Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Dlaczego wstydzimy się randek na Tinderze?

30 sierpnia 2019 / Basia Grabowska

Przyszło nam żyć w czasach, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki.

Wszelki możliwy wysiłek zostaje redukowany do minimum, tak, by ludzie podczas swojego pędzącego życia nie musieli się zatrzymywać. Mamy maile i smsy zamiast listów i telegramów. Mamy zakupy online, by nie musieć wychodzić z domu i tracić czasu na szukanie i przymierzanie. Mamy portale społeczne, przed którymi ostrzegają nas sceptycy Facebooka grożąc, że wyprze to „normalne”, rzeczywiste znajomości. No i w końcu mamy miłość - od dawna na telefon, później na portalach randkowych, a teraz na specjalnych aplikacjach. A wszystko to po to, by zaspokoić nasze potrzeby.

Dlaczego wstydzimy się swoich potrzeb?

Ludzkie potrzeby towarzyszą człowiekowi od samego powstania naszego gatunku. Maslow, amerykański psycholog znany ze stworzenia „piramidy potrzeb”, postulował pewną hierarchię, zgodnie z którą potrzeby niższego rzędu muszą zostać zrealizowane, aby móc realizować te wyższego rzędu (umieszczone wyżej na planie piramidy). Na samym dole znajdują się potrzeby najbardziej podstawowe – fizjologiczne (takie jak głód, pragnienie czy seks). Wspinając się ku górze mijamy potrzeby bezpieczeństwa (ochrony), społeczne (poczucie przynależności), szacunku i uznania (statusu), a na samym czubku umieszczone zostały potrzeby samorealizacji.

Patrząc na ten Maslowski trójkąt, miłość trudno jest na nim sklasyfikować.

Niektórzy będą się upierać, że to potrzeba fizjologiczna, ale zgodnie z tym założeniem, mylimy pojęcie miłości z seksem, który bez miłości ma się przecież świetnie. Inni będą uważać, że miłość to poczucie bezpieczeństwa, a jeszcze ktoś powie, że wynika ona z potrzeby poczucia przynależności (zaspokajanej przez przynależność do grup społecznych, wyznaniowych, kulturowych, ale także przez monogamię). Prawda leży gdzieś pośrodku – miłość, jedno z najbardziej skomplikowanych uczuć, związane jest z realizacją każdego rodzaju potrzeb, w mniejszym lub w większym stopniu. Szukając miłości szukamy ciepła, bezpieczeństwa, stabilizacji, tego, żeby ktoś był „nasz” i żeby nas szanował i doceniał. Ale niezależnie od tego, czy jesteśmy w miłości czy nie – Freudowski popęd seksualny stale w naszym życiu wybrzmiewa i doprasza się o zauważenie. Freudowski, bo to Freud pierwszy twierdził, że libido (Eros) to energia nie tylko seksualna, ale także życiowa, za pośrednictwem której „popędy życia” (służące przetrwaniu jednostki) spełniają swoje funkcje.

Wracając więc do seksu – dlaczego tak bardzo wstydzimy się go potrzebować i mieć na niego ochotę?

Dlaczego tak jest, mimo świadomości, że seks jest czymś naturalnym i jest podstawową, fizjologiczną potrzebą każdego przeciętnego organizmu (w domyśle – osób nie aseksualnych)? Bez względu na płeć i wiek, libido nie jest przecież zależne od tych czynników. To nie tak, że wraz z wkroczeniem w jakiś konkretny wiek, czy wraz z pojawieniem się w naszej życiu nowej roli – macierzyństwa – nasze potrzeby stają się nieważne, nieistniejące. Libido nie jest przeznaczone tylko dla jednej płci i zarezerwowane jedynie dla dwudziestek. My, kobiety, niestety w 2019 roku dalej jesteśmy oceniane przez pryzmat liczby partnerów. Nie zmienia to faktu, że mamy mamy prawo chcieć się z pójść z kimś do łóżka. Po prostu. Mamy prawo używać aplikacji randkowych do szukania partnera i mamy prawo do tego, żeby mieć swoje potrzeby i fantazje i je realizować. Macierzyństwo to nowa rola, w której nie każda kobieta od razu się odnajduje. Bywa cholernie trudno i ciężko jest – mając noworodka, niemowlaka, przedszkolaka czy nawet starsze dziecko – pamiętać w tym całym życiowym bałaganie o sobie. Ale to nie znaczy, że my nie istniejemy. To nie znaczy, że rezygnujemy z bycia kobietą na rzecz bycia matką. Będąc matkami czasem szczęśliwymi, czasem samotnymi, czasem wzruszonymi, czasem wkurwionymi, dalej jesteśmy kobietami – z własnymi potrzebami i marzeniami.

Czy możemy zatem – my, córki, siostry, matki, kobiety – bezwstydnie korzystać z Tindera i umawiać się na seks? Droga wolna! Ale czy Tinder to naprawdę miejsce jedynie dla tych szukających przygód na jedną noc?

Tinder aktem desperacji?

Nie zliczę ile razy spotkałam się z myśleniem, że Tinder – czy jakakolwiek inna aplikacja randkowa – jest przysłowiową ostatnią deską ratunku. Jest wyjściem dla tych, którym w realnym świecie nigdy nie zaproponowano drinka i dla tych, którzy tego drinka nigdy nie zaproponowali. Dla takich społecznych ciamajd, którzy mają dysfunkcję płatów społecznych i nie są, jakby to powiedziała Janina Daily, labradorami interakcji społecznych. Czy to prawda?

W pewnym stopniu – tak. To dlatego, że internet pozwala nam na więcej swobody i introwertycy i introwertyczki odnajdą tam się na pewno dużo lepiej, niż w głośnym, tłumnym barze. Ale Tinder to nie tylko miejsce dla osób, którym nie wychodzi w rzeczywistym życiu. Tak jak nie tylko dla tych, którzy mają ochotę na szybki i jednorazowy seks. Aplikacje randkowe są przecież idealnym wyjściem dla osób, które żyją w biegu i nie mają ani czasu ani okazji pójść na miasto i tam kogoś poznać. Tinder, jak każda inna aplikacja randkowa, jest trochę jak nowo otwarta knajpka na rogu naszej ulicy. To od nas zależy, czy tam wejdziemy i zamówimy przystawkę, danie główne czy deser. Czy zamówimy kawę czy jednak drinka. No i czy będziemy chcieć do tego miejsca wracać, czy stanie się ono jednym z naszych ulubionych – takich, do którego regularnie zaglądamy i czujemy się jak w domu. Ja lubię traktować Tindera jako kolejną aplikację „społeczną”, następne medium, za pomocą którego można wyjść ze swojej „bańki” i poznać kogoś nowego – nie zawsze kochanka, czasem znajomego, przyszłego dobrego kumpla, a zdarza się, że i partnera na stały związek czy nawet na całe życie! Wszystko zależy od nas – naszego nastawienia, otwartości umysłu i chęci. Od odrzucenia zero-jedynkowości i pośród biało-czarnych barw dostrzegania różnych odcieni szarości. Od nauki wyzbycia się oceniania zachowania czy nawyków drugiej osoby i wartościowania ich. To naprawdę prostsze, niż może nam się wydawać.

Miłość z Tindera

To właśnie przez te wszystkie rzeczy, stereotypy i uprzedzenia, „Tinder” brzmi jak przekleństwo. Brzmi jak wstyd przykrywający jednorazowe szybkie numerki, pospieszne rozpinanie rozporka i uciekanie nad ranem z czyjegoś łóżka. I ja też, przyznaję, ten wszczepiony wstyd w sobie miałam. Zawsze jakoś głupio było mi przyznać, że „znamy się z Tindera” czy, że korzystam z tej aplikacji, bo nie chciałam zostać zaszufladkowana. Próbowałam się wymigać od odpowiedzi, kiedy prawda jest dużo lepsza i dużo „mojsza” niż wszystkie kłamstwa: ta aplikacja zrodziła kilka moich (naprawdę fajnych!) relacji i dwa związki (oba udane, a w jednym z nich jestem nadal!). Gdyby nie ona, nie poznałabym swojego obecnego chłopaka, tak jak wiele znanych mi osób nie poznałoby swoich partnerów czy partnerek. Każdy sposób na szukanie szczęścia jest dobry, tak myślę.

A ta na koniec, miła historia jako wisienka na torcie ku pokrzepieniu serc.

W zeszłą sobotę mój przyjaciel wziął ślub. Facet, do którego za niedługo zapuka magiczna i okrągła liczba 40, w końcu znalazł kogoś, z kim chce dzielić całe swoje życie. Do tej pory bywał w związkach, ale najwyraźniej to nie było „to”. Kiedy pierwszy raz spotkał swoją (już) żonę, od razu wiedział, że chce ją poślubić. Magia, prawda? Poznali się nie w barze, nie na weselu przyjaciela, nie na imprezie, nie w pociągu i nie w piekarni. Poznali się przez aplikację randkową i to tą z najbardziej szowinistyczną nazwą. Bo przecież w tej aplikacji, w internecie, dalej jesteśmy prawdziwymi ludźmi. Dalej jesteśmy sobą, ze swoimi uczuciami, wartościami, emocjami i potrzebami. Dalej czujemy, myślimy i mówimy to, co byśmy powiedzieli w rzeczywistości. Może czasem z większą odwagą i brawurą, ale to dalej my. Ci sami. 

Styl życia

Co zrobić, gdy dziecko przyłapie Cię na seksie?

31 sierpnia 2019 / Monika Pryśko

Znajomy temat?

Niby zabawne, mówione jako rodzinna anegdota. Ale przyznaj, nie jest to coś komfortowego i seks, gdy dziecko może wejść do pokoju, nie jest taki beztroski, jak mógłby być. Właśnie o tym rozmawiam z Karoliną Piotrowską, seksuologiem i psychologiem.

Czy seks rodziców to jakaś inna odmiana seksu?

W podobnym tonie moglibyśmy zapytać, czy na przykład seks studentów, prawników, lekarzy, młodzieży to inna odmiana seksu? Oczywiście to jacy jesteśmy, jakie mamy korzenie, doświadczenia, w jakim momencie życia się znajdujemy, czyli to całe tło, ma przełożenie na naszą ekspresję seksualną… ale seks to ciągle ten sam seks. Ma takie znaczenie, jaki każdy z nas jemu indywidualnie nada, ale ruchy i pozy są mniej więcej znane większości osób.

W przypadku rodziców, zwłaszcza tych z malutkimi dziećmi, seksualność może przeżywać pewien etap załamania czy osłabienia. Oczywiście nie będzie tak u wszystkich, jednak jest to często spotykany scenariusz. Pojawia się dziecko – nowe obowiązki – wielkie zmęczenie i koncentracja na maluszku, a tym samym brak sił i czasu na doświadczenia seksualne. Celowo nie mówię seks, bo sam seks, w rozumieniu włożyć-wyjąć może nawet nie zabierać za dużo czasu, ale w doświadczeniu seksualnym mieści się zdecydowanie więcej niż sam akt płciowy. To jest mieszanka odczuć, doświadczeń, wrażeń zarówno emocjonalnych, psychicznych, jak i fizycznych. Często zresztą trudnością nie jest brak czasu – bo dzieci śpią, mają dziadków, żłobki czy przedszkola, a właśnie brak sił i przestrzeni na przygotowanie tego gruntu pod współżycie.  Wbrew stereotypom ten brak zaspokojenia emocjonalnego dotyka po równo kobiety i mężczyzn, a w tym szczególnym okresie życia, którym jest wczesne rodzicielstwo, mężczyzna może ten brak odczuwać mocniej, gdyż kobieta często zaznaje dużo bliskości i emocjonalności w relacji z dzieckiem.

Czy dziecko rujnuje życie erotyczne rodziców?

Znam pary, które by się podpisały pod tym stwierdzeniem, a znam też takie, które stwierdziłyby, że to właśnie wspólne doświadczenie rodzicielstwa otworzyło ich seksualnie. Ile ludzie, tyle historii. Nie ma więc jednej, standardowej ścieżki. Nie możemy zakładać, że posiadanie dziecka zniszczy nam życie seksualne, bo tylko sobie dołożymy problemów. Możemy natomiast założyć, że posiadanie dziecka zmienia życie pod wieloma względami. Nastawić się do tego nowego okresu jak do przygody, wyzwania, czegoś nowego, ekscytującego. Nie wiemy, co nas tam czeka, ale jesteśmy gotowi to sprawdzić, eksplorować. Z takim nastawieniem, nawet jeśli pojawią się trudności natury seksualnej, będzie nam zdecydowanie łatwiej przez nie przejść.

Mówi się, że największą fantazją erotyczną mamy, jest… przespanie całej nocy. Czy faktycznie kobiety odkąd mają dzieci myślą o seksie w inny sposób?

Rzeczywiście jest to znane powiedzenie… Teraz sobie tak myślę, że to trochę taka próba „prześmiewczego” pokazania, że są inne potrzeby niż seksualna, którymi najpierw trzeba się zająć. Jest w tym też kawałek prawdy, to znaczy: kiedy ktoś jest wyczerpany fizycznie, zwyczajnie nie ma siły na seks, bo to kolejny wysiłek dla organizmu. Jednak mam takie poczucie, że ta fraza też deprecjonuje potrzeby seksualne. Jakby mówiła „matka ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż myśleć o seksie”.

Czy spanie w jednym pokoju z dzieckiem zaburza relacje między partnerami? Co zrobić, gdy nie ma innych lokalowych możliwości?

To jest bardzo złożone pytanie. Trzeba by je rozłożyć trochę na czynniki i spojrzeć na to z kilku perspektyw.

Jeśli spojrzymy na zagadnienie historycznie, to posiadanie własnego pokoju jest w naszej kulturze stosunkowo nowym pomysłem. Jeszcze nie tak dawno temu wszyscy żyli w domu, który miał jedną czy dwie izby. Jeszcze wcześniej w szałasach czy jurtach ludzie też nie przestawali uprawiać seksu dlatego, że pojawiło się dziecko.

Spanie z dzieckiem, co-sleeping, ma wiele korzyści. Często zresztą jest to też jedyny sposób na to, aby dziecko spało w nocy. Maluch potrzebuje poczucia bliskości, które daje mu również poczucie bezpieczeństwa w czasie snu. Dodatkowo nocne karmienia dla kobiet karmiących piersią są zwykle łatwiejsze, gdy dziecko jest tuż obok.

Pojawia się jednak pytanie: co z seksem? I tutaj pary mają pole do kreatywności i szukania rozwiązań, które w ich warunkach sprawdzają się najlepiej. Jedni powiedzą „ok, niech dziecko śpi w łóżku, a my pójdziemy na kanapę czy do łazienki”, inni stwierdzą „przełóżmy malucha do kojca/łóżeczka/wózka”, jeszcze inni „uprawiajmy seks jak babcia idzie z dzieckiem na spacer”. Wszystkie te rozwiązania są tak samo dobre.

Najważniejsze to nie odkładać życia intymnego, erotycznego na czas, kiedy dziecka nie będzie… bo dziecko będzie z nami przez kolejnych 18 lat. I musimy nauczyć się znajdować czas i przestrzeń dla siebie, dla zaspokajania swoich potrzeb w takich warunkach, jakie mamy i w taki sposób, aby było to bez szkody dla żadnego z domowników.

Jak powinno się zareagować, gdy dziecko wejdzie do sypialnia w trakcie, gdy rodzice uprawiają seks?

Wiele zależy od wieku dziecka oraz tego, co właściwie to dziecko widziało. Jeśli mówimy o zupełnym maluszku, który przychodzi zaspane z półprzymkniętymi oczami do sypialni rodziców i widzi falującą kołdrę, to zbyt wiele robić nie trzeba. Spokojnie pomagamy dziecku ponownie zasnąć i jeśli mamy ochotę, wracamy do swoich spraw. Jeśli dziecko jest starsze bądź scena, którą zaobserwowało, jest dla niego trudna (np. wystraszył się odgłosów) to należy dziecko zapewnić, że wszystko jest w porządku. Sam środek nocy zwykle nie jest dobrym momentem na przeprowadzenie edukacji seksualnej. Wtedy nasza reakcja na pojawienie się malucha jest sama w sobie formą edukacji: jeśli się zakryjemy, zaczniemy krzyczeć, że wchodzi bez pytania, to dziecko będzie wystraszone. Może nie podejmować w okresie późniejszym tematów dot. seksualności czy cielesności, bo rodzice będą mu się kojarzyć jako osoby, które ten temat złości, zawstydza czy onieśmiela. Jeśli nasza reakcja będzie naturalna, spokojna, wyważona – mamy szansę na to, że dziecko wróci ze swoimi pytaniami.

Czy warto jest, nawet małemu dziecku, wyjaśniać sytuację, czy lepiej poczekać, aż samo zapyta?

Sytuację warto wyjaśniać, bo dziecko może nie wiedzieć, o co ma zapytać. Dlatego dzieciom potrzebna jest edukacja seksualna, która daje im możliwość rozszerzania słownika, zaopatrza je w nazwy części ciała, zdarzeń, pozwala na zrozumienie funkcji zachowań. Natomiast na pół śpiącemu dziecku nie trzeba się od razu zwierzać ze swojego życia seksualnego – można ten temat podjąć zupełnie spokojnie dnia następnego.

____________________________

-> Szkolenie Akademia Seksualnej Mamy rusza 16 września 2019r. Jest to kurs online dla mam, które chcą na nowo zaprzyjaźnić się ze swoją seksualnością i w zgodzie ze sobą realizować swoje potrzeby seksualne, by czuć się spełnione w roli mamy, kochanki i partnerki. Seksualność jest ogromną, wewnętrzną mocą, która może sprawić, że życie każdego z nas będzie spokojniejsze, radośniejsze i pełniejsze. Na tym szkoleniu dostaniesz narzędzia, dzięki którym poznasz tą moc.

www.karolinapiotrowska.com/akademia-seksualnej-mamy

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo