Change font size Change site colors contrast
Kultura

Jeżeli nie umiesz czegoś wytłumaczyć pięciolatkowi, to znaczy, że tego nie rozumiesz.

23 stycznia 2018 / Marta Osadkowska

Jakiś czas temu moje córki dostały od fajnej cioci książkę: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek.

100 historii niezwykłych kobiet. Siadamy wieczorem i czytamy. Na początek Rosa Sparks, która w 1955 roku doprowadziła do zakończenia segregacji rasowej w autobusach w Stanach Zjednoczonych. Dzieci słuchają, buzie szeroko otwarte, oczy okrągłe. Kończymy rozdział i zaczynają się pytania: ale czemu czarnoskórzy byli gorzej traktowani? Ale czemu...

Jakiś czas temu moje córki dostały od fajnej cioci książkę: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet. Siadamy wieczorem i czytamy. Na początek Rosa Sparks, która w 1955 roku doprowadziła do zakończenia segregacji rasowej w autobusach w Stanach Zjednoczonych. Dzieci słuchają, buzie szeroko otwarte, oczy okrągłe. Kończymy rozdział i zaczynają się pytania: ale czemu czarnoskórzy byli gorzej traktowani? Ale czemu mogli mniej, skoro są takimi samymi ludźmi, jak reszta? A skąd się biorą tacy, którzy myślą, że wygląd robi różnicę? Przecież w środku jest człowiek, nie na zewnątrz. Przecież wszyscy ludzie są tacy sami.

A ja nie wiem. Nie pojmuję, skąd bierze się takie podejście. Skąd się rodzą takie myśli? Skąd zapalczywość w niszczeniu, poniżaniu innych? Skąd satysfakcja z zadawania bólu? Nie wiem. Toni Morrison, amerykańska powieściopisarka, poświęciła cały swój dorobek opisywaniu historii czarnych. Jest mistrzynią powieści zaangażowanej, a jedną ze swoich książek zadedykowała: „Sześćdziesięciu i więcej, milionom”. Wytłumaczyła, że to szacunkowa ilość śmiertelnych ofiar międzynarodowego handlu niewolnikami.

W swoich powieściach Morrison ukazuje całe zezwierzęcenie tego procederu.

Na losach jednostek demonstruje, jak łatwo drugiego człowieka uznać za gorszego i zapomnieć o podstawowych zasadach człowieczeństwa, gdy jest na to społeczne przyzwolenie. Pisze swoje powieści z perspektywy jednostki doświadczającej okrucieństwa rasizmu na własnej skórze (i dosłownie i w przenośni). Zadebiutowała powieścią Najbardziej niebieskie oko, której bohaterką jest dziewczynka wierząca, że gdyby jej oczy przestały być czarne i stały się błękitne, jak u białych koleżanek, całe jej życie zmieniłoby się na lepsze. Ona stałaby się piękna, a co za tym idzie lubiana. To dla niej najważniejsze. Nie chce być brzydka, nie chce być czarna, nie chce być gorsza i skazana na cierpienie. Patrzy, jak wokół niej plecy uginają się w pokorze, bez słowa sprzeciwu, bez zdziwienia nawet. Czarne plecy są już przyzwyczajone do pogardliwego traktowania, nie wstają po swoje prawa. Nawet nie pomyślą, że jakieś prawa mają. Percola nie analizuje krzywdy swojego ludu, nie szuka drogi do sprawiedliwości. Ona chce tylko przestać być brzydka. Chce wydostać się z otchłani swojej czerni i spojrzeć na świat niebieskimi oczami. Modli się o to żarliwie i uparcie a grozę czająca się u podłoża tego pragnienia przewyższa jedynie zło, jakie niesie za sobą jego spełnienie.

Bohater innej książki tej autorki, Domu, weteran wojny w Korei Frank Money, opisuje swoją codzienność. To los mężczyzny, który w ogólnej hierarchii postawiony jest niżej, niż kura: jak cię przegnali z jednego miasta, to każde inne oferujące bezpieczeństwo i możność przespania nocy bez perspektywy, że jak się obudzisz, zobaczysz wymierzoną w siebie lufę strzelby, wydaje ci się rajem.

Książki Morrison nie mają trzymającej w napięciu fabuły. Nie jest ich celem zachwycić czytelnika. One są hołdem dla ludzi, którzy, bez żadnego powodu wyrwani ze swojej ziemi, transportowani na statkach w nieludzkich warunkach i zakuci w kajdany, toczyli codzienną, nierówną i beznadziejną, walkę o zachowanie własnej kultury, wiary i godności. Ponosili za to cenę, na którą czasami brak słów. Bo jak wyrazić uczucia matki, opisanej w powieści Umiłowana (uhonorowanej Nagrodą Pulitzera), która woli zabić własne dziecko, niż oddać je na służbę ludziom znanym jej od najgorszej strony, od których sama doświadczyła jedynie bólu i nieustannego poniżania? Jak przedstawić dramat nastoletniej dziewczynki, która stała się manekinem dla wykształconego i szanowanego pana doktora prowadzącego na niej eksperymenty medyczne? Jak oddać życie w ciągłym strachu i świadomość, że nie ma żadnych szans na poprawę swojego losu?

W 1993 roku Toni Morrison otrzymała Literacką Nagrodę Nobla za to, że „w powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości, przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości”.

Niedawno do polskich księgarń trafiła Księga nocnych kobiet jamajskiego autora Marlona Jamesa.

To poruszająca opowieść o plantacji z przełomu XVIII i XIX wieku, od której ciężko się oderwać. Historia Lilit, mulatki o zielonych oczach, która rodzi się ze zgwałconej przez białego pana niewolnicy, jest pretekstem do pokazania kolonialnej rzeczywistości. Dumni Europejczycy, podkreślając swoją wyższość i mądrość, bez litości smagają batem plecy czarnych i torturują ich na wymyślne sposoby. Oświeceni, oczytani, cywilizowani ludzie bez mrugnięcia okiem traktują drugiego człowieka gorzej od psa. James bez zbędnego patosu pokazuje codzienną walkę niewolników o przetrwanie.

Bo chcą żyć, choć w wolność dla siebie nie wierzą.

Wierzą za to, że są gorsi od białych, że Bóg stworzył ich do wykorzystywania i upodlenia. Niektórzy już sami siebie sprowadzili do roli zwierząt pracujących w polu i nie myślą o innym losie. Ale są na plantacji kobiety, które pamiętają życie w Afryce i liczą upokorzenia, których doznały od białych. Dotykają blizn i spokojnie szykują bunt. Codziennie walczą, jak mogą: plując do herbaty albo dodają do niej mikstury bełtające w głowie. Niepokorna Lilit nie chce się pogodzić z faktem, że jest tylko jedną z wielu niewolnic. Długo wierzy, że uroda pozwoli jej odmienić los. Ta pycha przysporzy jej problemów, doprowadzi ją też pod bat. Kiedy pierwszy raz poczuje go na skórze, zrozumie kim jest czarna kobieta i poczuje dumę swoich sióstr. Gdy odcinają linę, upada na ziemię, ale się podnosi. Stoi, trochę się chwieje, ale stoi. Zadziera dumnie głowę i podchodzi do splątanego odzienia. Ubiera się…Co trzy, cztery kroki kuśtyknie, raz o mało się nie przewróci, ale głowę trzyma wysoko. Ta duma wejdzie jej pod skórę, rozleje się czernią w umyśle i połączy z towarzyszkami niedoli. Lilit wymierzy swoją sprawiedliwość białym i obejrzy więcej cierpienia, niż powinno być na świecie. Historię nocnych kobiet czyta się z zapartym tchem choć napisana jest językiem nietypowym, stylizowanym na slang niewolników.

Wydawać by się mogło, że my, ludzie XXI wieku, pokonaliśmy już barbarzyńskie naleciałości jak rasizm czy nazizm.

Że wynieśliśmy naukę z okrutnej historii, wiemy, do czego prowadzą ideologie oparte na nienawiści i nieuzasadnionym poczuciu wyższości. A jednak z wiarygodnych źródeł docierają do nas niewiarygodne informacje o handlowaniu ludźmi w Libii. A jednak najwyższe urzędy w państwach cywilizowanego Zachodu sprawują ludzie, którzy otwarcie do rasistowskich poglądów się przyznają. Ludzie, którzy wspierają nazistowskie bojówki i roszczą sobie prawo do decydowania o cudzym życiu. Podpisują ustawy, traktaty i inne dumnie brzmiące papiery, które odbierają wolność, podstawową wartość każdego człowieka. To, co kilka lat temu wydawało się niemożliwe, dziś dzieje się na oczach całego świata. Ludzie wychodzą na ulice i domagają się swoich praw, choć wydawało się, że już dość w przeszłości przelano za nie krwi i nikt nam ich nie odbierze.

W Baltimore, USA, 10 grudnia 2017 roku, mieszkańca zapalili świece za każdego człowieka, który zginął w tym mieście od kuli, lub ciosu nożem. 301. Trzysta jeden osób.

W znakomitej większości czarnych. Nie są to tylko młodzi, silni mężczyźni, których można posądzić o agresję. To też kobiety, dzieci i starcy. Najstarsza ofiara to 97-letni weteran, zastrzelony we własnym domu przez włamywaczy. Białych jakoś kule omijają i ciężko tu mówić o przypadku.

Bohaterowie Toni Morrison, pomimo swej beznadziejnej sytuacji, nie poddają się. Jest w nich siła, której można zazdrościć. Są twardzi i wierni swoim ideałom, z podniesionymi głowami znoszą tępe okrucieństwo „panów”. Są wielkim wyrzutem sumienia dla czytelnika. Bo jak, wiedząc, że opisywane przez pisarkę historie wydarzyły się naprawdę, można narzekać będąc wolnym i bezpiecznym człowiekiem? Czasami zapominamy, jak wiele mamy bez żadnego wysiłku. To, oprócz spisywania historii, o których trzeba pamiętać, żeby nigdy nie dopuścić do ich powtórzenia, druga rola książek Morrison. Patrzy nam ze swojej prozy prosto w oczy mówiąc: wstyd narzekać na niesprawiedliwy los, gdy ma się wszelkie narzędzia by go zmieniać. Autorka w wywiadzie dla The Art Of Fiction powiedziała: nie da się nie widzieć niewiarygodnej wręcz przemocy, upartej ignorancji, napawania się czyimś cierpieniem. Próbujemy odwracać oczy, żeby móc funkcjonować, ale nie można zapomnieć, że właśnie wtedy w siłę rośnie zło, gdy dobrzy są bezczynni.

Dlaczego mogły powstać historie Morrison i Jamesa? Dlaczego ludzie zdolni są zadawać innym niewyobrażalny ból?

Fiodor Dostojewski napisał, żeby nie nazywać takiej postawy „zezwierzęceniem”, bo zwierzęta nie są wobec siebie tak okrutne. I nie sposób nie przyznać mu racji. Skąd w ludziach to wszystko? Skąd się bierze nienawiść? Z czego rodzi się w ludziach tyle zła? Co jest przyczyną braku empatii, bestialskich odruchów, fanatyzmu? Nie wiem. Nie umiem wytłumaczyć tego ani pięciolatkowi, ani samej sobie, ani nikomu innemu.

 


Książki:

  1. Elena Favilli, Francesca Cavallo „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, wyd. Debit
  2. Toni Morrison: Najbardziej niebieskie oko”, „Dom”, „Umiłowana”, wyd. Świat Książki
  3. Marlon James „Księga nocnych kobiet”, wyd. Wydawnictwo Literackie

 


źródło zdjęcia

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo