Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

‚6 pytań do’, czyli mini wywiad z Martą Śliwicką

17 stycznia 2018 / Monika Pryśko

Niech Was dziś zainspiruje Marta Śliwicka.

Dziewczyna z Sopotu, która wprawdzie nie mówi, jak żyć, ale pisze o tym, jak i co jeść, by nie burczało w brzuchu. Jej instagramowe zdjęcia z podróży inspirują jak mało co. No i jest mamą. :) Jaki masz pomysł na macierzyństwo? Nie wiem, czy wraz z nadejściem macierzyństwa trzeba mieć na nie konkretny pomysł. Macierzyństwo traktuję jako...

Niech Was dziś zainspiruje Marta Śliwicka. Dziewczyna z Sopotu, która wprawdzie nie mówi, jak żyć, ale pisze o tym, jak i co jeść, by nie burczało w brzuchu. Jej instagramowe zdjęcia z podróży inspirują jak mało co. No i jest mamą. 🙂

Jaki masz pomysł na macierzyństwo?

Nie wiem, czy wraz z nadejściem macierzyństwa trzeba mieć na nie konkretny pomysł. Macierzyństwo traktuję jako coś naturalnego, następny etap mojego życia, w który przeszłam płynnie z bagażem moich dotychczasowych doświadczeń. Ustalanie planu działania, szukanie pomysłu, wydaje mi się sztuczne. Najważniejsze jest to, aby kierować się miłością do dziecka i swoją intuicją, one zawsze magicznie sprawiają. że postępujemy właściwie.

Myślę, że prawdziwe wyzwania dopiero przede mną, gdy dzieci urosną. Teraz mój syn jest zapatrzoną w rodziców (a szczególnie w swojego tatę) słodką kuleczką, która dostarcza nam radości i śmiechu, ale zdaję sobie sprawę, że za parę lat będzie dużo trudniej pewne rzeczy mu wytłumaczyć i chronić go przed niebezpieczeństwami. Są oczywiście pewne kierunki, w które chcę podążać i mam nadzieję, że w tych zasadniczych kwestiach nie zdarzy mi się daleko zboczyć z drogi.

Chcę być dla moich dzieci przyjaciółką, chcę, żeby oprócz kochającej mamy widziały we mnie kogoś, komu mogą się zwierzyć z nurtujących ich problemów i nie będzie wiązało się to z wyśmianiem czy szlabanem na wyjścia.

Chcę być zawsze uczciwa, nie chcę na jakiejś błahostce stracić wiarygodność. Uzmysłowiłam to sobie, gdy mój syn, mimo tak młodego wieku, śmiertelnie się na mnie obraził, gdy oszukałam go, że jedziemy na plac zabaw, kiedy w rzeczywistości wybieraliśmy się na szczepionkę. Gdy płakał przed zastrzykiem, widziałam w jego oczach nie strach przed bólem, ale pretensję, że go oszukałam. Od tamtego czasu zauważyłam, że dużo lepiej sprawdza się „Kochanie, dzisiaj pójdziemy do Pani Doktor, zrobi małe ała w rączkę, ale będziesz dzielny, prawda?”.

Chcę być konsekwentna, ale nie zasadnicza, mieć swoje zasady, które dzieci będą szanować, lecz nie egzekwować ich za wszelką cenę.

Chcę pokazywać dzieciom świat w wielu kolorach, poznawać z ludźmi, którzy dokonali innych życiowych wyborów, niż te tradycyjnie rozumiane. Bardzo zależy mi na tym, żeby wychować mądrych, otwartych ludzi, którzy nie będą bać się inności i popadać w fundamentalizm.

Twoje dziecko pyta – mamo, co robisz w życiu? – co odpowiadasz?

Na tym etapie powiedziałabym: Kochanie, mama robi w życiu wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi razem i każde z osobna.

Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie potrafisz wytłumaczyć jednym zdaniem swojemu dziecku, na czym polega twoja praca, to prawdopodobnie jest ona nieistotna dla świata. Wyobraźcie sobie, gdzie w rankingu istotności plasuje to osoby zajmujące się na co dzień social mediami, skoro mam takie same problemy z wytłumaczeniem tego osobom nieco starszej daty.

Dorosłemu odpowiedziałabym, że jestem swoim własnym szefem w agencji social mediowej, kulinarną blogerką, autorką książki „burczymiwbrzuchu.śniadania” i niewykonującym zawodu radcą prawnym. I to wszystko (na razie z powodzeniem) łączę z rolą mamy.

Jaki jest twój ulubiony kobiecy rytuał?

Gdyby nie słowo „kobiecy”, pewnie zaczęłabym się rozpisywać na temat jedzenia i wina.

Śmieję się, że świat się pomylił i powinnam urodzić się mężczyzną. Mam dość specyficzne podejście do życia, raczej pragmatyczne, nie lubię zakupów i wymyślania sobie niepotrzebnych problemów. W związku nie jestem zazdrośnicą ani zrzędą, a raczej dobrym kumplem. No i poza gotowaniem, daleko mi do perfekcyjnej pani domu. Oczywiście żartuję, bo sama nienawidzę tak stereotypowego postrzegania kobiet.

Niestety typowo kobiecych rytuałów dopiero się uczę. „Niestety”, bo chciałabym już mieć za sobą lata testów i eksperymentów, znać swoją skórę i ciało, i wiedzieć, co mu służy. A tymczasem, jestem już bardzo blisko trzydziestki i cały czas w tym temacie raczkuję. Gdy niedawno odkryłam, że jestem w ciąży, zanim wykonałam jakiekolwiek badania zbliżające mnie do odpowiedzi na pytanie, jakiej płci będzie moje dziecko, moja mama piała z zachwytu, że tym razem będzie dziewczynka. Faktycznie, zupełnie niespodziewanie zaczęłam spędzać więcej czasu na portalach urodowych, wydawać zdecydowanie za dużo pieniędzy na maseczki i kremy i przykładać większą wagę do tego, co mam na sobie. I oby tak zostało, bo dzięki temu odkryłam, że świat kobiecych rytuałów może być pasjonujący, a nie być tylko stratą czasu.

Moja mama miała rację, tym razem będę miała córkę. Jest to dla mnie kompletnie nowe doświadczenie. I choć nie będzie miała mamy, która pokaże jej, jak malować paznokcie i zrobić dobieranego warkocza, zrobię wszystko, aby była silną i niezależną kobietą i nigdy nie myślała, że czegoś jej nie wolno dlatego, że urodziła się dziewczynką.

Które trzy rzeczy lub sytuacje dały ci ostatnio najwięcej satysfakcji?

  1. To może nie zalicza się do „ostatnio”, bo daje mi nieprzerwaną satysfakcję od 2,5 roku, mowa o oczywiście o moim synu. Jestem w nim ślepo zakochana i nawet nie będę się starać tego ukrywać. Obserwuję, jak się pięknie rozwija, ile skomplikowanych procesów przetrawia ta mała główka i jestem niesamowicie dumna, że jest moim synem. Jest uparty, ale otwarty na logiczną argumentację, ma już zalążki sarkastycznego poczucia humoru i łobuzerski błysk w oku. Lubi proste umowy z rodzicami, aby wiedzieć, na czym stoi, no i co najlepsze, jest małym smakoszem. Ponieważ raczej nie dał nam popalić, trochę się boję, że córka będzie humorzasta i będzie budzić w środku nocy gotowa do zabawy, zgodnie z zasadą, że nikt nie rodzi dwójki bezproblemowych dzieci.
  2. Napisanie książki. Wspólnie z moją blogową partnerką Tosią napisałyśmy książkę „burczymiwbrzuchu.śniadania” z przepisami na wyjątkowe poranne dania. Najbardziej satysfakcjonujący moment tego procesu, to chyba trzymanie książki w rękach po raz pierwszy i wielka kolejka ludzi, która ustawiła się do nas pod dedykację.
  3. Założenie własnej firmy. Lata temu, gdy pracowałam na etacie jako prawnik, byłam strasznie sfrustrowana. Nie dość, że nie widziałam się do końca życia w tej mało kreatywnej pracy, to jeszcze byłam przytwierdzona do fotela od 8 do 16, a zimą przesiadywałam w pracy całe światło dzienne. Wiem o tym, że wiele osób pracuje w ten sposób i nie widzą problemu, ale ja nie umiem. Jestem raczej nocnym Markiem, mój mózg jest w najlepszej formie pod wieczór, a w dzień lubię iść na spacer wtedy, kiedy mam ochotę. W życiu potrzebna mi elastyczność, w pracy też. Dzięki założeniu własnego biznesu odżyłam i wreszcie kocham to, co robię. No i postanowiłam sobie, że już nigdy nie będę mieć szefa.

Spontanicznie czy z kalkulatorem? jak warto według ciebie podchodzić do życia?

Tylko spontan! Mając z tyłu głowy, żeby zapewniać dziecku jak największą liczbę bodźców. Nowe miejsca, podróże, spotkania z wieloma osobami, młodszymi i starszymi, nietypowe zabawy,  to wszystko rozwija w przyśpieszonym tempie. Pamiętam, że gdy Julek był młodszy, wszyscy otwierali szeroko oczy, że nie ma wyznaczonych z góry godzin drzemki, posiłku, kąpieli i pójścia spać, „bo dziecko lubi regularność i powtarzalność”. A ja nie chciałam, żeby każdy dzień mojego dziecka wyglądał tak samo. Dlaczego od samego początku życia miałabym pokazywać mojemu synowi, że życie jest nudne i powtarzalne i narażać go na kompletny szok, gdy pewnego dnia wypadnie taki dzień, że plan trzeba będzie zmodyfikować?

Z kalkulatorem podchodzę tylko do spraw bezpieczeństwa, w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie mój syn, momentalnie kalkuluję wszystkie ryzyka i na tym polu chciałabym trochę bardziej wyluzować (oczywiście zachowując pewne racjonalne ramy). Podchodzę do tego zbyt histerycznie i strasznie zazdroszczę mojemu mężowi, że potrafi zadbać o to, aby Julkowi nic się nie stało, jednocześnie nie zadręczając się w nocy, że coś mu się stanie za 15 lat na imprezie (śmiech).

Czym jest według ciebie hasło Mother-Life Balance?

Ideą, którą kieruję się w moim macierzyństwie. Kocham mojego syna i uwielbiam spędzać z nim czas, ale głęboko wierzę w to, że, jak we wszystkim, trzeba złapać odpowiedni balans i mieć jakąś odskocznię, bo w przeciwnym razie można zwariować. Oczywiście mogę tak mówić dlatego, że mam przy sobie męża, który sprawiedliwie dzieli się ze mną opieką nad synem, a gdy chcemy na chwilę wyjść czy wyjechać gdzieś tylko w dwójkę, z pomocą przychodzą nam dziadkowie. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taką możliwość.

Odskocznia to dla mnie nie tylko możliwość wyjścia gdzieś wieczorem bez dziecka, bo z takiej odskoczni korzystam nieczęsto. To głównie możliwość przekazania komuś odpowiedzialności i czynności związanych z opieką, mimo wszystko pozostając obok.

Rok temu zdecydowaliśmy się posłać syna do żłobka. Kierowały nami dwa powody, po pierwsze, w miarę jak robił się starszy, coraz trudniej było mi wykonywać moją pracę. Po drugie, obserwowaliśmy, jak zachowuje się i rozwija, gdy bawi się z dziećmi naszych znajomych i zrozumieliśmy, że nadszedł czas, w którym już nie możemy mu dać tej części, którą zapewni mu kontakt z rówieśnikami.

Mamy szczęście do fantastycznego żłobka, a ja codziennie upewniam się, że podjęliśmy dobrą decyzję, gdy obserwuję, jak bardzo syn się rozwinął dzięki codziennemu przebywaniu z dziećmi. Polecam to każdej mamie i każdemu tacie, jeśli mają na to możliwości finansowe. Nawet, jeśli mieliby w tym czasie po prostu usiąść i w spokoju wypić kawę, warto.

Jestem ciekawa, jak uda mi się złapać balans przy drugim dziecku, ale jestem dobrej myśli. Z synem regularnie pojawiałam się na spotkaniach biznesowych w nosidełku, więc i tym razem coś wymyślę.

Rozmowy

Jeśli dom, to tylko przytulny. Rozmawiamy z Moniką Wejman, właścicielką sklepu HugMe

10 listopada 2022 / The Mother Mag

Dom ma być ciepły i przytulny.

Taką zasadę wyznaje Monika Wejman, właścicielka sklepu HugMe, miłośniczka oryginalnego designu i rękodzieła. Przeczytajcie jak wygląda życie świeżo upieczonej przedsiębiorczyni.

Moniko, jak to się stało, że dziewczyna pracująca w biurze, matka 2 dzieci, psycholog z wykształcenia stworzyła markę dodatków do domu?

 

Tak się spełnia marzenia, na które nie można było sobie pozwolić wcześniej. Zawsze miałam artystyczne zapędy, ale gdy wybierałam studia, nie było mnie stać na czesne w upatrzonym studium charakteryzacji i kostiumografii. Poszłam więc na psychologię i szybko zaczęłam pracować, chociaż nie w zawodzie, a po godzinach szyłam sukienki dla lalek, maskotki czy poduszki. W życiu prywatnym dorobiłam się męża, dzieci i licznych przeprowadzek, które mam nadzieję, już się skończyły. Mieszkamy w Olsztynie i niech tak zostanie! Bardzo zależało mi, żeby “na swoim” było przyjemnie i przytulnie, żeby nasz dom wyrażał nasze pasje i upodobania. Zaangażowałam się w urządzanie mieszkania i pokochałam to, a że w pracy dotknęło mnie wypalenie, zaczęłam myśleć o zrobieniu z pasji sposobu na życie. Tak narodziło się HugMe. Własny biznes to skok na głęboką wodę, ale nie żałuję, że go zrobiłam i  każdemu polecam takie odważne kroki.

 

Jakie wnętrza lubisz?

 

Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie naszego domu. To mieszanka starego z nowym – klasyczna biało/drewniana baza jest wzbogacona masą kolorów i faktur, książek, pamiątek i roślin. Poduszki i narzuty mają kluczowe znaczenie w tworzeniu takiego klimatu, a znalezienie odpowiednich nie jest proste. A właściwie nie było, bo teraz jest HugMe (śmiech).

 

 

Opowiedz o HugMe, czyli Twoim sposobie na to, by mieć takie wnętrze i pomóc innym w urządzaniu się. 

 

HugMe to efekt mojego podziwu i szacunku dla rękodzieła i artystów rękodzielników. Zawsze uważałam, że przedmioty wykonane ręcznie mają niezwykłą wartość – autor wkłada bardzo dużo swojego czasu i wysiłku oraz serca w to, aby przedmiot ten był piękny i wyjątkowy. Uwielbiam naturalne tkaniny, ważne jest dla mnie etyczne pochodzenie produktów, bo dbam o środowisko. Produkty, które sprowadzam do sklepu, są wytwarzane w niewielkich lokalnych manufakturach, co oznacza, że przy ich zamawianiu pojawiają się różnice językowe, kulturowe a nawet czasowe. To czasem niezła przygoda. 

 

Rozumiem, że sprowadzasz do Polski dodatki z różnych krajów. Jak je wyszukujesz? 

 

W asortymencie HugMe są obecnie produkty z Argentyny, Maroka, Indii, Turcji i Mali. Fascynuje mnie bogactwo rękodzieła z całego świata, mam już na oku kolejne przepiękne produkty z Portugalii, Grecji czy Litwy. Za każdym razem produkty znajduję w podobny sposób. Poszukuję inspiracji, przeglądam zdjęcia, blogi, czasopisma. Jeżeli jakiś produkt zwróci moją uwagę, poszukuję informacji o tym skąd pochodzi, jak jest wytwarzany i przez kogo. 

 

 

Czyli każdy produkt w Twoim sklepie to efekt Twojego śledztwa?

 

Jasne! Pierwszym produktem, w którym się zakochałam na zabój, były okrągłe poduszki z pomponami – na początku wiedziałam tylko, że są utkane z wełny i pochodzą z Argentyny. Znalazłam jedynie dwa sklepy w Stanach Zjednoczonych i jeden we Francji, które oferują ten produkt na sprzedaż. Uznałam więc, że odnalezienie manufaktury produkującej te cuda i sprowadzenie poduszek do Polski będzie dla mnie dużym wyzwaniem. I tak też było. Odnalazłam producenta i nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że poduszki tkają artyści rękodzielnicy, zrzeszeni w niewielkiej lokalnej manufakturze. Technika utkania poduszek jest wyjątkowa ponieważ używają oni okrągłych krosien. Wełna, z której utkane są poduszki, pochodzi od lokalnych dostawców. Wszystko to sprawiło, że produkt ten, poza swoim niezaprzeczalnym pięknem, jest produktem regionalnym, naturalnym, wytwarzanym etycznie i z dbałością o środowisko. 

 

Co w swojej pracy lubisz, a za czym nie przepadasz?

 

Poszukiwanie inspiracji i nowych produktów jest najprzyjemniejsze. Później zaczyna się ta mniej fajna część, czyli formalności związane z dogadaniem zamówienia i transportu przesyłki do Polski. Nie jest to takie proste, ponieważ nie zawsze producenci posługują się językiem angielskim, istnieją też różnice kulturowe w tzw. “dobijaniu targu”, a płatności odbywają się w różnych walutach.

Nie zawsze udaje mi się porozumieć z producentem i zamówić to, co mi się podoba. Zdarzyło się, że producent nie chciał udzielić mi szczegółowych informacji na temat manufaktury wytwarzającej dany produkt lub też miałam wątpliwości, co do jakości tkaniny. W takiej sytuacji nie podejmuję współpracy i szukam od nowa.

 

 

Aktywnie prowadzisz swój profil w mediach społecznościowych (na Instagramie?), pokazujesz siebie, swój dom, dzieci, przybliżasz siebie obserwatorom. Czy to było od początku dla Ciebie intuicyjne, skąd wiedziałaś jak promować swoje produkty?

 

Biznesowe działania w social media to dla mnie nowość i kolejne duże wyzwanie. Zanim zaczęłam promować sklep HugMe, czytałam poradniki, brałam udział w  webinarach i radziłam się osób bardziej doświadczonych ode mnie. Prowadzenie profili wymaga bardzo dużej aktywności i kreatywności. Jeśli ma przynosić efekty, wymaga czasu i pracy. Dodatkowo, pokazanie siebie i mówienie do obcych ludzi nigdy nie było moją specjalnością, więc musiałam zdecydowanie przełamać się i opuścić moją strefę komfortu. Chcę, aby HugMe kojarzyło się z ciepłem domowym i kolorami życia rodzinnego, dlatego pokazuję nasze rodzinne życie, ale robię to z poszanowaniem naszej intymności.

 

Skąd wzięłaś odwagę, żeby zacząć tak ryzykowny projekt – sklep z produktami premium – w pandemii, kiedy ludzie ograniczają koszty i zakupy, kontrolują wydatki. Czy w Twoim przypadku sprawdza się zasada, że dobra jakość się broni?

 

Czasami sobie myślę, że nie kierowała mną odwaga tylko brawura (śmiech). Pandemia to trudny czas dla wszystkich, na dodatek spowodowała przeniesienie sprzedaży do internetu. Zalewają nas oferty typu “dużo i tanio”, ale jakość tych rzeczy jest dyskusyjna, więc klienci kupują dużo, a potem szybko wyrzucają i szukają nowych rzeczy. Błędne koło. 

Myślę jednak, że stopniowo myślenie Polaków się zmienia i stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami. Coraz więcej osób czyta etykiety, patrzy na składy i zwraca uwagę na to, gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wyprodukowany. 

Produkty, które oferuję w sklepie HugMe są skierowane do takiej właśnie grupy odbiorców. Są to ludzie wrażliwi na rękodzieło, produkty oryginalne i wyjątkowe, jakość tkaniny i teksturę. Są to osoby, które zdecydowanie wolą kupić jeden jakościowy produkt niż kilka tańszych. Wbrew pozorom, jest to dobry kierunek dla wszystkich, którzy chcieliby ograniczyć wydatki – robienie jakościowych zakupów powoduje, że z danego produktu możemy cieszyć się latami bez konieczności ciągłego kupowania nowych. 

 

Czy możesz podzielić się swoimi biznesowymi błędami? Co było największą nauczką, czego żałujesz?

 

HugMe to młoda marka, ale faktycznie mam już kilka biznesowych błędów na koncie. Pierwszy: niedoszacowanie budżetu na reklamę. Wiedziałam, że muszę mieć płatną promocję, ale liczyłam też na dotarcie organiczne poprzez publikowanie postów, udostępnianie czy też umawianie się z innymi bardziej rozwiniętymi kontami na reklamę barterową. Okazało się, że efekty takich działań są niewielkie. Najskuteczniejszą metodą reklamy jest płatna promocja.

Drugim moim błędem, wynikającym poniekąd z niskiego budżetu “na start” było to, że postanowiłam samodzielnie zbudować sklep internetowy HugMe. Zainwestowałam w domenę i stronę internetową, ale odpowiednie jej przygotowanie, edytowanie graficzne i zintegrowanie z serwisem płatności online i przesyłek, zajęło mi długie miesiące. Myślę, że jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia w tym zakresie, tak jak ja, powinien pozostawić budowanie sklepu internetowego specjalistom. Co prawda, po kilku miesiącach udało mi się sklep uruchomić i o dziwo działa (śmiech), jednak straconego czasu już nie odzyskam.

Mimo wszystko mam takie głębokie przeświadczenie, że każda trudna sytuacja czy błędna decyzja, to nauka na przyszłość. Najlepiej uczymy się na własnym doświadczeniu i własnych błędach.

 

 

Jak się czujesz jako przedsiębiorczyni, czy to Cię zmieniło?

 

Po tych kilku miesiącach pracy u siebie nie mogę jeszcze powiedzieć, że czuję się “jak ryba w wodzie”. Cały czas staram się zorientować jak to wszystko działa, złapać swój rytm. 

Nie uważam, żeby to doświadczenie zmieniło mnie jakoś szczególnie. Może jedynie dowiedziałam się o samej sobie trochę więcej. Nauczyłam się sporo, nabyłam nowe umiejętności, poznałam wiele wartościowych osób. 

Nie wiem, jak rozwinie się ta przygoda, ale w tym momencie mogę już powiedzieć, że jest to doświadczenie bardzo ciekawe i wszechstronnie rozwijające. I ten rozwój jest dla mnie niezwykle istotny.

 

Czy ktoś lub coś Cię napędza, inspiruje, motywuje? Jaki masz sposób na działanie i konsekwentną pracę nad marką? 

 

Prowadzenie własnej firmy wymaga samodyscypliny. Nie ma nikogo “nad tobą” kto popędzi do pracy, przypomni, upomni. Muszę motywować sama siebie. Nie codziennie pracuję tak samo. Są takie dni/tygodnie kiedy mam dużo pomysłów, pracuję regularnie i ciągle wymyślam coś nowego. Są też takie okresy, kiedy to źródełko trochę się wyczerpuje i wówczas potrzebuję kilku dni na odpoczynek i regenerację. Kiedy zaczynałam, wmawiałam sobie, że muszę pracować codziennie tak samo i codziennie produkować nowe treści. Teraz wiem, że potrzebuję więcej oddechu. Kiedy publikuję mniej zdjęć i widać mniejszą aktywność w social mediach, w ramach “oddechu” pracuję nad edycją zdjęć, poprawiam sklep, uzupełniam produkty potrzebne do pakowania przesyłek albo zajmuję się tworzeniem i naszywaniem metek. 

 

Moniko, czego mogę Ci życzyć? 🙂

 

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie, a dopiero później cała reszta, więc na początek poproszę o życzenie dużo, dużo zdrowia dla mojej rodziny i bliskich. Poproszę również o życzenia spokoju i odpoczynku. Od blisko 3 lat nie mieliśmy porządnego urlopu – potrzebujemy tego jak powietrza! Życz mi również wytrwałości i może odrobiny szczęścia w rozwijaniu sklepu. Nie jest łatwą sztuką przebić się na rynku i dotrzeć do Klienta. Wymaga to bardzo wiele czasu, pracy i cierpliwości, a cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szczęście również jest potrzebne – czasem o sukcesie nowej marki może zadecydować przypadkowe spotkanie, jedna reklama czy udostępnienie posta przez osobę o dużych zasięgach w social mediach. Taki mały łut szczęścia na polu zawodowym na pewno by mi się przydał. 

 

_____________________________________________________________________

Zdjęcia do sesji powstały w klimatycznym apartamencie na starym mieście w Olsztynie: LINK

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo