Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jak to jest być kobietą? Lepiej.

5 września 2019 / Monika Pryśko

Jak to jest być kobietą?

Lepiej. To ulga i poczucie, że jestem na miejscu. Nie wiem, jak Ci to wytłumaczyć. Jak stracisz nogę, widać, że nie masz nogi. Ale jak udowodnić, że masz w sobie kobietę, nie faceta?

Urodziłam się w 1982 roku. Gdy miałam 5 lat, zaczęłam czuć, że coś jest nie tak.

Nie umiałam jednak tego nazwać. Bo w zasadzie, jaki ja miałam problem? Że nie wiem, dlaczego koledzy chcą bawić się w to, a nie w tamto? Próbowałam tłumaczyć to sobie innością. Przecież każdy jest inny. Gdy miałam 10 lat, nie do końca wiedziałam, kim jest osoba transpłciowa, natomiast doskonale wiedziałam, że jestem w środku kobietą. Bardzo chciałam być kobietą, ale wiedziałam, że jedno moje słowo wystarczy, bym została uznana za zboczeńca. Pamiętaj, to były lata 90-te. 

2013 rok. Oglądamy ,,Rozmowy w toku’’. Akurat leci odcinek o osobach trans. – O, przerobił się na babę – komentuje ojciec. Jak słyszysz coś takiego, robisz wszystko, by to zagłuszyć. Robisz wszystko, by takim ,,czymś’’ nie być. 

Kiedyś tłumaczyłam to sobie dzieciństwem. Że tata dużo pracował i w zasadzie większość czasu spędzałam z mamą. No ale mój brat nie ma takiego problemu. Potem zaczęłam tłumaczyć to okresem dojrzewania. Wiesz, wtedy największe głupoty przychodzą do głowy, człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić. Potem mówiłam sobie, że za dużo siedzę na komputerze, w sieci roi się od treści porno fetyszyzujących takie osoby, więc pewnie ja też mam po prostu fetysz. Kolejna myśl – jak będę mieć dziewczynę, rodzinę, dzieci – wtedy na pewno mi przejdzie. Zakopujesz myśl o kobiecie, którą jesteś, głęboko, by przypadkiem jej w sobie nie znaleźć.

Ale to uczucie jest jak piłka plażowa, którą chcesz wcisnąć pod wodę – im bardziej chcesz ją wcisnąć, z tym większym impetem wyskakuje i cię uderza.

Przyznałam się żonie. To, co później się działo, było dla mnie lekcją pokory i siły. Dzwonię do rodziny i mówię – przyjeżdżam, muszę Wam o czymś powiedzieć. Gdy zaczęłam mówić, widziałam tylko ich coraz większe oczy. 

Wigilia 2016. Patrzę na siebie w lustrze i mówię – nie dam rady. Nie wytrzymam dłużej. Będzie bolało, ale nie wytrzymam ani dnia dłużej. A przecież mam dzieci, kredyt na mieszkanie. Nikt nie rozumie, co przeżywam, a ja sama sobie mówię, że to koniec… 

  1. Poszłam na spacer w spódnicy. Potem tata potem spojrzał na mnie z taką pogardą, że nie byłam w stanie wyjść z pokoju. Siedziałam pod ścianą. 

Mama jest mi teraz najbliższą osobą. Zawsze była.

Ona nie wiedziała, nie domyślała się, ale zaakceptowała mnie. Teraz mamy relację mama-córka. Na przykład mama dzwoni i mówi, że fajną spódnicę znalazła i czy mi kupić. – Tylko nie pokazuj tacie, bo wiesz, jaki on jest – prosi. Wiem. Przychodzę z pracy, jem obiad, oglądamy z mamą francuski film. Mówię ci, świetny, ,,Zupełnie Nowy Testament’’. W połowie filmu przychodzi ojciec i przełącza na wiadomości. Pytam, co robi?  – Gościu, jakbyś się jeszcze nie zorientował, ja tu mieszkam – mówi. Mieszkam u rodziców. Odejmując z wypłaty ratę kredytu na mieszkanie, w którym mieszkają moje dzieci i ich mama, oraz alimenty, nie zostaje mi nawet na wynajęcie pokoju. Ojciec nadal mówi do mnie ,,on’’, ale przynajmniej po kilku awanturach przestał źle reagować na kobiece ubrania i makijaż. Stara się, widać. 

Ja też nie wiem, jak to możliwe, że jako mężczyzna miałam żonę, a teraz mam chłopaka.

Sama się zastanawiam. Chyba wszyscy jesteśmy biseksualni, zakochujemy się w ludziach, nie w płci. A może to przez hormony? Rządzą nami emocje, które podświadomie rzucają nas w ramiona odpowiedniej osoby? Nie podobali mi się mężczyźni. Nie byłam gejem. Uważam się obecnie za osobę biseksualną. Jeśli reprezentujesz kobiecą energię, to potrzebujesz uzupełnienia. Wiesz, że uprawianie seksu jako facet było dla mnie absolutnie nieatrakcyjne? Podczas uprawiania seksu, odgrywanie męskiej roli wywoływało u mnie dysonans, a bardzo chciałam dać tej drugiej osobie wszystko, co mogę, więc, aby stosunek się udał, wyobrażałam sobie, że jestem ,,po tej drugiej stronie”.

Mój facet jest hetero.

Mieszka po drugiej stronie globu, więc nasz kontakt odbywa się tylko za pośrednictwem telefonu i komunikatorów. Oczywiście, że zastanawiam się, co ja właściwie robię, zważywszy na to, jak moje życie wyglądało jeszcze przed chwilą. Ale dziewczyno, przecież o coś takiego ci chodziło, tego teraz chcesz, potrzebujesz, szukasz. Ma dobry charakter. Jakimś cudem potrafi mnie wyciągnąć z największego doła. Jeżeli kogoś kochasz, potrafisz mu pomóc, prawda? Nazywam go właśnie „moim cudem”. 

Biorę dość niską dawkę hormonów. Mam piersi. Po 3 miesiącach wyglądałam jak kobieta . 

Mając kobiece ciało wszystko się odblokowało. Zamiast poczuć, że coś dzieje się nie tak, poczułam, że w końcu wszystko jest na miejscu. Dopiero teraz czuję, że jestem normalna! Gdy poszłam pierwszy raz w spódnicy na miasto i poczułam na sobie wzrok mężczyzny, to… nie do opisania. Wiesz, jaka to ulga? 

Jeśli jakiś facet mówi, że się nie masturbuje, kłamie. Po prostu czujesz, że musisz, bo zaraz pękniesz. Za każdym razem, jak musiałam to zrobić, czułam ulgę i obrzydzenie jednocześnie. Obrzydzenie do samej siebie. Gdy zaczęłam brać blokery testosteronu i ta potrzeba osłabła, to było najpiękniejsze uczucie w moim życiu. 

Nigdy nie miałam pojęcia, o czym mężczyźni mówią. Dla mnie samochód może być albo ładny, albo brzydki. 

Są na tym świecie rzeczy, które może i są wytłumaczalne, ale lepiej ich nie tłumaczyć, niech są. Ufam moim dzieciom, wiem, że są mądre. 

Nie czuję się mamą. Pewnie, że bym chciała, by dzieci mówiły do mnie mamo, ale moim dzieciom nie jest potrzebna druga matka, ale kontakt, relacja ze mną. Mój syn doskonale odnalazł się w tej sytuacji. Nadał każdemu członkowi rodziny pseudonim. Nie jestem więc już tatą. Po rodzinnej wizycie u psychologa ustaliłyśmy wspólnie, że dzieci mówią do mnie właśnie tak, używając pseudonimu. I zwracają się do mnie ONA. 

Chciałabym być mamą. To jest magia, to jest część bycia kobietą.

Macierzyństwo zmienia człowieka. Może w innym życiu uda mi się być mamą? W życiu nie będę śmiała prosić, by dzieci tak do mnie mówiły. Mam za duży szacunek do mamy moich dzieci. Druga kobieta nie zastąpi ojca.  

Chcę wyjechać. Prawdopodobnie zostawię swoje dzieci. Ale powiedz mi, co jest dla nich lepsze – tatuś, który żyje, chociaż jest daleko, czy tatuś, który jest na miejscu, ale nieszczęśliwy. I którego mogłoby nie być.

Mam cukrzycę od 13. roku życia.

Myślisz, że o siebie dbałam? Nie, nie było ,,self love’’. Za to co jakiś czas zastanawiałam się, kiedy przyjdzie ten moment, gdy po prostu umrę. A potem okazało się, że mam nagle 35 lat i jeśli do tej pory nie trafił mnie szlag, w takim stanie przeżyję kolejne 60. Więc albo ze sobą skończę teraz, albo coś z tym życiem zrobię.  Próbowałam się udusić. Próbowałam wywołać atak serca włażąc do wrzątku. Mam cukrzycę… Tamtej jesieni co kilka dni szłam po pracy do lasu, kładłam się na liściach, wyjmowałam nakłuwacz, ładowałam 60 jednostek insuliny, wkuwałam się w skórę. Kciuk był na tłoczku. Myślałam – jestem potworem, dzieci przeze mnie cierpią, rodzina się mnie wstydzi, kończę z tym. Ale żyję. To nie była myśl – nie, nie zrobię tego, nie zabiję się. Po prostu patrzysz na swoją rękę i czujesz, że ona nie jest twoja. Miałam intencję, żeby zniknąć, żeby sobie pomóc. Nie wiem, czemu nigdy nie nacisnęłam tłoczka, nie wiem, co to była za siła. Gdy wracałam wtedy do domu, czułam się jak zgwałcona kobieta. Taka zmiętolona, poszarpana wewnętrznie. Szłam i myślałam, że dziś tego nie zrobiłam, ale wiem, że spróbuję znowu. Że to nie ostatnia próba. 

Wiesz, że chciałabym sobie zrobić operację?

Chcę zrobić tak, żeby nie produkował mi się testosteron, a do tego muszę prawnie zmienić płeć. Bo mężczyźnie nie można usunąć narządów płciowych, lekarzowi grozi kara za okaleczenie mężczyzny, który jeszcze może mieć dzieci. Żeby zmienić płeć, musiałam pozwać moich rodziców. Napisałam, że ich pozywam, że urodziłam się z płcią metrykalną męską, ale zawsze czułam się dziewczynką. Do tego kilogramy dokumentacji medycznej. Badanie dna oka, RTG czaszki i siodełka tureckiego, EEG mózgu, wywiad psychologiczny, wywiad psychiatryczny, opinia biegłego sądowego, test psychologiczny, opinia neurologa, badanie hormonów, badanie kariotypu. Miałam szczęście, że lekarze byli mnie ciekawi i przez to podchodzili do mnie życzliwie, inaczej to wszystko trwałoby znacznie dłużej. Półtora roku zbierałam całą dokumentację. To było bardzo poniżające. Musisz udowodnić, że nie jesteś niespełna rozumu. I każdy, dosłownie każdy musi ze szczegółami poznać twoją historię, więc każdemu opowiadasz, bo zależy ci, w końcu od tej osoby zależy twoja legalna przemiana. 

Nie mogę odebrać listu poleconego, bo kobieta na poczcie mnie nie poznaje, przecież mam dowód na mężczyznę.

Kupuję synowi kartę do telefonu i słyszę – poproszę dowód. Nie mogą mi sprzedać karty, bo wyglądam jak kobieta, ale w dowodzie jest zdjęcie mężczyzny. I znowu muszę tłumaczyć, kim jestem. Pani nadal nie może mnie obsłużyć, bo tu są kamery. Muszą dwie osoby potwierdzić zgodność mojej osoby ze zdjęciem w dowodzie. Czułam się jak zwierzę. Ciekawostka przyrodnicza. Bez godności.

Jestem w tym kraju śmieciem. Wciąż czuję, że muszę przepraszać.

Nie robisz mi łaski, jeśli mnie akceptujesz. Jestem człowiekiem. Nie powinno się mnie traktować jak kogoś gorszego. Zostawcie mnie w spokoju! Nie jestem sprawą publiczną, nie jestem obiektem z programu telewizyjnego. 

Z blogiem to była ciekawa rzecz. Wiesz, nigdy mnie to nie kręciło, ten social-świat. Z tej całej samotności zaczęłam szukać informacji o ludziach takich jak ja. Odkryłam Tumblr. Tam byli ludzie z historią podobną do mojej, ale oni żyli normalnie, oni mi dali nadzieję, że można być socjalnie akceptowanym. Stwierdziłam, że sama zacznę pisać, by dać upust emocjom. Wiesz, pod pseudonimem, po angielsku. Miałam nadzieję, że nikt tego nie będzie czytał.  Ale nagle zaczęli odzywać się ludzie, zaczęli komentować, opowiadać mi swoje historie. Że hej, zainspirowałaś mnie do zmian, ujawnię się, choć nie jest łatwo, bo jestem żołnierzem w Iraku. Zobacz, pomagając sobie pomagam innym.

W tej chwili, gdy rozmawiamy, prawdopodobnie co najmniej setka osób rozważa samobójstwo.

One nie chcą się zabić, bo coś im w życiu nie wyszło. One nawet boją się spróbować być sobą i żyć, bo wiedzą, co je czeka. Obiecałam sobie, że jeśli nie popełnię samobójstwa i wytrwam, to opowiem o sobie. Będę ambasadorem, bo mam, nomen omen, jaja, by o tym mówić i się tego nie boję. Chcę o tym mówić. Chcę walczyć. Nie chodzi o to, by zmieniać świat i ludzi. Chodzi mi o to, by powiedzieć tym wszystkim osobom, które wieszają sobie pętlę na szyję, że nie są potworami. One muszą zrozumieć, że mają przyszłość. 

Pomagam innym. Będę to robić, nie dla siebie, ja już tego nie potrzebuję. Ale nie jestem w stanie znieść myśli, że w każdej możliwej sekundzie ludzie popełniają samobójstwa, bo rodzina, bo kościół, bo cośtam. 

Bardzo szybko zaczęłam mówić o sobie ,,ona’’. Tak naprawdę w myślach robiłam to już od dawna.

Moje największe marzenie, by ludzie na ulicy mówili do mnie ,,prosze pani’, spełniło się.

Ale wciąż siedzę w tramwaju i zastanawiam się, kiedy ludzie zaczną wytykać mnie palcami. Patrz, facet się przebrał za babę. Wiesz, boję się, że to ze mną zostanie, że nie pozbędę się tego do końca życia. Że nie będę umiała wsłuchać się w swój własny głos, który dawał mi pewność siebie. 

 

Marta:

Od sierpnia jestem już prawnie kobietą. Mam nowe imię, pesel i otwartą drogę do chirurga. Wiem, że nigdy nie będę w pełni taka, jak większość czytelniczek, że będę się wiecznie martwiła o głos, owłosienie na twarzy czy budowę kości, bo to są efekty działania testosteronu, których ani leki, ani żadne lasery nie cofną. Wiem też, że nie cofnę czasu, nie przywrócę mojego, na zawsze utraconego dzieciństwa, dorastania, rozbitej rodziny, niewinności, skrzywdzonych bliskich. Ale nawet jeśli skazuję siebie na wieczną walkę ze światem i, przede wszystkim, z samą sobą – chciałabym, żeby ktoś o mnie usłyszał, a może świat wokół nas zacznie się zmieniać i przyszłe pokolenia osób mi podobnych będą miały choć trochę łatwiej. Wszystko zaczyna się od zobaczenia w nas człowieka.

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo