Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

The Mother Talks: Paulina Wnuk

1 listopada 2017 / Monika Pryśko

The Mother Mag: Patrzę na Twoje życie i widzę kilka początków.

Założenie bloga From Movie To The Kitchen (teraz paulinawnuk.com), wygranie Blog Roku 2012, cukrzyca Twojego syna, Tymka, i zmiana sposobu odżywiania, większa troska o zdrowie. Jak dziewczyna, która nie potrafiła znaleźć życiowego celu, stała się inspiracją dla innych kobiet, np. Bijonsek? Pytam, bo obserwując Cię wydaje mi się na pierwszy rzut oka,...

The Mother Mag: Patrzę na Twoje życie i widzę kilka początków. Założenie bloga From Movie To The Kitchen (teraz paulinawnuk.com), wygranie Blog Roku 2012, cukrzyca Twojego syna, Tymka, i zmiana sposobu odżywiania, większa troska o zdrowie. Jak dziewczyna, która nie potrafiła znaleźć życiowego celu, stała się inspiracją dla innych kobiet, np. Bijonsek? Pytam, bo obserwując Cię wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że wszystko przychodzi do Ciebie ot tak, lekko.

Paulina Wnuk: Mój tata zawsze mówił, że mam farta w życiu i uda mi się wszystko, co sobie zaplanuję. Trochę tak jest, choć w dużej mierze jest to jednak praca, bo wyrosłam na zakompleksioną dziewczynę, której się wydawało, że nic nie osiągnie.

Ale skąd to przekonanie?

Przez całe dzieciństwo właśnie to słyszałam od swojej mamy. Miałam wielki problem, by uwierzyć w siebie i w to, że coś w życiu może mi się jednak udać. Wcześnie też wyprowadziłam się z domu.  

Jak to wcześnie?

Miałam 16 lat. Rok później zaczęłam opiekować się młodszym o 9 lat bratem, byłam jego rodziną zastępczą, wychowywałam go przez długi czas. Jak widzisz, szybko musiałam dorosnąć i dojrzeć. Mało miałam czasu, by pracować nad wiarą w siebie.

Zatrzymaj się na chwilę. W wieku 17 lat byłaś rodziną zastępczą na 7-latka?

Jak skończyłam 18 lat mogłam prawnie być rodzicem zastępczym, ale po prostu wcześnie zaczęłam się bratem opiekować, miałam na to zgodę sądu, bo byłam dojrzała, choć niepełnoletnia. Moi rodzice w pewnym momencie odpuścili. Mój brat i ja zostaliśmy pozostawieni sami sobie i nikogo nie obchodziło, co się z nami stanie, czy sobie poradzimy, czy mamy co jeść, czy mamy ubrania na zimę. Musieliśmy sobie z tym poradzić sami.

Jak to wyglądało w rzeczywistości?

Rzuciłam szkołę. Poszłam do pracy. Wynajęłam mieszkanie. Nie chciałam zostawiać mojego brata w takiej sytuacji, w jakiej zostawili nas rodzice. Musiałam szybko dorosnąć.

A w wieku 20 lat sam zostałaś mamą. O czym wtedy myślałaś?

Wszystko bardzo szybko się potoczyło. W tych wszystkich wydarzeniach ciężko było mi uwierzyć w to, że kiedykolwiek będę mieć czas i siłę, żeby się rozwijać, żeby coś osiągnąć. Nie wierzyłam, że zdobędę wykształcenie, nie miałam możliwości pójść na studia, szkołę skończyłam zaocznie.  

Wiedziałaś, że masz jakikolwiek talent? Czułaś, że masz co rozwijać i na czym się skupić?

Nie miałam nigdy problemów z nauką, jeśli miałam ku temu warunki. Uczyłam się dobrze. Fakt, dużo wagarowałam, ale sytuacja rodzinna była tak trudna, że nie umiałam sobie z tym psychicznie poradzić, nie lubiłam chodzić do szkoły.

Dlaczego?

Mieliśmy trudną sytuację finansową. Wolałam szukać oddechu gdzieś indziej, ciężko było mi się odnaleźć w takim normalnym, nastoletnim życiu, kiedy tak naprawdę musiałam prowadzić te dorosłe. Wiedziałam, że jestem inteligentna, jednocześnie miałam też duży problem. To, co się działo wokół mnie, było bardzo obciążające.

Jest rok 2011, Twoje życie się zaczyna się w końcu zmieniać na lepsze?

Gdy w 2011 roku założyłam bloga i gdy rok później wygrałam nagrodę Blog Roku, totalnie nie umiałam sobie z tym poradzić. Pewnie dlatego cały czas mam wrażenie, że nie wykorzystałam tej szansy. Ciągle byłam smutna, ciągle mi się wydawało, że to pomyłka, że nie powinnam była wygrać, że są osoby, które robią więcej, są mądrzejsze, więcej potrafią. Cały czas sabotowałam swoją pracę, bo wiedziałam, że robię coś fajnego, ale na siłę szukałam negatywów.

Nawet wtedy, gdy wydałaś książkę?

Nie potrafiłam się z niej cieszyć. Wciąż czułam, że nie zasłużyłam na sukces.

Nadal tak czujesz?

Trzy lata temu po raz pierwszy poszłam do psychiatry. Zauważyłam u siebie duży spadek siły życiowej. Nie mogłam wstać z łóżka, umyć naczyń, ugotować obiadu, nie mogłam wykonać podstawowych czynności. Zdiagnozowano u mnie dosyć silne stany depresyjne. Zaczęłam się leczyć. Później poszłam do psychologa, przeszłam długą terapię. To był dobry krok, powinnam była zrobić to dawno temu, ale wmówiłam sobie, że nie mam albo czasu, albo pieniędzy, albo nie chce mi się, albo że to nic nie da. Wtedy też sama próbowałam szukać odpowiedzi na pytania, które zadawałam sobie przez całe życie. Podniosłam się, choć wymagało to ogromnej pracy.

Czy teraz jesteś z siebie dumna?

Teraz tak. Z dziewczyny bez wykształcenia, która nie miała ani dobrych warunków, ani możliwości w życiu, stałam się osobą, która docenia siebie za to, jak wiele zrobiła. Zrozumiałam, że nie ma problemu, z którym nie mogłabym sobie poradzić.

A teraz pracujesz w agencji marketingowej, która nie potrzebowała wcale twojego CV, żeby przyjąć Cię do zespołu po pierwszej rozmowie, znając Cię tylko z internetu.

Szukając pracy zastanawiałam się, czy mam szanse, bo poza blogiem nie mam żadnego doświadczenia w pracy kreatywnej. Dostałam szansę i okazało się, że daję sobie radę.

Twoim wielkim plusem jest to, że nie obciążasz innych swoją historią, nikt nie czuje, że za tym, co robisz, idzie dużo ciężkich chwil. Wszystko, co wychodzi od Ciebie – online czy offline – jest bardzo pozytywne. Idzie za tym dobra energia.

Będąc dzieckiem zawsze chciałam sobie radzić ze wszystkim sama. Teraz niektóre rzeczy chcę zachować dla siebie. Wolę przedstawiać się inaczej, z tej dobrej strony – dosłownie i w przenośni. Te wszystkie doświadczenia mnie ukształtowały, zawsze mówię, że z nawet najgorszej sytuacji można wyciągnąć wnioski. Nie lubię się użalać, nie lubię opowiadać mojej „historii”, bo każdy przeżył w życiu coś, co jakoś na niego wpłynęło. Nie chciałabym też, żeby moje wspomnienia mnie definiowały. I żeby miały jakiś wpływ na odbiór mnie. Wolę być rozpoznawana przez ludzi po prostu przez to jaka jestem, a nie przez to, co przeżyłam.

Lubisz być mamą?

Całe dzieciństwo sobie powtarzałam, że nigdy nie chciałabym być jak moja matka. To mi utkwiło w pamięci. Teraz robię wszystko na odwrót, chcę być dobrą, najlepszą mamą, chcę się starać, by mój syn był szczęśliwy. Nie dostałam dobrego przykładu od rodziców. Dali mi miłość w pierwszych latach życia, potem jednak wszystko się posypało. Było mi bardzo ciężko bez rodziców, teraz praktycznie nie mam z nimi kontaktu. Chciałam bardzo mojemu synowi przekazać myśl, że ja jestem jego mamą, że może na mnie liczyć, że nie zostawię go, że nie odpuszczę. Chcę, by mój syn miał wsparcie we mnie, wiedział, że jestem obok. Bo mnie tego zabrakło.

Teraz jest właśnie Twój test – cukrzyca.

O cukrzycy dowiedzieliśmy się prawie dwa lata temu.Ciężko bylo mi się z tym pogodzić.

Komu bardziej, Tobie czy synkowi?

On jest silny i skryty, pozytywnie nastawiony. Czasami powie – szkoda, że mam cukrzycę, fajnie, gdybym jej nie miał. Ale radzi sobie, ma moje wsparcie. Mi było ciężko, bo obwiniałam się, brakowało mi wiedzy na temat tej choroby. Spotkałam się z krytyką ze strony jednego z lekarzy, który sugerował, że syn jest chory, bo jadł za dużo serków i słodyczy. A przecież cukrzyca nie bierze się od jedzenia. Nie mogłam się z tym pogodzić, że Tymek będzie z tym żył do końca życia. Teraz skupiam się na tym, by przygotować go na życie z cukrzycą, żeby zawsze umiał o siebie zadbać – pilnować się, mierzyć cukier, znać swój organizm, podawać insulinę, a czasem nie chce sie tego robić, zapomina się. Powikłania tej choroby są okropne, chcę, by Tymek tego uniknął. To mój priorytet.

Jest coś, co Ci poprawia humor, daje ci energię?

Próbuję się motywować. Jak mam dobry dzień, wszystko idzie mi super. Trochę jednak zostało we mnie starej Pauliny, która szuka tych negatywów, wymówek – po co masz się za to zabierać, skoro i tak ci nie wyjdzie. Walczę z tym. Popycham się do przodu, otaczam się fajnymi, motywującymi ludźmi. To jest ważne, by mieć wokół siebie ludzi, którzy podnoszą na duchu, niekoniecznie rozmową, ale samą aurą. Usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy mnie męczyli.

Mówisz o swoich rodzicach?

I tak i nie. Musiałam ograniczyć kontakt z rodzicami, bo było to dla mnie zbyt ciężkie. Jednak wiem, że każdy zasługuje na szansę, na wybaczenie i zrozumienie, a teraz, gdy jestem dorosła, łatwiej jest mi się z pewnymi rzeczami pogodzić.

Gdybyś mogła cofnąć czas, co zrobiłabyś inaczej?

Ze wszystkiego można wyciągnąć wnioski, nawet z najtrudniejszych sytuacji.

Co byś powiedziała 19-letniej Paulinie, matce małego chłopca, przybranej matce kilkulatka?

Dasz radę, kobieto. Nie załamuj się. Te kilkanaście lat temu bardzo brakowało mi kogoś, kto by mnie po plecach poklepał, kto by powiedział, że robię dobrą robotę, że dam sobie radę. Owszem, miałam jakieś wsparcie. Mój brat, gdy się nim opiekowałam, chodził do podstawówki, więc w szkole mi pomagano. Ale to były obce mi osoby i psychicznie nie było mi wcale lżej.

Czy teraz każde nowe, trudne doświadczenie przyjmujesz trochę łatwiej?

Nie raz się załamuję, ale mam już bagaż doświadczeń, dzięki któremu jest mi łatwiej się podnieść, choć nowe problemy też dobijają.

Widzisz, że Twoja historia komuś pomaga?

Tak, to jest budujące i fajne, że można komuś pomóc. Bardzo chciałabym, będąc 16-letnią dziewczyną, spotkać kogoś takiego, jak ja teraz, i porozmawiać, zobaczyć, że perspektywa na dobre życie jest i że choć teraz jest źle, nie znaczy, że za chwile nie bedzie lepiej. Na wszystko można zapracować, trzeba być cierpliwym. Nie można się poddawać.

Masz plan na pomaganie innym?

Zawsze chciałam pomagać osobom będącym w sytuacji, jak kiedyś ja. Chcę pomagać dzieciom z trudnych rodzin odnaleźć ich ścieżkę. Nie znalazłam jeszcze na to sposobu, nie miałam nawet ostatnio siły, by się tego podjąć, ale myślę, że w przyszłości wrócę do tego pomysłu.

Czy to jedna z tych rzeczy, które chcesz zrobić przed 30-stką?

Mam nadzieję, że zdążę, czas leci! 🙂

Myślisz o wydaniu drugiej książki z przepisami?

O drugiej książce myślę, ale tak powoli. Mam ją z tyłu głowy. Poza tym teraz chcę robić inne rzeczy. Mam świetną pracę, w której się rozwijam, mam wokół siebie cudownych ludzi, odnajduję nowe pasje, układam życie po zakończeniu związku, otwieram się na nowe rzeczy, na nowych ludzi i nowe emocje. Wszystko ma jakąś swoją kolejność i kluczowy jest czas. Wiem, że temat książki wróci, gdy będzie na to odpowiedni moment.

Jesteś na dobrej życiowej drodze?

Tak, idzie mi bardzo dobrze. Wszystko ma swoje tempo i czas.

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo