Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

‚6 pytań do’, czyli mini wywiad z Martą Śliwicką

17 stycznia 2018 / Monika Pryśko

Niech Was dziś zainspiruje Marta Śliwicka.

Dziewczyna z Sopotu, która wprawdzie nie mówi, jak żyć, ale pisze o tym, jak i co jeść, by nie burczało w brzuchu. Jej instagramowe zdjęcia z podróży inspirują jak mało co. No i jest mamą. :) Jaki masz pomysł na macierzyństwo? Nie wiem, czy wraz z nadejściem macierzyństwa trzeba mieć na nie konkretny pomysł. Macierzyństwo traktuję jako...

Niech Was dziś zainspiruje Marta Śliwicka. Dziewczyna z Sopotu, która wprawdzie nie mówi, jak żyć, ale pisze o tym, jak i co jeść, by nie burczało w brzuchu. Jej instagramowe zdjęcia z podróży inspirują jak mało co. No i jest mamą. 🙂

Jaki masz pomysł na macierzyństwo?

Nie wiem, czy wraz z nadejściem macierzyństwa trzeba mieć na nie konkretny pomysł. Macierzyństwo traktuję jako coś naturalnego, następny etap mojego życia, w który przeszłam płynnie z bagażem moich dotychczasowych doświadczeń. Ustalanie planu działania, szukanie pomysłu, wydaje mi się sztuczne. Najważniejsze jest to, aby kierować się miłością do dziecka i swoją intuicją, one zawsze magicznie sprawiają. że postępujemy właściwie.

Myślę, że prawdziwe wyzwania dopiero przede mną, gdy dzieci urosną. Teraz mój syn jest zapatrzoną w rodziców (a szczególnie w swojego tatę) słodką kuleczką, która dostarcza nam radości i śmiechu, ale zdaję sobie sprawę, że za parę lat będzie dużo trudniej pewne rzeczy mu wytłumaczyć i chronić go przed niebezpieczeństwami. Są oczywiście pewne kierunki, w które chcę podążać i mam nadzieję, że w tych zasadniczych kwestiach nie zdarzy mi się daleko zboczyć z drogi.

Chcę być dla moich dzieci przyjaciółką, chcę, żeby oprócz kochającej mamy widziały we mnie kogoś, komu mogą się zwierzyć z nurtujących ich problemów i nie będzie wiązało się to z wyśmianiem czy szlabanem na wyjścia.

Chcę być zawsze uczciwa, nie chcę na jakiejś błahostce stracić wiarygodność. Uzmysłowiłam to sobie, gdy mój syn, mimo tak młodego wieku, śmiertelnie się na mnie obraził, gdy oszukałam go, że jedziemy na plac zabaw, kiedy w rzeczywistości wybieraliśmy się na szczepionkę. Gdy płakał przed zastrzykiem, widziałam w jego oczach nie strach przed bólem, ale pretensję, że go oszukałam. Od tamtego czasu zauważyłam, że dużo lepiej sprawdza się „Kochanie, dzisiaj pójdziemy do Pani Doktor, zrobi małe ała w rączkę, ale będziesz dzielny, prawda?”.

Chcę być konsekwentna, ale nie zasadnicza, mieć swoje zasady, które dzieci będą szanować, lecz nie egzekwować ich za wszelką cenę.

Chcę pokazywać dzieciom świat w wielu kolorach, poznawać z ludźmi, którzy dokonali innych życiowych wyborów, niż te tradycyjnie rozumiane. Bardzo zależy mi na tym, żeby wychować mądrych, otwartych ludzi, którzy nie będą bać się inności i popadać w fundamentalizm.

Twoje dziecko pyta – mamo, co robisz w życiu? – co odpowiadasz?

Na tym etapie powiedziałabym: Kochanie, mama robi w życiu wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi razem i każde z osobna.

Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie potrafisz wytłumaczyć jednym zdaniem swojemu dziecku, na czym polega twoja praca, to prawdopodobnie jest ona nieistotna dla świata. Wyobraźcie sobie, gdzie w rankingu istotności plasuje to osoby zajmujące się na co dzień social mediami, skoro mam takie same problemy z wytłumaczeniem tego osobom nieco starszej daty.

Dorosłemu odpowiedziałabym, że jestem swoim własnym szefem w agencji social mediowej, kulinarną blogerką, autorką książki „burczymiwbrzuchu.śniadania” i niewykonującym zawodu radcą prawnym. I to wszystko (na razie z powodzeniem) łączę z rolą mamy.

Jaki jest twój ulubiony kobiecy rytuał?

Gdyby nie słowo „kobiecy”, pewnie zaczęłabym się rozpisywać na temat jedzenia i wina.

Śmieję się, że świat się pomylił i powinnam urodzić się mężczyzną. Mam dość specyficzne podejście do życia, raczej pragmatyczne, nie lubię zakupów i wymyślania sobie niepotrzebnych problemów. W związku nie jestem zazdrośnicą ani zrzędą, a raczej dobrym kumplem. No i poza gotowaniem, daleko mi do perfekcyjnej pani domu. Oczywiście żartuję, bo sama nienawidzę tak stereotypowego postrzegania kobiet.

Niestety typowo kobiecych rytuałów dopiero się uczę. „Niestety”, bo chciałabym już mieć za sobą lata testów i eksperymentów, znać swoją skórę i ciało, i wiedzieć, co mu służy. A tymczasem, jestem już bardzo blisko trzydziestki i cały czas w tym temacie raczkuję. Gdy niedawno odkryłam, że jestem w ciąży, zanim wykonałam jakiekolwiek badania zbliżające mnie do odpowiedzi na pytanie, jakiej płci będzie moje dziecko, moja mama piała z zachwytu, że tym razem będzie dziewczynka. Faktycznie, zupełnie niespodziewanie zaczęłam spędzać więcej czasu na portalach urodowych, wydawać zdecydowanie za dużo pieniędzy na maseczki i kremy i przykładać większą wagę do tego, co mam na sobie. I oby tak zostało, bo dzięki temu odkryłam, że świat kobiecych rytuałów może być pasjonujący, a nie być tylko stratą czasu.

Moja mama miała rację, tym razem będę miała córkę. Jest to dla mnie kompletnie nowe doświadczenie. I choć nie będzie miała mamy, która pokaże jej, jak malować paznokcie i zrobić dobieranego warkocza, zrobię wszystko, aby była silną i niezależną kobietą i nigdy nie myślała, że czegoś jej nie wolno dlatego, że urodziła się dziewczynką.

Które trzy rzeczy lub sytuacje dały ci ostatnio najwięcej satysfakcji?

  1. To może nie zalicza się do „ostatnio”, bo daje mi nieprzerwaną satysfakcję od 2,5 roku, mowa o oczywiście o moim synu. Jestem w nim ślepo zakochana i nawet nie będę się starać tego ukrywać. Obserwuję, jak się pięknie rozwija, ile skomplikowanych procesów przetrawia ta mała główka i jestem niesamowicie dumna, że jest moim synem. Jest uparty, ale otwarty na logiczną argumentację, ma już zalążki sarkastycznego poczucia humoru i łobuzerski błysk w oku. Lubi proste umowy z rodzicami, aby wiedzieć, na czym stoi, no i co najlepsze, jest małym smakoszem. Ponieważ raczej nie dał nam popalić, trochę się boję, że córka będzie humorzasta i będzie budzić w środku nocy gotowa do zabawy, zgodnie z zasadą, że nikt nie rodzi dwójki bezproblemowych dzieci.
  2. Napisanie książki. Wspólnie z moją blogową partnerką Tosią napisałyśmy książkę „burczymiwbrzuchu.śniadania” z przepisami na wyjątkowe poranne dania. Najbardziej satysfakcjonujący moment tego procesu, to chyba trzymanie książki w rękach po raz pierwszy i wielka kolejka ludzi, która ustawiła się do nas pod dedykację.
  3. Założenie własnej firmy. Lata temu, gdy pracowałam na etacie jako prawnik, byłam strasznie sfrustrowana. Nie dość, że nie widziałam się do końca życia w tej mało kreatywnej pracy, to jeszcze byłam przytwierdzona do fotela od 8 do 16, a zimą przesiadywałam w pracy całe światło dzienne. Wiem o tym, że wiele osób pracuje w ten sposób i nie widzą problemu, ale ja nie umiem. Jestem raczej nocnym Markiem, mój mózg jest w najlepszej formie pod wieczór, a w dzień lubię iść na spacer wtedy, kiedy mam ochotę. W życiu potrzebna mi elastyczność, w pracy też. Dzięki założeniu własnego biznesu odżyłam i wreszcie kocham to, co robię. No i postanowiłam sobie, że już nigdy nie będę mieć szefa.

Spontanicznie czy z kalkulatorem? jak warto według ciebie podchodzić do życia?

Tylko spontan! Mając z tyłu głowy, żeby zapewniać dziecku jak największą liczbę bodźców. Nowe miejsca, podróże, spotkania z wieloma osobami, młodszymi i starszymi, nietypowe zabawy,  to wszystko rozwija w przyśpieszonym tempie. Pamiętam, że gdy Julek był młodszy, wszyscy otwierali szeroko oczy, że nie ma wyznaczonych z góry godzin drzemki, posiłku, kąpieli i pójścia spać, „bo dziecko lubi regularność i powtarzalność”. A ja nie chciałam, żeby każdy dzień mojego dziecka wyglądał tak samo. Dlaczego od samego początku życia miałabym pokazywać mojemu synowi, że życie jest nudne i powtarzalne i narażać go na kompletny szok, gdy pewnego dnia wypadnie taki dzień, że plan trzeba będzie zmodyfikować?

Z kalkulatorem podchodzę tylko do spraw bezpieczeństwa, w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie mój syn, momentalnie kalkuluję wszystkie ryzyka i na tym polu chciałabym trochę bardziej wyluzować (oczywiście zachowując pewne racjonalne ramy). Podchodzę do tego zbyt histerycznie i strasznie zazdroszczę mojemu mężowi, że potrafi zadbać o to, aby Julkowi nic się nie stało, jednocześnie nie zadręczając się w nocy, że coś mu się stanie za 15 lat na imprezie (śmiech).

Czym jest według ciebie hasło Mother-Life Balance?

Ideą, którą kieruję się w moim macierzyństwie. Kocham mojego syna i uwielbiam spędzać z nim czas, ale głęboko wierzę w to, że, jak we wszystkim, trzeba złapać odpowiedni balans i mieć jakąś odskocznię, bo w przeciwnym razie można zwariować. Oczywiście mogę tak mówić dlatego, że mam przy sobie męża, który sprawiedliwie dzieli się ze mną opieką nad synem, a gdy chcemy na chwilę wyjść czy wyjechać gdzieś tylko w dwójkę, z pomocą przychodzą nam dziadkowie. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taką możliwość.

Odskocznia to dla mnie nie tylko możliwość wyjścia gdzieś wieczorem bez dziecka, bo z takiej odskoczni korzystam nieczęsto. To głównie możliwość przekazania komuś odpowiedzialności i czynności związanych z opieką, mimo wszystko pozostając obok.

Rok temu zdecydowaliśmy się posłać syna do żłobka. Kierowały nami dwa powody, po pierwsze, w miarę jak robił się starszy, coraz trudniej było mi wykonywać moją pracę. Po drugie, obserwowaliśmy, jak zachowuje się i rozwija, gdy bawi się z dziećmi naszych znajomych i zrozumieliśmy, że nadszedł czas, w którym już nie możemy mu dać tej części, którą zapewni mu kontakt z rówieśnikami.

Mamy szczęście do fantastycznego żłobka, a ja codziennie upewniam się, że podjęliśmy dobrą decyzję, gdy obserwuję, jak bardzo syn się rozwinął dzięki codziennemu przebywaniu z dziećmi. Polecam to każdej mamie i każdemu tacie, jeśli mają na to możliwości finansowe. Nawet, jeśli mieliby w tym czasie po prostu usiąść i w spokoju wypić kawę, warto.

Jestem ciekawa, jak uda mi się złapać balans przy drugim dziecku, ale jestem dobrej myśli. Z synem regularnie pojawiałam się na spotkaniach biznesowych w nosidełku, więc i tym razem coś wymyślę.

Rozmowy

Lepszych sama bym sobie nie urodziła. Adopcja drogą do macierzyństwa.

16 sierpnia 2019 / Monika Pryśko

Justyna od lat wiedziała, że jej droga do macierzyństwa będzie inna.

Ale nie pozwoliła, by ten fakt jakkolwiek negatywnie wpłynął nie tylko na jej życie czy małżeństwo, ale też na pragnienia bycia mamą. Razem z mężem adoptowali kilkumiesięczne bliźnięta - Gosię i Piotrka, a dwa lata temu zostali także rodzicami ich biologicznego brata - Antoniego. Adopcja stała się ich drogą do rodzicielstwa.

 

Kiedy dowiedziałaś się, że nie możesz mieć dzieci?

Już w wieku 16 lat wiedziałam, że moja droga do rodzicielstwa będzie inna. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu na oswojenie się z diagnozą i zaakceptowanie jej. W jakimś sensie dobrze się stało, że tak wcześnie się dowiedziałam. Pomyśl, mam 30 lat, idę do lekarza, wciąż podejmuję próby, a dziecka nie ma. I co? Nagle pan w białym fartuchu mówi ci: ,,Nie może pani mieć dzieci w sposób naturalny”. Jak myślisz, ile czasu zbierasz się po takiej informacji? Ile czasu potrzebujesz na zaakceptowanie takiego stanu?

 

Nie możesz mieć dzieci i co wtedy?

Trzeba zadać sobie pytanie – czego chcę? Czy pragnę być w ciąży, czy pragnę, żeby dziecko było podobne do mnie z wyglądu? Czy po prostu chcę być mamą i przygotować do życia w społeczeństwie małego człowieka i samemu doświadczyć wzlotów i upadków, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Gdy zaakceptujemy swoje położenie, możemy szukać rozwiązań. Jednym z nich jest adopcja. 

 

Adopcja – słowo, które przeraża.

I powoduje lęk, tysiące pytań i niewiadomych. Ale czy tego samego nie doświadcza mama będąca w ciąży? Czy nie zastanawia się, czy będzie dobrą mamą? Czy dobrze wychowa dziecko, czy pokocha je od razu? Takie same lęki dotyczą wszystkich mam, nie ważne, czy chodzi o biologiczne rodzicielstwo, czy adopcyjne.

 

Czy Twoje dzieci wiedzą, że są adoptowane?

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nasze dzieci dowiadują się od kolegów w piaskownicy, że są adoptowane. Od początku z mężem ustaliliśmy, że będziemy mówić maluchom, że wzięły się z serduszka, a nie z brzuszka, że długo na nie czekaliśmy i jak bardzo są dla nas wyjątkowe. Już teraz zbieramy zdjęcia, choćby z procesu powstawania ich pokoików, żeby pokazać, jak wyglądało nasze oczekiwanie na nie.

 

Jak Wasze dzieci na to reagują?

Gosia bardzo się ze mną utożsamia. Ona nie może przeżyć, że nie było jej w moim brzuchu, że jej nie urodziłam. Nie wie, że ta inna osoba nazywa się ,,mamą biologiczną’’, nie ma to znaczenia, bo oni nie mają i nie mieli żadnej relacji. Na Piotrku ten temat nie robi żadnego wrażenia, a Antek jest za mały, by to zrozumieć.

 

 

Myślisz, że maluchy będą chciały kiedyś poznać swoich biologicznych rodziców? 

Mają do tego prawo. Wydaje mi się jednak, że jedyną osoba, która może być w przyszłości ciekawa, kto ją urodził, będzie Gosia. 

 

 A Ty nie chciałabyś jej zobaczyć?

Szukałam jej kiedyś na Facebooku, ale bezskutecznie. Chciałam ją zobaczyć, choć nie wiem, czy chciałabym ją poznać. Jestem jej bardzo wdzięczna, dzięki niej mam dzieci, ale z drugiej strony – nie wiem, jakiej reakcji mogłabym się spodziewać. To jest obca kobieta, która zostawiła dzieci w szpitalu, nawet nie nadała im imion. 

 

Masz jakieś kompleksy z tego powodu? 

Żadnych. Mama to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała. Jak kochasz, to kochasz. 

 

Co jest ważne podczas procesu adopcyjnego?

Bardzo ważne w adopcji jest wyłączenie litości, nie można adoptować z litości, to największy błąd, jaki przyszli rodzice mogą popełnić. Decyzja o adopcji musi być bardzo przemyślana i świadoma. Nie ma odwrotu, pojawia się dziecko, odpowiedzialność na całe życie. W adopcji ważna jest też tolerancja, biorąc dziecko akceptujemy całą jego przeszłość i nie ma tu miejsca na żadne „ale”, ono do nas przychodzi z czymś. I to ,,coś’’ to jest jedyne co ma z poprzedniego życia. Z jednej strony my rodzice chcemy zacząć od nowa, a z drugiej strony już historia się zaczęła bez nas. To bardzo trudne, ale wiem, że jesteśmy mądrymi ludźmi i razem z mężem sobie świetnie poradzimy. Takie dzieci jedyne czego potrzebują, czego są spragnione, to miłości, wręcz jej nadmiaru.

 

Niestety często adopcja kojarzona jest z tak zwanym ,,genem zła’’. 

Rozumiem obawy ludzi, ale to wszystko jest wyłącznie brakiem wiedzy i mocno krzywdzące dla dzieci. Rozmawiałam z panią pediatrą na temat genów i zapytałam, czy geny dają nam predyspozycję do pewnych zachowań. I odpowiedziała mi tak: geny są ważne, ale w dziedziczeniu chorób i w wyglądzie. To, czy wasze dziecko będzie dobrze wychowane, czy źle, to już wasza odpowiedzialność i rola, niestety łatwiej jest zwalić na geny. To są jej słowa, są dla mnie jak Biblia.  

 

To Wy wybraliście dzieci, czy to dzieci wybrały Was?

To działa w dwie strony. Ktoś tam na górze siedzi i nieźle tą adopcją kręci. Ale faktem jest, że ja sama znalazłam nasze maluchy. 

 

Jak to sama znalazłaś swoje dzieci?

Pojechaliśmy do domu dziecka, bo jednym z elementów kursu przygotowawczego było szkolenie na rodzinę zastępczą i staż w rodzinnym domu dziecka. Poszłam na salę noworodków. Siostra zakonna, która tam pracowałą, nie chciała mi pozwolić tam wejść, bo nie byłam uprawniona. Stanęłam i powiedziałam: albo wchodzę na noworodki, albo w ogóle nigdzie nie idę. Pamiętam, że dano mi do potrzymania kilkutygodniowego chłopca, gdy przyszła jedna z opiekunek i zapytała, czy nie chcę bliźniaków, bo akurat są szykowane do adopcji. Zapytam, jaka data urodzin. 21 stycznia – jak mój tata. Bez namysłu poszłam zobaczyć Gośkę, bo Piotrek był wtedy w szpitalu, złapał rotawirusa. Pierwsza myśl – to moja córka. Pobiegłam do Łukasza i mówię: słuchaj, znalazłam nasze dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że w tym czasie, gdy ja mówiłam Łukaszowi o naszych dzieciach, właśnie one były przygotowywane do adopcji, dla nas!  Wybrane dla nas, jako nasze dzieci, dokładnie w tym czasie. Znalazłam dzieci, które były dla nas przeznaczone. Magia. 

 

Często mówisz o magii!

W 2016 roku powiedziałam do męża, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko, syna Antoniego. Chcę, by był spod znaku ryby. Łukasz był sceptyczny, ale ja wiedziałam swoje. Mówię – zobaczysz, będzie Antek. No i jest. W dodatku biologiczny brat bliźniaków. 

 

Pamiętasz, jak zobaczyłaś dzieciaki pierwszy raz? 

Jak pani w ośrodku adopcyjnym wniosła Piotrka, to wpadłam w histerię. Gosię widziałam już wcześniej, więc widok tego chłopczyka zadziałał na mnie bardziej. I on był taki malutki. Miał 6 miesięcy, a wyglądał na 3. Nie mogłam się uspokoić. Pani go trzyma i mówi: to twój syn, uspokój się, weź go na ręce! To było bardzo, bardzo wzruszające. Nazwałam Piotrka najsmutniejszym dzieckiem świata. Był bardzo smutny. 

 

A Gosia?

Gośka była uśmiechnięta, a Piotrek – smutek w oczach. Miał minę dziecka, które nie wierzy. Kilkumiesięczne dziecko z oczami dorosłego człowieka. On nie wierzył w to, co się dzieje. Nie chciał, żeby go przytulać, jakby się asekurował, jakby nie chciał się przyzwyczaić i potem rozczarować. Pozbawiony wręcz wiary i nadziei. Przez te miesiące w domu dziecka on się wyjałowił z emocji, zrobił się bierny. My czekaliśmy dlugich 7 lat, ale one też czekały, całe 6 miesięcy swojego życia. 

 

Kiedy uwierzył, że ma rodziców?

Jest takie zdjęcie, jak bliźniaki wpięte w foteliki leżą pod drzwiami naszego domu, w dniu, w którym zabraliśmy je na stałe. Tak bardzo uśmiechnięte. To było dokładnie 4 lata temu. 

 

Co jest takiego w adopcji, że oczy Ci się świecą, jak o niej mówisz?

To jak uzależnienie. Bardzo mocne przeżycie, którego nie może doświadczyć każdy, bo przecież nie każdy z ulicy może wejść do ośrodka adopcyjnego. To doświadczenie nie ma sobie równych. Trudne, choć piękne, pełne sprzecznych emocji. Czasem mi się wydaje, że jestem uzależniona od tych emocji. 

 

 

Co było najtrudniejsze?

Oczekiwanie. Nie wiesz, kiedy zadzwonią, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. 

 

Mieliście wybór?

Pytają, czy chcesz niemowlę. Mówisz, że chcesz roczne dziecko. Wtedy pada pytanie – no dobrze, a jak będzie miało rok i tydzień, to też możemy zadzwonić? No tak, pewnie! A co, jeśli będzie miało rok i miesiąc, to też możemy zadzwonić? W ten sposób z roku robią się dwa lata. Sprawdzane są twoją granice. 

 

Dlaczego chcieliście adoptować niemowlę, a nie starsze dziecko? 

Chciałam tworzyć więź z naszym dzieckiem od pierwszych minut, pierwszych dni jego życia. Nie chciałam, by umknął mi pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy ząbek czy pierwsza marchewka. Chcę mieć świadomy wpływ naszych zachowań i reakcji na nasze dziecko, od

samego początku.  

 

Mając taką wiedzę, jak teraz, adoptowałabyś starszaka?

Nie podjęłabym się adopcji starszego dziecka, nie potrafiłabym udźwignąć już tego, co ma zasiane w głowie. A nie chciałabym skrzywdzić takiego dziecka, tylko dlatego, że wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja potrafię wszystko!  Staram się mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie rozsądnie granice. 

 

 

Adoptowalibyście chore dziecko?

W adopcji nie ma zdrowych dzieci. Z reguły są to dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Mowa o patologii, narkotykach, alkoholu, innych uzależnieniach rodziców. Większość maluchów ma jakieś braki wynikające z niezaspokojenia ich podstawowych potrzeb. Są to dzieci z

dużą niedowagą, dzieci cofnięte w rozwoju emocjonalnym, w mowie. Wszystkie te

defekty wynikają z braku miłości, czasu, którego potrzebuje każde dziecko. Ośrodek zadaje pytanie: jakie dziecko jesteście państwo w stanie przyjąć do swojej rodziny? Mając na myśli chore, widzę też dzieci upośledzone umysłowo, takie też czekają na adopcję i bardzo trudno jest im znaleźć dom.

 

Jak Wasza rodzina przyjęła dzieciaki?

Zakochani po uszy, wszyscy, od razu. Mają fioła na ich punkcie, kochają je bardzo. 

 

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Jest żmudna, a państwo polskie niestety nie pomaga, a wręcz utrudnia na każdym kroku. Żeby przystąpić do procedury adopcyjnej, trzeba przygotować ogromną ilość dokumentów. Ogromną! Niektóre pary już na wstępie, wiedząc, ile żmudnej pracy będzie ich to kosztować, rezygnują. Poddają się. Mówią: ,,Ok, to jednak weźmiemy 20-ste in vitro’’. 

 

Co trzeba zrobić na początku?

Etap pierwszy to zapisanie się na kurs adopcyjny. My z mężem czekaliśmy 9 miesięcy, zanim nas zapisano. Kurs prowadzony jest metodą PRIDE i w naszym ośrodku trwał 9 tygodni. Spotkania po 3,5 godziny, raz w tygodniu. Tematyka opiera się na poznaniu emocji, potrzeb, uczuć dziecka, na tworzeniu więzi z dzieckiem, ale i również na tworzeniu relacji ze współmałżonkiem.

 

Co jest wymagane na tym etapie?

Żeby móc przystąpić do kursu, wymagany jest odpowiednio długi staż małżeński, w katolickim ośrodku adopcyjnym uznają na przykład tylko ślub kościelny. W czasie trwania kursu pani z ośrodka odwiedza w domu przyszłych rodziców, by sprawdzić warunki mieszkaniowe.

 

Co potem?

Drugi etap, czyli oczekiwanie na kwalifikacje. Zbiera się komisja w składzie: dyrektor ośrodka, psycholog, pedagog i dyskutują, czy się nadajesz, czy nie. Głównym punktem,

który biorą pod uwagę, jest relacja z małżonkiem. Po pozytywnej opinii oczekuje się na TEN telefon. Że czeka na nas dziecko.  

 

Po jakim czasie dzwoni ten wyczekany telefon?

Najkrócej czeka się na dzieci powyżej 2. roku życia i rodzeństwa, ośrodki dbają o to, żeby

ich nie rozdzielać. Za co im cześć i chwała. 

 

Ile siły trzeba mieć, by przez to przejść? 

Mimo że zaczynasz nowy rozdział w życiu, droga, którą rodzice adopcyjni muszą przejść, jest długa i trudna. Nie każda osoba jest na tyle silna, by się na nią zdobyć. To jest procedura, która bardzo narusza Twoje poczucie godności osobistej, intymność. Gdy idziesz do sądu na ostateczną rozprawę, sędzia na głos czyta, że ,,Pani Justyna z powodu takiej i takiej niepłodności adoptuje…’’ Coś, co było powiedziane za zamkniętymi drzwiami ginekologa, o czym wiedziałaś tylko ty, ewentualnie mąż, jest przeczytane głośno, słyszane przez wiele obcych osób i zaprotokołowane. 

 

 

Jest coś, czego się boisz?

Boję się, że odniosę porażkę wychowawczą i zawiodę moje dzieci. Boję się pytań o rodzinę biologiczną, czy będę umiała stanąć na wysokości zadania i pokonać własne lęki, zazdrość, aby pomóc im w poznawaniu swoich korzeni, wspierać i być przy nich w tych zapewne trudnych chwilach.

 

Czujesz się bohaterką wiedząc, że stworzyłaś dom trójce niechcianych maluchów? 

Nie lubię słów „podziwiamy was”. Bardzo mnie to drażni i zawsze odpowiadam, że podziwiać można małpę w zoo, ja nie czuję się bohaterką, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie podziwiał. Jestem mamą jak miliony innych. To nie jest heroizm czy litość, to jest moja droga do rodzicielstwa. Świadoma, przemyślana, trudna, z wybojami, ale prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

 

 

ZDJĘCIA: Bogna Ekowska

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo