry płynu, czuję potworny ból, bezwiednie odpycham się nogami, płaczę i błagam, żeby przestała. – Poczekaj dziecko, jeszcze chwilę wytrzymaj. Widocznie, póki co, to ja mam być dzieckiem na tej sali. Bezradność i przerażenie. Gdy po kilku dniach od porodu dzwonię do niej zapytać, co się właściwie wydarzyło, mówi: wstawiłam ci dziecko.

Nagle rzuca: głowa dziecka przyparta, ułożenie dobre, zaczynamy. Kroplówka z oksytocyną startuje, głęboko oddycham i rozmawiam z mężem, szybko zapominam o mowie, zaraz potem o oddychaniu, proszę o gaz. Gaz działa chwilę, trochę mnie otępia, niewystarczająco. Skurcze narastają, tracę poczucie czasu, ból, który miał dotyczyć brzucha, wykręca mnie całą, sztywnieję aż do palców stóp. Błagam o znieczulenie. Przed moimi oczami pojawia się kartka, proszę przeczytać między skurczami i podpisać zgodę. Nie jestem w stanie czytać, a „między skurczami” nie istnieje, jest ciągły ból, krzyczę, żeby nie wychodziła, podpisuję natychmiast. Anestezjolog wkłuwa się raz, mówi, że mam krzywy kręgosłup i nie pójdzie. Że kobieta w ciąży to trzecia płeć. Wkłuwa się drugi; chyba za trzecią próbą drętwieje mi lewa noga. Znieczulenie podziałało tylko na lewą stronę ciała. Po prawym biodrze co kilka sekund przejeżdża mi ciężarówka, ale jest łatwiej nie zwracać na to uwagi. Przyspieszone rozwarcie, położna oznajmia drugi okres porodu. Instruują. Nie zauważam zamieszania wokół mnie, skupionych twarzy, dziwnej ciszy. Nie rozumiem, dlaczego dają mi maskę z tlenem, skoro, póki co, to dla mnie najbardziej znośny moment porodu. Potem okaże się, że gdy zmieniłam pozycję, odczepiła się pelota od KTG i personel myślał, że dziecku zanikło tętno. Oddychanie, parcie. Położna z nożyczkami między moimi nogami, zero bólu. Nagle chluśnięcie, jakby wylały się ze mnie wszystkie narządy, największa ulga. Jego i mój płacz. Ciepły i mokry leży na moim brzuchu, trzyma mnie za palec. Jest strasznie mały. Nie wierzę, że to żywy człowiek, dotykam go. Później łożysko. Jest czułość, wyczerpanie, rezygnacja, pogodzenie. Bo on – jest, tak jak miał być. Mimo że nie tak miało być.

 

Urodziłam swojego chłopca tuż przed północą i myślałam, że najgorsze za mną.

 

Po porodzie leżymy razem, długo, zanim położna odkłada dziecko do plastikowego łóżeczka. Nie śpię do rana, bo sprawdzam, czy oddycha. Przysypiam, kiedy otwieram oczy – czuję się nieźle, dziwi mnie to, skoro kilka godzin wcześniej byłam przekonana, że nie przeżyję. Postanawiam wstać do bobasa, jak to mówią – po porodzie naturalnym jest łatwiej, zaraz możesz sama zajmować się dzieckiem. Unoszę się na łokciu i zapiera mi dech, a w uszach słyszę, po raz pierwszy w życiu, przeciągły pisk. Pod sobą widzę kałużę krwi. Przychodzi salowa, proszę, żeby zmieniła mi podkład. A wkładka gdzie? No przecież źle ją pani trzyma, sarka. Szum w uszach się wzmaga. – Przepraszam, źle się czuję – mówię. Nie wiem, jakim sposobem wstać z łóżka. Próbuję klęknąć, ta sama kobieta podnosi głos, – przecież zaraz spadnie, niech wstaje inaczej. Nie wiem, czy dam radę, ale próbuję. – No ale jak tak po milimetrze pani będzie wstawała, to ja nie wiem. Przy silniejszym ruchu na pościel chlusta ze mnie krew, salowa krzyczy – co pani robi, niech pani uważa, teraz trzeba będzie wszystko wymienić. – Przepraszam, starałam się jakoś wstać. – No chyba się pani starała jak najwięcej wybrudzić. Nie mówię już nic więcej, bariera poporodowego szoku i wyczerpania chroni mnie przed uczuciem wstydu. Niestety blokuje też moją złość, która normalnie pomaga mi postawić granicę od razu, gdy ktoś ją przekracza. Moja bezsilność mnie przeraża, pytam pielęgniarki i lekarza, co robić, mówią – dużo pić, powoli się pionizować. Cieszę się, że dziecko śpi, bo nie mogę do niego wstać, robi mi się ciemno przed oczami. Naciskam przycisk wzywający personel, są niezadowoleni, że proszę ich o podanie dziecka. Mija 11 godzin od porodu.

Ktoś w końcu kładzie mi synka na łóżku, próbuję karmić go na leżąco, wtedy nie kręci mi się w głowie. Po 12 godzinach od porodu stoję w łazience, trzymając się ściany, mąż myje mnie ostrożnie. Pierwszy raz patrzę na swój brzuch i odbite na łydkach ślady własnych palców. Siadanie boli, plecy też. Na kręgosłupie opatrunek po trzech wkłuciach. Piersi krwawią, dziecko nie umie ssać, ale dowiem się tego dopiero 1,5 tygodnia po porodzie, u doradcy laktacyjnego.  

Dzień później: obchód lekarski na porodówce. – Proszę się położyć i odsłonić brzuch; młody lekarz z drogim zegarkiem wciska swoje palce poniżej mojego pępka. – Macica na 3 palce. Odchyla siatkowe majtki i komentuje kolor krwi. Jakaś kobieta podchodzi, łapie mnie za obie piersi i ściska. – Twarde, trzeba odciągać. Nie mam pojęcia, kim jest.

Niby urodziłam w terminie, bo dwa tygodnie wcześniej. Szybko okaże się, że te dwa tygodnie były dziecku potrzebne. Nieprawidłowe ssanie, ciągły sen, mleko płynące mi po brzuchu, gdy biorę prysznic, laktator 8 razy dziennie. W dniu szacowanego terminu rozwiązania pierwszy raz karmię piersią bez płaczu. W poporodowym USG głowy okazuje się, że dziecko ma krwiaki (łagodne, powinny samoistnie przeminąć i nie zostawić śladów, mówi lekarz; miał rację). – Chyba miałaś ciężki poród, mówią bliscy. – Ale to nic, było, minęło – podsumowują, zanim otwieram usta. Położna przez telefon chwali – super poród, wszystko przebiegło bez problemu. W karcie wpis: poród samoistny, bez komplikacji. Wiele dni po porodzie wpisuję w przeglądarkę: żal po porodzie. Poza dzieckiem – czuję, jakby uszło ze mnie coś jeszcze.

 

____________________

ilustracja: Emilia Pryśko

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo