ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Moda

Sztuczność nie jest modna w tym sezonie. Rozmowa z Mój Kraj Taki Piękny

27 listopada 2020 / The Mother Mag

Ola Wołejsza i Karolina Sielska-Głuchowska, twórczynie marki Mój Kraj Taki Piękny napisały na swojej stronie internetowej, że mówią NIE sztuczności.

I z tą myślą chcemy Was zaprosić do przeczytaniu tego wywiadu. Naturalność to coś, do czego dążymy, to składowa #motherlifebalance. Sztuczność to coś, co uwiera, to ciało obce - zarówno w życiu, jak i w szafie.

Mój Kraj Taki Piękny to naturalność. Niech Wam towarzyszy na co dzień!  

 

Czego o biznesie nauczyły Was ostatnie miesiące? 

To był dla nas bardzo intensywny i pracowity czas, nie tylko ze względu na bieżącą kwestię, ale też reagowanie na zmiany i dopasowywanie się do nich. Nie obyło się bez komplikacji, część planów musiałyśmy porzucić, ale też spotkało nas w tym czasie mnóstwo dobra i wsparcia. Czego się nauczyłyśmy? Że niczego nie można brać za pewnik, że trzeba być elastycznym, ale też, że trzeba robić swoje. 

 

Czy jest jeszcze coś, czego się boicie?

Oczywiście, że się boimy – mamy rodziny, widzimy, co dzieje się na ulicach, czytamy wiadomości. Społeczeństwo nam się coraz bardziej polaryzuje, ludzie są rozczarowani, mają poczucie rozgoryczenia, bycia oszukanym. Boimy się więc nie tylko o naszych bliskich, że mogą zachorować, ale też boimy się, gdzie ta sytuacja nas wszystkich zaprowadzi i na koniec jeszcze bardziej podzieli.

 

Gdybyście miały swój biznes określić jednym zdaniem, to…?

Chaos, który staramy się okiełznać – z naciskiem na to, że z każdym dniem, idzie nam coraz lepiej.

 

Jakie uczucia Wam towarzyszą teraz, gdy pokazujecie Klientkom nową kolekcję, a jakie emocje były kiedyś, na samym początku, gdy pokazywałyście światu premierowe projekty?

 

Emocje od pierwszego projektu pozostają takie same, z taką różnicą, że teraz przed premierą czujemy jeszcze większą tremę, bo po prostu zależy nam, by sprostać oczekiwaniom naszych odbiorców, a wiemy też, że od początku postawiłyśmy sobie wysoko poprzeczkę. Zwłaszcza, że w każdą rzecz wkładamy mnóstwo serca i każdą rzecz same testujemy. 

 

Czyli najwięcej stresu jest zawsze przed premierą?

Przed premierą zawsze jest mnóstwo stresu, czy na pewno krój ok, czy może jednak można było zrobić coś inaczej, albo nawet, czy nazwa się spodoba. Potem pozostaje czekanie na pierwsze komentarze, ale też zamówienia i finalnie widok naszych Klientek w nowym projekcie – a tego widoku nigdy nam nie będzie dość! To chyba jedna z największych przyjemności w prowadzeniu własnej marki – oglądać wspaniałe i uśmiechnięte kobiety w naszych rzeczach, tym bardziej, że świetnie w nich wyglądają.

 

To dla Was zaskoczenie?

Wcale nie tak rzadko zdarza nam się powiedzieć w duchu – „kurczę, ale fajnie ograła tę płaszczobluzę – sama muszę tak spróbować”. Bo Klientki mamy naprawdę najlepsze i często zaskakują nas, jak jeszcze można wystylizować nasze rzeczy, a pomysłów zdecydowanie im nie brakuje, co jest bardzo inspirujące i motywujące.

 

 

Jak to jest prowadzić kobiecy biznes i to jeszcze z sukcesem?

To ogromna satysfakcja, mnóstwo powodów do dumy czy uśmiechu, ale też spora odpowiedzialność. Zwłaszcza w kontekście naszej społeczności, która ogromnie nas motywuje i uskrzydla, by działać i wciąż się rozwijać, a to w gorszych momentach bardzo pomaga. Nie można jednak po jednym powodzeniu spocząć na laurach, bo na sukces pracuje się bez przerwy.

My zdecydowanie nie powiedziałyśmy jeszcze ostatniego słowa, ba, mamy nawet wrażenie, że dopiero się rozkręcamy.

 

Gdyby Wasza doba miała nie 24 a 42 godziny, na co byście przeznaczyły ten czas. W ogóle byłby Wam on potrzebny? 

Oj, zdecydowanie tak. Czas jest zawsze u nas mile widziany (śmiech). Szczerze, może właśnie te dodatkowe godziny byśmy w pełni poświęciły naszym bliskim i poszukały tak zwanego balansu czy równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, bo tego rzeczywiście wciąż się uczymy i z tego co wiemy od naszych bliskich, jeszcze sporo przed nami w tym temacie. 

 

Praca na własnych zasadach to zawsze kilka kroków do przodu, a potem dwa do tyłu. Co poświęciłyście, by prowadzić MKTP?

Jeśli mamy być szczere, nie patrzymy na to przez pryzmat poświęceń, na taką drogę się zdecydowałyśmy i chciałyśmy nią pójść. Mamy nadzieję, że jeszcze sporo na niej przed nami, bo kochamy to, co robimy i daje nam to mnóstwo energii do działania. 

 

Czym jest dla Was sukces? Liczycie pieniądze, czy może dni urlopu które, jako szefowe, możecie sobie wziąć? 

Pieniądze to na pewno jedna z miar sukcesu, bo dają poczucie niezależności czy stabilności, ale też otwierają kolejne drzwi do rozwoju. Na pewno nie są jednak jedyną. Dni urlopowe w przypadku własnego biznesu to często oksymoron, bo nie ma co się oszukiwać, zdarzają się sytuacje, że jest niedziela czy jesteśmy na wyjeździe, a wpada nam coś pilnego, ale z drugiej strony, mamy to szczęście, że w dzisiejszych czasach możemy wykonywać znaczną część pracy z dowolnego miejsca. 

Dla nas największą miarą sukcesu jest satysfakcja – czy to z powodu idealnie układającej się bluzy, czy to na widok zadowolonych Klientek. Właśnie społeczność, jaką zgromadziłyśmy wokół naszej marki, dodaje nam skrzydeł i najbardziej nas motywuje. To jak Dziewczyny piszą, czy to w komentarzach, czy w wiadomościach prywatnych, daje nam chyba najwięcej szczęścia i takie poczucie na koniec dnia, że kurczę, chyba robimy dobrą robotę!

 

Czego jeszcze nie umiecie, a wiecie, że ta wiedza przydałaby Wam się w prowadzeniu MKTP?

Mnóstwa rzeczy, długo by wymieniać! Żadna z nas nie ma wykształcenia związanego z projektowaniem czy modą, wiele więc rzeczy na początku robiłyśmy intuicyjnie, doczytywałyśmy czy po prostu wierzyłyśmy na słowo, ale wiele też się nauczyłyśmy, pracując na „żywym organizmie”. Na naukę nigdy nie jest za późno, my cały czas się dokształcamy, głównie we własnym zakresie. Zwłaszcza, że własna marka to nie tylko ubrania, ale też cała machina – mamy tu na myśli marketing czy tak ważny w dzisiejszych czasach e-commerce.

 

Z kogo brałyście przykład, gdy wymyślałyście swoją markę? Inspirowałyście się istniejącymi biznesami, czy postawiłyście na swój pomysł? 

Oczywiście przyglądałyśmy i nadal przyglądamy się temu, co dzieje się na polskim rynku. Mamy też swoje ulubione marki i projektantów. Od początku jednak pomysł na założenie własnej marki wziął się z tego, że obie miałyśmy problem ze znalezieniem ubrań, które same chciałybyśmy nosić, a do tego od zawsze interesowałyśmy się modą.

 

I jak to się zaczęło? 🙂

Miałyśmy zacząć od topów i T-shirtów z grafikami nawiązującymi do polskiej popkultury – stąd właśnie nazwa naszej marki. Wertowałyśmy albumy o polskim designie, przeglądałyśmy książki o PRL-u, a wieczory spędzałyśmy na wspólnym oglądaniu polskich filmów – wjechał nawet taki klasyk jak „Psy”. Wystarczy jednak zajrzeć na naszą stronę, by zobaczyć, że potoczyło się troszkę inaczej i skończyłyśmy na bluzie z kapturem, którą nazwałyśmy Peleryną do zadań specjalnych. Od początku chciałyśmy też być utożsamiane z tworzeniem lokalnie, jest to dla nas szalenie ważne, dlatego zależało nam, by wybrzmiało to także w nazwie marki.

 

Lokalnie, ale czy też sezonowo?

Postawiłyśmy na dość nietypowy koncept, opierając naszą markę na ponadczasowych, uniwersalnych krojach, które nie uznają sezonowości i wyróżnia je wysoka jakość. Dlatego na stronie MKTP można znaleźć nasze bestsellery w dosłownie wszystkich kolorach tęczy. 

W kolekcjach dążymy więc do tego, by nasze ubrania nie tylko sprostały codziennym wyzwaniom, ale też podkręcały tę codzienność i sprawiały, że czujemy się świetnie nie tylko od święta, ale właśnie na co dzień. Same dobrze wiemy, że współczesne kobiety od rana są w ciągłym biegu, a do pogodzenie mają wiele ról – są najlepszymi mamami dla swoich dzieci, odnoszącymi sukcesy w pracy bizneswoman i wspaniałymi przyjaciółkami, które czasem lubią też pomyśleć o sobie i wyrwać się na drinka lub dwa. Chcemy, by nasze kolekcje im w tym pomagały, a dodatkowo podkreślały ich naturalne piękno i kobiecość. Nie przebieramy, ubrania z metką MKTP mają pozwalać czuć się swobodnie i jak najlepiej w swojej skórze, a co najważniejsze nosić je można od rana do wieczora.

 

 

Jakie są trzy sprawy, które każdy powinien rozpisać lub się dowiedzieć, zanim założy własny biznes?

Niezależnie od branży, nie ma jasnej formuły czy przepisu na własny biznes. To, co jest jednak niezmienne, to świadomość, że własny biznes to masa ciężkiej pracy, często do późnych godzin. I na to na pewno trzeba być przygotowanym, zaczynając rozkręcać własną markę. Zwłaszcza w kontekście branży modowej panuje takie dość nieuczciwe przekonanie, że to tylko imprezy czy spotkania na kawę. Rzeczywistość prezentuje się zgoła inaczej. Zdecydowanie nasz standardowy dzień nie wygląda tak, jak mogliby to sobie niektórzy wyobrażać, że wstajemy o 11:00, przeglądamy inspiracje, a w ciągu dnia wychodzimy na lunche czy sesje zdjęciowe.

Wracając do pytania – jedno to pomysł na biznes, dwa to właśnie ciężka praca, a w sukcesie poza motywacją i determinacją w zdobywaniu kolejnych celów, na pewno czasem może pomóc szczęście czy zbieg okoliczności.

 

Jesteście na bieżąco z modowymi trendami na świecie?

Warto śledzić trendy – i nie mówimy tu tylko o tych modowych, ale generalnie mieć otwarte oczy i uszy na to, co dzieje się na zewnątrz. Obserwować, reagować na zmiany, by móc sprostać oczekiwaniom odbiorców i być na nie gotowym. Inną kwestią jest rozwój – nie tylko pod kątem tworzenia, ale też nas samych, świat przyspieszył, więc znajomość nowych technologii to konieczność. Podobnie jest z innymi dziedzinami, mając własny biznes nie tylko wystarczy zatrudnić odpowiednie osoby, co wcale nie jest takie proste, ale też samemu warto orientować się w różnych tematach, choć w podstawowym zakresie.

 

Na której pomyłce nauczyłyście się najwięcej?

Pomyłki są, były z nami i zapewne będą nam się zdarzać – nikt z nas, a już na pewno nie my, nie jest nieomylny. Trudno tu jednoznacznie określić, która pomyłka była dla nas najcenniejsza. Mamy jednak wrażenie, że największą lekcję, jaką wyciągnęłyśmy na przestrzeni już ponad 5 lat prowadzenia marki, to jak sobie z nimi radzić. Uczyć się na nich – oczywiście, by nie popełniać tych samych błędów, ale też nie pozwalać, by te pomyłki nas w jakiś sposób sparaliżowały czy hamowały działania. A gdy już się je popełni, najważniejsze by skupić się na jak najszybszym rozwiązaniu problemu czy błędu, zamiast traceniu energii na rozpamiętywanie. Mieć dystans do nich, bo nawet pomyłka może nam pokazać coś w zupełnie innym świetle, doprowadzić nas do nowego, ba, nawet lepszego rozwiązania. My tak naprawdę cały czas się tego uczymy, zwłaszcza, że obie jesteśmy bardzo emocjonalne.

Ciało

Masaż twarzy i facetaping. Rozmowa z Anetą Hregorowicz-Gorlo

13 stycznia 2021 / Monika Pryśko

Poznajcie Anetę Hregorowicz-Gorlo, kobietę, która w swojej Akademii uczy, jak się masować, by mieć zdrowe i piękne ciało, a szczególnie witalną, łagodną i promienną twarz.

Przez lata zgłębiała tajniki masażu, by połączyć je z niekonwencjonalnymi metodami, jak stawianie baniek na twarz, czy wykorzystywanie taśm kinezjologicznych, które zazwyczaj stosuje się w kontuzjach i rehabilitacji ciała. 

 

Powiedz, gdzie uczyłaś się masażu? Wyobrażam sobie te godziny szkoleń! 

Od wielu lat interesuję się masażem, zgłębiam tajniki, czytam, oglądam, a ostatnimi laty doszły do tego wyjazdy, szczególnie na Wschód. Rosja, Ukraina, Łotwa słyną z kultury masowania. Kiedy skończyłam studia ponad 10 lat temu, nauczanie masażu opierało się na podstawowych informacjach. Moja ciekawość anatomii twarzy, naszego naturalnego  potencjału do samoodnowy, motywowała mnie do poszukiwań, dlatego stawiałam sobie nowe wyzwania w poszukiwaniu nowej dla mnie wiedzy i łączenia jej właśnie z dziedziną kosmetologii, naturoterapii, psychobiologii i ekologicznego stylu życia. Na mojej drodze stanęło wówczas wielu wspaniałych ludzi, od niezwykłych lekarzy, osteopatów, po masażystów i naturoterapeutów, którzy pokazali mi, że skóra i jej zewnętrzne piękno to wynik wewnętrznego zdrowia.

 

To brzmi wręcz mistycznie, choć przecież wiem, że nie jest to wiedza tajemna.  Zastanawiam się więc, dlaczego nie mówi się o tym głośniej i dlaczego masaż nie jest dla nas tak naturalny, jak być powinien. 

Byliśmy pochłonięci nową technologią, urządzeniami, odkrywaniem ekspresowych kuracji upiększających, zafascynowani szybkim działaniem niektórych technik. Gabinety kosmetyczne inwestowały w nowe sprzęty, które gwarantują piękną, młodą, jędrną skórę. Natomiast te manualne terapie zostały odstawione na bok, ale one były zawsze, nie są żadnym odkryciem.Teraz natomiast przeżywają renesans. 

 

Czy to znaczy, że zamiast botoksu kobiety powinny inwestować w częstsze wizyty w gabinetach masażu? 

Jako naturoterapeutka i kosmetolog holistycznie patrzący na nasze ciało, cenię sobie naturalne metody. Nigdy nie byłam przeciwna medycynie estetycznej, nawet sama próbowałam w swoim życiu wielu propozycji, jakie nam daje świat medycyny i kosmetologii estetycznej. Jednak to, co jest bardzo ważne, to zdrowy rozsądek i umiar. Zaufanie naszej naturze, zaufanie temu, co nas od środka zasila i wzmacnia. Twarz ostrzyknięta botoksem, przez wiele lat poddana ,,paraliżowi” zamienia się w maskę, a jej skóra, przez brak odpowiedniego krążenia, robi się wiotka i bardzo słaba.

W ostatnim czasie współpracuję z wieloma lekarzami, którzy dla uzyskania jak najlepszych rezultatów odmłodzenia czy regeneracji, otwarcie już mówią o dobroczynnym wpływie masażu jak i ,,rehabilitacji estetycznej” – przed kuracją, jak i po niej. Mowa o niwelowaniu obrzęków po ostrzyknięciu, rozmiękczeniu zrostów, jakie czasem powstają przy zabiegach medycyny estetycznej, tworząc blokady w przepływie płynów fizjologicznych.

 

Czy to był jeden z impulsów, by stworzyć autorską metodę masażu twarzy?

Stworzyłam pakiet autorskich technik, które w przypływie weny zapisałam, zmotywowana efektami, których byłam świadkiem. Zainspirowana spotkaniami z ludźmi z całego świata, zebrałam same perełki, które na swoich kursach i warsztatach przekazuję innym kobietom. 

Potrzebowałam skutecznego narzędzia, które pozwoli mi w całkowicie naturalny sposób, w pełni holistycznie zaopiekować się kobiecą urodą, a szczególnie zdrowiem, tak samo na poziomie fizycznym, jak i psychoemocjonalnym.

 

 

Pamiętam, gdy na warsztatach tłumaczyłaś mi, że twarz też powinna być w dobrej formie! Masaż ciała to coś, co znamy, natomiast masaż twarzy do niedawna brzmiał dla mnie nieco ekscentrycznie. 

Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale od kilku lat nurt holistyczny zaczyna się bardzo rozwijać. Kobiety częściej już czytają etykiety kosmetyków, interesują się tym, co nakładają na swoją skórę i wiedzą, że krem za 2000 zł nie jest w stanie zagwarantować piękna i długowiecznej młodości, ponieważ może być jedynie finezyjnym wykończeniem relaksacji, może być aromaterapią. Natomiast za kondycję twarzy odpowiada krew, układ mięśniowy, który jest rozprężony. Naczynia krwionośne, które niczym nurty rzeczne odżywiają tkanki od środka. To, co znajduje się pod skórą, jest odpowiedzialne za piękno, zdrowie i witalność.

 

Zwróciłaś też moją uwagę na mięsnie twarzy.  Zapomnieliśmy, że twarz to mięśnie, a mięśnie potrzebują konkretnego działanie, a nie miziania piórkiem. Od tych warsztatów minęło kilka miesięcy, a ja wciąż o tym pamiętam przy codziennej pielęgnacji, mimo że teoretycznie nie powinnam zbyt mocno masować twarzy, ponieważ mam cerę naczynkową. 

Gdy jeszcze studiowałam kosmetologię, głównym przeciwwskazaniem do masażu była właśnie cera naczynkowa czy wrażliwa. Zobacz, jakie to jest mylne i złudne. Jeśli przykładowo moja ręka byłaby w gipsie przez pół roku, to skóra po nim na pewno się wysuszyła, nie miała dobrego krążenia, była przez większość czasu unieruchomiona. Więc gdy tylko zdejmą mi gips, zaczynam rehabilitację, by krążenie wróciło do normy.  Takiej samej gimnastyki i ćwiczeń potrzebują nasze naczynia krwionośne, aby były zdrowe i szczelne.

 

No właśnie, traktujemy ciało dość ostro, gdy chcemy, by wróciło do dawnej sprawności. 

Jeśli mam kruchość naczyń krwionośnych, jeśli mam mało tkanki łącznej i moja skóra jest wiotka, to przecież nie mogę jej delikatnie głaskać, bo żadne krążenie się tam nie poprawi. 

Tak naprawdę nasze tkanki aż proszą o intensywny bodziec. Jeśli porównasz twarz do doliny, gdzie płynie rzeka, to gdy na rzece robi się tama, ja nie idę tam z miotłą i nie zmiatam na niej kurzu. Ja zakasuję rękawy i usuwam tę tamę. Tak samo jest z twarzą. Nie będę głaskać mięśni żwacza, który jest napięty i chłonie cały kortyzol, tylko skupię się na intensywnym masażu. 

 

Pamiętam, że masaż twarzy, który mi zrobiłaś, bardzo poprawił mi nastrój. Faktycznie nie chodzi tylko o to, by wyglądać ładniej, ale by pozbyć się też negatywnych emocji, które kumulujemy w mięśniach twarzy. Zauważyłaś wtedy, że powinnam więcej uwagi poświęcać mojej żuchwie, bo właśnie po tym fragmencie twarzy widać, że miałam ostatnio nerwowy czas. 

Jesteś osobą, która wydaje się być szczera ze sobą. To znaczy, że jeśli jest ci smutno, to się nie uśmiechasz. Twoja twarz wyraża emocje, więc jeśli jest dobrze, to na twarzy to widać, i odwrotnie. Wyobraź sobie, że są osoby, które z różnych powodów mają na twarzy maskę. Takie twarze są mało żywe, a jeśli dodamy do tego medycynę estetyczną i zablokujemy mięśnie botoksem, nie damy mięśniom popracować, to mamy problem. U takich osób występuje brak krążenia, niedotlenienie, a przecież blisko twarzy jest mózg. Ponad 60 mięśni naszej twarzy nie tylko odżywia naszą skórę, pompując krew do kapilarów, ale dodatkowo przecież doprowadza krew do naszego mózgu. Osoby, które są jak zamrożone, które mają bardzo dużo napięć, często też, co wynika z moich obserwacji, borykają się ze stanami depresyjnymi, zachwianiem równowagi psychoemocjonalnej, migrenami, zmęczeniem, przewlekłym stresem.

 

Gdy mówisz teraz o krążeniu, mięśniach, tkankach i przepływie limfy, wydaje mi się to bardzo trudne. Sama wiesz, że najtrudniej jest zacząć. 

Zacznij od początku. Nawet dzieci robią to intuicyjnie. Gdy są zmęczone i znudzone, masują okolicę oczu, pobudzają sobie zakończenia nerwowe, które są odpowiedzialne za orzeźwienie i otrzeźwienie umysłu. W kącikach oczu mamy punkt, który, kiedy tylko przytrzymasz go kilka sekund, aktualizuje twój mózg, bo poprawia krążenie i odświeża.

 

Znowu wychodzi na to, że to, co najprostsze, jest najbardziej skuteczne.

Masaż to dotyk, najstarsza terapia na świecie. Boli mnie głowa, chwytam się za czoło. Dwie dłonie oparte o skronie, opuszki palców na włosach i nieświadomie masujemy głowę. Nie musimy być super specjalistą, żeby zafundować sobie kilka minut masażu w domu. Oczywiście dobrze, jeśli wiemy, jak przepływa limfa, jak ułożone są mięśnie naszej twarzy, natomiast sam dotyk, samo głaskanie, samo ciepło dłoni i intencja już działają. 

 

Czytałam gdzieś, że twarz należy masować w określonym kierunku, bo inaczej rozciągniemy sobie skórę i spowodujemy szybsze powstawanie zmarszczek. 

Wystarczy, że będziesz świadoma tego, że limfa odpływa od środkowej części twarzy w stronę uszu i spływa po szyi do największych kanałów limfatycznych, jakimi są pachy. Wszystkie ruchy wykonuj zgodnie z tą linią. Zachęcam do masażu intuicyjnego, bo twarz woła o uwagę, a każda z nas ma napięcia w twarzy w innym miejscu. 

 

Dobrze, że o tym wspominasz. Naśladowanie bez zaangażowania i wyczucia własnych potrzeb wydaje się być bez sensu.

Dokładnie tak, bo skupiamy się nie na tym, co robimy, tylko na tym, co zaraz będziemy musiały zrobić. 

 

I wtedy rozwijamy rolkę taśmy kinezjologicznej i dzieją się cuda!

Taśmy to nie jest cud natury, to nie plastry nasączone płatkami złota. To taśmy, które zostały opatentowane przez japońskiego lekarza Dr Kenzo Kase. Odwzorowują linie papilarne i strukturę naszej skóry, co oznacza, że gdy nadamy im odpowiednie napięcie, bądź jego brak, a także z odpowiednią intensywnością nakleimy je na naszą skórę, zostaje ona w  kinezjologiczny sposób podniesiona. Taśma działa na tkankę unosząc jej strukturę, a jeśli pod skórą i powięzią zaczyna być więcej przestrzeni, to oznacza, że krew i limfa zaczynają swobodnie przepływać. A krew i limfa to eliksir urody. 

 

Czyli tak naprawdę chodzi o regenerację, odbudowę tkanek?

To tak jak ze skaleczeniem. Jeśli skaleczę swoją dłoń, to moje komórki, komórki Langerhansa, komórki odpornościowe, robią wszystko, żeby skupić się na regeneracji i procesie naprawczym tej zmiany. Z taśmą jest podobnie. Jeśli poprzez masaż stymuluję sobie tkankę i na to nałożę taśmę, to wzmacniam efekt regeneracji i rewitalizacji danego obszaru.

 

Nie trzeba chyba być specjalistą, by używać tych plastrów? Są dostępne choćby online, na Allegro ich cena zaczyna się od 11 zł. Czy wystarczy je pociąć na paseczki i sobie je intuicyjnie nakleić?

Jeśli chcemy osiągnąć zdecydowanie bardziej spektakularne rezultaty, wymodelować naszą twarz, rozprężyć odpowiednie partie mięśniowe (a pamiętajmy, że deformacje robią się poprzez napięcia mięśniowe, czy zablokowanie limfy w podbródku), to tutaj fajnie byłoby znać biomechanizmy i kierować się rzeczywiście wskazówkami, które pomogą tę deformację rozłożyć na czynniki pierwsze, czyli np. odprowadzić limfę czy wzmocnić mięśnie. 

 

Na swoim profilu na Instagramie często publikujesz swoje zdjęcia z naklejonym na czoło serduszkiem. Sama czasem sobie podobne naklejam. 

To bardzo prosta aplikacja, którą nakłada się w okolicy tzw. trzeciego oka. Ten kawałek taśmy naklejony na czole pomaga w czasie migreny, ma działanie odprężające, wygładza zmarszczki. W czasie snu relaksuje napięty mięsień marszczący brwi. Uspokaja i harmonizuje. 

 

Zastanawia mnie, czy masażem twarzy jesteśmy w stanie walczyć z niedoskonałościami skóry. Mam na myśli nie tyle zmarszczki, co na przykład trądzik czy zmiany chorobowe. Czy taśmy pomogą w przywróceniu twarzy dobrej kondycji?

Wróćmy do przykładu tamy. Nagle do rzeki trafia parę kontenerów ze śmieciami. Te śmieci to toksyny, złogi, neurotoksyny, stres. Toksyny z pożywienia i powietrza, ale też z naszych myśli. Te nurty rzeczne, czyli kanały krwionośne, energetyczne czy limfatyczne, są zatkane. Jeśli one są zatkane, to nasze tkanki zachowują się jak bagno, którego nikt dawno nie oczyszczał. Nasza twarz zaczyna puchnąć, woda zbiera się w tkankach i nie ma możliwości odpływu. I wtedy nasza skóra informuje nas, że coś jest nie tak. Zaczynają na twarzy pojawiać się wypryski, stany zapalne, przebarwienia. 

 

Faktycznie, gdy tak to opisujesz, już sama widzę, że nawet najlepszy krem tutaj nie bardzo pomoże, że to za mało. 

Nie jestem przeciwna kremom i zabiegom, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że pierwszym krokiem powinno być odblokowanie i praca z przyczyną, czyli z zastojem. Sama uwielbiam naturalne produkty, aromaterapię, choć zawsze na pierwszym miejscu jest masaż! Reszta to tylko przyjemny dodatek.

 

Aż boję się zadać to pytanie. Systematyka i w tym przypadku jest ważna?

Pewnie, że tak. Pomyśl sobie, że raz na pół roku idziesz na spacer. Albo zadaj pytanie dietetykowi, jak długo będziesz zdrowa po zjedzeniu marchewki. Byłam dziś pół godziny na rowerze, czy to znaczy, że przez najbliższe miesiące mogę leżeć na kanapie? Tutaj systematyka jest jak picie wody. Nie wypijesz na raz 20 litrów wody i nie powiesz – dobra, mam luz na cały miesiąc.

 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić! Rozmawiasz z największym leniem na świecie. 

I dlatego też stworzyłam autorski program automasażu. Kurs FACEMODELING SELF TAPE, który uczy pozytywnej dyscypliny w działaniu, dobrej rutyny i pielęgnacji twarzy, która już po kilku dniach, tygodniach odwdzięcza się łagodnym wygladem, młodością i promiennością.

Profesjonalne masaże to coś wspaniałego, ale korzystasz z nich raz na jakiś czas. Są bardzo cenne i zachęcam, by dać sobie co jakiś czas tę ogromną przyjemność. Nawet na mojej stronie rekomenduję miejsca, które warto odwiedzić już w całej Polsce.

Pamiętajmy jednak, że to codzienna, pozytywna rutyna, zdrowe pożywienie, oddech i harmonia są kluczem do zdrowia i urody naszej twarzy i całego ciała.

 

Chciałabym też zaznaczyć, a co poczułam po masażu w Twoim gabinecie, że nawet jeśli trzeba zachować systematyczność, to i tak efekt widać od razu. 

Tak, to prawda. Jeśli techniki są dopasowane do potrzeb i ja wyczuję, co mi służy, gdzie jest potrzeba masażu, to tkanki są na tyle wdzięczne, że to widać. Przypomina to o pierwotnym modelu samouzdrawiania. Widać to u osoby, która ma 20 lat, ale najbardziej widać u osób, które tego masażu naprawdę potrzebują. U osób starszych, zmęczonych, schorowanych, albo po prostu zaniedbanych, zapomnianych.

 

Jeśli twarz po 20 latach bez uwagi dostanie taki masaż, to zdecydowanie poinformuje nas swoim radosnym, łagodnym i wypoczętym wyglądem.

Dbajmy o siebie dziewczyny! 

Zdrowie i piękno jest w naszych rękach każdego dnia!

 

_

Na zdjęciu: Emilia Pryśko

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo