Change font size Change site colors contrast
Moda

Sztuczność nie jest modna w tym sezonie. Rozmowa z Mój Kraj Taki Piękny

27 listopada 2020 / The Mother Mag

Ola Wołejsza i Karolina Sielska-Głuchowska, twórczynie marki Mój Kraj Taki Piękny napisały na swojej stronie internetowej, że mówią NIE sztuczności.

I z tą myślą chcemy Was zaprosić do przeczytaniu tego wywiadu. Naturalność to coś, do czego dążymy, to składowa #motherlifebalance. Sztuczność to coś, co uwiera, to ciało obce - zarówno w życiu, jak i w szafie.

Mój Kraj Taki Piękny to naturalność. Niech Wam towarzyszy na co dzień!  

 

Czego o biznesie nauczyły Was ostatnie miesiące? 

To był dla nas bardzo intensywny i pracowity czas, nie tylko ze względu na bieżącą kwestię, ale też reagowanie na zmiany i dopasowywanie się do nich. Nie obyło się bez komplikacji, część planów musiałyśmy porzucić, ale też spotkało nas w tym czasie mnóstwo dobra i wsparcia. Czego się nauczyłyśmy? Że niczego nie można brać za pewnik, że trzeba być elastycznym, ale też, że trzeba robić swoje. 

 

Czy jest jeszcze coś, czego się boicie?

Oczywiście, że się boimy – mamy rodziny, widzimy, co dzieje się na ulicach, czytamy wiadomości. Społeczeństwo nam się coraz bardziej polaryzuje, ludzie są rozczarowani, mają poczucie rozgoryczenia, bycia oszukanym. Boimy się więc nie tylko o naszych bliskich, że mogą zachorować, ale też boimy się, gdzie ta sytuacja nas wszystkich zaprowadzi i na koniec jeszcze bardziej podzieli.

 

Gdybyście miały swój biznes określić jednym zdaniem, to…?

Chaos, który staramy się okiełznać – z naciskiem na to, że z każdym dniem, idzie nam coraz lepiej.

 

Jakie uczucia Wam towarzyszą teraz, gdy pokazujecie Klientkom nową kolekcję, a jakie emocje były kiedyś, na samym początku, gdy pokazywałyście światu premierowe projekty?

 

Emocje od pierwszego projektu pozostają takie same, z taką różnicą, że teraz przed premierą czujemy jeszcze większą tremę, bo po prostu zależy nam, by sprostać oczekiwaniom naszych odbiorców, a wiemy też, że od początku postawiłyśmy sobie wysoko poprzeczkę. Zwłaszcza, że w każdą rzecz wkładamy mnóstwo serca i każdą rzecz same testujemy. 

 

Czyli najwięcej stresu jest zawsze przed premierą?

Przed premierą zawsze jest mnóstwo stresu, czy na pewno krój ok, czy może jednak można było zrobić coś inaczej, albo nawet, czy nazwa się spodoba. Potem pozostaje czekanie na pierwsze komentarze, ale też zamówienia i finalnie widok naszych Klientek w nowym projekcie – a tego widoku nigdy nam nie będzie dość! To chyba jedna z największych przyjemności w prowadzeniu własnej marki – oglądać wspaniałe i uśmiechnięte kobiety w naszych rzeczach, tym bardziej, że świetnie w nich wyglądają.

 

To dla Was zaskoczenie?

Wcale nie tak rzadko zdarza nam się powiedzieć w duchu – „kurczę, ale fajnie ograła tę płaszczobluzę – sama muszę tak spróbować”. Bo Klientki mamy naprawdę najlepsze i często zaskakują nas, jak jeszcze można wystylizować nasze rzeczy, a pomysłów zdecydowanie im nie brakuje, co jest bardzo inspirujące i motywujące.

 

 

Jak to jest prowadzić kobiecy biznes i to jeszcze z sukcesem?

To ogromna satysfakcja, mnóstwo powodów do dumy czy uśmiechu, ale też spora odpowiedzialność. Zwłaszcza w kontekście naszej społeczności, która ogromnie nas motywuje i uskrzydla, by działać i wciąż się rozwijać, a to w gorszych momentach bardzo pomaga. Nie można jednak po jednym powodzeniu spocząć na laurach, bo na sukces pracuje się bez przerwy.

My zdecydowanie nie powiedziałyśmy jeszcze ostatniego słowa, ba, mamy nawet wrażenie, że dopiero się rozkręcamy.

 

Gdyby Wasza doba miała nie 24 a 42 godziny, na co byście przeznaczyły ten czas. W ogóle byłby Wam on potrzebny? 

Oj, zdecydowanie tak. Czas jest zawsze u nas mile widziany (śmiech). Szczerze, może właśnie te dodatkowe godziny byśmy w pełni poświęciły naszym bliskim i poszukały tak zwanego balansu czy równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, bo tego rzeczywiście wciąż się uczymy i z tego co wiemy od naszych bliskich, jeszcze sporo przed nami w tym temacie. 

 

Praca na własnych zasadach to zawsze kilka kroków do przodu, a potem dwa do tyłu. Co poświęciłyście, by prowadzić MKTP?

Jeśli mamy być szczere, nie patrzymy na to przez pryzmat poświęceń, na taką drogę się zdecydowałyśmy i chciałyśmy nią pójść. Mamy nadzieję, że jeszcze sporo na niej przed nami, bo kochamy to, co robimy i daje nam to mnóstwo energii do działania. 

 

Czym jest dla Was sukces? Liczycie pieniądze, czy może dni urlopu które, jako szefowe, możecie sobie wziąć? 

Pieniądze to na pewno jedna z miar sukcesu, bo dają poczucie niezależności czy stabilności, ale też otwierają kolejne drzwi do rozwoju. Na pewno nie są jednak jedyną. Dni urlopowe w przypadku własnego biznesu to często oksymoron, bo nie ma co się oszukiwać, zdarzają się sytuacje, że jest niedziela czy jesteśmy na wyjeździe, a wpada nam coś pilnego, ale z drugiej strony, mamy to szczęście, że w dzisiejszych czasach możemy wykonywać znaczną część pracy z dowolnego miejsca. 

Dla nas największą miarą sukcesu jest satysfakcja – czy to z powodu idealnie układającej się bluzy, czy to na widok zadowolonych Klientek. Właśnie społeczność, jaką zgromadziłyśmy wokół naszej marki, dodaje nam skrzydeł i najbardziej nas motywuje. To jak Dziewczyny piszą, czy to w komentarzach, czy w wiadomościach prywatnych, daje nam chyba najwięcej szczęścia i takie poczucie na koniec dnia, że kurczę, chyba robimy dobrą robotę!

 

Czego jeszcze nie umiecie, a wiecie, że ta wiedza przydałaby Wam się w prowadzeniu MKTP?

Mnóstwa rzeczy, długo by wymieniać! Żadna z nas nie ma wykształcenia związanego z projektowaniem czy modą, wiele więc rzeczy na początku robiłyśmy intuicyjnie, doczytywałyśmy czy po prostu wierzyłyśmy na słowo, ale wiele też się nauczyłyśmy, pracując na „żywym organizmie”. Na naukę nigdy nie jest za późno, my cały czas się dokształcamy, głównie we własnym zakresie. Zwłaszcza, że własna marka to nie tylko ubrania, ale też cała machina – mamy tu na myśli marketing czy tak ważny w dzisiejszych czasach e-commerce.

 

Z kogo brałyście przykład, gdy wymyślałyście swoją markę? Inspirowałyście się istniejącymi biznesami, czy postawiłyście na swój pomysł? 

Oczywiście przyglądałyśmy i nadal przyglądamy się temu, co dzieje się na polskim rynku. Mamy też swoje ulubione marki i projektantów. Od początku jednak pomysł na założenie własnej marki wziął się z tego, że obie miałyśmy problem ze znalezieniem ubrań, które same chciałybyśmy nosić, a do tego od zawsze interesowałyśmy się modą.

 

I jak to się zaczęło? 🙂

Miałyśmy zacząć od topów i T-shirtów z grafikami nawiązującymi do polskiej popkultury – stąd właśnie nazwa naszej marki. Wertowałyśmy albumy o polskim designie, przeglądałyśmy książki o PRL-u, a wieczory spędzałyśmy na wspólnym oglądaniu polskich filmów – wjechał nawet taki klasyk jak „Psy”. Wystarczy jednak zajrzeć na naszą stronę, by zobaczyć, że potoczyło się troszkę inaczej i skończyłyśmy na bluzie z kapturem, którą nazwałyśmy Peleryną do zadań specjalnych. Od początku chciałyśmy też być utożsamiane z tworzeniem lokalnie, jest to dla nas szalenie ważne, dlatego zależało nam, by wybrzmiało to także w nazwie marki.

 

Lokalnie, ale czy też sezonowo?

Postawiłyśmy na dość nietypowy koncept, opierając naszą markę na ponadczasowych, uniwersalnych krojach, które nie uznają sezonowości i wyróżnia je wysoka jakość. Dlatego na stronie MKTP można znaleźć nasze bestsellery w dosłownie wszystkich kolorach tęczy. 

W kolekcjach dążymy więc do tego, by nasze ubrania nie tylko sprostały codziennym wyzwaniom, ale też podkręcały tę codzienność i sprawiały, że czujemy się świetnie nie tylko od święta, ale właśnie na co dzień. Same dobrze wiemy, że współczesne kobiety od rana są w ciągłym biegu, a do pogodzenie mają wiele ról – są najlepszymi mamami dla swoich dzieci, odnoszącymi sukcesy w pracy bizneswoman i wspaniałymi przyjaciółkami, które czasem lubią też pomyśleć o sobie i wyrwać się na drinka lub dwa. Chcemy, by nasze kolekcje im w tym pomagały, a dodatkowo podkreślały ich naturalne piękno i kobiecość. Nie przebieramy, ubrania z metką MKTP mają pozwalać czuć się swobodnie i jak najlepiej w swojej skórze, a co najważniejsze nosić je można od rana do wieczora.

 

 

Jakie są trzy sprawy, które każdy powinien rozpisać lub się dowiedzieć, zanim założy własny biznes?

Niezależnie od branży, nie ma jasnej formuły czy przepisu na własny biznes. To, co jest jednak niezmienne, to świadomość, że własny biznes to masa ciężkiej pracy, często do późnych godzin. I na to na pewno trzeba być przygotowanym, zaczynając rozkręcać własną markę. Zwłaszcza w kontekście branży modowej panuje takie dość nieuczciwe przekonanie, że to tylko imprezy czy spotkania na kawę. Rzeczywistość prezentuje się zgoła inaczej. Zdecydowanie nasz standardowy dzień nie wygląda tak, jak mogliby to sobie niektórzy wyobrażać, że wstajemy o 11:00, przeglądamy inspiracje, a w ciągu dnia wychodzimy na lunche czy sesje zdjęciowe.

Wracając do pytania – jedno to pomysł na biznes, dwa to właśnie ciężka praca, a w sukcesie poza motywacją i determinacją w zdobywaniu kolejnych celów, na pewno czasem może pomóc szczęście czy zbieg okoliczności.

 

Jesteście na bieżąco z modowymi trendami na świecie?

Warto śledzić trendy – i nie mówimy tu tylko o tych modowych, ale generalnie mieć otwarte oczy i uszy na to, co dzieje się na zewnątrz. Obserwować, reagować na zmiany, by móc sprostać oczekiwaniom odbiorców i być na nie gotowym. Inną kwestią jest rozwój – nie tylko pod kątem tworzenia, ale też nas samych, świat przyspieszył, więc znajomość nowych technologii to konieczność. Podobnie jest z innymi dziedzinami, mając własny biznes nie tylko wystarczy zatrudnić odpowiednie osoby, co wcale nie jest takie proste, ale też samemu warto orientować się w różnych tematach, choć w podstawowym zakresie.

 

Na której pomyłce nauczyłyście się najwięcej?

Pomyłki są, były z nami i zapewne będą nam się zdarzać – nikt z nas, a już na pewno nie my, nie jest nieomylny. Trudno tu jednoznacznie określić, która pomyłka była dla nas najcenniejsza. Mamy jednak wrażenie, że największą lekcję, jaką wyciągnęłyśmy na przestrzeni już ponad 5 lat prowadzenia marki, to jak sobie z nimi radzić. Uczyć się na nich – oczywiście, by nie popełniać tych samych błędów, ale też nie pozwalać, by te pomyłki nas w jakiś sposób sparaliżowały czy hamowały działania. A gdy już się je popełni, najważniejsze by skupić się na jak najszybszym rozwiązaniu problemu czy błędu, zamiast traceniu energii na rozpamiętywanie. Mieć dystans do nich, bo nawet pomyłka może nam pokazać coś w zupełnie innym świetle, doprowadzić nas do nowego, ba, nawet lepszego rozwiązania. My tak naprawdę cały czas się tego uczymy, zwłaszcza, że obie jesteśmy bardzo emocjonalne.

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo