Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jaga Hupało – mother born to create

20 lipca 2018 / Anna Goleniewicz

Jaga Hupało, ikona polskiego fryzjerstwa, kreatorka wizerunku, rewolucjonistka stylu wielu polskich gwiazd...

A prywatnie? Mama dwóch wspaniałych córek: Ani i Antonii. O tym, jak można łączyć te dwie sfery życia, rozmawiałyśmy w jej domu, przy lustrzanym stole. To nie metafora. Wierzchnia część stołu stojącego w kuchni Jagi to w rzeczywistości tafla lustra. Jak twierdzi Jaga, odbija już to, co nowe. Lustro przykryło solidny,...

Jaga Hupało, ikona polskiego fryzjerstwa, kreatorka wizerunku, rewolucjonistka stylu wielu polskich gwiazd… A prywatnie? Mama dwóch wspaniałych córek: Ani i Antonii. O tym, jak można łączyć te dwie sfery życia, rozmawiałyśmy w jej domu, przy lustrzanym stole. To nie metafora. Wierzchnia część stołu stojącego w kuchni Jagi to w rzeczywistości tafla lustra. Jak twierdzi Jaga, odbija już to, co nowe. Lustro przykryło solidny, drewniany blat wielopokoleniowego stołu.To rozmowa o świadomym macierzyństwie, sile kobiecych relacji i pięknym spełnieniu w swojej pasji. Z Jagą Hupało rozmawiała Anna Goleniewicz.

Jaga, pochodzisz z wielodzietnej rodziny i bardzo tradycyjnego, ciepłego domu. Jaka była Twoja mama? Czy była dla Ciebie wzorem?

Dla mnie moja mama jest wzorem niedoścignionym do dzisiaj. Pełna miłości, opiekuńczości, poświęcona dzieciom i rodzinie, bardzo pracowita. Swoją czułością potrafiła obdzielić ośmioro swoich dzieci. Będąc jedną z osób zmuszonych do przesiedlenia, dom jest dla niej bazą poczucia bezpieczeństwa i miłości, jest fundamentem życia i podstawą rodzinnych relacji. Niezmiennie bardzo lubi to miejsce, a więź z nim jest tak silna, że niechętnie je opuszcza. Dom jest jej wielką radością, spełnieniem i siłą, dlatego nieustannie go pielęgnuje, remontuje, organizuje w nim rodzinne spotkania, a przede wszystkim wspaniale w nim króluje. Ta potrzeba tworzenia własnego królestwa jest u mnie bardzo podobna.

A kiedy poczułaś, że sama chcesz być mamą?

Przyglądałam się sobie. Mając 24 lata byłam jedyną dziewczyną w swoim otoczeniu, która nie miała rodziny i która nie była jeszcze mamą. Wtedy myślałam, że być może to nigdy nie będzie mi dane. Kiedyś klientka powiedziała mi, że mężczyznę swojego życia poznam po tym, że poczuję, że będę chciała mieć z nim dziecko. To pomogło mi odkryć swoje potrzeby i w odpowiednim momencie usłyszeć w sobie głos macierzyństwa. Gdy poznałam tatę Ani to nie chciałam zamknąć oczu, żeby go przypadkiem nie zapomnieć. To było jak objawienie. Potem, gdy Ania była w brzuszku już 3 miesiące, przyśniła mi się malutka dziewczynka na mojej dłoni. Od tej pory już nigdy nie czułam się samotna.
A gdy byłam w ciąży z Antonią, moja intuicja podpowiedziała mi coś niezwykłego. Oglądając film ,,Człowiek legenda” zobaczyłam niewyraźny obraz twarzy aktorki patrzącej przez okno statku, poczułam impuls i szeptem powiedziałam wtedy do mojego męża: tak będzie wyglądała nasza córeczka. Od tej pory wiedziałam, że to będzie dziewczynka, a w przyszłości piękna kobieta, według mnie podobna do aktorki z filmu. To oczywiście kwestia sporna w naszym domu, ale faktem jest, że to jeden z naszych ulubionych filmów i niezmiennie powód żywych dyskusji odnośnie podobieństwa.

Jesteś mamą dwóch wspaniałych dziewczyn, czego w takim razie każda mama powinna nauczyć swoje córki?

Dziękuję, potwierdzam, że są niezwykłe i wspaniałe. Codziennie mamy od nowa szansę uczyć nasze dzieci potęgi miłości, tego jak kochać siebie i innych – dając im akceptację i pomagając budować poczucie własnej wartości. Powinniśmy również starać się nauczyć rozpoznawać potrzeby swoje i innych, pielęgnować wnętrze, ale dbać również o wygląd zewnętrzny, o urodę. Mamy też szansę pokazywać im niezależność, czyli podstawę wolności. Według mnie, cenna jest też umiejętność rozpoznawania i wyrażania swoich emocji, potrzebna przy budowaniu relacji ze sobą i ze światem, rozwój talentów czy ich poszukiwanie oraz wszechstronna edukacja, która jest drogą do zrozumienia i empatii. To również odnosi się do radzenia sobie w trudnych, stresujących sytuacjach. Doskonale wiem, że na tej liście są wielkie słowa i tematy, które w prozie życia i zmienności losu mogą być wielokrotnie poddawanie próbie i że oprócz nich są takie, które serce podpowiada na bieżąco wskazując, jak być najlepszym i zaufanym przewodnikiem życia naszego dziecka.

Jesteś taką mamą, jaką chciałabyś być Jaga?

Czasami tak, czasami nie (śmiech). Moje macierzyństwo to proces, który trwa od 27 lat i cieszę się, że nigdy się nie skończy. Ma różne etapy, od euforii, wzniosłych wzruszeń po bezradność i strach. Mam chwile triumfu i momenty zwątpień, które na szczęście szybko mijają. Ania jest już prawie dorosła, zakłada własną rodzinę, zdobyła wykształcenie, eksploruje świat, a ja podziwiam, jak fantastycznie się rozwija. Antonia jest nastolatką, kształtującą swoją tożsamość, budującą odrębność, poszukującą i rozwijającą swoje pasje na moment przed podjęciem dorosłej decyzji o przyszłej edukacji. Z miłości chciałabym być bardzo blisko, ale widząc, jak dorastają i się usamodzielniają, dostrzegam, że czasem muszę się oddalić i uznać ich autonomię. Jeżeli dostrzegę to na czas, uchronię się przed usłyszeniem znamiennych dla okresu dorastania słów „wyjdź, mamo!”. Niezmiennie mój instynkt opiekuńczy karze mi powtarzać: dbajcie na siebie, córeczki. Mam kilka cech, nad którymi świadomie pracuję, na przykład nadwrażliwość i zbyt duża matczyna przezorność. Uczucia związane z macierzyństwem potrafią przeskalować wszystko. Zawsze chciałabym dawać córkom radość dorastania, minimalizując wszelki ból, chciałabym je chronić. Natomiast moja nieuległa, niezależna natura nie pozwoliła mi zaakceptować pewnych pojawiających się wyzwań partnerskich, co przełożyło się na trudne momenty rozstań. Starałam się jednak, żeby życie osobno nie oznaczało zmniejszonego kontaktu z ojcami. Wiem, że jest to trudniejsza wersja, ale była jedyną możliwą dla nas. Bycie mamą oparłam o marzenia o doskonałym domu i partnerstwie, o wyselekcjonowane wzorce, wyciągnięte wnioski, ale okazało się, że to z dzieci i ich potrzeb płynie największa nauka. Gdy brakowało mi pewności, jak poprawnie odczytać ich sygnały oraz przekazać moje intencje, czerpałam z warsztatów, wykładów, konsultacji z profesjonalistami oraz bezcennych porad, które otrzymałam od doświadczonych mam w mojej Pracowni czy przestrzeni szkolnej. Sumując, z każdym dniem staram się być bliżej ideału.

Teraz świadome rodzicielstwo jest czymś oczywistym, dużo się o tym mówi i pisze. Jak to było, kiedy Twoje dziewczyny były małe?

Miałam ogromną siłę płynącą z mojego wnętrza, duży entuzjazm, wiarę w miłość i przeznaczenie. Wszystko wydawało się oczywiste. W wychowaniu moich dziewczynek bazowałam przede wszystkim na intuicji i doświadczeniu oraz mądrości czerpanej od innych mam. To wspaniałe, że teraz nastąpił ogromny przełom świadomości i poszerzenia wiedzy w tym temacie. Już przed urodzeniem dziecka rodzice chodzą do „szkoły rodzenia” i starają się jak najlepiej przygotować na ten moment. Mamy możliwość przeszukiwania Internetu, czytania międzynarodowych artykułów – sam fakt ogromu tej wiedzy może być wspierający, a zarazem przytłaczający. Teoria jest bardzo pomocna, ale zdarza się, że przychodzi do nas po fakcie. Wierzę jednak, że nigdy nie jest za późno na udoskonalanie życia i wspólnych relacji. Im więcej wiem, tym bardziej jestem przekonana, że rodzina to nie tylko miłość czy naturalne emocje, lecz więź, która może być wypracowana. Skończyłam 50 lat, a wciąż z moją mamą dopełniamy jeszcze sprawy, z czasu, gdy nie miałyśmy przestrzeni na nasycenie się swoją bliskością. Właściwie dopiero teraz bywa, że mamę mam na wyłączność, w dzieciństwie jej cenny czas dzieliła pomiędzy kilkoro swoich dzieci i ogrom obowiązków.

A jak nadrabiacie z mamą rzeczy, na które nie starczyło czasu?

Dość szybko podejmowałam dorosłe i radykalne decyzje o samodzielności, marzyłam o innym świecie – kreacji, piękna. Czułam, że to, czego szukam, jest daleko od domu i rodziny. Porwała mnie niezależność, potrzeba stworzenia własnego miejsca, podróże i szkolenia, szkolenia, szkolenia… W symbolicznych, a szczególnie w trudnych chwilach zawsze jednak wracałam do rodzinnego domu. Cały czas miałam wrażenie, że trzeba coś poprawić, przeżywać od nowa. Na przykład po śmierci taty, chorobie mamy i w momentach, gdy kończyły się moje związki. Każde z tych doświadczeń otwierało po raz kolejny te same oraz nowe wątki z mojego życia. Zależało mi, żeby wrócić z mamą do wspomnień, zweryfikować je, uporządkować, a przez to lepiej zrozumieć siebie i życie. Bardzo lubię też, gdy mama wraca do wspomnień ze swojego dzieciństwa i historii wcześniejszych pokoleń. Gdy opowiada, jak zbierała zioła, piekła chleb, chodziła do szkoły, o wyprawach do Wrocławia po piękne ubrania robione na zamówienie: buty, kapelusze, sukienki, o pielgrzymkach do miejsc świętych i dających moc, których bardzo potrzebowała, żeby zmierzyć się ze swoimi wyzwaniami. Te chwile bardzo nas przybliżają, budują zrozumienie i empatię. Mogę z nią tak rozmawiać bez końca, od początku cały czas. Zawsze się smucę, gdy musimy przerwać. Aby wyrazić, jak jest dla mnie ważna, potrafię zmienić swoje zasady. Ostatnio z okazji urodzin obcinałam mamie włosy, które, gdy byłam dzieckiem, zawsze hipnotyzowały mnie długością i objętością, nadając jej nowy kształt, przekazując tym samym swoją energię i dzieląc się darem, który posiadam. Mama rozumie, jakie to jest wyjątkowe i wie, że sztuka fryzjerska to dla mnie sfera sacrum. Kiedyś postanowiłam, że fryzjerstwo potrzebuje konkretnej oprawy, podnoszę je do rangi sztuki. Rezygnacja z tej oprawy jest bardzo rzadka i pokazuje, jak bardzo mama jest dla mnie wyjątkowa. Dzisiaj tak bardzo doceniam naszą relację, że staram się utrzymać ją również za pomocą metafor. Ponieważ mama ma fantastyczną rękę do kwiatów, zbieram dla niej różne okazy roślinne, które ona potem codziennie z miłością pielęgnuje. Mam takie poczucie, że dzięki roślinom mama jest w stałym kontakcie ze mną, że gdy je podlewa, przypomina sobie moją wizytę. Najlepszym sposobem na utrzymanie więzi było podarowanie mamie pieska o imieniu Złota, dzięki któremu szybciej wróciła do zdrowia po dwóch przebytych udarach.

 

A patrząc na to analogicznie, jest coś, co Twoje córki robią tylko z Tobą?

Najbardziej ,,razem” nam wychodzi podczas wyjazdów, kiedy podróżujemy i jesteśmy cały czas ze sobą. Chodzimy na koncerty, do kina, eksperymentujemy z poznawaniem różnych dziedzin sportu, robimy zakupy. Całkiem na poważnie tworzymy razem Burakowską, naszą Pracownię Born To Create. W ramach jej działalności odbywa się bardzo wiele wydarzeń, inicjatyw, spotkań. Między innymi projekt Family Sunday, czyli cykliczne spotkania w wybrane niedziele każdego miesiąca, kiedy gościmy naszych klientów, całe wielopokoleniowe rodziny. To działanie, które zwraca uwagę na budowanie bliskości nie tylko gości, którzy nas odwiedzają, ale też zespołu, którego częścią stają się Ania i Antonia – moje córki, ucząc się odpowiedzialności, zorganizowania, współpracy. Dla nas to wielkie święto i radość, wspaniałe wspomnienia, na przykład gdy będziemy mogli obserwować jak rosną drzewa i kwiaty, zasadzone podczas jednej z wiosennych niedziel lub gdy używamy stworzonych wspólnie ekologicznych produktów do pielęgnacji włosów. Dziewczynki chętnie opracowują atrakcje dla dzieci. Wiedzą, że potrafią stworzyć super atmosferę, ułożyć oprawę muzyczną, zaplanować poczęstunek, posprzątać. Dostrzegają i doceniają, jak ten projekt się rozrasta i z jak szerokimi uśmiechami wychodzą z naszej Pracowni rodziny tego dnia. Wiem, że praca jest moim bardzo silnym atutem, dlatego chcę, żeby poznały jej sekrety. W ramach tego projektu poznają również innych twórców. Ostatnio gościł u nas Teatr Politechniki, który wystawił przedstawienie ,,Jaś i Małgosia”. Zebraliśmy sporą publiczność, wszyscy byli zachwyceni! Jest to wspaniały moment, gdy dzielimy się pasją, wspólnie pracując i bawiąc się.

Teraz dziewczynki pomagają Ci w Pracowni, a jak było wcześniej? Jak udawało Ci się łączyć pracę z wychowaniem dzieci?

Od początku miałam wizję i czułam, że koniecznym jest, by nie tworzyć podziałów: mama – profesjonalistka oraz dom – miejsce pracy, dlatego połączyłam te różne światy. Czułam, że tak będzie najlepiej dla mnie i mojej rodziny. Antonia dosłownie od samego początku jest w Pracowni na Burakowskiej, mieliśmy tutaj drugi dom, mini apartament, w którym nasze dziewczynki przebywały. Na początku bliskość była bardzo ważna, choćby ze względu na karmienie piersią. Z czasem zmieniliśmy mieszkanie, z domu za miastem przeprowadziliśmy się bardzo blisko Pracowni na Burakowskiej, dosłownie apartamentu po drugiej stronie ulicy. Dziewczynki podrosły, a ja uznałam, że mieszkamy w tak niedalekim dystansie, że dodatkowa przestrzeń w Fabryce nie jest już potrzebna. Podróżując służbowo również zabierałam dziewczynki ze sobą. Towarzyszyły mi podczas pokazów w Paryżu czy Nowym Jorku. Tylko raz, gdy pojechałam na biznesowe spotkanie w Paryżu, na recepcji ktoś mi powiedział, że według ich zasad, dzieci nie mogą przebywać na terenie instytucji. No to nie poszłam na to spotkanie.

To jedyny raz, kiedy stanęłaś przed wyborem praca albo dzieci?

Pamiętam wyjazd do pracy w teatrze w Petersburgu, przed którym miałam dylemat, czy zabrać ze sobą Antonię, czy jechać sama. Poprosiłam o konsultację specjalisty, jak zwykle w takich sytuacjach, który podpowiedział mi, że tym razem rozłąka mogłaby być dobrym rozwiązaniem. Pomyślałam, że może to dobry moment, biorąc pod uwagę specyfikę miejsca do którego wyjeżdżam i zimową aurę. Dwukrotnie wyjeżdżałam do Petersburga, było zimno, było trudno. Antonia została tutaj pod opieką, robiła wieczory filmowe w domu i świetnie się bawiła, a ja tam działałam… Obie przeżyłyśmy to bardzo mocno. Myślę, że wtedy zaczęłyśmy pracować nad naszą więzią i niezależnością.

A jak w tej bliskości z dziećmi odnajdywali się Twoi partnerzy, ojcowie dziewczynek?

Rodzicielstwo pochłaniało i satysfakcjonowało nas w pełni, ojcowie dziewczynek byli cały czas obecni, dumni i szczęśliwi. Jestem przekonana, że ich więź z dziewczynkami była i jest mocna, wyjątkowa.

Spełniasz się artystycznie, ale Twoja praca ociera się o media i reklamę. Od kilku lat już otwarcie mówi się o tym, jaki wizerunek kobiety był powszechnie kreowany i jaki wywierał wpływ na dorastające nastolatki. Jak uczyłaś swoje córki poczucia własnej wartości, miłości i szacunku do samych siebie?

Dziewczyny są świadome, że świat mediów i reklamy jest kreacją, z którą związany jest wymagający proces. Były przy tak wielu projektach, sesjach, że wyrobiły sobie własne zdanie na ten temat. Między Anią i Antonią jest 9 lat różnicy, to prawie dekada. Obie mają bardzo ciekawe spostrzeżenia. Na pewno nabrały dystansu i dzięki temu zbudowały swoje poczucie wartości, akceptacji własnej osoby. Widzą w świecie kreacji wiele możliwości, jednocześnie ceniąc siłę i piękno natury. Poznawały artystów bezpośrednio, zwyczajnie. Były obecne na planach zdjęciowych, na przykład podczas tworzenia kolekcji letniej, podczas gdy za oknem panowała zima oraz na planach filmowych, na których młoda aktorka odgrywała rolę o wiele starszej kobiety lub kobieta odgrywała rolę mężczyzny. Są więc świadome plastyczności wizerunku czy metamorfoz, które mogą być przeprowadzone i narzędzi, które są do tego wykorzystywane. Realizując swoje pasje, przerabiają to po swojemu, będąc świadome procesu i same go tworząc. Ania w przestrzeni fotografii, Antonia stawiając pierwsze kroki w scenografii i aktorstwie. Mam wrażenie, że autonomiczna postawa moich dzieci wyprzedza trendy. Na przykład umiłowanie natury, które teraz się rozwija, moje dziewczynki miały w sobie od zawsze. Patrząc na to, co ja robiłam, być może w formie buntu i manifestu, wypracowały autonomiczną postawę. Ja z tego buntu wyciągałam wnioski i korygowałam swoje wizje.

Jaka jest definicja kobiecości według Jagi Hupało?

To pierwiastek piękna, wrażliwości, ale też siły, intelektu i opiekuńczości. Kobiecość jest wizjonerstwem, wibrującym pragnieniem miłości. Po prostu Born To Create.

A czujesz się spełnioną kobietą, Jaga? Czy można się spełnić tylko w macierzyństwie? Albo tylko w pracy? Czy spełniona kobieta to taka, która podjęła próbę odnalezienia siebie w każdej z ról?

Grzecznościowo w stosunku do samej siebie chciałabym powiedzieć: tak. Wszyscy wiemy, że chodzi o poszukiwanie równowagi. Dlatego cieszę się, że życie się składa z kilku otwarć, mam szczęście, że dla mnie jednym z nich jest macierzyństwo, kochanie innych i bycie kochanym, innym praca, twórczość, pasja oraz przydatność społeczna itp., i w każdym z nich jest bardzo wiele wątków. Równowagę i spełnienie można odnaleźć akceptując życie w czystej postaci. Jest szansa na to, by odkryć prawdę życia i czuć się w nim spełnionym, dzięki odkryciu swoich potrzeb oraz własnego potencjału. Dzięki znalezieniu równowagi między możliwościami a pragnieniami. Uznaniu ich. I dopiero ocenieniu. To wiedza, którą posiadłam trochę późno w swoim życiu. Fajnie jak intuicja, wewnętrzny głos, podpowiada nam, co robić. Przywilejem dojrzałości jest samookreślenie i wiedza o samym sobie.

Czego życzyłabyś sobie samej?

Zdrowia, szczęścia i miłości – uwielbiam te trzy życzenia w pakiecie. To błogostan, do tego aspiruję. I do wewnętrznego spokoju, żeby nie być takim poszarpanym. Tego najbardziej bym sobie życzyła. Przez ostatnie lata bardzo cierpiałam psychicznie, cierpiała moja dusza. Żyłam w smutku, który powstrzymywał radość życia. Trudne chwile bardzo przewartościowują we wszystkich sferach życia. Chciałabym częściej się uśmiechać do losu – z wzajemnością.

A czego życzyłabyś innym kobietom?

Tego samego. Życzę zdrowia, szczęścia i miłości. Wiem, że to brzmi schematycznie, ale to wcale nie jest takie proste do spełnienia.

Rozmowy

Lepszych sama bym sobie nie urodziła. Adopcja drogą do macierzyństwa.

16 sierpnia 2019 / Monika Pryśko

Justyna od lat wiedziała, że jej droga do macierzyństwa będzie inna.

Ale nie pozwoliła, by ten fakt jakkolwiek negatywnie wpłynął nie tylko na jej życie czy małżeństwo, ale też na pragnienia bycia mamą. Razem z mężem adoptowali kilkumiesięczne bliźnięta - Gosię i Piotrka, a dwa lata temu zostali także rodzicami ich biologicznego brata - Antoniego. Adopcja stała się ich drogą do rodzicielstwa.

 

Kiedy dowiedziałaś się, że nie możesz mieć dzieci?

Już w wieku 16 lat wiedziałam, że moja droga do rodzicielstwa będzie inna. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu na oswojenie się z diagnozą i zaakceptowanie jej. W jakimś sensie dobrze się stało, że tak wcześnie się dowiedziałam. Pomyśl, mam 30 lat, idę do lekarza, wciąż podejmuję próby, a dziecka nie ma. I co? Nagle pan w białym fartuchu mówi ci: ,,Nie może pani mieć dzieci w sposób naturalny”. Jak myślisz, ile czasu zbierasz się po takiej informacji? Ile czasu potrzebujesz na zaakceptowanie takiego stanu?

 

Nie możesz mieć dzieci i co wtedy?

Trzeba zadać sobie pytanie – czego chcę? Czy pragnę być w ciąży, czy pragnę, żeby dziecko było podobne do mnie z wyglądu? Czy po prostu chcę być mamą i przygotować do życia w społeczeństwie małego człowieka i samemu doświadczyć wzlotów i upadków, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Gdy zaakceptujemy swoje położenie, możemy szukać rozwiązań. Jednym z nich jest adopcja. 

 

Adopcja – słowo, które przeraża.

I powoduje lęk, tysiące pytań i niewiadomych. Ale czy tego samego nie doświadcza mama będąca w ciąży? Czy nie zastanawia się, czy będzie dobrą mamą? Czy dobrze wychowa dziecko, czy pokocha je od razu? Takie same lęki dotyczą wszystkich mam, nie ważne, czy chodzi o biologiczne rodzicielstwo, czy adopcyjne.

 

Czy Twoje dzieci wiedzą, że są adoptowane?

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nasze dzieci dowiadują się od kolegów w piaskownicy, że są adoptowane. Od początku z mężem ustaliliśmy, że będziemy mówić maluchom, że wzięły się z serduszka, a nie z brzuszka, że długo na nie czekaliśmy i jak bardzo są dla nas wyjątkowe. Już teraz zbieramy zdjęcia, choćby z procesu powstawania ich pokoików, żeby pokazać, jak wyglądało nasze oczekiwanie na nie.

 

Jak Wasze dzieci na to reagują?

Gosia bardzo się ze mną utożsamia. Ona nie może przeżyć, że nie było jej w moim brzuchu, że jej nie urodziłam. Nie wie, że ta inna osoba nazywa się ,,mamą biologiczną’’, nie ma to znaczenia, bo oni nie mają i nie mieli żadnej relacji. Na Piotrku ten temat nie robi żadnego wrażenia, a Antek jest za mały, by to zrozumieć.

 

 

Myślisz, że maluchy będą chciały kiedyś poznać swoich biologicznych rodziców? 

Mają do tego prawo. Wydaje mi się jednak, że jedyną osoba, która może być w przyszłości ciekawa, kto ją urodził, będzie Gosia. 

 

 A Ty nie chciałabyś jej zobaczyć?

Szukałam jej kiedyś na Facebooku, ale bezskutecznie. Chciałam ją zobaczyć, choć nie wiem, czy chciałabym ją poznać. Jestem jej bardzo wdzięczna, dzięki niej mam dzieci, ale z drugiej strony – nie wiem, jakiej reakcji mogłabym się spodziewać. To jest obca kobieta, która zostawiła dzieci w szpitalu, nawet nie nadała im imion. 

 

Masz jakieś kompleksy z tego powodu? 

Żadnych. Mama to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała. Jak kochasz, to kochasz. 

 

Co jest ważne podczas procesu adopcyjnego?

Bardzo ważne w adopcji jest wyłączenie litości, nie można adoptować z litości, to największy błąd, jaki przyszli rodzice mogą popełnić. Decyzja o adopcji musi być bardzo przemyślana i świadoma. Nie ma odwrotu, pojawia się dziecko, odpowiedzialność na całe życie. W adopcji ważna jest też tolerancja, biorąc dziecko akceptujemy całą jego przeszłość i nie ma tu miejsca na żadne „ale”, ono do nas przychodzi z czymś. I to ,,coś’’ to jest jedyne co ma z poprzedniego życia. Z jednej strony my rodzice chcemy zacząć od nowa, a z drugiej strony już historia się zaczęła bez nas. To bardzo trudne, ale wiem, że jesteśmy mądrymi ludźmi i razem z mężem sobie świetnie poradzimy. Takie dzieci jedyne czego potrzebują, czego są spragnione, to miłości, wręcz jej nadmiaru.

 

Niestety często adopcja kojarzona jest z tak zwanym ,,genem zła’’. 

Rozumiem obawy ludzi, ale to wszystko jest wyłącznie brakiem wiedzy i mocno krzywdzące dla dzieci. Rozmawiałam z panią pediatrą na temat genów i zapytałam, czy geny dają nam predyspozycję do pewnych zachowań. I odpowiedziała mi tak: geny są ważne, ale w dziedziczeniu chorób i w wyglądzie. To, czy wasze dziecko będzie dobrze wychowane, czy źle, to już wasza odpowiedzialność i rola, niestety łatwiej jest zwalić na geny. To są jej słowa, są dla mnie jak Biblia.  

 

To Wy wybraliście dzieci, czy to dzieci wybrały Was?

To działa w dwie strony. Ktoś tam na górze siedzi i nieźle tą adopcją kręci. Ale faktem jest, że ja sama znalazłam nasze maluchy. 

 

Jak to sama znalazłaś swoje dzieci?

Pojechaliśmy do domu dziecka, bo jednym z elementów kursu przygotowawczego było szkolenie na rodzinę zastępczą i staż w rodzinnym domu dziecka. Poszłam na salę noworodków. Siostra zakonna, która tam pracowałą, nie chciała mi pozwolić tam wejść, bo nie byłam uprawniona. Stanęłam i powiedziałam: albo wchodzę na noworodki, albo w ogóle nigdzie nie idę. Pamiętam, że dano mi do potrzymania kilkutygodniowego chłopca, gdy przyszła jedna z opiekunek i zapytała, czy nie chcę bliźniaków, bo akurat są szykowane do adopcji. Zapytam, jaka data urodzin. 21 stycznia – jak mój tata. Bez namysłu poszłam zobaczyć Gośkę, bo Piotrek był wtedy w szpitalu, złapał rotawirusa. Pierwsza myśl – to moja córka. Pobiegłam do Łukasza i mówię: słuchaj, znalazłam nasze dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że w tym czasie, gdy ja mówiłam Łukaszowi o naszych dzieciach, właśnie one były przygotowywane do adopcji, dla nas!  Wybrane dla nas, jako nasze dzieci, dokładnie w tym czasie. Znalazłam dzieci, które były dla nas przeznaczone. Magia. 

 

Często mówisz o magii!

W 2016 roku powiedziałam do męża, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko, syna Antoniego. Chcę, by był spod znaku ryby. Łukasz był sceptyczny, ale ja wiedziałam swoje. Mówię – zobaczysz, będzie Antek. No i jest. W dodatku biologiczny brat bliźniaków. 

 

Pamiętasz, jak zobaczyłaś dzieciaki pierwszy raz? 

Jak pani w ośrodku adopcyjnym wniosła Piotrka, to wpadłam w histerię. Gosię widziałam już wcześniej, więc widok tego chłopczyka zadziałał na mnie bardziej. I on był taki malutki. Miał 6 miesięcy, a wyglądał na 3. Nie mogłam się uspokoić. Pani go trzyma i mówi: to twój syn, uspokój się, weź go na ręce! To było bardzo, bardzo wzruszające. Nazwałam Piotrka najsmutniejszym dzieckiem świata. Był bardzo smutny. 

 

A Gosia?

Gośka była uśmiechnięta, a Piotrek – smutek w oczach. Miał minę dziecka, które nie wierzy. Kilkumiesięczne dziecko z oczami dorosłego człowieka. On nie wierzył w to, co się dzieje. Nie chciał, żeby go przytulać, jakby się asekurował, jakby nie chciał się przyzwyczaić i potem rozczarować. Pozbawiony wręcz wiary i nadziei. Przez te miesiące w domu dziecka on się wyjałowił z emocji, zrobił się bierny. My czekaliśmy dlugich 7 lat, ale one też czekały, całe 6 miesięcy swojego życia. 

 

Kiedy uwierzył, że ma rodziców?

Jest takie zdjęcie, jak bliźniaki wpięte w foteliki leżą pod drzwiami naszego domu, w dniu, w którym zabraliśmy je na stałe. Tak bardzo uśmiechnięte. To było dokładnie 4 lata temu. 

 

Co jest takiego w adopcji, że oczy Ci się świecą, jak o niej mówisz?

To jak uzależnienie. Bardzo mocne przeżycie, którego nie może doświadczyć każdy, bo przecież nie każdy z ulicy może wejść do ośrodka adopcyjnego. To doświadczenie nie ma sobie równych. Trudne, choć piękne, pełne sprzecznych emocji. Czasem mi się wydaje, że jestem uzależniona od tych emocji. 

 

 

Co było najtrudniejsze?

Oczekiwanie. Nie wiesz, kiedy zadzwonią, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. 

 

Mieliście wybór?

Pytają, czy chcesz niemowlę. Mówisz, że chcesz roczne dziecko. Wtedy pada pytanie – no dobrze, a jak będzie miało rok i tydzień, to też możemy zadzwonić? No tak, pewnie! A co, jeśli będzie miało rok i miesiąc, to też możemy zadzwonić? W ten sposób z roku robią się dwa lata. Sprawdzane są twoją granice. 

 

Dlaczego chcieliście adoptować niemowlę, a nie starsze dziecko? 

Chciałam tworzyć więź z naszym dzieckiem od pierwszych minut, pierwszych dni jego życia. Nie chciałam, by umknął mi pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy ząbek czy pierwsza marchewka. Chcę mieć świadomy wpływ naszych zachowań i reakcji na nasze dziecko, od

samego początku.  

 

Mając taką wiedzę, jak teraz, adoptowałabyś starszaka?

Nie podjęłabym się adopcji starszego dziecka, nie potrafiłabym udźwignąć już tego, co ma zasiane w głowie. A nie chciałabym skrzywdzić takiego dziecka, tylko dlatego, że wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja potrafię wszystko!  Staram się mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie rozsądnie granice. 

 

 

Adoptowalibyście chore dziecko?

W adopcji nie ma zdrowych dzieci. Z reguły są to dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Mowa o patologii, narkotykach, alkoholu, innych uzależnieniach rodziców. Większość maluchów ma jakieś braki wynikające z niezaspokojenia ich podstawowych potrzeb. Są to dzieci z

dużą niedowagą, dzieci cofnięte w rozwoju emocjonalnym, w mowie. Wszystkie te

defekty wynikają z braku miłości, czasu, którego potrzebuje każde dziecko. Ośrodek zadaje pytanie: jakie dziecko jesteście państwo w stanie przyjąć do swojej rodziny? Mając na myśli chore, widzę też dzieci upośledzone umysłowo, takie też czekają na adopcję i bardzo trudno jest im znaleźć dom.

 

Jak Wasza rodzina przyjęła dzieciaki?

Zakochani po uszy, wszyscy, od razu. Mają fioła na ich punkcie, kochają je bardzo. 

 

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Jest żmudna, a państwo polskie niestety nie pomaga, a wręcz utrudnia na każdym kroku. Żeby przystąpić do procedury adopcyjnej, trzeba przygotować ogromną ilość dokumentów. Ogromną! Niektóre pary już na wstępie, wiedząc, ile żmudnej pracy będzie ich to kosztować, rezygnują. Poddają się. Mówią: ,,Ok, to jednak weźmiemy 20-ste in vitro’’. 

 

Co trzeba zrobić na początku?

Etap pierwszy to zapisanie się na kurs adopcyjny. My z mężem czekaliśmy 9 miesięcy, zanim nas zapisano. Kurs prowadzony jest metodą PRIDE i w naszym ośrodku trwał 9 tygodni. Spotkania po 3,5 godziny, raz w tygodniu. Tematyka opiera się na poznaniu emocji, potrzeb, uczuć dziecka, na tworzeniu więzi z dzieckiem, ale i również na tworzeniu relacji ze współmałżonkiem.

 

Co jest wymagane na tym etapie?

Żeby móc przystąpić do kursu, wymagany jest odpowiednio długi staż małżeński, w katolickim ośrodku adopcyjnym uznają na przykład tylko ślub kościelny. W czasie trwania kursu pani z ośrodka odwiedza w domu przyszłych rodziców, by sprawdzić warunki mieszkaniowe.

 

Co potem?

Drugi etap, czyli oczekiwanie na kwalifikacje. Zbiera się komisja w składzie: dyrektor ośrodka, psycholog, pedagog i dyskutują, czy się nadajesz, czy nie. Głównym punktem,

który biorą pod uwagę, jest relacja z małżonkiem. Po pozytywnej opinii oczekuje się na TEN telefon. Że czeka na nas dziecko.  

 

Po jakim czasie dzwoni ten wyczekany telefon?

Najkrócej czeka się na dzieci powyżej 2. roku życia i rodzeństwa, ośrodki dbają o to, żeby

ich nie rozdzielać. Za co im cześć i chwała. 

 

Ile siły trzeba mieć, by przez to przejść? 

Mimo że zaczynasz nowy rozdział w życiu, droga, którą rodzice adopcyjni muszą przejść, jest długa i trudna. Nie każda osoba jest na tyle silna, by się na nią zdobyć. To jest procedura, która bardzo narusza Twoje poczucie godności osobistej, intymność. Gdy idziesz do sądu na ostateczną rozprawę, sędzia na głos czyta, że ,,Pani Justyna z powodu takiej i takiej niepłodności adoptuje…’’ Coś, co było powiedziane za zamkniętymi drzwiami ginekologa, o czym wiedziałaś tylko ty, ewentualnie mąż, jest przeczytane głośno, słyszane przez wiele obcych osób i zaprotokołowane. 

 

 

Jest coś, czego się boisz?

Boję się, że odniosę porażkę wychowawczą i zawiodę moje dzieci. Boję się pytań o rodzinę biologiczną, czy będę umiała stanąć na wysokości zadania i pokonać własne lęki, zazdrość, aby pomóc im w poznawaniu swoich korzeni, wspierać i być przy nich w tych zapewne trudnych chwilach.

 

Czujesz się bohaterką wiedząc, że stworzyłaś dom trójce niechcianych maluchów? 

Nie lubię słów „podziwiamy was”. Bardzo mnie to drażni i zawsze odpowiadam, że podziwiać można małpę w zoo, ja nie czuję się bohaterką, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie podziwiał. Jestem mamą jak miliony innych. To nie jest heroizm czy litość, to jest moja droga do rodzicielstwa. Świadoma, przemyślana, trudna, z wybojami, ale prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

 

 

ZDJĘCIA: Bogna Ekowska

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo