Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Choroba dwubiegunowa. Rozmowa z M.

30 września 2019 / Marta Osadkowska

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia dla Unii Europejskiej dwadzieścia siedem procent dorosłej populacji (w przedziale wiekowym osiemnaście – sześćdziesiąt pięć lat) doświadczyło w ostatnim roku przynajmniej jednego z zaburzeń psychicznych.

Nie wszystkie atakują silnym uderzeniem, nie zawsze trafia się do szpitala czy choćby lekarza. W wielu przypadkach wydaje się, że to osłabienie, spadek formy, lenistwo, wymyślanie problemów, próba zwracania na siebie uwagi. Żyjemy w świecie, z którego tempem i oczekiwaniami ludzki mózg często sobie nie radzi, bo nie jest przystosowany do tak wysokiego poziomu stresu. I tak często doświadczanego, właściwie bez przerwy. A stres to tylko jedna z przyczyn.

Odkąd pamiętam, miałam poczucie, że jest we mnie jeszcze jedna osoba. Taki wewnętrzny bliźniak, który czasami podejmuje decyzje za mnie. Jego wybory nie zawsze mi pasowały, często kosztowały mnie dużo złych emocji i wstydu. Przede wszystkim jednak, ta jego obecność odbierała mi pewność siebie. Świadomość, że on może przejąć stery, odbierała mi spokój. Od niedawna mój towarzysz ma nazwę, to zaburzenia afektywne dwubiegunowe (CHAD).

Marta Osadkowska: Nie wyglądasz na chorą.
M: Jestem teraz w stanie, który nazywa się eutymią. Po ludzku oznacza to, że teraz jestem po prostu sobą, bez najmniejszego śladu choroby. Wszystko działa prawidłowo, kontroluję swoje decyzje, a moje emocje są ustabilizowane i … po prostu moje.

MO: Mogą być nie twoje?
M: O tak. Przez całe życie towarzyszyło mi poczucie, że nie mam nad sobą pełnej kontroli. Jakby był we mnie ktoś jeszcze, kto podejmuje decyzje. Postaram się to wytłumaczyć. Pamiętasz bajkę „W głowie się nie mieści”? Człowiek w głowie miał konsoletę, którą sterowały emocje. Ja czułam się, jakby czasami ktoś mnie odsunął od tego centrum dowodzenia. Czułam i widziałam, że nie ja rządzę swoimi reakcjami, ale też miałam świadomość, że to nie dzieje się gdzieś poza mną. Na przykład rozmawiałam z kimś dla mnie ważnym i ciekawym. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co ma do powiedzenia. I nagle słyszę siebie, jak przerywam zdania tego człowieka i wylewam z siebie potok słów. Wcale tego nie chcę, ale nie umiem przestać. W takich chwilach doznaję uczucia rozdwojenia, jakby było mnie dwie. To jest element hipomanii, jednego ze stanów doświadczanych w tej chorobie.

MO: Opowiedz o tych stanach.
M: Wcześniej wspomniałam o eutymii, to jest stan prawidłowego funkcjonowania. W nazwie choroby mamy depresję i manię. Czym jest ta pierwsza, mniej więcej każdy sobie wyobraża. To obniżona energia, smutek, brak zainteresowania czymkolwiek. Nie ma siły na najprostsze czynności, konieczność ich wykonywania przynosi rozdrażnienie. W cięższych przypadkach to totalna niemoc, człowiek nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Wszystkie te pomysły, żeby wtedy skupiać się na pozytywach, tylko dobijają. Świadomość, że masz cudowne dzieci, tylko pogłębia poczucie własnej beznadziejności. Nie myśli się wtedy: mam takie super dzieci, warto dla nich żyć, wstanę i ruszam. Nie, to jest stan, w którym idzie się w kierunku: biedne te moje dzieci, że muszą żyć z taką matką. Byłoby im lepiej beze mnie, jak wszystkim zresztą. Pojawiają się myśli o śmierci, myśli samobójcze. Depresja tak bardzo boli, że jeśli jej zakończeniem ma być odebranie sobie życia, to ten krok jawi się jako ratunek od cierpienia.
I żadne zachęcanie do pozytywnego myślenia nie ma tutaj racji bytu, bo pozytywne myślenie jest kompletnie poza zasięgiem.

Po przeciwnej stronie skali mamy manię. To jest absolutny high life! Czujesz, że możesz latać. Mam mnóstwo energii, potrafię w kilka dni zrobić pracę na miesiąc, posprzątać mieszkanie, zaplanować wakacje i weekendy na pół roku do przodu. To czas wielkiego pobudzenia, masz poczucie, że jesteś nadczłowiekiem. Myśli są jasne i przejrzyste, zdania układają się w doskonałe wypowiedzi, jesteś królem wystąpień publicznych, nie ma barier typu wstyd czy brak pewności siebie. Oczywiście to, jak sam widzisz siebie, odbiega od tego, jak faktycznie wyglądasz. Ktoś, kto dobrze cię zna, może być wystraszony. Bo nagle jesteś wyzywająca, odważna, nadpobudliwa, nie dajesz nikomu dojść do słowa, a te słowa, które uważasz za odkrywcze i mądre, mogą być zwyczajnym bełkotem. Jest się wtedy pobudzonym seksualnie, bardziej chętnym do kontaktów niż normalnie. Wiele osób uprawia wtedy zupełnie przypadkowy seks, nawet jeśli z natury są cnotliwe i żyją w celibacie. Manię charakteryzuje takie ostre nakierowanie na cel. Dążysz, żeby go za wszelką cenę osiągnąć, nie oglądasz się na koszty. Jak sobie wtedy wkręcisz, że bierzesz kredyt i kupujesz luksusowy samochód, to dążysz do osiągnięcia tego, nie ma miejsca na rozsądek. Pół biedy, jak się odbijesz od pani w banku i w tym uniesieniu, jej naurągasz wyprowadzany przez ochronę. Gorzej, jak ten kredyt dostaniesz i kupisz auto, którego wcale nie potrzebujesz i na które cię nie stać. Ludzie potrafią w tym stanie zaciągać potężne kredyty, przegrywać budowane całe życie firmy w karty lub lecieć na wakacje, na które nie mają pieniędzy.

MO: Czemu atakujesz panią w banku, która odmawia ci pieniędzy? Przecież ona robi ci przysługę.
M. Przy ataku manii tak tego nie postrzegasz. Masz wtedy cel i każdy, kto stanie ci na drodze, jest największym wrogiem. Czujesz, że masz misję, która zmieni na lepsze całe twoje życie więc jest jakaś logika w tym, że nienawidzisz osoby, która próbuje ci to uniemożliwić.

MO: A co potem? Budzisz się pewnego dnia z kredytem, którego nie masz z czego spłacić?
M: Albo w jakimś obcym mieście, bez pieniędzy. Albo dociera do ciebie, że właśnie przegrałeś w kasynie dom, w którym mieszka twoja rodzina. Wtedy często przychodzi depresja. Uświadamiasz sobie własną beznadziejność, jesteś w złej sytuacji finansowej, z której nie widzisz wyjścia. W moim przypadku zawsze najpierw była atak manii, a później depresja dociążona wyrzutami sumienia. Z tego, co wiem, to najczęstszy cykl.

MO: I co wtedy?
M: Wtedy powinieneś iść do lekarza. W ogóle takie impulsywne wydawanie pieniędzy to powinna być jasna wskazówka, że coś jest nie tak.

MO: Ty poszłaś do lekarza. Na początku zdiagnozowano u ciebie inną chorobę.
M: To była podręcznikowa historia. Przejmowałam się stanami depresyjnymi, którym w moim przypadku towarzyszyły lęki i ataki paniki. Ponieważ miałam skomplikowane i mało przyjemne dzieciństwo, łatwo było pójść w tym kierunku. Zdiagnozowano u mnie stany depresyjne wynikające ze stresu pourazowego i w tym kierunku prowadzono terapię.

MO: Lekarz się pomylił?
M: Nie, lekarka zrobiła wszystko, jak trzeba. To ja nie mówiłam jej o stanach manii, z tej prostej przyczyny, że nie odczuwałam ich jako coś złego. To jest rewelacyjny stan i cieszyłam się, kiedy nadchodził. Dopóki się nie przekroczy pewnej bariery w ataku manii, trudno jest ją postrzegać jako problem. Sama pomyśl: masz mnóstwo energii, czujesz się silna i wspaniała, nie musisz wiele spać, za to chce ci się pracować, spotykać z ludźmi, organizować imprezy. Wszystko się chce. Cały świat jest po twojej stronie, nie ma rzeczy niemożliwych.

MO: Kiedy się zorientowałaś, że to nie jest dobry stan?
M: Kiedy obudziłam się po jednej z imprez i zdałam sobie sprawę, że prawie nic nie pamiętam. A wypiłam może dwa lekkie drinki. Miałam mgliste wspomnienie, że dużo rozmawiałam, że sporo się działo. Nie umiałam sobie nic przypomnieć. Kiedy opowiedziałam o tym lekarce, zaczęła zadawać kolejne pytania. Najpierw o to, czy zdarza mi się nagle wydać dużą sumę na coś, czego jeszcze dzień wcześniej wcale nie chciałam. Zdałam sobie sprawę, że to dzieje się regularnie, ale myślałam, że po prostu nie umiem oszczędzać. Albo że sobie rekompensuję fakt, że kiedyś niczego nie miałam, a teraz mnie stać na wiele rzeczy. Człowiek umie sobie wszystko wytłumaczyć.

MO: Wtedy usłyszałaś diagnozę. I co poczułaś?
M: Z jednej strony ogromną ulgę. Wreszcie ten cały chaos we mnie, te wszystkie dziwne stany, ten wewnętrzny bliźniak miały jakąś nazwę. Mój wróg został zebrany w jedną całość i nazwany. Ta choroba wyjaśniała tak wiele moich akcji, których nie potrafiłam zrozumieć. Nagłe napady agresji, myśli o śmierci, podejmowanie dziwnych decyzji, pozbawiony przyczyny głęboki smutek, zmęczenie życiem… Nagle to zostało uporządkowane i mogłam to jakoś poznawać i próbować kontrolować. Ale obok tej ulgi czułam zagrożenie. Jakby ktoś naruszył moje granice bezpieczeństwa. Czułam potrzebę bycia z ludźmi. Z natury jest solidnie introwertyczna i lubię być sama, ale wtedy nie mogłam tego znieść. Kiedy mój mąż pracował w domu, siadałam obok niego i nic nie robiłam. Po prostu potrzebowałam być blisko niego. Trwało to kilka dni, ale wreszcie się unormowało. I została tylko ulga. Myślę, że mnie było o tyle łatwiej przyjąć diagnozę, że usłyszałam ją w znajomym gabinecie, od lekarki, do której chodziłam od dawna. Z tego, co wiem, jestem w mniejszości w tej kwestii. Częściej zdarza się tak, że w wyniku potężnego ataku manii lub depresji, trafia się do szpitala psychiatrycznego i tam dopiero, po podaniu leków i uspokojeniu, poznaje się swój stan. To musi być potężny cios.

MO: Dla ciebie nie był?
M: Nie. Ja zawsze czułam, że coś jest ze mną nie tak. Od zawsze byłam bardzo wrażliwa, wyczulona na wszystko, każdy nerw na wierzchu. Przeżywałam głęboko sytuacje, które innych kompletnie nie poruszały. Byłam wychowywana w klimacie ukrywania uczuć, do tego często słyszałam od mamy, że jestem dziwna i mam się zachowywać jak inne, normalne dzieci. Szybko nauczyłam się ukrywać emocje i udawać kogoś, kim nie jestem. Stworzyłam sobie bardzo rozbudowany świat wewnętrzny, często żyłam w nim bardziej niż w tym realnym. Odkąd pamiętam miałam też takie poczucie, że moje życie niebawem się skończy więc nie ma się co zakorzeniać. Te myśli towarzyszyły mi nawet, gdy byłam małym dzieckiem. To też jedna z oznak choroby.

MO: Urodziłaś się z tą chorobą? Ona jest dziedziczna?
M: Z chorobami psychicznymi jest tak, że dziedziczy się raczej skłonność do nich. A chory rodzic może mieć zdrowe dziecko, które nigdy nie doświadczy żadnego z epizodów manii czy depresji. Jeśli w rodzinie był ktoś chory, ryzyko wystąpienia chorób psychicznych jest większe, oczywiście. Można urodzić się z tą chorobą, ale ona nigdy się nie odpali. Najczęściej pierwszy stan powodowany jest przez bardzo emocjonalne wydarzenie, które nas przerasta, jak śmierć kogoś bliskiego czy jakieś duże załamanie w sferze zawodowej. U kobiet bardzo często zapalnikiem jest ciążą i poród. W takich sytuacjach zwykle jest to potężny atak, który kończy się w szpitalu. Zwykle tych łagodniejszych po prostu nie zauważamy. Cieszymy się ze wzrostu energii, jej spadek zrzucamy na pogodę, brak słońca czy zmęczenie. A potem przychodzi epizod, który nie pozostawia wątpliwości. W moim przypadku choroba musiała włączyć się, kiedy byłam bardzo mała i była ze mną od zawsze. Moja pani doktor mówi, że gdyby dzisiaj usłyszała o dziecku, które bez żadnego powodu jest doskonale oswojone z faktem rychłej śmierci i ta myśl nie wywołuje w nim smutku, ale podekscytowanie, to wszystkie lampki by się jej zapaliły. Ale, nie oszukujmy się, kto o tym myślał trzydzieści lat temu?

MO: Mówiąc o stanach, których doświadcza się chorując na psychozę maniakalno- depresyjną, wspomniałaś o hipomanii.
M: Hipomania to stan podwyższenia energii, pobudzeniem, impulsywnością, który nie spełnia kryteriów manii. To w większości te same zachowania, ale trwają od niej krócej i nie są aż tak silne. Nie doświadcza się psychoz, nie traci całkowitej kontroli. Pamięta się później swoje działania, choć może nie ich intencję, czy towarzyszące im myśli. Ja to pamiętam bardziej jako widz, jakbym obserwowała to z boku. Kiedy mania połączona jest z psychozą, często nie pamięta się swoich działań. I ciężko w nie uwierzyć.

MO: Jak to ocenić, czy zachowanie jest jeszcze gorszym samopoczuciem, czy już symptomem choroby?
M: Nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo tu odpowiedzieć. Moim zdaniem, to się czuje. Coś jest nie tak. Reakcje są często nieadekwatne do sytuacji. Ja czuję dużo smutku, choć nie mam do niego powodu. Zdarzało mi się odczuwać wielki ból w radosnych momentach i nie umiałam powiedzieć, dlaczego. Nie rozumiałam, czemu nie umiem się cieszyć. Myślę, że trzeba słuchać intuicji, która podpowiada nam zwykle dobrze. No i te stany będą się powtarzać. To nie będzie jedna czy dwie sytuacje, raczej cykl. Koleżance odpowiedziałam kiedyś tak: jeśli jest co smutno w obiektywnie radosnej chwili i nie możesz już dłużej zasłaniać się PMS, to warto wybrać się do psychologa. Zawsze warto, to na pewno nie zaszkodzi.

MO: Czytałam badania, że ludzie chorzy na CHAD, nawet ci doświadczający psychoz i ciężkich stanów, nie oddaliby tej choroby, gdyby mogli.
M: Tak, też o tym czytałam. Może to kwestia manii, które są tak silnym doświadczaniem doskonałości, że trudno byłoby z nich zrezygnować? A może dlatego, że ta choroba jest jakąś częścią człowieka, bardzo uwrażliwia i wzmacnia czujność na innych? A może to oswojony towarzysz, z którym ciężko się rozstać? Pewnie jest kilka powodów.

MO: Ty byś oddała CHAD?
M: Może kiedyś… na pewno jeszcze nie teraz.

 

 

________________

 

Tutaj szukaj pomocy:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

800 70 2222 – Linia wsparcia dla osób w stanie kryzysu psychicznego

 

Rozmowy

Rodzice się rozwodzą i co dalej?

14 października 2019 / Monika Pryśko

Rozwód, dziecko, nieświadome, jak naprawdę wyglądają ,,sprawy dorosłych’’, próbuje odnaleźć się w sytuacji, która je przerasta na każdej płaszczyźnie.

Często jest świadkiem i uczestnikiem wydarzeń, które rujnują jego poczucie bezpieczeństwa.

Jesienią 2017 roku ruszyła kampania społeczna ,,Dziecko w Rozwodzie’’, która zwraca uwagę na sytuację dziecka, gdy rozpada się jego rodzina oraz uwrażliwiająca rodziców na dziecięce emocje.    

Z mediatorem rodzinnym Agnieszką Tulin-Kardaś i psychologiem Agnieszką Dżaman, inicjatorkami akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’ ze Stowarzyszenia Rodzin Pelikan w Gdańsku rozmawiała redaktor naczelna TMM Monika Pryśko. 

 

Monika Pryśko: Czy rodzice, z którymi macie kontakt, lubią swoje dzieci?

Agnieszka Dżaman: Nie widzą swoich dzieci. Widzą swój problem, swoje emocje związane z osobą, z którą się rozstały. 

Agnieszka Tulin: Gdy rodzice mówią, że kochają swoje dzieci i robią wszystko dla ich dobra, to ja im wierzę. Ostatnio przywiązałam się do hasła ,,obraz wroga’’, które określa, jak postrzegamy drugą osobę, poprzez filtry, które nakładamy. Jeżeli dzieje się coś złego w relacji, to nasz mózg robi wszystko, byśmy siebie samych postrzegali jako dobrą osobę. A skoro dzieje się coś niedobrego, ktoś musi być za to odpowiedzialny. To jest przerzucanie odpowiedzialności na drugą osobę. Jeśli wychodzi się z założenia, że jestem ,,ta dobra’’, a druga strona jest przyczyną konfliktu, wybiórczo przyjmujesz słowa czy zachowania drugiej osoby. Odbierasz tylko to, co pasuje do negatywnego obrazu osoby. 

MP: Czyli wszystko, co potwierdza naszą rację.

AT: Żeby mieć poczucie, że jest się w porządku. Ten ,,obraz wroga’’ powoduje, że skupiamy się, by sobie i innym udowodnić, że druga strona ma złe intencje, że kłamie. Zacierają się dobre wspomnienia, bo przestają pasować do tego obrazu, a wtedy dobro dziecka staje się tylko pojęciem. Człowiek nie ma świadomości, że to, co robi, dziecku nie służy. 

MP: Jaka sytuacja była impulsem do zainicjowania akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’? 

AD: Agnieszka, pamiętasz tego mejla?

AT: ,,Nic, nikt, nigdy i w żaden sposób nie przekona mnie do żadnych mediacji, negocjacji, ugód…

AD: ,,…  nie zawracaj mi głowy, bo jestem zajęta patrzeniem na błękitne niebo.’’ 

AT: To była odpowiedź matki na propozycję ojca, żeby spotkać się na mediacjach. Ten sam ojciec chciał zapisać ich wspólne dzieci na warsztaty, na co owa kobieta też się nie zgodziła. 

AD: ,,Dziecko w Rozwodzie’’ powstało z bezradności wobec sytuacji dziecka w obliczu rozpadu rodziny, które nie dość, że często pozostaje niewidzialne, to jeszcze jego dobro rodzice utożsamiają z własnym dobrem. A to nie są te same dobra.   

MP: Z czym kobiety na warsztatach czy mediacjach mają największy problem? 

AD: Z odłączeniem emocji. Żeby zauważyć więcej, trzeba chociaż spróbować te emocje puścić. 

AT: Dlatego na naszych warsztatach najpierw mówimy o potrzebach dzieci. Potem mówimy o konsekwencjach zaniedbania tych potrzeb, a na końcu tłumaczymy rodzicom, że do mediacji trzeba być gotowym. Nawet jeśli nie mogą czegoś zaakceptować, to powinni umieć wysłuchać argumentów drugiej strony, dopuścić możliwość, że ta druga strona też ma prawo mieć i okazać jakieś swoje potrzeby czy oczekiwania. 

AD: Ogromną siłą naszych warsztatów jest to, że rodzice nie widzą siebie nawzajem, bo rodziców, jeżeli zgłaszają się oboje, rozdzielamy do odrębnych grup, natomiast poznają osoby innej płci o podobnej historii. Okazuje się, że ten mężczyzna i ta kobieta mają ludzką twarz. Nie zobaczyliby tego, gdyby na tych warsztatach mieli wysłuchać np. swojego partnera. 

MP: Wyobrażam sobie, że tej motywacji do porozumienia może z czasem zabraknąć. 

AD: Trudno przyjąć, że druga strona też chce dobrze dla dziecka. I to jest blokada, która uniemożliwia myślenie o tym, że konsekwencje wynikające z rozstania często nie są winą i intencją drugiej strony. Większość energii ucieka kobietom na notowaniu potknięć i szukania błędów. 

MP: Trudno jest rozmawiać?

AD: Myśląc o dziecku, najważniejsze jest porozumienie między rodzicami, w każdej sytuacji. Przejścia tych ludzi są różne. Jedna strona wyszła ze związku, druga została z ogromnym bagażem emocji, bo np. została zdradzona albo porzucona. W dodatku nie zdawała sobie sprawy, że coś złego się dzieje. Ludzie do tego stopnia nie rozmawiają, że jedna strona nie wie, że druga myśli o rozstaniu. 

MP: Mnie osobiście uderza schemat, że rozstanie równa się wojna. 

AT: Niektórzy nie mogą uwierzyć, że można układać się ze skonfliktowaną osobą. 

AD: Tu powinno się zadać pytanie – gdzie w tym wszystkim jest dziecko? Dziecko jest niewidoczne, natomiast widoczny jest nasz konflikt, nasze emocje, związane z tym, co druga strona nam zrobiła.

AT: Subiektywne poczucie sprawiedliwości domaga się, żeby ktoś został ukarany. Ta złośliwość, ten odwet to tak naprawdę oczekiwanie, że będzie sprawiedliwie, że ta druga strona też poczuje ból. Sami chcemy wymierzać tę sprawiedliwość, a ta potrzeba jest bardzo ludzka. 

AD: Człowiek potrzebuje zadośćuczynienia, tylko pytanie za jaką cenę. Czy tą ceną jest dalsze spokojne życie dziecka? Pytam skonfliktowanych rodziców, czy rozumieją, co czuje dziecko. Czy oni widzą i rozumieją, że to dziecko ma dwoje rodziców, którzy się nienawidzą, nie rozmawiają ze sobą. A dziecko ma ciężar tej sytuacji na sobie. Pytam też, jak chcą, żeby dziecko ich oceniło, gdy już będzie dorosłe. Dopiero wtedy zmieniają perspektywę widzenia.

MP: Czy trafia do rodziców argument, że dziecko kopiuje zachowania rodziców i że w przyszłości może powielić ich schemat?  

AD: Jeśli widzą te schematy, to tak.

MP: A jeśli tylko jedna osoba zaczyna zdawać sobie z tego sprawę?

AT:  Nawet jeśli tylko jedna osoba jest aktywna, uczęszcza na warsztaty i zdobywa wiedzę, jej zmiana nastawienia inicjuje jakiś proces. Drugi rodzic zaczyna być po prostu ciekawy, o co chodzi. A nawet jeśli motywacją jest sam fakt, żeby ta druga strona nie była w czymś lepsza przed sądem, to to też jest dobre. Bo jak już ci rodzice przyjdą na warsztaty, życie ich i ich dziecka się zmienia. 

AD: Miłe są chwile gdy dzwoni telefon, a w słuchawce słyszymy, że była żona czy były mąż był na warsztatach i ja też chcę przyjść. Widać, że pomimo konfliktu, gdzieś w tych ludziach zaczynają się zmiany. 

MP: Od czego zwykle zaczyna się zmiana, gdzie jest punkt A?

AT: Zwykle zaczyna się od problemów w szkole. Dziecko nie radzi sobie emocjonalnie z tym, czym jest obciążane. Więc zanim rodzice trafią na warsztaty, zwykle obeszli już dwóch, trzech terapeutów, i za każdym razem słyszą, że dziecku potrzebne jest działanie rodziców. Terapia dziecka nie pomoże, jeśli nie będzie zmiany w nastawieniu dorosłych.  A większość naszych kursantów to osoby przysłane przez MOPR, z niebieskimi kartami, z akcjami wzywania policji na siebie nawzajem, z kłopotami z dziećmi.

MP: I wtedy zaczynają się problemy?  

AT: Rodzice bardzo chcą wspierać swoje dzieci, tylko na początku oczekują, że to się odbędzie poza nimi. Myślą, że zaprowadzą je do specjalisty, który gładko przeprowadzi dziecko przez kryzys. Przerzucają odpowiedzialność za problem na dziecko. 

AD: A problem jest wynikiem ich zachowania. Sama sytuacja rozwodu dla dziecka jest trudna, ale ona nie jest na tyle zaburzająca, żeby nie można było wyprowadzić z niej dziecka. Zaburzające jest to, co się dzieje później. 

MP: Chodzi też o przerzucanie się odpowiedzialnością? 

AD: Kto z nas chce myśleć o sobie jako o przyczynie złych zdarzeń? Chcemy widzieć, że ta druga strona jest odpowiedzialna. I tu jest pytanie o gotowość i dojrzałość tych ludzi. Matka, która przeżywa rozstanie, nie zdaje sobie sprawy, że jej emocje trafiają bezpośrednio w dziecko, co później powoduje objawy. Dziecko czuje się niepewnie, chce wspierać matkę, na co nie jest gotowe ani psychicznie, ani emocjonalnie. Często nie jest też gotowe na wiedzę, którą dostaje. Bardzo ciężko jest się powstrzymać od komentarzy na temat np. ojca dziecka. 

MP: Rodzinne rozmowy to skarbnica wiedzy, która często trafia do osób, które nie powinny ich słuchać. 

AD: Matki mówią, że to wręcz dobrze, że dziecko wie, jaki jest ojciec. 

AT: Albo że szanują to, że dziecko nie chce z nim utrzymywać kontaktu. Że one nie mogą w to ingerować.  

AD: Mówią, że to jest forma ochrony dziecka. 

AT: Dziecko, nawet jak odrzuca ojca stając za matką, przeżywa potem wielkie wyrzuty sumienia, bo ono czuje sie nie w porządku. 

AD: Ono chce zabezpieczyć matkę i jej uczucia, chce ją wesprzeć. 

AT:  Czytałam o tym, że czasem to taka nieświadoma strategia, że dziecko walczy w ten sposób o przetrwanie, czyli wybiera tego opiekuna, który jest bardziej dostępny, co do którego ma nadzieję, że będzie zawsze. Żeby nie stracić obojga rodziców, opowiada się po stronie jednego. 

AD: Nie zapominajmy, że dziecko przeżywa też własne emocje i problemy. Ma problem ze stałością obiektu, nie wie, że jeśli jedno z rodziców się wyprowadziło i porzuciło – bo to jest porzucenie – to drugie tego zaraz nie zrobi. Gdy rodzic wyprowadza się w domu, u dziecka automatycznie włącza się uczucie porzucenia. Gdy jest już nastolatkiem, rozumie sytuację, a mimo to często czuje się zranione, odrzucone. Bezpośrednią konsekwencją są problemy z zaufaniem wobec płci przeciwnej oraz lęk przed tworzeniem związków.

MP: Co jest jeszcze bardzo typowe dla takich sytuacji? 

AD: Niechęć wobec rodzica, który odchodzi. 

AT: Nie zawsze jest tak, że matki manipulują dziećmi. Czasem jest to strategia wybrana przez dziecko, ale i tak rodzic, który jest przez dziecko odrzucany, oskarża swojego byłego partnera. Czasami psychika dziecka kieruje się swoimi prawami. 

AD: Rodzice dopatrują się złych intencji drugiej strony. Bardzo łatwo jest zacząć myśleć, że skoro dziecko nie chce iść do taty, to znaczy, że ten ojciec jest zły. Z drugiej strony ojciec myśli, że matka nastawia dziecko przeciwko niemu i koło się zamyka. To jest właśnie strefa komfortu niektórych rodziców, z której ciężko im wyjść. 

MP: Kiedy rodzice wychodzą z tej strefy komfortu. Kiedy nastolatek ma za sobą próbę samobójczą, a trzecioklasista notorycznie wagaruje?

AT: Wcześniej. Rodzice kochają swoje dzieci i widzą, co się z nimi dzieje, ale zanim spojrzą na siebie, robią pielgrzymki po poradniach, psychologach, wychowawczyniach. Ze wszystkimi rozmawiają, angażują wiele osób, by pokazać, jak im zależy na dobru dziecka, ciągle nie przyjmując swojej odpowiedzialności za to, co się dzieje. Szukają wsparcia z zewnątrz. Natomiast takie zachowania skrajne mogą zmobilizować rodziców do spojrzenia na siebie. Skoro wszystko zawiodło, a problemy się pogłębiają, to czas wziąć się za siebie. 

AD: Niekoniecznie od razu dziecko ma objawy traumy, którą rodzice mu zgotowali przez eskalację swojego konfliktu. 

AT: Byłyśmy na konferencji, gdzie głos zabrała pani ordynator ze szpitala psychiatrycznego. Mówiła, że w tej chwili na oddziale ma tam dwa przypadki anoreksji, trzy próby samobójcze, przypadek bulimii i samookaleczania. To są dzieci 12-15 lat, które nie radzą sobie z emocjami, skrajne przypadki.

MP:  Jestem przekonana, że gdyby rodzice byli świadomi tych konsekwencji, nieszczęśliwych dzieci byłoby o wiele mniej. Mamy jeszcze wiele lekcji do odrobienia.

AT: W prawie rodzinnym mają się pojawić zmiany, to znaczy, że mediacja pierwsza, pojednawcza ma być obowiązkowa. Bo do tej pory była dobrowolna. Strony szły na nie bez entuzjazm, na zasadzie – idę bo muszę, bez intencji, żeby faktycznie szukać porozumienia. I wydaje mi się, że ta zmiana w prawie niewiele zmieni. Ja bym bardziej zaproponowała taką opcję, że w momencie, gdy jakiś pozew wpływa do sądu, rodzice odbywają warsztaty edukacyjne. Dostają porcję wiedzy na temat potrzeb dzieci, możliwych skutków i zagrożeń, i tego, co mogą z tym zrobić. To jest to, co robimy teraz.

MP: Czyli mediacje to kolejny krok? 

AD: Najpierw buduje się gotowość do podjęcia działań, edukacja. 

MP: Czy można skutki zaniedbania rodzicielskiego naprawić? 

AD: Nigdy nie jest za późno. Być może to, czego nie da się do końca naprawić, można jakoś zniwelować, zawsze jest na to dobry czas. Na szczęście coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że dziecku należy pomóc. Gorzej ze świadomością, że pomóc należy się również nam, dorosłym. Żeby pomóc dziecku, trzeba najpierw pomóc sobie.

 

____________________________________________________________

Weź udział w warsztatach dla rozwodzących się bądź rozwiedzionych rodziców.

Więcej informacji: www.dzieckowrozwodzie.pl 

____________________________________________________________

zdjęcia: Robert Sęk  / Melonure Collective

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo