Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jaga Hupało – mother born to create

20 lipca 2018 / Anna Goleniewicz

Jaga Hupało, ikona polskiego fryzjerstwa, kreatorka wizerunku, rewolucjonistka stylu wielu polskich gwiazd...

A prywatnie? Mama dwóch wspaniałych córek: Ani i Antonii. O tym, jak można łączyć te dwie sfery życia, rozmawiałyśmy w jej domu, przy lustrzanym stole. To nie metafora. Wierzchnia część stołu stojącego w kuchni Jagi to w rzeczywistości tafla lustra. Jak twierdzi Jaga, odbija już to, co nowe. Lustro przykryło solidny,...

Jaga Hupało, ikona polskiego fryzjerstwa, kreatorka wizerunku, rewolucjonistka stylu wielu polskich gwiazd… A prywatnie? Mama dwóch wspaniałych córek: Ani i Antonii. O tym, jak można łączyć te dwie sfery życia, rozmawiałyśmy w jej domu, przy lustrzanym stole. To nie metafora. Wierzchnia część stołu stojącego w kuchni Jagi to w rzeczywistości tafla lustra. Jak twierdzi Jaga, odbija już to, co nowe. Lustro przykryło solidny, drewniany blat wielopokoleniowego stołu.To rozmowa o świadomym macierzyństwie, sile kobiecych relacji i pięknym spełnieniu w swojej pasji. Z Jagą Hupało rozmawiała Anna Goleniewicz.

Jaga, pochodzisz z wielodzietnej rodziny i bardzo tradycyjnego, ciepłego domu. Jaka była Twoja mama? Czy była dla Ciebie wzorem?

Dla mnie moja mama jest wzorem niedoścignionym do dzisiaj. Pełna miłości, opiekuńczości, poświęcona dzieciom i rodzinie, bardzo pracowita. Swoją czułością potrafiła obdzielić ośmioro swoich dzieci. Będąc jedną z osób zmuszonych do przesiedlenia, dom jest dla niej bazą poczucia bezpieczeństwa i miłości, jest fundamentem życia i podstawą rodzinnych relacji. Niezmiennie bardzo lubi to miejsce, a więź z nim jest tak silna, że niechętnie je opuszcza. Dom jest jej wielką radością, spełnieniem i siłą, dlatego nieustannie go pielęgnuje, remontuje, organizuje w nim rodzinne spotkania, a przede wszystkim wspaniale w nim króluje. Ta potrzeba tworzenia własnego królestwa jest u mnie bardzo podobna.

A kiedy poczułaś, że sama chcesz być mamą?

Przyglądałam się sobie. Mając 24 lata byłam jedyną dziewczyną w swoim otoczeniu, która nie miała rodziny i która nie była jeszcze mamą. Wtedy myślałam, że być może to nigdy nie będzie mi dane. Kiedyś klientka powiedziała mi, że mężczyznę swojego życia poznam po tym, że poczuję, że będę chciała mieć z nim dziecko. To pomogło mi odkryć swoje potrzeby i w odpowiednim momencie usłyszeć w sobie głos macierzyństwa. Gdy poznałam tatę Ani to nie chciałam zamknąć oczu, żeby go przypadkiem nie zapomnieć. To było jak objawienie. Potem, gdy Ania była w brzuszku już 3 miesiące, przyśniła mi się malutka dziewczynka na mojej dłoni. Od tej pory już nigdy nie czułam się samotna.
A gdy byłam w ciąży z Antonią, moja intuicja podpowiedziała mi coś niezwykłego. Oglądając film ,,Człowiek legenda” zobaczyłam niewyraźny obraz twarzy aktorki patrzącej przez okno statku, poczułam impuls i szeptem powiedziałam wtedy do mojego męża: tak będzie wyglądała nasza córeczka. Od tej pory wiedziałam, że to będzie dziewczynka, a w przyszłości piękna kobieta, według mnie podobna do aktorki z filmu. To oczywiście kwestia sporna w naszym domu, ale faktem jest, że to jeden z naszych ulubionych filmów i niezmiennie powód żywych dyskusji odnośnie podobieństwa.

Jesteś mamą dwóch wspaniałych dziewczyn, czego w takim razie każda mama powinna nauczyć swoje córki?

Dziękuję, potwierdzam, że są niezwykłe i wspaniałe. Codziennie mamy od nowa szansę uczyć nasze dzieci potęgi miłości, tego jak kochać siebie i innych – dając im akceptację i pomagając budować poczucie własnej wartości. Powinniśmy również starać się nauczyć rozpoznawać potrzeby swoje i innych, pielęgnować wnętrze, ale dbać również o wygląd zewnętrzny, o urodę. Mamy też szansę pokazywać im niezależność, czyli podstawę wolności. Według mnie, cenna jest też umiejętność rozpoznawania i wyrażania swoich emocji, potrzebna przy budowaniu relacji ze sobą i ze światem, rozwój talentów czy ich poszukiwanie oraz wszechstronna edukacja, która jest drogą do zrozumienia i empatii. To również odnosi się do radzenia sobie w trudnych, stresujących sytuacjach. Doskonale wiem, że na tej liście są wielkie słowa i tematy, które w prozie życia i zmienności losu mogą być wielokrotnie poddawanie próbie i że oprócz nich są takie, które serce podpowiada na bieżąco wskazując, jak być najlepszym i zaufanym przewodnikiem życia naszego dziecka.

Jesteś taką mamą, jaką chciałabyś być Jaga?

Czasami tak, czasami nie (śmiech). Moje macierzyństwo to proces, który trwa od 27 lat i cieszę się, że nigdy się nie skończy. Ma różne etapy, od euforii, wzniosłych wzruszeń po bezradność i strach. Mam chwile triumfu i momenty zwątpień, które na szczęście szybko mijają. Ania jest już prawie dorosła, zakłada własną rodzinę, zdobyła wykształcenie, eksploruje świat, a ja podziwiam, jak fantastycznie się rozwija. Antonia jest nastolatką, kształtującą swoją tożsamość, budującą odrębność, poszukującą i rozwijającą swoje pasje na moment przed podjęciem dorosłej decyzji o przyszłej edukacji. Z miłości chciałabym być bardzo blisko, ale widząc, jak dorastają i się usamodzielniają, dostrzegam, że czasem muszę się oddalić i uznać ich autonomię. Jeżeli dostrzegę to na czas, uchronię się przed usłyszeniem znamiennych dla okresu dorastania słów „wyjdź, mamo!”. Niezmiennie mój instynkt opiekuńczy karze mi powtarzać: dbajcie na siebie, córeczki. Mam kilka cech, nad którymi świadomie pracuję, na przykład nadwrażliwość i zbyt duża matczyna przezorność. Uczucia związane z macierzyństwem potrafią przeskalować wszystko. Zawsze chciałabym dawać córkom radość dorastania, minimalizując wszelki ból, chciałabym je chronić. Natomiast moja nieuległa, niezależna natura nie pozwoliła mi zaakceptować pewnych pojawiających się wyzwań partnerskich, co przełożyło się na trudne momenty rozstań. Starałam się jednak, żeby życie osobno nie oznaczało zmniejszonego kontaktu z ojcami. Wiem, że jest to trudniejsza wersja, ale była jedyną możliwą dla nas. Bycie mamą oparłam o marzenia o doskonałym domu i partnerstwie, o wyselekcjonowane wzorce, wyciągnięte wnioski, ale okazało się, że to z dzieci i ich potrzeb płynie największa nauka. Gdy brakowało mi pewności, jak poprawnie odczytać ich sygnały oraz przekazać moje intencje, czerpałam z warsztatów, wykładów, konsultacji z profesjonalistami oraz bezcennych porad, które otrzymałam od doświadczonych mam w mojej Pracowni czy przestrzeni szkolnej. Sumując, z każdym dniem staram się być bliżej ideału.

Teraz świadome rodzicielstwo jest czymś oczywistym, dużo się o tym mówi i pisze. Jak to było, kiedy Twoje dziewczyny były małe?

Miałam ogromną siłę płynącą z mojego wnętrza, duży entuzjazm, wiarę w miłość i przeznaczenie. Wszystko wydawało się oczywiste. W wychowaniu moich dziewczynek bazowałam przede wszystkim na intuicji i doświadczeniu oraz mądrości czerpanej od innych mam. To wspaniałe, że teraz nastąpił ogromny przełom świadomości i poszerzenia wiedzy w tym temacie. Już przed urodzeniem dziecka rodzice chodzą do „szkoły rodzenia” i starają się jak najlepiej przygotować na ten moment. Mamy możliwość przeszukiwania Internetu, czytania międzynarodowych artykułów – sam fakt ogromu tej wiedzy może być wspierający, a zarazem przytłaczający. Teoria jest bardzo pomocna, ale zdarza się, że przychodzi do nas po fakcie. Wierzę jednak, że nigdy nie jest za późno na udoskonalanie życia i wspólnych relacji. Im więcej wiem, tym bardziej jestem przekonana, że rodzina to nie tylko miłość czy naturalne emocje, lecz więź, która może być wypracowana. Skończyłam 50 lat, a wciąż z moją mamą dopełniamy jeszcze sprawy, z czasu, gdy nie miałyśmy przestrzeni na nasycenie się swoją bliskością. Właściwie dopiero teraz bywa, że mamę mam na wyłączność, w dzieciństwie jej cenny czas dzieliła pomiędzy kilkoro swoich dzieci i ogrom obowiązków.

A jak nadrabiacie z mamą rzeczy, na które nie starczyło czasu?

Dość szybko podejmowałam dorosłe i radykalne decyzje o samodzielności, marzyłam o innym świecie – kreacji, piękna. Czułam, że to, czego szukam, jest daleko od domu i rodziny. Porwała mnie niezależność, potrzeba stworzenia własnego miejsca, podróże i szkolenia, szkolenia, szkolenia… W symbolicznych, a szczególnie w trudnych chwilach zawsze jednak wracałam do rodzinnego domu. Cały czas miałam wrażenie, że trzeba coś poprawić, przeżywać od nowa. Na przykład po śmierci taty, chorobie mamy i w momentach, gdy kończyły się moje związki. Każde z tych doświadczeń otwierało po raz kolejny te same oraz nowe wątki z mojego życia. Zależało mi, żeby wrócić z mamą do wspomnień, zweryfikować je, uporządkować, a przez to lepiej zrozumieć siebie i życie. Bardzo lubię też, gdy mama wraca do wspomnień ze swojego dzieciństwa i historii wcześniejszych pokoleń. Gdy opowiada, jak zbierała zioła, piekła chleb, chodziła do szkoły, o wyprawach do Wrocławia po piękne ubrania robione na zamówienie: buty, kapelusze, sukienki, o pielgrzymkach do miejsc świętych i dających moc, których bardzo potrzebowała, żeby zmierzyć się ze swoimi wyzwaniami. Te chwile bardzo nas przybliżają, budują zrozumienie i empatię. Mogę z nią tak rozmawiać bez końca, od początku cały czas. Zawsze się smucę, gdy musimy przerwać. Aby wyrazić, jak jest dla mnie ważna, potrafię zmienić swoje zasady. Ostatnio z okazji urodzin obcinałam mamie włosy, które, gdy byłam dzieckiem, zawsze hipnotyzowały mnie długością i objętością, nadając jej nowy kształt, przekazując tym samym swoją energię i dzieląc się darem, który posiadam. Mama rozumie, jakie to jest wyjątkowe i wie, że sztuka fryzjerska to dla mnie sfera sacrum. Kiedyś postanowiłam, że fryzjerstwo potrzebuje konkretnej oprawy, podnoszę je do rangi sztuki. Rezygnacja z tej oprawy jest bardzo rzadka i pokazuje, jak bardzo mama jest dla mnie wyjątkowa. Dzisiaj tak bardzo doceniam naszą relację, że staram się utrzymać ją również za pomocą metafor. Ponieważ mama ma fantastyczną rękę do kwiatów, zbieram dla niej różne okazy roślinne, które ona potem codziennie z miłością pielęgnuje. Mam takie poczucie, że dzięki roślinom mama jest w stałym kontakcie ze mną, że gdy je podlewa, przypomina sobie moją wizytę. Najlepszym sposobem na utrzymanie więzi było podarowanie mamie pieska o imieniu Złota, dzięki któremu szybciej wróciła do zdrowia po dwóch przebytych udarach.

 

A patrząc na to analogicznie, jest coś, co Twoje córki robią tylko z Tobą?

Najbardziej ,,razem” nam wychodzi podczas wyjazdów, kiedy podróżujemy i jesteśmy cały czas ze sobą. Chodzimy na koncerty, do kina, eksperymentujemy z poznawaniem różnych dziedzin sportu, robimy zakupy. Całkiem na poważnie tworzymy razem Burakowską, naszą Pracownię Born To Create. W ramach jej działalności odbywa się bardzo wiele wydarzeń, inicjatyw, spotkań. Między innymi projekt Family Sunday, czyli cykliczne spotkania w wybrane niedziele każdego miesiąca, kiedy gościmy naszych klientów, całe wielopokoleniowe rodziny. To działanie, które zwraca uwagę na budowanie bliskości nie tylko gości, którzy nas odwiedzają, ale też zespołu, którego częścią stają się Ania i Antonia – moje córki, ucząc się odpowiedzialności, zorganizowania, współpracy. Dla nas to wielkie święto i radość, wspaniałe wspomnienia, na przykład gdy będziemy mogli obserwować jak rosną drzewa i kwiaty, zasadzone podczas jednej z wiosennych niedziel lub gdy używamy stworzonych wspólnie ekologicznych produktów do pielęgnacji włosów. Dziewczynki chętnie opracowują atrakcje dla dzieci. Wiedzą, że potrafią stworzyć super atmosferę, ułożyć oprawę muzyczną, zaplanować poczęstunek, posprzątać. Dostrzegają i doceniają, jak ten projekt się rozrasta i z jak szerokimi uśmiechami wychodzą z naszej Pracowni rodziny tego dnia. Wiem, że praca jest moim bardzo silnym atutem, dlatego chcę, żeby poznały jej sekrety. W ramach tego projektu poznają również innych twórców. Ostatnio gościł u nas Teatr Politechniki, który wystawił przedstawienie ,,Jaś i Małgosia”. Zebraliśmy sporą publiczność, wszyscy byli zachwyceni! Jest to wspaniały moment, gdy dzielimy się pasją, wspólnie pracując i bawiąc się.

Teraz dziewczynki pomagają Ci w Pracowni, a jak było wcześniej? Jak udawało Ci się łączyć pracę z wychowaniem dzieci?

Od początku miałam wizję i czułam, że koniecznym jest, by nie tworzyć podziałów: mama – profesjonalistka oraz dom – miejsce pracy, dlatego połączyłam te różne światy. Czułam, że tak będzie najlepiej dla mnie i mojej rodziny. Antonia dosłownie od samego początku jest w Pracowni na Burakowskiej, mieliśmy tutaj drugi dom, mini apartament, w którym nasze dziewczynki przebywały. Na początku bliskość była bardzo ważna, choćby ze względu na karmienie piersią. Z czasem zmieniliśmy mieszkanie, z domu za miastem przeprowadziliśmy się bardzo blisko Pracowni na Burakowskiej, dosłownie apartamentu po drugiej stronie ulicy. Dziewczynki podrosły, a ja uznałam, że mieszkamy w tak niedalekim dystansie, że dodatkowa przestrzeń w Fabryce nie jest już potrzebna. Podróżując służbowo również zabierałam dziewczynki ze sobą. Towarzyszyły mi podczas pokazów w Paryżu czy Nowym Jorku. Tylko raz, gdy pojechałam na biznesowe spotkanie w Paryżu, na recepcji ktoś mi powiedział, że według ich zasad, dzieci nie mogą przebywać na terenie instytucji. No to nie poszłam na to spotkanie.

To jedyny raz, kiedy stanęłaś przed wyborem praca albo dzieci?

Pamiętam wyjazd do pracy w teatrze w Petersburgu, przed którym miałam dylemat, czy zabrać ze sobą Antonię, czy jechać sama. Poprosiłam o konsultację specjalisty, jak zwykle w takich sytuacjach, który podpowiedział mi, że tym razem rozłąka mogłaby być dobrym rozwiązaniem. Pomyślałam, że może to dobry moment, biorąc pod uwagę specyfikę miejsca do którego wyjeżdżam i zimową aurę. Dwukrotnie wyjeżdżałam do Petersburga, było zimno, było trudno. Antonia została tutaj pod opieką, robiła wieczory filmowe w domu i świetnie się bawiła, a ja tam działałam… Obie przeżyłyśmy to bardzo mocno. Myślę, że wtedy zaczęłyśmy pracować nad naszą więzią i niezależnością.

A jak w tej bliskości z dziećmi odnajdywali się Twoi partnerzy, ojcowie dziewczynek?

Rodzicielstwo pochłaniało i satysfakcjonowało nas w pełni, ojcowie dziewczynek byli cały czas obecni, dumni i szczęśliwi. Jestem przekonana, że ich więź z dziewczynkami była i jest mocna, wyjątkowa.

Spełniasz się artystycznie, ale Twoja praca ociera się o media i reklamę. Od kilku lat już otwarcie mówi się o tym, jaki wizerunek kobiety był powszechnie kreowany i jaki wywierał wpływ na dorastające nastolatki. Jak uczyłaś swoje córki poczucia własnej wartości, miłości i szacunku do samych siebie?

Dziewczyny są świadome, że świat mediów i reklamy jest kreacją, z którą związany jest wymagający proces. Były przy tak wielu projektach, sesjach, że wyrobiły sobie własne zdanie na ten temat. Między Anią i Antonią jest 9 lat różnicy, to prawie dekada. Obie mają bardzo ciekawe spostrzeżenia. Na pewno nabrały dystansu i dzięki temu zbudowały swoje poczucie wartości, akceptacji własnej osoby. Widzą w świecie kreacji wiele możliwości, jednocześnie ceniąc siłę i piękno natury. Poznawały artystów bezpośrednio, zwyczajnie. Były obecne na planach zdjęciowych, na przykład podczas tworzenia kolekcji letniej, podczas gdy za oknem panowała zima oraz na planach filmowych, na których młoda aktorka odgrywała rolę o wiele starszej kobiety lub kobieta odgrywała rolę mężczyzny. Są więc świadome plastyczności wizerunku czy metamorfoz, które mogą być przeprowadzone i narzędzi, które są do tego wykorzystywane. Realizując swoje pasje, przerabiają to po swojemu, będąc świadome procesu i same go tworząc. Ania w przestrzeni fotografii, Antonia stawiając pierwsze kroki w scenografii i aktorstwie. Mam wrażenie, że autonomiczna postawa moich dzieci wyprzedza trendy. Na przykład umiłowanie natury, które teraz się rozwija, moje dziewczynki miały w sobie od zawsze. Patrząc na to, co ja robiłam, być może w formie buntu i manifestu, wypracowały autonomiczną postawę. Ja z tego buntu wyciągałam wnioski i korygowałam swoje wizje.

Jaka jest definicja kobiecości według Jagi Hupało?

To pierwiastek piękna, wrażliwości, ale też siły, intelektu i opiekuńczości. Kobiecość jest wizjonerstwem, wibrującym pragnieniem miłości. Po prostu Born To Create.

A czujesz się spełnioną kobietą, Jaga? Czy można się spełnić tylko w macierzyństwie? Albo tylko w pracy? Czy spełniona kobieta to taka, która podjęła próbę odnalezienia siebie w każdej z ról?

Grzecznościowo w stosunku do samej siebie chciałabym powiedzieć: tak. Wszyscy wiemy, że chodzi o poszukiwanie równowagi. Dlatego cieszę się, że życie się składa z kilku otwarć, mam szczęście, że dla mnie jednym z nich jest macierzyństwo, kochanie innych i bycie kochanym, innym praca, twórczość, pasja oraz przydatność społeczna itp., i w każdym z nich jest bardzo wiele wątków. Równowagę i spełnienie można odnaleźć akceptując życie w czystej postaci. Jest szansa na to, by odkryć prawdę życia i czuć się w nim spełnionym, dzięki odkryciu swoich potrzeb oraz własnego potencjału. Dzięki znalezieniu równowagi między możliwościami a pragnieniami. Uznaniu ich. I dopiero ocenieniu. To wiedza, którą posiadłam trochę późno w swoim życiu. Fajnie jak intuicja, wewnętrzny głos, podpowiada nam, co robić. Przywilejem dojrzałości jest samookreślenie i wiedza o samym sobie.

Czego życzyłabyś sobie samej?

Zdrowia, szczęścia i miłości – uwielbiam te trzy życzenia w pakiecie. To błogostan, do tego aspiruję. I do wewnętrznego spokoju, żeby nie być takim poszarpanym. Tego najbardziej bym sobie życzyła. Przez ostatnie lata bardzo cierpiałam psychicznie, cierpiała moja dusza. Żyłam w smutku, który powstrzymywał radość życia. Trudne chwile bardzo przewartościowują we wszystkich sferach życia. Chciałabym częściej się uśmiechać do losu – z wzajemnością.

A czego życzyłabyś innym kobietom?

Tego samego. Życzę zdrowia, szczęścia i miłości. Wiem, że to brzmi schematycznie, ale to wcale nie jest takie proste do spełnienia.

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo