Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Choroba dwubiegunowa. Rozmowa z M.

30 września 2019 / Marta Osadkowska

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia dla Unii Europejskiej dwadzieścia siedem procent dorosłej populacji (w przedziale wiekowym osiemnaście – sześćdziesiąt pięć lat) doświadczyło w ostatnim roku przynajmniej jednego z zaburzeń psychicznych.

Nie wszystkie atakują silnym uderzeniem, nie zawsze trafia się do szpitala czy choćby lekarza. W wielu przypadkach wydaje się, że to osłabienie, spadek formy, lenistwo, wymyślanie problemów, próba zwracania na siebie uwagi. Żyjemy w świecie, z którego tempem i oczekiwaniami ludzki mózg często sobie nie radzi, bo nie jest przystosowany do tak wysokiego poziomu stresu. I tak często doświadczanego, właściwie bez przerwy. A stres to tylko jedna z przyczyn.

Odkąd pamiętam, miałam poczucie, że jest we mnie jeszcze jedna osoba. Taki wewnętrzny bliźniak, który czasami podejmuje decyzje za mnie. Jego wybory nie zawsze mi pasowały, często kosztowały mnie dużo złych emocji i wstydu. Przede wszystkim jednak, ta jego obecność odbierała mi pewność siebie. Świadomość, że on może przejąć stery, odbierała mi spokój. Od niedawna mój towarzysz ma nazwę, to zaburzenia afektywne dwubiegunowe (CHAD).

Marta Osadkowska: Nie wyglądasz na chorą.
M: Jestem teraz w stanie, który nazywa się eutymią. Po ludzku oznacza to, że teraz jestem po prostu sobą, bez najmniejszego śladu choroby. Wszystko działa prawidłowo, kontroluję swoje decyzje, a moje emocje są ustabilizowane i … po prostu moje.

MO: Mogą być nie twoje?
M: O tak. Przez całe życie towarzyszyło mi poczucie, że nie mam nad sobą pełnej kontroli. Jakby był we mnie ktoś jeszcze, kto podejmuje decyzje. Postaram się to wytłumaczyć. Pamiętasz bajkę „W głowie się nie mieści”? Człowiek w głowie miał konsoletę, którą sterowały emocje. Ja czułam się, jakby czasami ktoś mnie odsunął od tego centrum dowodzenia. Czułam i widziałam, że nie ja rządzę swoimi reakcjami, ale też miałam świadomość, że to nie dzieje się gdzieś poza mną. Na przykład rozmawiałam z kimś dla mnie ważnym i ciekawym. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co ma do powiedzenia. I nagle słyszę siebie, jak przerywam zdania tego człowieka i wylewam z siebie potok słów. Wcale tego nie chcę, ale nie umiem przestać. W takich chwilach doznaję uczucia rozdwojenia, jakby było mnie dwie. To jest element hipomanii, jednego ze stanów doświadczanych w tej chorobie.

MO: Opowiedz o tych stanach.
M: Wcześniej wspomniałam o eutymii, to jest stan prawidłowego funkcjonowania. W nazwie choroby mamy depresję i manię. Czym jest ta pierwsza, mniej więcej każdy sobie wyobraża. To obniżona energia, smutek, brak zainteresowania czymkolwiek. Nie ma siły na najprostsze czynności, konieczność ich wykonywania przynosi rozdrażnienie. W cięższych przypadkach to totalna niemoc, człowiek nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Wszystkie te pomysły, żeby wtedy skupiać się na pozytywach, tylko dobijają. Świadomość, że masz cudowne dzieci, tylko pogłębia poczucie własnej beznadziejności. Nie myśli się wtedy: mam takie super dzieci, warto dla nich żyć, wstanę i ruszam. Nie, to jest stan, w którym idzie się w kierunku: biedne te moje dzieci, że muszą żyć z taką matką. Byłoby im lepiej beze mnie, jak wszystkim zresztą. Pojawiają się myśli o śmierci, myśli samobójcze. Depresja tak bardzo boli, że jeśli jej zakończeniem ma być odebranie sobie życia, to ten krok jawi się jako ratunek od cierpienia.
I żadne zachęcanie do pozytywnego myślenia nie ma tutaj racji bytu, bo pozytywne myślenie jest kompletnie poza zasięgiem.

Po przeciwnej stronie skali mamy manię. To jest absolutny high life! Czujesz, że możesz latać. Mam mnóstwo energii, potrafię w kilka dni zrobić pracę na miesiąc, posprzątać mieszkanie, zaplanować wakacje i weekendy na pół roku do przodu. To czas wielkiego pobudzenia, masz poczucie, że jesteś nadczłowiekiem. Myśli są jasne i przejrzyste, zdania układają się w doskonałe wypowiedzi, jesteś królem wystąpień publicznych, nie ma barier typu wstyd czy brak pewności siebie. Oczywiście to, jak sam widzisz siebie, odbiega od tego, jak faktycznie wyglądasz. Ktoś, kto dobrze cię zna, może być wystraszony. Bo nagle jesteś wyzywająca, odważna, nadpobudliwa, nie dajesz nikomu dojść do słowa, a te słowa, które uważasz za odkrywcze i mądre, mogą być zwyczajnym bełkotem. Jest się wtedy pobudzonym seksualnie, bardziej chętnym do kontaktów niż normalnie. Wiele osób uprawia wtedy zupełnie przypadkowy seks, nawet jeśli z natury są cnotliwe i żyją w celibacie. Manię charakteryzuje takie ostre nakierowanie na cel. Dążysz, żeby go za wszelką cenę osiągnąć, nie oglądasz się na koszty. Jak sobie wtedy wkręcisz, że bierzesz kredyt i kupujesz luksusowy samochód, to dążysz do osiągnięcia tego, nie ma miejsca na rozsądek. Pół biedy, jak się odbijesz od pani w banku i w tym uniesieniu, jej naurągasz wyprowadzany przez ochronę. Gorzej, jak ten kredyt dostaniesz i kupisz auto, którego wcale nie potrzebujesz i na które cię nie stać. Ludzie potrafią w tym stanie zaciągać potężne kredyty, przegrywać budowane całe życie firmy w karty lub lecieć na wakacje, na które nie mają pieniędzy.

MO: Czemu atakujesz panią w banku, która odmawia ci pieniędzy? Przecież ona robi ci przysługę.
M. Przy ataku manii tak tego nie postrzegasz. Masz wtedy cel i każdy, kto stanie ci na drodze, jest największym wrogiem. Czujesz, że masz misję, która zmieni na lepsze całe twoje życie więc jest jakaś logika w tym, że nienawidzisz osoby, która próbuje ci to uniemożliwić.

MO: A co potem? Budzisz się pewnego dnia z kredytem, którego nie masz z czego spłacić?
M: Albo w jakimś obcym mieście, bez pieniędzy. Albo dociera do ciebie, że właśnie przegrałeś w kasynie dom, w którym mieszka twoja rodzina. Wtedy często przychodzi depresja. Uświadamiasz sobie własną beznadziejność, jesteś w złej sytuacji finansowej, z której nie widzisz wyjścia. W moim przypadku zawsze najpierw była atak manii, a później depresja dociążona wyrzutami sumienia. Z tego, co wiem, to najczęstszy cykl.

MO: I co wtedy?
M: Wtedy powinieneś iść do lekarza. W ogóle takie impulsywne wydawanie pieniędzy to powinna być jasna wskazówka, że coś jest nie tak.

MO: Ty poszłaś do lekarza. Na początku zdiagnozowano u ciebie inną chorobę.
M: To była podręcznikowa historia. Przejmowałam się stanami depresyjnymi, którym w moim przypadku towarzyszyły lęki i ataki paniki. Ponieważ miałam skomplikowane i mało przyjemne dzieciństwo, łatwo było pójść w tym kierunku. Zdiagnozowano u mnie stany depresyjne wynikające ze stresu pourazowego i w tym kierunku prowadzono terapię.

MO: Lekarz się pomylił?
M: Nie, lekarka zrobiła wszystko, jak trzeba. To ja nie mówiłam jej o stanach manii, z tej prostej przyczyny, że nie odczuwałam ich jako coś złego. To jest rewelacyjny stan i cieszyłam się, kiedy nadchodził. Dopóki się nie przekroczy pewnej bariery w ataku manii, trudno jest ją postrzegać jako problem. Sama pomyśl: masz mnóstwo energii, czujesz się silna i wspaniała, nie musisz wiele spać, za to chce ci się pracować, spotykać z ludźmi, organizować imprezy. Wszystko się chce. Cały świat jest po twojej stronie, nie ma rzeczy niemożliwych.

MO: Kiedy się zorientowałaś, że to nie jest dobry stan?
M: Kiedy obudziłam się po jednej z imprez i zdałam sobie sprawę, że prawie nic nie pamiętam. A wypiłam może dwa lekkie drinki. Miałam mgliste wspomnienie, że dużo rozmawiałam, że sporo się działo. Nie umiałam sobie nic przypomnieć. Kiedy opowiedziałam o tym lekarce, zaczęła zadawać kolejne pytania. Najpierw o to, czy zdarza mi się nagle wydać dużą sumę na coś, czego jeszcze dzień wcześniej wcale nie chciałam. Zdałam sobie sprawę, że to dzieje się regularnie, ale myślałam, że po prostu nie umiem oszczędzać. Albo że sobie rekompensuję fakt, że kiedyś niczego nie miałam, a teraz mnie stać na wiele rzeczy. Człowiek umie sobie wszystko wytłumaczyć.

MO: Wtedy usłyszałaś diagnozę. I co poczułaś?
M: Z jednej strony ogromną ulgę. Wreszcie ten cały chaos we mnie, te wszystkie dziwne stany, ten wewnętrzny bliźniak miały jakąś nazwę. Mój wróg został zebrany w jedną całość i nazwany. Ta choroba wyjaśniała tak wiele moich akcji, których nie potrafiłam zrozumieć. Nagłe napady agresji, myśli o śmierci, podejmowanie dziwnych decyzji, pozbawiony przyczyny głęboki smutek, zmęczenie życiem… Nagle to zostało uporządkowane i mogłam to jakoś poznawać i próbować kontrolować. Ale obok tej ulgi czułam zagrożenie. Jakby ktoś naruszył moje granice bezpieczeństwa. Czułam potrzebę bycia z ludźmi. Z natury jest solidnie introwertyczna i lubię być sama, ale wtedy nie mogłam tego znieść. Kiedy mój mąż pracował w domu, siadałam obok niego i nic nie robiłam. Po prostu potrzebowałam być blisko niego. Trwało to kilka dni, ale wreszcie się unormowało. I została tylko ulga. Myślę, że mnie było o tyle łatwiej przyjąć diagnozę, że usłyszałam ją w znajomym gabinecie, od lekarki, do której chodziłam od dawna. Z tego, co wiem, jestem w mniejszości w tej kwestii. Częściej zdarza się tak, że w wyniku potężnego ataku manii lub depresji, trafia się do szpitala psychiatrycznego i tam dopiero, po podaniu leków i uspokojeniu, poznaje się swój stan. To musi być potężny cios.

MO: Dla ciebie nie był?
M: Nie. Ja zawsze czułam, że coś jest ze mną nie tak. Od zawsze byłam bardzo wrażliwa, wyczulona na wszystko, każdy nerw na wierzchu. Przeżywałam głęboko sytuacje, które innych kompletnie nie poruszały. Byłam wychowywana w klimacie ukrywania uczuć, do tego często słyszałam od mamy, że jestem dziwna i mam się zachowywać jak inne, normalne dzieci. Szybko nauczyłam się ukrywać emocje i udawać kogoś, kim nie jestem. Stworzyłam sobie bardzo rozbudowany świat wewnętrzny, często żyłam w nim bardziej niż w tym realnym. Odkąd pamiętam miałam też takie poczucie, że moje życie niebawem się skończy więc nie ma się co zakorzeniać. Te myśli towarzyszyły mi nawet, gdy byłam małym dzieckiem. To też jedna z oznak choroby.

MO: Urodziłaś się z tą chorobą? Ona jest dziedziczna?
M: Z chorobami psychicznymi jest tak, że dziedziczy się raczej skłonność do nich. A chory rodzic może mieć zdrowe dziecko, które nigdy nie doświadczy żadnego z epizodów manii czy depresji. Jeśli w rodzinie był ktoś chory, ryzyko wystąpienia chorób psychicznych jest większe, oczywiście. Można urodzić się z tą chorobą, ale ona nigdy się nie odpali. Najczęściej pierwszy stan powodowany jest przez bardzo emocjonalne wydarzenie, które nas przerasta, jak śmierć kogoś bliskiego czy jakieś duże załamanie w sferze zawodowej. U kobiet bardzo często zapalnikiem jest ciążą i poród. W takich sytuacjach zwykle jest to potężny atak, który kończy się w szpitalu. Zwykle tych łagodniejszych po prostu nie zauważamy. Cieszymy się ze wzrostu energii, jej spadek zrzucamy na pogodę, brak słońca czy zmęczenie. A potem przychodzi epizod, który nie pozostawia wątpliwości. W moim przypadku choroba musiała włączyć się, kiedy byłam bardzo mała i była ze mną od zawsze. Moja pani doktor mówi, że gdyby dzisiaj usłyszała o dziecku, które bez żadnego powodu jest doskonale oswojone z faktem rychłej śmierci i ta myśl nie wywołuje w nim smutku, ale podekscytowanie, to wszystkie lampki by się jej zapaliły. Ale, nie oszukujmy się, kto o tym myślał trzydzieści lat temu?

MO: Mówiąc o stanach, których doświadcza się chorując na psychozę maniakalno- depresyjną, wspomniałaś o hipomanii.
M: Hipomania to stan podwyższenia energii, pobudzeniem, impulsywnością, który nie spełnia kryteriów manii. To w większości te same zachowania, ale trwają od niej krócej i nie są aż tak silne. Nie doświadcza się psychoz, nie traci całkowitej kontroli. Pamięta się później swoje działania, choć może nie ich intencję, czy towarzyszące im myśli. Ja to pamiętam bardziej jako widz, jakbym obserwowała to z boku. Kiedy mania połączona jest z psychozą, często nie pamięta się swoich działań. I ciężko w nie uwierzyć.

MO: Jak to ocenić, czy zachowanie jest jeszcze gorszym samopoczuciem, czy już symptomem choroby?
M: Nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo tu odpowiedzieć. Moim zdaniem, to się czuje. Coś jest nie tak. Reakcje są często nieadekwatne do sytuacji. Ja czuję dużo smutku, choć nie mam do niego powodu. Zdarzało mi się odczuwać wielki ból w radosnych momentach i nie umiałam powiedzieć, dlaczego. Nie rozumiałam, czemu nie umiem się cieszyć. Myślę, że trzeba słuchać intuicji, która podpowiada nam zwykle dobrze. No i te stany będą się powtarzać. To nie będzie jedna czy dwie sytuacje, raczej cykl. Koleżance odpowiedziałam kiedyś tak: jeśli jest co smutno w obiektywnie radosnej chwili i nie możesz już dłużej zasłaniać się PMS, to warto wybrać się do psychologa. Zawsze warto, to na pewno nie zaszkodzi.

MO: Czytałam badania, że ludzie chorzy na CHAD, nawet ci doświadczający psychoz i ciężkich stanów, nie oddaliby tej choroby, gdyby mogli.
M: Tak, też o tym czytałam. Może to kwestia manii, które są tak silnym doświadczaniem doskonałości, że trudno byłoby z nich zrezygnować? A może dlatego, że ta choroba jest jakąś częścią człowieka, bardzo uwrażliwia i wzmacnia czujność na innych? A może to oswojony towarzysz, z którym ciężko się rozstać? Pewnie jest kilka powodów.

MO: Ty byś oddała CHAD?
M: Może kiedyś… na pewno jeszcze nie teraz.

 

 

________________

 

Tutaj szukaj pomocy:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

800 70 2222 – Linia wsparcia dla osób w stanie kryzysu psychicznego

 

Rozmowy

Polki niekompletne

30 kwietnia 2020 / Agnieszka Jabłońska

...kiedy tęsknota za dzieckiem rozwija się z czasem

Z moimi rozmówczyniami spotykamy się w modnej kawiarni i w ładnym mieszkaniu. Jemy razem słodki karmelowy popcorn na jednej z parkowych ławek i łapiemy się w biegu na biznesowy lunch. Jak o sobie mówią kobiety, które zgodziły się ze mną spotkać? Pozytywnie z uśmiechem, dużo i głośno, chętnie gestykulują, śmieją się. To świetny wstęp, ale później dochodzimy do słowa „bez”.

U każdej z nich obserwuję taką samą reakcję – milczenie. Jest chwila zawahania, zatrzymanie potoku swobodnie płynących myśli. „Tak – mówi w końcu pierwsza – żyję bez dziecka i coraz częściej czuję, że jestem niekompletna”.

Coraz starsze mamy Polki 

Granica wieku, w którym większość Polek rodzi swoje pierwsze dziecko, mocno się przesunęła. Obecnie, jak informuje mnie jedna z położonych, mamy ogromny rozstrzał. Na porodówkę przyjeżdżają tłumnie młode dziewczyny, później są pojedyncze przypadki, a kolejna nawałnica urodzeń ma miejsce wśród kobiet w okolicach trzydziestki. To nie powinno nikogo dziwić – 6 lat między skończeniem studiów a urodzeniem dziecka to czas, jaki mają Polki, by wejść na ścieżkę kariery, stać się specjalistkami, zdobyć umowę na czas nieokreślony lub ustabilizować własną firmę i iść na urlop macierzyński z poczuciem, że mają dokąd wracać. 

Kobiety, które chcą ŻYĆ

Jednak naciski na posiadanie dziecka ze strony społeczeństwa oraz bliskich są ogromne i często młode kobiety muszą dokonywać trudnych wyborów. Oczywiście da się pogodzić wychowanie dziecka z karierą zawodową, rozwojem osobistym, podróżowaniem i doświadczaniem życia. Co, jeśli jednak jakaś kobieta tego nie chce? Nie chce pracować aż do rozwiązania w trosce o swoje stanowisko pracy, nie chce jechać na wyprawę życia z wózkiem i zapasem pieluch, nie ma ochoty oddawać dziecka do dziadków co weekend, żeby poużywać życia? Co z kobietami, które mają inne plany, a jednocześnie żałują, że nie mogą się rozdwoić? Czy mamy prawo je potępiać?

#KAJA
gdy brakuje mężczyzny

Kaja zaprasza mnie na kawę do modnej kawiarni w centrum Łodzi. Pijemy wyśmienitą latte i gadamy o życiu, o jej firmie, która świetnie prosperuje, o nowym pracowniku, którego nareszcie mogła zatrudnić i o etacie wirtualnej asystentki, który właśnie stworzyła. Kaja ma 33 lata, jest właścicielką niewielkiej agencji reklamowej, którą prowadzi od niemal 7 lat. Jest śliczną kobietą: ma kręcone blond włosy, piegi i absolutnie niebieskie oczy. Co chwila się śmieje, a gdy to robi zakrywa usta dłonią dziecięcym gestem – zdecydowanie nie wygląda na twardą businesswoman. 

– Od liceum wiedziałam, że chcę pracować w reklamie. Oglądałam te wszystkie posty w telewizji, widziałam bilbordy na mieście i miałam poczucie, że umiem zrobić to lepiej. Dlatego poszłam na studia z marketingu i przez cały czas łapałam staże w agencjach, a z jedną nawet związałam się na parę lat. Jednocześnie mocno pracowałam nad moimi umiejętnościami, uczyłam się obsługi nowych programów, szlifowałam język angielski. Dzisiaj jest naprawdę fajnie, firma działa, pracuję jakieś 30 do 40 godzin w tygodniu, co jest miłą odmianą po latach zasuwania po 12 godzin codziennie. Mam ładne trzypokojowe mieszkanie, własny samochód, jestem niezależna finansowo. 

– To niesamowite, że już w tak młodym wieku miałaś pomysł na siebie! Ja w liceum miotałam się między byciem humanistką, a klasą mat-fiz. – obie się śmiejemy – Ok, Kaja, a jak Twoje plany macierzyńskie? 

– I tutaj Cię zaskoczę: nie mam żadnych – rozkłada ręce nad stolikiem – To znaczy, plany to ja mam, w tej chwili jest idealny moment na dziecko, ale nie mam żadnego faceta, który nadawałby się na ojca. Ostatnio myślałam nad wybraniem gościa, który będzie ojcem dziecka, tak wiesz, bez specjalnego związku, ale gdzieś we mnie jest ogromna potrzeba założenia rodziny – rosół w niedzielę, wspólne spacery, rodzicielskie rozmowy w sypialni. Spotkałam się z dwoma facetami, którzy byliby świetnymi mężami i ojcami. Jeden z nich oświadczył że on kategorycznie nie chce mieć dzieci do 40stki, a miał wtedy 28 lat. Mogłam poczekać, mama mi wypominała, że gdybym bardziej nad nim popracowała, ale… jak tak nie potrafię. Sama nie chciałabym związać się z osobą, która nie akceptowałaby mojego stylu życia, więc się rozstaliśmy. Drugi facet był świetny –  miał własną sieć restauracji, zaradny, przedsiębiorczy, szarmancki – c-u-d-o! Kochaliśmy się bardzo i chcieliśmy mieć rodzinę, ale okazało się, że on nie może mieć dzieci. Załamał się, zaczął pić. Wytrzeźwiał, zerwaliśmy. Życie potoczyło się dalej. Tak, żyję bez dziecka i coraz częściej czuję, że jestem niekompletna. Jeśli w ciągu 12 miesięcy nie znajdę idealnego kandydata na ojca  moich dzieci, to chyba skorzystam z innej opcji. – Kaja uśmiecha się smutno – Biologia nas współczesnych kobiet ewidentnie nie lubi – kończymy naszą kawę w milczeniu. 

#AMELIA
gdy przeważa troska o środowisko 

Amelia zaprasza mnie do swojego pięknego mieszkania w jednej z łódzkich kamienic. Pokoje w amfiladzie, wielkie okna, drewniana podłoga – miejsce jest tak samo magiczne jak jego właścicielka – joginka i weganka. Amelia ma 36 lat, ale wygląda na studentkę. Jest szczupła, ma krótkie czarne włosy, tatuaże na plecach i rękach. Siadamy wygodnie na miękkim dywanie, wspieramy się na puszystych poduchach, które zostały uszyte z tkaniny przywiezionej z Indii. 

– Moja mama już dawno straciła nadzieję i pewnie myśli, że jestem lesbijką. – Amelia puszcza do mnie oko – Wciąż podobają mi się faceci, chociaż zawsze zawieszę oko na pięknej kobiecie. Mam partnera, mama o nim nie wie. Jest Hindusem, pracuje w łódzkiej korporacji. Nie mieszkamy razem, on ma w Indiach żonę. Rodzice zorganizowali zaręczyny i ślub, gdy pojechał ostatnio do domu powiedzieć im o mnie. Poczułam się jak bohaterka filmów z Bollywood, miałam ochotę krzyczeć i tupać na środku pokoju, gdy do mnie zadzwonił. Teraz jednak cieszę się z tej sytuacji, bo z żoną będzie mógł mieć dzieci. – Amelia wzdycha i wypija łyk korzennej herbaty z mlekiem – Od dziecka uwielbiałam dzieci, opiekowałam się najpierw rodzeństwem, później pracowałam na świetlicy i z zuchami w harcerstwie. Chciałam być mamą, mieć gromadkę dzieci, dom z wielkim stołem, gwar w Święta Bożego Narodzenia… Później jednak w moim życiu pojawiła się joga, minimalizm i buddyzm. Zainteresowałam się cierpieniem, którego nie brakuje na naszej planecie i doszłam do wniosku, że nie chcę mieć dzieci. Człowiek już dość wykorzystuje Ziemię, niszczy jej zasoby, nasze dzieci będą musiały umiejętnie korzystać ze smętnych resztek i zadbać o klimat, inaczej nie przetrwamy tego. Decyzja, żeby wyjść poza moją potrzebę, poza mojego ego, które pragnęło dziecka, krzyczało o nie i obniżało moje poczucie wartości, jako kobiety była dla mnie bardzo trudna. Te wszystkie reklamy, plakaty, ciężarne koleżanki – w pewnym wieku wszystkie Twoje koleżanki są w ciąży albo już urodziły dziecko. To jest jak plaga, jak szarańcza, przewala się przez Twój rocznik, a Ty kucasz na podłodze i wkładasz sobie do ust pięść, żeby nie krzyczeć. Ale emocje są jak fale oceanu, one przychodzą i odchodzą i – Amelia uśmiecha się do mnie łagodnym ciepłym uśmiechem, a ja widzę, że moja rozmówczyni jest na zupełnie innym etapie rozwoju duchowego niż ja – można się do nich przyzwyczaić, zaakceptować je. Z czasem bolą o wiele mniej.

#KASIA
gdy mężczyzna nie chce dziecka 

Z Kasią widzimy się na krótkim lunchu biznesowym. Ma świetny kostium, krągłą figurę i zjawiskowe czarne włosy. Rozmawia szybko, jest konkretna. 

– Chciałam mieć dziecko, no pewnie. Dalej chcę zostać mamą, mam 29 lat całe życie przede mną – śmieje się – jest tylko jeden problem: mój facet. Jest rozwodnikiem, ma swoją córkę i nie widzi w swoim życiu miejsca na kolejne dziecko. Mamy impas i codziennie podejmuję od nowa decyzję, że chcę z nim być. Jest o wiele starszy ode mnie – ma 43 lata i byłby idealnym ojcem, to spokojny i ciepły człowiek, który dba o mnie i o swoją córkę, księgowy, ale uparty jak osioł. Nie wiem, czy go przekonam – Kasia elegancko kroi grillowaną pierś z kurczaka – wciąż próbuję, więc to chyba miłość, ale nie powiem Ci dzisiaj, na jak długo starczy mi tej miłości. Wiem, że może pojawić się coś takiego jak instynkt macierzyński i jeśli naprawdę go poczuję, to nie wiem, co wygra. Wolałabym nie musieć wybierać, ale nie wiem, czy jestem w stanie aż tak wpłynąć na mojego faceta. Podobno jego była żona zmusiła go do bycia ojcem, bo on nigdy nie chciał mieć dzieci. Uważam, że to nie fair wobec mnie, ale wiedziałam, na co się porywam. – Kasia wzdycha – Pewnie drugi raz podjęłabym tę samą decyzję – dzwoni telefon i Kasia pogrąża się w rozmowie biznesowej, a ja powoli kończę moją sałatkę z łososiem. 

#LIDKA
gdy pojawia się szansa na rozwój zawodowy i karierę

Lidka jest zadbaną zwyczajną dziewczyną, szczupła, ubrana na sportowo. Widzimy się w jej ulubionym łódzkim parku, siadamy na ławce, słońce przyjemnie grzeje nasze plecy. Lidka wyciąga z plecaka domowej roboty popcorn karmelowy i termos z kawą. 

– Wyszłam  za mąż z ogromnej miłości i wciąż czuję się niemal jak pierwszego dnia po ślubie. Mój mąż jest ode mnie starszy o pięć lat, jest prawnikiem, pracuje w porządnej kancelarii. Ja niedawno zmieniłam pracę. Po studiach zostałam zatrudniona w jego kancelarii na stanowisku asystentki sekretariatu i tak się poznaliśmy. Dopiero od kilku miesięcy pracuję, jako fotograf freelancer. Mogę sobie na to pozwolić, dzięki zaangażowaniu mojego męża, jestem szczęściarą – Lidka uśmiecha się – Fotografuję narzeczonych, młode pary i dzieci. Ta ostatnia część mojej pracy jest najtrudniejsza, a to właśnie ona pozwala mi utrzymać agencję i inwestować w sprzęt. Jest ogromne zapotrzebowanie na zdjęcia dzieci – nowonarodzonych bobasków, wzięcie mają fotki z chrzcin, i piękne fotografie młodych rodzin. Robię również zdjęcia ciążowe i widzę te wszystkie piękne dziewczyny z brzuszkami, to czasami aż mnie coś skręca w środku. Ostatnio po sesji długo płakałam, nie mogłam dojść do siebie. Mam 30 lat i bardzo chciałabym zajść w ciążę, przekonać się, że jestem zdolna dać życie. Czuję, że będę dobrą mamą, dużo spraw mam poukładanych w głowie i bardzo lubię dzieci. Umiem być  stanowcza – Lidka śmieje się – ale oboje z mężem doszliśmy do wniosku, że zainwestowaliśmy za dużo kapitału i mojego czasu i wysiłku, żebym miała teraz zawiesić moją firmę. Muszę poczekać. Jak długo? Nie wiem, rok, może dwa lata, może trzy. Dobrze byłoby zbudować stabilną pozycję marki na rynku – Lidka mimo sportowej kurtki i śmiesznej czapki z pomponem brzmi teraz jak prawdziwy rekin strategii – i może pomyśleć o jakimś asystencie, a co najważniejsze: wydłużyć zapisy na rok do przodu, żebym zdążyła po porodzie spokojnie wrócić do pracy, nie tracąc zleceń. To wszystko wymaga czasu – wzdycha – poza tym mój mąż wciąż nie jest przekonany, czy chce zostać ojcem. Mamy bardzo wygodne życie, gramy w tenisa, jeździmy na koncerty, dwa razy do roku odpoczywamy za granicą. Czasami to się zastanawiam, czy chciałabym z tego wszystkiego zrezygnować dla dziecka… Lidka milknie, a ja widzę, jak do kubka z kawą leci łza. Obejmuję Lidkę ramieniem, słońce powoli zachodzi w parku. 

Na koniec mojego cyklu spotkań spotykam się z Moniką. Przesympatyczna uśmiechnięta brunetka, bardzo szczupła o delikatnych rysach. Poznałyśmy się na zajęciach fitness. Monika ma 29 lat i pracuje w biurze rachunkowym. 

#MONIKA
gdy praca jest ważniejsza niż macierzyństwo

– zwolnienie ciążowe? U mnie w firmie nie ma o czymś takim mowy. Koleżanka zaszła w ciążę, poszła na L-4, następnie na macierzyński i szefowa sprytnie zachęciła ją do wzięcia urlopu wychowawczego, dziewczyna nie miała dokąd wracać. Bardzo mi jej było żal, bo to świetna księgowa, skrupulatna i fajna koleżanka, miła, nikogo nie obgadywała, nie układała się z nimi specjalnie, wiesz, jak to jest biurze, gdzie pracują same baby. – Monika wzdycha – Teraz ja jestem pod obserwacją, widziałam, jak szefowa taksowała mnie wzrokiem, jak ostatnio włożyłam luźniejszą sukienkę. Już ma braki kadrowe, jak ja zajdę w ciążę, to nie wiem, jak ona to ogarnie. Pensję mam nie najgorszą, z mężem doszliśmy do wniosku, że możemy jeszcze chwilę poczekać. Przecież teraz średnia wieku to jakieś 32 lata… – Monik zamyśla się i po chwili dodaje – Wiesz, tak naprawdę czuję się okropnie. Mamy mieszkanie, mąż ma super pracę, całkiem dobrze zarabia, a ja oddalam założenie rodziny, bo mi szkoda głupiej pracy. Tylko… boję się bardzo, że po ciąży zostanę bezrobotna, a mąż nas nie utrzyma w trójkę – wiem, bo to już liczyliśmy. Powinnam dawno odejść z tego biura i poszukać innego miejsca dla siebie, może pójdę do korpo, tam  przynajmniej można normalnie iść na L-4 i macierzyński, ale jak teraz zacznę nową pracę, to stałą umowę – o ile w ogóle – zobaczę za 2 lata. Bycie kobietą jest czasami do bani, naprawdę. – Monika zamyśla się, a osiedlowa kawiarenka powoli się wyludnia. Musimy iść, zaraz zamykają, jesteśmy ostatnimi gośćmi. 

# TY
gdy czujesz się szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie

Wszystkie moje rozmówczynie łączy uczucie bycia szczęśliwą i niekompletną jednocześnie. Zawsze uważałam, że same układamy ścieżkę, po której idziemy, wytyczamy jej kierunek oraz mamy wpływ na strukturę. Z wiekiem jednak coraz boleśniej dogania nas ciężar konsekwencji wcześniej dokonanych wyborów. 

Może należało poczekać ze zmianą pracy, przejść wcześniej z małej firmy do korpo, zmienić partnera, wyjechać do innego miasta i zacząć studia nieco wcześniej niż w wieku 28 lat? Lubię myśleć, że to, co się stało działo się w jakimś celu. Myślę, że tak właśnie miało być, a życie codziennie nas zaskakuje i robi miejsce na nowe doświadczenia – cenną lekcję rozwoju osobistego, spełnienie marzenia, czy małe tęsknoty. To wszystko składa się na obraz tego, kim jesteśmy dzisiaj. 

Chcę Ci powiedzieć, że dzisiaj jesteś sobą bez dziecka i jutro również będziesz sobą, jako mama. Pewnie Twoje życie wywróci się do góry nogami i nic nie będzie takie samo. Co nie znaczy, że dzisiaj jesteś niekompletna! Jesteś teraz najlepszą wersją siebie i jako mama też będziesz. A gdy spełni się Twoje marzenie i ziści jedno z największych pragnień, to pamiętaj o sobie,  o #motherlifebalance! 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo