Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

The Mother Talks: Paulina Wnuk

1 listopada 2017 / Monika Pryśko

The Mother Mag: Patrzę na Twoje życie i widzę kilka początków.

Założenie bloga From Movie To The Kitchen (teraz paulinawnuk.com), wygranie Blog Roku 2012, cukrzyca Twojego syna, Tymka, i zmiana sposobu odżywiania, większa troska o zdrowie. Jak dziewczyna, która nie potrafiła znaleźć życiowego celu, stała się inspiracją dla innych kobiet, np. Bijonsek? Pytam, bo obserwując Cię wydaje mi się na pierwszy rzut oka,...

The Mother Mag: Patrzę na Twoje życie i widzę kilka początków. Założenie bloga From Movie To The Kitchen (teraz paulinawnuk.com), wygranie Blog Roku 2012, cukrzyca Twojego syna, Tymka, i zmiana sposobu odżywiania, większa troska o zdrowie. Jak dziewczyna, która nie potrafiła znaleźć życiowego celu, stała się inspiracją dla innych kobiet, np. Bijonsek? Pytam, bo obserwując Cię wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że wszystko przychodzi do Ciebie ot tak, lekko.

Paulina Wnuk: Mój tata zawsze mówił, że mam farta w życiu i uda mi się wszystko, co sobie zaplanuję. Trochę tak jest, choć w dużej mierze jest to jednak praca, bo wyrosłam na zakompleksioną dziewczynę, której się wydawało, że nic nie osiągnie.

Ale skąd to przekonanie?

Przez całe dzieciństwo właśnie to słyszałam od swojej mamy. Miałam wielki problem, by uwierzyć w siebie i w to, że coś w życiu może mi się jednak udać. Wcześnie też wyprowadziłam się z domu.  

Jak to wcześnie?

Miałam 16 lat. Rok później zaczęłam opiekować się młodszym o 9 lat bratem, byłam jego rodziną zastępczą, wychowywałam go przez długi czas. Jak widzisz, szybko musiałam dorosnąć i dojrzeć. Mało miałam czasu, by pracować nad wiarą w siebie.

Zatrzymaj się na chwilę. W wieku 17 lat byłaś rodziną zastępczą na 7-latka?

Jak skończyłam 18 lat mogłam prawnie być rodzicem zastępczym, ale po prostu wcześnie zaczęłam się bratem opiekować, miałam na to zgodę sądu, bo byłam dojrzała, choć niepełnoletnia. Moi rodzice w pewnym momencie odpuścili. Mój brat i ja zostaliśmy pozostawieni sami sobie i nikogo nie obchodziło, co się z nami stanie, czy sobie poradzimy, czy mamy co jeść, czy mamy ubrania na zimę. Musieliśmy sobie z tym poradzić sami.

Jak to wyglądało w rzeczywistości?

Rzuciłam szkołę. Poszłam do pracy. Wynajęłam mieszkanie. Nie chciałam zostawiać mojego brata w takiej sytuacji, w jakiej zostawili nas rodzice. Musiałam szybko dorosnąć.

A w wieku 20 lat sam zostałaś mamą. O czym wtedy myślałaś?

Wszystko bardzo szybko się potoczyło. W tych wszystkich wydarzeniach ciężko było mi uwierzyć w to, że kiedykolwiek będę mieć czas i siłę, żeby się rozwijać, żeby coś osiągnąć. Nie wierzyłam, że zdobędę wykształcenie, nie miałam możliwości pójść na studia, szkołę skończyłam zaocznie.  

Wiedziałaś, że masz jakikolwiek talent? Czułaś, że masz co rozwijać i na czym się skupić?

Nie miałam nigdy problemów z nauką, jeśli miałam ku temu warunki. Uczyłam się dobrze. Fakt, dużo wagarowałam, ale sytuacja rodzinna była tak trudna, że nie umiałam sobie z tym psychicznie poradzić, nie lubiłam chodzić do szkoły.

Dlaczego?

Mieliśmy trudną sytuację finansową. Wolałam szukać oddechu gdzieś indziej, ciężko było mi się odnaleźć w takim normalnym, nastoletnim życiu, kiedy tak naprawdę musiałam prowadzić te dorosłe. Wiedziałam, że jestem inteligentna, jednocześnie miałam też duży problem. To, co się działo wokół mnie, było bardzo obciążające.

Jest rok 2011, Twoje życie się zaczyna się w końcu zmieniać na lepsze?

Gdy w 2011 roku założyłam bloga i gdy rok później wygrałam nagrodę Blog Roku, totalnie nie umiałam sobie z tym poradzić. Pewnie dlatego cały czas mam wrażenie, że nie wykorzystałam tej szansy. Ciągle byłam smutna, ciągle mi się wydawało, że to pomyłka, że nie powinnam była wygrać, że są osoby, które robią więcej, są mądrzejsze, więcej potrafią. Cały czas sabotowałam swoją pracę, bo wiedziałam, że robię coś fajnego, ale na siłę szukałam negatywów.

Nawet wtedy, gdy wydałaś książkę?

Nie potrafiłam się z niej cieszyć. Wciąż czułam, że nie zasłużyłam na sukces.

Nadal tak czujesz?

Trzy lata temu po raz pierwszy poszłam do psychiatry. Zauważyłam u siebie duży spadek siły życiowej. Nie mogłam wstać z łóżka, umyć naczyń, ugotować obiadu, nie mogłam wykonać podstawowych czynności. Zdiagnozowano u mnie dosyć silne stany depresyjne. Zaczęłam się leczyć. Później poszłam do psychologa, przeszłam długą terapię. To był dobry krok, powinnam była zrobić to dawno temu, ale wmówiłam sobie, że nie mam albo czasu, albo pieniędzy, albo nie chce mi się, albo że to nic nie da. Wtedy też sama próbowałam szukać odpowiedzi na pytania, które zadawałam sobie przez całe życie. Podniosłam się, choć wymagało to ogromnej pracy.

Czy teraz jesteś z siebie dumna?

Teraz tak. Z dziewczyny bez wykształcenia, która nie miała ani dobrych warunków, ani możliwości w życiu, stałam się osobą, która docenia siebie za to, jak wiele zrobiła. Zrozumiałam, że nie ma problemu, z którym nie mogłabym sobie poradzić.

A teraz pracujesz w agencji marketingowej, która nie potrzebowała wcale twojego CV, żeby przyjąć Cię do zespołu po pierwszej rozmowie, znając Cię tylko z internetu.

Szukając pracy zastanawiałam się, czy mam szanse, bo poza blogiem nie mam żadnego doświadczenia w pracy kreatywnej. Dostałam szansę i okazało się, że daję sobie radę.

Twoim wielkim plusem jest to, że nie obciążasz innych swoją historią, nikt nie czuje, że za tym, co robisz, idzie dużo ciężkich chwil. Wszystko, co wychodzi od Ciebie – online czy offline – jest bardzo pozytywne. Idzie za tym dobra energia.

Będąc dzieckiem zawsze chciałam sobie radzić ze wszystkim sama. Teraz niektóre rzeczy chcę zachować dla siebie. Wolę przedstawiać się inaczej, z tej dobrej strony – dosłownie i w przenośni. Te wszystkie doświadczenia mnie ukształtowały, zawsze mówię, że z nawet najgorszej sytuacji można wyciągnąć wnioski. Nie lubię się użalać, nie lubię opowiadać mojej „historii”, bo każdy przeżył w życiu coś, co jakoś na niego wpłynęło. Nie chciałabym też, żeby moje wspomnienia mnie definiowały. I żeby miały jakiś wpływ na odbiór mnie. Wolę być rozpoznawana przez ludzi po prostu przez to jaka jestem, a nie przez to, co przeżyłam.

Lubisz być mamą?

Całe dzieciństwo sobie powtarzałam, że nigdy nie chciałabym być jak moja matka. To mi utkwiło w pamięci. Teraz robię wszystko na odwrót, chcę być dobrą, najlepszą mamą, chcę się starać, by mój syn był szczęśliwy. Nie dostałam dobrego przykładu od rodziców. Dali mi miłość w pierwszych latach życia, potem jednak wszystko się posypało. Było mi bardzo ciężko bez rodziców, teraz praktycznie nie mam z nimi kontaktu. Chciałam bardzo mojemu synowi przekazać myśl, że ja jestem jego mamą, że może na mnie liczyć, że nie zostawię go, że nie odpuszczę. Chcę, by mój syn miał wsparcie we mnie, wiedział, że jestem obok. Bo mnie tego zabrakło.

Teraz jest właśnie Twój test – cukrzyca.

O cukrzycy dowiedzieliśmy się prawie dwa lata temu.Ciężko bylo mi się z tym pogodzić.

Komu bardziej, Tobie czy synkowi?

On jest silny i skryty, pozytywnie nastawiony. Czasami powie – szkoda, że mam cukrzycę, fajnie, gdybym jej nie miał. Ale radzi sobie, ma moje wsparcie. Mi było ciężko, bo obwiniałam się, brakowało mi wiedzy na temat tej choroby. Spotkałam się z krytyką ze strony jednego z lekarzy, który sugerował, że syn jest chory, bo jadł za dużo serków i słodyczy. A przecież cukrzyca nie bierze się od jedzenia. Nie mogłam się z tym pogodzić, że Tymek będzie z tym żył do końca życia. Teraz skupiam się na tym, by przygotować go na życie z cukrzycą, żeby zawsze umiał o siebie zadbać – pilnować się, mierzyć cukier, znać swój organizm, podawać insulinę, a czasem nie chce sie tego robić, zapomina się. Powikłania tej choroby są okropne, chcę, by Tymek tego uniknął. To mój priorytet.

Jest coś, co Ci poprawia humor, daje ci energię?

Próbuję się motywować. Jak mam dobry dzień, wszystko idzie mi super. Trochę jednak zostało we mnie starej Pauliny, która szuka tych negatywów, wymówek – po co masz się za to zabierać, skoro i tak ci nie wyjdzie. Walczę z tym. Popycham się do przodu, otaczam się fajnymi, motywującymi ludźmi. To jest ważne, by mieć wokół siebie ludzi, którzy podnoszą na duchu, niekoniecznie rozmową, ale samą aurą. Usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy mnie męczyli.

Mówisz o swoich rodzicach?

I tak i nie. Musiałam ograniczyć kontakt z rodzicami, bo było to dla mnie zbyt ciężkie. Jednak wiem, że każdy zasługuje na szansę, na wybaczenie i zrozumienie, a teraz, gdy jestem dorosła, łatwiej jest mi się z pewnymi rzeczami pogodzić.

Gdybyś mogła cofnąć czas, co zrobiłabyś inaczej?

Ze wszystkiego można wyciągnąć wnioski, nawet z najtrudniejszych sytuacji.

Co byś powiedziała 19-letniej Paulinie, matce małego chłopca, przybranej matce kilkulatka?

Dasz radę, kobieto. Nie załamuj się. Te kilkanaście lat temu bardzo brakowało mi kogoś, kto by mnie po plecach poklepał, kto by powiedział, że robię dobrą robotę, że dam sobie radę. Owszem, miałam jakieś wsparcie. Mój brat, gdy się nim opiekowałam, chodził do podstawówki, więc w szkole mi pomagano. Ale to były obce mi osoby i psychicznie nie było mi wcale lżej.

Czy teraz każde nowe, trudne doświadczenie przyjmujesz trochę łatwiej?

Nie raz się załamuję, ale mam już bagaż doświadczeń, dzięki któremu jest mi łatwiej się podnieść, choć nowe problemy też dobijają.

Widzisz, że Twoja historia komuś pomaga?

Tak, to jest budujące i fajne, że można komuś pomóc. Bardzo chciałabym, będąc 16-letnią dziewczyną, spotkać kogoś takiego, jak ja teraz, i porozmawiać, zobaczyć, że perspektywa na dobre życie jest i że choć teraz jest źle, nie znaczy, że za chwile nie bedzie lepiej. Na wszystko można zapracować, trzeba być cierpliwym. Nie można się poddawać.

Masz plan na pomaganie innym?

Zawsze chciałam pomagać osobom będącym w sytuacji, jak kiedyś ja. Chcę pomagać dzieciom z trudnych rodzin odnaleźć ich ścieżkę. Nie znalazłam jeszcze na to sposobu, nie miałam nawet ostatnio siły, by się tego podjąć, ale myślę, że w przyszłości wrócę do tego pomysłu.

Czy to jedna z tych rzeczy, które chcesz zrobić przed 30-stką?

Mam nadzieję, że zdążę, czas leci! 🙂

Myślisz o wydaniu drugiej książki z przepisami?

O drugiej książce myślę, ale tak powoli. Mam ją z tyłu głowy. Poza tym teraz chcę robić inne rzeczy. Mam świetną pracę, w której się rozwijam, mam wokół siebie cudownych ludzi, odnajduję nowe pasje, układam życie po zakończeniu związku, otwieram się na nowe rzeczy, na nowych ludzi i nowe emocje. Wszystko ma jakąś swoją kolejność i kluczowy jest czas. Wiem, że temat książki wróci, gdy będzie na to odpowiedni moment.

Jesteś na dobrej życiowej drodze?

Tak, idzie mi bardzo dobrze. Wszystko ma swoje tempo i czas.

Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 kwietnia 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo