Change font size Change site colors contrast
Moda

Sztuczność nie jest modna w tym sezonie. Rozmowa z Mój Kraj Taki Piękny

27 listopada 2020 / The Mother Mag

Ola Wołejsza i Karolina Sielska-Głuchowska, twórczynie marki Mój Kraj Taki Piękny napisały na swojej stronie internetowej, że mówią NIE sztuczności.

I z tą myślą chcemy Was zaprosić do przeczytaniu tego wywiadu. Naturalność to coś, do czego dążymy, to składowa #motherlifebalance. Sztuczność to coś, co uwiera, to ciało obce - zarówno w życiu, jak i w szafie.

Mój Kraj Taki Piękny to naturalność. Niech Wam towarzyszy na co dzień!  

 

Czego o biznesie nauczyły Was ostatnie miesiące? 

To był dla nas bardzo intensywny i pracowity czas, nie tylko ze względu na bieżącą kwestię, ale też reagowanie na zmiany i dopasowywanie się do nich. Nie obyło się bez komplikacji, część planów musiałyśmy porzucić, ale też spotkało nas w tym czasie mnóstwo dobra i wsparcia. Czego się nauczyłyśmy? Że niczego nie można brać za pewnik, że trzeba być elastycznym, ale też, że trzeba robić swoje. 

 

Czy jest jeszcze coś, czego się boicie?

Oczywiście, że się boimy – mamy rodziny, widzimy, co dzieje się na ulicach, czytamy wiadomości. Społeczeństwo nam się coraz bardziej polaryzuje, ludzie są rozczarowani, mają poczucie rozgoryczenia, bycia oszukanym. Boimy się więc nie tylko o naszych bliskich, że mogą zachorować, ale też boimy się, gdzie ta sytuacja nas wszystkich zaprowadzi i na koniec jeszcze bardziej podzieli.

 

Gdybyście miały swój biznes określić jednym zdaniem, to…?

Chaos, który staramy się okiełznać – z naciskiem na to, że z każdym dniem, idzie nam coraz lepiej.

 

Jakie uczucia Wam towarzyszą teraz, gdy pokazujecie Klientkom nową kolekcję, a jakie emocje były kiedyś, na samym początku, gdy pokazywałyście światu premierowe projekty?

 

Emocje od pierwszego projektu pozostają takie same, z taką różnicą, że teraz przed premierą czujemy jeszcze większą tremę, bo po prostu zależy nam, by sprostać oczekiwaniom naszych odbiorców, a wiemy też, że od początku postawiłyśmy sobie wysoko poprzeczkę. Zwłaszcza, że w każdą rzecz wkładamy mnóstwo serca i każdą rzecz same testujemy. 

 

Czyli najwięcej stresu jest zawsze przed premierą?

Przed premierą zawsze jest mnóstwo stresu, czy na pewno krój ok, czy może jednak można było zrobić coś inaczej, albo nawet, czy nazwa się spodoba. Potem pozostaje czekanie na pierwsze komentarze, ale też zamówienia i finalnie widok naszych Klientek w nowym projekcie – a tego widoku nigdy nam nie będzie dość! To chyba jedna z największych przyjemności w prowadzeniu własnej marki – oglądać wspaniałe i uśmiechnięte kobiety w naszych rzeczach, tym bardziej, że świetnie w nich wyglądają.

 

To dla Was zaskoczenie?

Wcale nie tak rzadko zdarza nam się powiedzieć w duchu – „kurczę, ale fajnie ograła tę płaszczobluzę – sama muszę tak spróbować”. Bo Klientki mamy naprawdę najlepsze i często zaskakują nas, jak jeszcze można wystylizować nasze rzeczy, a pomysłów zdecydowanie im nie brakuje, co jest bardzo inspirujące i motywujące.

 

 

Jak to jest prowadzić kobiecy biznes i to jeszcze z sukcesem?

To ogromna satysfakcja, mnóstwo powodów do dumy czy uśmiechu, ale też spora odpowiedzialność. Zwłaszcza w kontekście naszej społeczności, która ogromnie nas motywuje i uskrzydla, by działać i wciąż się rozwijać, a to w gorszych momentach bardzo pomaga. Nie można jednak po jednym powodzeniu spocząć na laurach, bo na sukces pracuje się bez przerwy.

My zdecydowanie nie powiedziałyśmy jeszcze ostatniego słowa, ba, mamy nawet wrażenie, że dopiero się rozkręcamy.

 

Gdyby Wasza doba miała nie 24 a 42 godziny, na co byście przeznaczyły ten czas. W ogóle byłby Wam on potrzebny? 

Oj, zdecydowanie tak. Czas jest zawsze u nas mile widziany (śmiech). Szczerze, może właśnie te dodatkowe godziny byśmy w pełni poświęciły naszym bliskim i poszukały tak zwanego balansu czy równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, bo tego rzeczywiście wciąż się uczymy i z tego co wiemy od naszych bliskich, jeszcze sporo przed nami w tym temacie. 

 

Praca na własnych zasadach to zawsze kilka kroków do przodu, a potem dwa do tyłu. Co poświęciłyście, by prowadzić MKTP?

Jeśli mamy być szczere, nie patrzymy na to przez pryzmat poświęceń, na taką drogę się zdecydowałyśmy i chciałyśmy nią pójść. Mamy nadzieję, że jeszcze sporo na niej przed nami, bo kochamy to, co robimy i daje nam to mnóstwo energii do działania. 

 

Czym jest dla Was sukces? Liczycie pieniądze, czy może dni urlopu które, jako szefowe, możecie sobie wziąć? 

Pieniądze to na pewno jedna z miar sukcesu, bo dają poczucie niezależności czy stabilności, ale też otwierają kolejne drzwi do rozwoju. Na pewno nie są jednak jedyną. Dni urlopowe w przypadku własnego biznesu to często oksymoron, bo nie ma co się oszukiwać, zdarzają się sytuacje, że jest niedziela czy jesteśmy na wyjeździe, a wpada nam coś pilnego, ale z drugiej strony, mamy to szczęście, że w dzisiejszych czasach możemy wykonywać znaczną część pracy z dowolnego miejsca. 

Dla nas największą miarą sukcesu jest satysfakcja – czy to z powodu idealnie układającej się bluzy, czy to na widok zadowolonych Klientek. Właśnie społeczność, jaką zgromadziłyśmy wokół naszej marki, dodaje nam skrzydeł i najbardziej nas motywuje. To jak Dziewczyny piszą, czy to w komentarzach, czy w wiadomościach prywatnych, daje nam chyba najwięcej szczęścia i takie poczucie na koniec dnia, że kurczę, chyba robimy dobrą robotę!

 

Czego jeszcze nie umiecie, a wiecie, że ta wiedza przydałaby Wam się w prowadzeniu MKTP?

Mnóstwa rzeczy, długo by wymieniać! Żadna z nas nie ma wykształcenia związanego z projektowaniem czy modą, wiele więc rzeczy na początku robiłyśmy intuicyjnie, doczytywałyśmy czy po prostu wierzyłyśmy na słowo, ale wiele też się nauczyłyśmy, pracując na „żywym organizmie”. Na naukę nigdy nie jest za późno, my cały czas się dokształcamy, głównie we własnym zakresie. Zwłaszcza, że własna marka to nie tylko ubrania, ale też cała machina – mamy tu na myśli marketing czy tak ważny w dzisiejszych czasach e-commerce.

 

Z kogo brałyście przykład, gdy wymyślałyście swoją markę? Inspirowałyście się istniejącymi biznesami, czy postawiłyście na swój pomysł? 

Oczywiście przyglądałyśmy i nadal przyglądamy się temu, co dzieje się na polskim rynku. Mamy też swoje ulubione marki i projektantów. Od początku jednak pomysł na założenie własnej marki wziął się z tego, że obie miałyśmy problem ze znalezieniem ubrań, które same chciałybyśmy nosić, a do tego od zawsze interesowałyśmy się modą.

 

I jak to się zaczęło? 🙂

Miałyśmy zacząć od topów i T-shirtów z grafikami nawiązującymi do polskiej popkultury – stąd właśnie nazwa naszej marki. Wertowałyśmy albumy o polskim designie, przeglądałyśmy książki o PRL-u, a wieczory spędzałyśmy na wspólnym oglądaniu polskich filmów – wjechał nawet taki klasyk jak „Psy”. Wystarczy jednak zajrzeć na naszą stronę, by zobaczyć, że potoczyło się troszkę inaczej i skończyłyśmy na bluzie z kapturem, którą nazwałyśmy Peleryną do zadań specjalnych. Od początku chciałyśmy też być utożsamiane z tworzeniem lokalnie, jest to dla nas szalenie ważne, dlatego zależało nam, by wybrzmiało to także w nazwie marki.

 

Lokalnie, ale czy też sezonowo?

Postawiłyśmy na dość nietypowy koncept, opierając naszą markę na ponadczasowych, uniwersalnych krojach, które nie uznają sezonowości i wyróżnia je wysoka jakość. Dlatego na stronie MKTP można znaleźć nasze bestsellery w dosłownie wszystkich kolorach tęczy. 

W kolekcjach dążymy więc do tego, by nasze ubrania nie tylko sprostały codziennym wyzwaniom, ale też podkręcały tę codzienność i sprawiały, że czujemy się świetnie nie tylko od święta, ale właśnie na co dzień. Same dobrze wiemy, że współczesne kobiety od rana są w ciągłym biegu, a do pogodzenie mają wiele ról – są najlepszymi mamami dla swoich dzieci, odnoszącymi sukcesy w pracy bizneswoman i wspaniałymi przyjaciółkami, które czasem lubią też pomyśleć o sobie i wyrwać się na drinka lub dwa. Chcemy, by nasze kolekcje im w tym pomagały, a dodatkowo podkreślały ich naturalne piękno i kobiecość. Nie przebieramy, ubrania z metką MKTP mają pozwalać czuć się swobodnie i jak najlepiej w swojej skórze, a co najważniejsze nosić je można od rana do wieczora.

 

 

Jakie są trzy sprawy, które każdy powinien rozpisać lub się dowiedzieć, zanim założy własny biznes?

Niezależnie od branży, nie ma jasnej formuły czy przepisu na własny biznes. To, co jest jednak niezmienne, to świadomość, że własny biznes to masa ciężkiej pracy, często do późnych godzin. I na to na pewno trzeba być przygotowanym, zaczynając rozkręcać własną markę. Zwłaszcza w kontekście branży modowej panuje takie dość nieuczciwe przekonanie, że to tylko imprezy czy spotkania na kawę. Rzeczywistość prezentuje się zgoła inaczej. Zdecydowanie nasz standardowy dzień nie wygląda tak, jak mogliby to sobie niektórzy wyobrażać, że wstajemy o 11:00, przeglądamy inspiracje, a w ciągu dnia wychodzimy na lunche czy sesje zdjęciowe.

Wracając do pytania – jedno to pomysł na biznes, dwa to właśnie ciężka praca, a w sukcesie poza motywacją i determinacją w zdobywaniu kolejnych celów, na pewno czasem może pomóc szczęście czy zbieg okoliczności.

 

Jesteście na bieżąco z modowymi trendami na świecie?

Warto śledzić trendy – i nie mówimy tu tylko o tych modowych, ale generalnie mieć otwarte oczy i uszy na to, co dzieje się na zewnątrz. Obserwować, reagować na zmiany, by móc sprostać oczekiwaniom odbiorców i być na nie gotowym. Inną kwestią jest rozwój – nie tylko pod kątem tworzenia, ale też nas samych, świat przyspieszył, więc znajomość nowych technologii to konieczność. Podobnie jest z innymi dziedzinami, mając własny biznes nie tylko wystarczy zatrudnić odpowiednie osoby, co wcale nie jest takie proste, ale też samemu warto orientować się w różnych tematach, choć w podstawowym zakresie.

 

Na której pomyłce nauczyłyście się najwięcej?

Pomyłki są, były z nami i zapewne będą nam się zdarzać – nikt z nas, a już na pewno nie my, nie jest nieomylny. Trudno tu jednoznacznie określić, która pomyłka była dla nas najcenniejsza. Mamy jednak wrażenie, że największą lekcję, jaką wyciągnęłyśmy na przestrzeni już ponad 5 lat prowadzenia marki, to jak sobie z nimi radzić. Uczyć się na nich – oczywiście, by nie popełniać tych samych błędów, ale też nie pozwalać, by te pomyłki nas w jakiś sposób sparaliżowały czy hamowały działania. A gdy już się je popełni, najważniejsze by skupić się na jak najszybszym rozwiązaniu problemu czy błędu, zamiast traceniu energii na rozpamiętywanie. Mieć dystans do nich, bo nawet pomyłka może nam pokazać coś w zupełnie innym świetle, doprowadzić nas do nowego, ba, nawet lepszego rozwiązania. My tak naprawdę cały czas się tego uczymy, zwłaszcza, że obie jesteśmy bardzo emocjonalne.

Ciąża

Niepłodność? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem…

8 listopada 2021 / Monika Pryśko

Nie znam osobiście pary, która bezskutecznie stara się o dziecko.

O dwóch takich parach tylko słyszałam. Czy to znaczy, że w moim najbliższym otoczeniu wszystkie kobiety z łatwością zachodzą w ciążę, a ich partnerzy nie mają problemów z płodnością? Nie. To znaczy, że o problemach z zajściem w ciążę się nie mówi wprost. Często nie mówi się wcale.

Choroba niepłodności jest społecznie wstydliwa, choć gdy o niej rozmawiamy, jesteśmy pełni empatii i zrozumienia. Współczujemy parom, które nie mogą zajść w ciążę, choć nadal nie wiemy, co jest przyczyną tych trudności.

Niewiedza rodzi domysły. Niewiedza tworzy bariery. 

Narine Szostak  jest twórczynią kampanii społecznej #JestemN97 mającej na celu wsparcie procesu wyjścia z tabu niepłodności.

 

Monika Pryśko: Co oznaczają dwa hasztagi, które są swoistym hasłem Twojej kampanii społecznej #JestemN97

Narine Szostak: One są bardzo wymowne, choć na pierwszy rzut oka mogą nic nie mówić. N46 i N97 to są medyczne oznaczenia choroby niepłodności żeńskiej i męskiej w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. 

 

Skąd te cyferki?

Tych cyferek jest bardzo dużo, bo każda przypadłość i każdy symptom wymaga innej klasyfikacji, natomiast ja się skupiłam na tych dwóch głównych, które niepłodność określają w sposób bardzo dobitny, które mówią jedno — chodzi o chorobę niepłodności.

Jak myślisz, to jest taki temat, że nie możemy znaleźć słów, dlatego musimy posiłkować się cyferkami?

Zastanawiałam się, w jaki sposób stworzyć język mówienia o niepłodności, niekoniecznie używając tego słowa. Bo to słowo jest trudne, szczególnie emocjonalnie. I często nie chce przejść przez gardło tym, którzy przez lata starają się o dziecko.  

 

Wydaje mi się, że to jest trudne, ponieważ jak już nazwiesz tę niepłodność, to ta niepłodność staje się faktem niezaprzeczalnym, a póki nie wyrazisz tego wprost, to jeszcze możesz mieć nadzieję, że to chwilowe, że to przejdzie. 

Stąd też te hasztagi. To jest nazwa choroby, której nie musimy wprost nazywać niepłodnością. Możemy o tym mówić, nie używając tego słowa, które wielu z nas nie przechodzi przez gardło.

 

Kiedy niepłodność została nazwana chorobą? Mam wrażenie, nie używało się słowa choroba w kontekście niepłodności. O trudnościach w zajściu w ciążę mówiło się, jakby to zależało do losu. 

Dokładnie, niepłodność to był los, kara boska, karma… Tylko zastanawia mnie, dlaczego w ten sposób nie mówimy o innych chorobach? Nikt nie mówi, że choroba nowotworowa to los czy kara boska. Mówi się: masz raka płuc, doigrałeś się, trzeba było tyle nie palić. Znamy przyczynę, przy niepłodności często nie. 

Regularnie przecież się słyszy: „Bóg obdarzył ich dziećmi”, co czasem brzmi, jakby był z góry ustalony przydział na dzieci, co nie ma żadnego związku z ciałem, fizycznością i procesami zachodzącymi w ciele, tylko z decyzją istoty ponad nami. To jest poza ludzką decyzyjnością. 

Czy to los za mnie zdecydował? Spójrzmy na to inaczej. Mam 13 lat i dostaję ataku bólu spowodowanego wyrostkiem robaczkowym. Trafiam do szpitala, gdzie mam operację. Po kilku latach mam kłopoty z  miesiączkami, jestem młodą kobietą i nie mam pojęcia,  co się dzieje w moim organizmie. Natomiast okazuje się, że taki wyrostek robaczkowy, taka rutynowa operacja potrafi wiele zniszczyć w organizmie kobiety. Patrząc na to pod kątem losu, to nie jest to los, a sekwencja wydarzeń, których my ze sobą nie wiążemy. 

To trudne, bo gdy nie pragniesz niczego więcej poza dzieckiem, nie jesteś psychicznie w stanie wtedy tych kropek połączyć. Czasami tak zwyczajnie po ludzku łatwiej jest przetrwać w tej chorobie myśląc, że to los zadecydował. Wtedy można wierzyć, że los się odmieni. Los jest traktowany jako nadzieja. Los trwa, a to pozwala myśleć, że jeszcze nic nie jest przesądzone.

 

Przerzucanie odpowiedzialności na los przynosi ulgę? 

To mechanizm, nabyty sposób myślenia, narzucony przez społeczeństwo. Bo my społecznie postrzegamy niepłodność jako coś, co nie zależy od nas. 

Przez szereg lat naszego życia przechodzimy przez wiele dolegliwości, które wskazywały na to, że mogą w przyszłości zaistnieć problemy z płodnością. Ludzie narzucają nam jednak pewien sposób myślenia, sugerując, ze niepłodność to kara, często pomijają po prostu aspekt zdrowotny. Nakłada się na nas poczucie winy, że może faktycznie zasłużyłyśmy na to, że może, zamiast robić karierę, powinniśmy wcześniej postarać się o dziecko? 

Jesteś osobą wierzącą?

Wiara w cokolwiek, w Boga, w energię, w medycynę wspiera proces leczenia niepłodności. Jestem za tym, by wspierać się wiarą i duchowością, bo ona nas tylko uspokaja. Nie ma w tym nic złego, to dobrze, jeśli mamy sposób, który pomaga nam znaleźć balans, między tym, co czujemy, chcemy i możemy. 

 

Czy spotkałaś się z takim nastawieniem, że kobiety z chorobą niepłodności są traktowane jak zgniłe jajko, z którym nie wiadomo, jak się obchodzić?  Z jednej strony para walczy o rodzicielstwo, z drugiej strony bliskie im osoby zastanawiają się, czy zaprosić na pępkowe, bo może być im przykro…

Medal ma dwie strony. Osoby, które bezskutecznie starają się o dziecko, nie mówią o swojej chorobie, nie otwierają się w swojej społeczności, w swoim najbliższym otoczeniu, wiec bliscy często nie wiedza, z czym się zmagają. A skoro nie wiedzą, to nie mają pojęcia, jak się zachować, by nikogo nie urazić. 

 

Bo ciężko mówić o zazdrości i tych wszystkich trudnych emocjach, których się często wstydzimy. 

Jest oczywiście zazdrość, i to jest naturalne. Ty jesteś w ciąży, a ja nie. Gdy ten ciążowy brzuszek wydaje się być nie do osiągnięcia, oglądanie innych kobiet, które cieszą się swoim macierzyństwem, bywa frustrujące. Natomiast osoby w naszym otoczeniu, nie wiedząc, z czym się zmagamy, nie wiedzą, jak z nami rozmawiać, a my oczekujemy, że inni będą się domyślać, jak się czujemy i czego potrzebujemy. To jest patowa sytuacja, tak się nie da. Widzę, że jest to jeden z głównych problemów par starających się o dziecko, unikanie rozmów tylko pogłębia schemat. 

 

Dlatego wkładasz kij w mrowisko? 

To jest mój cel, by zachęcać kobiety i mężczyzn, by ujawnili swoją chorobę. Często jest tak, że z góry zakładamy, że rodzina nas nie zrozumie, a gdy ona się dowiaduje o problemie, o tym, co się u nas i z nami dzieje, to pojawia się czułość i wsparcie. Sytuacja zaczyna wyglądać inaczej niż zakładaliśmy. 

 

I wtedy człowiek się orientuje, że ukrywał się niepotrzebnie. 

To ukrywanie spowodowane jest wstydem. Poczuciem, że jestem niekompletną kobietą, mężczyzną. A wiadomo, facet musi spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom. No właśnie nie musi!!

 

Kobieta też nie musi rodzić dzieci. 

To, że ktoś nie może mieć dzieci z przyczyn medycznych, nie oznacza, że inni nie mogą nie chcieć mieć dzieci, mimo że mogą mieć.

Dopóki my o tym nie mówimy, to wszyscy mają pretensje i pytają, czemu my nie mamy tych dzieci. A my nikomu nie mówimy dlaczego, a można by powiedzieć: nie mogę mieć dzieci, staramy się to zmienić, jeśli możesz, to mnie po prostu wspieraj, ale pytania o to tego nie przyspieszą.

 

Czy jakaś konkretna sytuacja spowodowała, że postanowiłaś zareagować właśnie taką kampanią?

Walczyłam o moją córkę 10 lat. Moja córka pojawiła się na świecie dzięki metodzie in vitro. Natomiast przez te lata przeszłam długą drogę, od lekarzy, uzdrowicieli, po zielarzy. Przerobiłam wszystko. Kobieta w desperacji sprawdza wszystkie opcje. Dziś z perspektywy czasu się z tego śmieję, ale te wszystkie próby były mi potrzebne, by dojrzeć, by zbudować gotowość na wejście w procedurę in vitro. Wiem, ze wielu osobom, tak jak i mnie, decyzja o in vitro nie przyszła z łatwością. 

 

A czemu ta droga jest tak długa?

To diagnostyka trwa bardzo długo i gdy przez lata nie wiesz, co ci dolega, probujesz się dowiedzieć i nie jest to proste. Trudno jest wejść w proces in vitro nie wiedząc, co ci dolega i co spowodowało niepłodność. Dokładnie przed tym samym dylematem stałam ja.  Chciałam wiedzieć, co u mnie w ciele nie działa tak, jak należy. Co jest prawdziwą przyczyną problemów z zajściem w ciążę. Nasz lekarz bardzo naciskał na in vitro, gdyż miałam niedrożne jajowody. Okazało się też, że miałam guzka na jajniku, który został zbagatelizowany. Usłyszałam, że nie ma on wpływu na podejście do in vitro. Postanowiłam zbadać na własną rękę, czy mogę udrożnić moje jajowody, choć podobno w Polsce się tego nie zaleca. Ale ja chciałam się dowiedzieć. 

 

To Ci powiedziała intuicja, przeczucie? 

Uczulam inne dziewczyny, by słuchały swojej intuicji, bo ona nie zawodzi. Postanowiłam sprawdzić to w Armenii, kraju mojego pochodzenia. Gdy leżałam już na stole operacyjnym, w celu udrożnienia jajowodów, okazało się, że moja operacja nie będzie trwała 30 minut, ale prawie 4 godziny. Okazało się, że są tam ogromne zrosty, stany zapalne, asymetria jajników. Guz, który w Polsce został zbagatelizowany, był wielkości małego jajka. 

Dziś uważam, że powodzenie procedury in vitro zawdzięczam temu lekarzowi, który zrobił mi operację, który moje narządy doprowadził do jako takiej równowagi. Dzięki temu dziś jestem mamą córki. 

 

Czy jest różnica między niepłodnością kobiecą a męską, w kontekście wstydu i akceptacji społecznej?

Niepłodność w sferze psychicznej nie dostrzega płci, ona tak samo dotyka kobiety jak i mężczyzn, natomiast mam wrażenie, że w ogóle ta niepłodność męska jest jeszcze bardziej spychana na bok. Wiele wspierających komunikatów jest skierowanych tylko do kobiet. Nie słyszymy o tym, jak leczyć azoospermię, ale wiemy już więcej na temat endometriozy. 

 

Jednak kobiety są bardziej skore do dzielenia się trudnymi chwilami.

Mężczyźni też się bardzo dobrze kamuflują. Natomiast gdy wejdziesz do kliniki niepłodności, to w kolejce czeka tyle samo kobiet, co mężczyzn. Statystyki mówią bardzo jasno, że 20-30% niemożności zajścia w ciążę wynika z czynnika męskiego. A do 2050 roku ten odsetek wzrośnie nawet do 50%. 

 

Dlaczego tak jest?

Bo niepłodność to choroba cywilizacyjna, tak jest określana przez WHO. Na niepłodność wpływa cala masa czynników, i świadomość tego jest kluczowa, by temu przeciwdziałać. Ale by tak się stało, potrzebna jest edukacja, bo wciąż w społeczeństwie jest przekonanie, ze to kobiecie tyka zegar biologiczny, a facet może mieć dzieci zawsze. A tak nie jest. 

 

Chciałabyś to zmienić?

Marzę o tym, by osoby niezależnie od płci, borykające się z niepłodnością, nie bały się mówić o swojej chorobie, bo wiem, że mówienie o niej otwarcie wspiera proces leczenia, wspiera nas psychicznie, bo nie czujemy presji, by ukrywać swoją historię. 

 

Przeczytałam w książce „Terapia przez pisanie”, że samo ukrywanie tajemnicy jest cięższe emocjonalnie niż posiadanie tejże tajemnicy.

To wszystko dewastuje naszą psychikę, a przecież my musimy funkcjonować i mieć energię w sferze zawodowej, osobistej, towarzyskiej. Ile kobiet ukrywa w pracy, że właśnie przechodzi procedurę in vitro? I jak bardzo byłoby im lżej, gdyby to było jasne i nie musiałyby kombinować, kiedy zrobić sobie zastrzyk w brzuch, żeby nikt nie zobaczy.  To jest ogromny stres! To wielka ulga móc śmiało powiedzieć: czasami mogę być mniej dyspozycyjna, chciałabym, byś o tym wiedział / wiedziała, potrzebuję wsparcia. Ludzie mają serce i to po właściwej stronie. Warto zrobić ten krok, bo to jest tylko dla naszego dobra. 

 

Warto jest zacząć zmianę od rozmowy, zamiast zmieniać nieprzygotowanych ludzi. Przygotowujesz ludi do zmiany?

Nie da się tego zrobi inaczej. Zachęcam do opowiadania swoich historii, one będą nam służyć i będą wspierać proces zwiększenia świadomości u osób, które nie są zainteresowane osobiście, ale może znają kogoś, kto walczy o bycie rodzicem.

 

___

 

Autorka zdjęć: Patrycja Toczyńska

This error message is only visible to WordPress admins
Error: No posts found.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo