Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Choroba dwubiegunowa. Rozmowa z M.

30 września 2019 / Marta Osadkowska

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia dla Unii Europejskiej dwadzieścia siedem procent dorosłej populacji (w przedziale wiekowym osiemnaście – sześćdziesiąt pięć lat) doświadczyło w ostatnim roku przynajmniej jednego z zaburzeń psychicznych.

Nie wszystkie atakują silnym uderzeniem, nie zawsze trafia się do szpitala czy choćby lekarza. W wielu przypadkach wydaje się, że to osłabienie, spadek formy, lenistwo, wymyślanie problemów, próba zwracania na siebie uwagi. Żyjemy w świecie, z którego tempem i oczekiwaniami ludzki mózg często sobie nie radzi, bo nie jest przystosowany do tak wysokiego poziomu stresu. I tak często doświadczanego, właściwie bez przerwy. A stres to tylko jedna z przyczyn.

Odkąd pamiętam, miałam poczucie, że jest we mnie jeszcze jedna osoba. Taki wewnętrzny bliźniak, który czasami podejmuje decyzje za mnie. Jego wybory nie zawsze mi pasowały, często kosztowały mnie dużo złych emocji i wstydu. Przede wszystkim jednak, ta jego obecność odbierała mi pewność siebie. Świadomość, że on może przejąć stery, odbierała mi spokój. Od niedawna mój towarzysz ma nazwę, to zaburzenia afektywne dwubiegunowe (CHAD).

Marta Osadkowska: Nie wyglądasz na chorą.
M: Jestem teraz w stanie, który nazywa się eutymią. Po ludzku oznacza to, że teraz jestem po prostu sobą, bez najmniejszego śladu choroby. Wszystko działa prawidłowo, kontroluję swoje decyzje, a moje emocje są ustabilizowane i … po prostu moje.

MO: Mogą być nie twoje?
M: O tak. Przez całe życie towarzyszyło mi poczucie, że nie mam nad sobą pełnej kontroli. Jakby był we mnie ktoś jeszcze, kto podejmuje decyzje. Postaram się to wytłumaczyć. Pamiętasz bajkę „W głowie się nie mieści”? Człowiek w głowie miał konsoletę, którą sterowały emocje. Ja czułam się, jakby czasami ktoś mnie odsunął od tego centrum dowodzenia. Czułam i widziałam, że nie ja rządzę swoimi reakcjami, ale też miałam świadomość, że to nie dzieje się gdzieś poza mną. Na przykład rozmawiałam z kimś dla mnie ważnym i ciekawym. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co ma do powiedzenia. I nagle słyszę siebie, jak przerywam zdania tego człowieka i wylewam z siebie potok słów. Wcale tego nie chcę, ale nie umiem przestać. W takich chwilach doznaję uczucia rozdwojenia, jakby było mnie dwie. To jest element hipomanii, jednego ze stanów doświadczanych w tej chorobie.

MO: Opowiedz o tych stanach.
M: Wcześniej wspomniałam o eutymii, to jest stan prawidłowego funkcjonowania. W nazwie choroby mamy depresję i manię. Czym jest ta pierwsza, mniej więcej każdy sobie wyobraża. To obniżona energia, smutek, brak zainteresowania czymkolwiek. Nie ma siły na najprostsze czynności, konieczność ich wykonywania przynosi rozdrażnienie. W cięższych przypadkach to totalna niemoc, człowiek nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Wszystkie te pomysły, żeby wtedy skupiać się na pozytywach, tylko dobijają. Świadomość, że masz cudowne dzieci, tylko pogłębia poczucie własnej beznadziejności. Nie myśli się wtedy: mam takie super dzieci, warto dla nich żyć, wstanę i ruszam. Nie, to jest stan, w którym idzie się w kierunku: biedne te moje dzieci, że muszą żyć z taką matką. Byłoby im lepiej beze mnie, jak wszystkim zresztą. Pojawiają się myśli o śmierci, myśli samobójcze. Depresja tak bardzo boli, że jeśli jej zakończeniem ma być odebranie sobie życia, to ten krok jawi się jako ratunek od cierpienia.
I żadne zachęcanie do pozytywnego myślenia nie ma tutaj racji bytu, bo pozytywne myślenie jest kompletnie poza zasięgiem.

Po przeciwnej stronie skali mamy manię. To jest absolutny high life! Czujesz, że możesz latać. Mam mnóstwo energii, potrafię w kilka dni zrobić pracę na miesiąc, posprzątać mieszkanie, zaplanować wakacje i weekendy na pół roku do przodu. To czas wielkiego pobudzenia, masz poczucie, że jesteś nadczłowiekiem. Myśli są jasne i przejrzyste, zdania układają się w doskonałe wypowiedzi, jesteś królem wystąpień publicznych, nie ma barier typu wstyd czy brak pewności siebie. Oczywiście to, jak sam widzisz siebie, odbiega od tego, jak faktycznie wyglądasz. Ktoś, kto dobrze cię zna, może być wystraszony. Bo nagle jesteś wyzywająca, odważna, nadpobudliwa, nie dajesz nikomu dojść do słowa, a te słowa, które uważasz za odkrywcze i mądre, mogą być zwyczajnym bełkotem. Jest się wtedy pobudzonym seksualnie, bardziej chętnym do kontaktów niż normalnie. Wiele osób uprawia wtedy zupełnie przypadkowy seks, nawet jeśli z natury są cnotliwe i żyją w celibacie. Manię charakteryzuje takie ostre nakierowanie na cel. Dążysz, żeby go za wszelką cenę osiągnąć, nie oglądasz się na koszty. Jak sobie wtedy wkręcisz, że bierzesz kredyt i kupujesz luksusowy samochód, to dążysz do osiągnięcia tego, nie ma miejsca na rozsądek. Pół biedy, jak się odbijesz od pani w banku i w tym uniesieniu, jej naurągasz wyprowadzany przez ochronę. Gorzej, jak ten kredyt dostaniesz i kupisz auto, którego wcale nie potrzebujesz i na które cię nie stać. Ludzie potrafią w tym stanie zaciągać potężne kredyty, przegrywać budowane całe życie firmy w karty lub lecieć na wakacje, na które nie mają pieniędzy.

MO: Czemu atakujesz panią w banku, która odmawia ci pieniędzy? Przecież ona robi ci przysługę.
M. Przy ataku manii tak tego nie postrzegasz. Masz wtedy cel i każdy, kto stanie ci na drodze, jest największym wrogiem. Czujesz, że masz misję, która zmieni na lepsze całe twoje życie więc jest jakaś logika w tym, że nienawidzisz osoby, która próbuje ci to uniemożliwić.

MO: A co potem? Budzisz się pewnego dnia z kredytem, którego nie masz z czego spłacić?
M: Albo w jakimś obcym mieście, bez pieniędzy. Albo dociera do ciebie, że właśnie przegrałeś w kasynie dom, w którym mieszka twoja rodzina. Wtedy często przychodzi depresja. Uświadamiasz sobie własną beznadziejność, jesteś w złej sytuacji finansowej, z której nie widzisz wyjścia. W moim przypadku zawsze najpierw była atak manii, a później depresja dociążona wyrzutami sumienia. Z tego, co wiem, to najczęstszy cykl.

MO: I co wtedy?
M: Wtedy powinieneś iść do lekarza. W ogóle takie impulsywne wydawanie pieniędzy to powinna być jasna wskazówka, że coś jest nie tak.

MO: Ty poszłaś do lekarza. Na początku zdiagnozowano u ciebie inną chorobę.
M: To była podręcznikowa historia. Przejmowałam się stanami depresyjnymi, którym w moim przypadku towarzyszyły lęki i ataki paniki. Ponieważ miałam skomplikowane i mało przyjemne dzieciństwo, łatwo było pójść w tym kierunku. Zdiagnozowano u mnie stany depresyjne wynikające ze stresu pourazowego i w tym kierunku prowadzono terapię.

MO: Lekarz się pomylił?
M: Nie, lekarka zrobiła wszystko, jak trzeba. To ja nie mówiłam jej o stanach manii, z tej prostej przyczyny, że nie odczuwałam ich jako coś złego. To jest rewelacyjny stan i cieszyłam się, kiedy nadchodził. Dopóki się nie przekroczy pewnej bariery w ataku manii, trudno jest ją postrzegać jako problem. Sama pomyśl: masz mnóstwo energii, czujesz się silna i wspaniała, nie musisz wiele spać, za to chce ci się pracować, spotykać z ludźmi, organizować imprezy. Wszystko się chce. Cały świat jest po twojej stronie, nie ma rzeczy niemożliwych.

MO: Kiedy się zorientowałaś, że to nie jest dobry stan?
M: Kiedy obudziłam się po jednej z imprez i zdałam sobie sprawę, że prawie nic nie pamiętam. A wypiłam może dwa lekkie drinki. Miałam mgliste wspomnienie, że dużo rozmawiałam, że sporo się działo. Nie umiałam sobie nic przypomnieć. Kiedy opowiedziałam o tym lekarce, zaczęła zadawać kolejne pytania. Najpierw o to, czy zdarza mi się nagle wydać dużą sumę na coś, czego jeszcze dzień wcześniej wcale nie chciałam. Zdałam sobie sprawę, że to dzieje się regularnie, ale myślałam, że po prostu nie umiem oszczędzać. Albo że sobie rekompensuję fakt, że kiedyś niczego nie miałam, a teraz mnie stać na wiele rzeczy. Człowiek umie sobie wszystko wytłumaczyć.

MO: Wtedy usłyszałaś diagnozę. I co poczułaś?
M: Z jednej strony ogromną ulgę. Wreszcie ten cały chaos we mnie, te wszystkie dziwne stany, ten wewnętrzny bliźniak miały jakąś nazwę. Mój wróg został zebrany w jedną całość i nazwany. Ta choroba wyjaśniała tak wiele moich akcji, których nie potrafiłam zrozumieć. Nagłe napady agresji, myśli o śmierci, podejmowanie dziwnych decyzji, pozbawiony przyczyny głęboki smutek, zmęczenie życiem… Nagle to zostało uporządkowane i mogłam to jakoś poznawać i próbować kontrolować. Ale obok tej ulgi czułam zagrożenie. Jakby ktoś naruszył moje granice bezpieczeństwa. Czułam potrzebę bycia z ludźmi. Z natury jest solidnie introwertyczna i lubię być sama, ale wtedy nie mogłam tego znieść. Kiedy mój mąż pracował w domu, siadałam obok niego i nic nie robiłam. Po prostu potrzebowałam być blisko niego. Trwało to kilka dni, ale wreszcie się unormowało. I została tylko ulga. Myślę, że mnie było o tyle łatwiej przyjąć diagnozę, że usłyszałam ją w znajomym gabinecie, od lekarki, do której chodziłam od dawna. Z tego, co wiem, jestem w mniejszości w tej kwestii. Częściej zdarza się tak, że w wyniku potężnego ataku manii lub depresji, trafia się do szpitala psychiatrycznego i tam dopiero, po podaniu leków i uspokojeniu, poznaje się swój stan. To musi być potężny cios.

MO: Dla ciebie nie był?
M: Nie. Ja zawsze czułam, że coś jest ze mną nie tak. Od zawsze byłam bardzo wrażliwa, wyczulona na wszystko, każdy nerw na wierzchu. Przeżywałam głęboko sytuacje, które innych kompletnie nie poruszały. Byłam wychowywana w klimacie ukrywania uczuć, do tego często słyszałam od mamy, że jestem dziwna i mam się zachowywać jak inne, normalne dzieci. Szybko nauczyłam się ukrywać emocje i udawać kogoś, kim nie jestem. Stworzyłam sobie bardzo rozbudowany świat wewnętrzny, często żyłam w nim bardziej niż w tym realnym. Odkąd pamiętam miałam też takie poczucie, że moje życie niebawem się skończy więc nie ma się co zakorzeniać. Te myśli towarzyszyły mi nawet, gdy byłam małym dzieckiem. To też jedna z oznak choroby.

MO: Urodziłaś się z tą chorobą? Ona jest dziedziczna?
M: Z chorobami psychicznymi jest tak, że dziedziczy się raczej skłonność do nich. A chory rodzic może mieć zdrowe dziecko, które nigdy nie doświadczy żadnego z epizodów manii czy depresji. Jeśli w rodzinie był ktoś chory, ryzyko wystąpienia chorób psychicznych jest większe, oczywiście. Można urodzić się z tą chorobą, ale ona nigdy się nie odpali. Najczęściej pierwszy stan powodowany jest przez bardzo emocjonalne wydarzenie, które nas przerasta, jak śmierć kogoś bliskiego czy jakieś duże załamanie w sferze zawodowej. U kobiet bardzo często zapalnikiem jest ciążą i poród. W takich sytuacjach zwykle jest to potężny atak, który kończy się w szpitalu. Zwykle tych łagodniejszych po prostu nie zauważamy. Cieszymy się ze wzrostu energii, jej spadek zrzucamy na pogodę, brak słońca czy zmęczenie. A potem przychodzi epizod, który nie pozostawia wątpliwości. W moim przypadku choroba musiała włączyć się, kiedy byłam bardzo mała i była ze mną od zawsze. Moja pani doktor mówi, że gdyby dzisiaj usłyszała o dziecku, które bez żadnego powodu jest doskonale oswojone z faktem rychłej śmierci i ta myśl nie wywołuje w nim smutku, ale podekscytowanie, to wszystkie lampki by się jej zapaliły. Ale, nie oszukujmy się, kto o tym myślał trzydzieści lat temu?

MO: Mówiąc o stanach, których doświadcza się chorując na psychozę maniakalno- depresyjną, wspomniałaś o hipomanii.
M: Hipomania to stan podwyższenia energii, pobudzeniem, impulsywnością, który nie spełnia kryteriów manii. To w większości te same zachowania, ale trwają od niej krócej i nie są aż tak silne. Nie doświadcza się psychoz, nie traci całkowitej kontroli. Pamięta się później swoje działania, choć może nie ich intencję, czy towarzyszące im myśli. Ja to pamiętam bardziej jako widz, jakbym obserwowała to z boku. Kiedy mania połączona jest z psychozą, często nie pamięta się swoich działań. I ciężko w nie uwierzyć.

MO: Jak to ocenić, czy zachowanie jest jeszcze gorszym samopoczuciem, czy już symptomem choroby?
M: Nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo tu odpowiedzieć. Moim zdaniem, to się czuje. Coś jest nie tak. Reakcje są często nieadekwatne do sytuacji. Ja czuję dużo smutku, choć nie mam do niego powodu. Zdarzało mi się odczuwać wielki ból w radosnych momentach i nie umiałam powiedzieć, dlaczego. Nie rozumiałam, czemu nie umiem się cieszyć. Myślę, że trzeba słuchać intuicji, która podpowiada nam zwykle dobrze. No i te stany będą się powtarzać. To nie będzie jedna czy dwie sytuacje, raczej cykl. Koleżance odpowiedziałam kiedyś tak: jeśli jest co smutno w obiektywnie radosnej chwili i nie możesz już dłużej zasłaniać się PMS, to warto wybrać się do psychologa. Zawsze warto, to na pewno nie zaszkodzi.

MO: Czytałam badania, że ludzie chorzy na CHAD, nawet ci doświadczający psychoz i ciężkich stanów, nie oddaliby tej choroby, gdyby mogli.
M: Tak, też o tym czytałam. Może to kwestia manii, które są tak silnym doświadczaniem doskonałości, że trudno byłoby z nich zrezygnować? A może dlatego, że ta choroba jest jakąś częścią człowieka, bardzo uwrażliwia i wzmacnia czujność na innych? A może to oswojony towarzysz, z którym ciężko się rozstać? Pewnie jest kilka powodów.

MO: Ty byś oddała CHAD?
M: Może kiedyś… na pewno jeszcze nie teraz.

 

 

________________

 

Tutaj szukaj pomocy:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

800 70 2222 – Linia wsparcia dla osób w stanie kryzysu psychicznego

 

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo