Change font size Change site colors contrast
Felieton

Wyznania nie do końca anonimowej pracoholiczki

21 października 2019 / Agnieszka Jabłońska

W naszym społeczeństwie przyjęło się, że to mężczyźni oddają się pracy, uciekają w nią, znajdują w niej przyjemność, pasję, miejsce, gdzie mogą dać upust swojej ambicji.

Kobiety ciągle pozbawia się tego przywileju, jakim jest szansa nieskrępowanego robienia kariery zawodowej.

Co myślisz, gdy słyszysz, facet wywalczył ten awans?

Ja widzę gościa w garniturze, który wychodzi od szefa z laptopem, w którym ma tabelki w Excelu – twarde dowody jego zaangażowania w firmę i korzyści, jakie osiąga szef z faktu, że ma takiego fajnego człowiek w swoim zespole. Widzę też mężczyznę w firmowym stroju roboczym albo modnie ubranego chłopaka, każdy z nich wychodzi z gabinetu lub pokoju z poczuciem ulgi i zadowolenia. Z reguły, taki facet jest przebojowy, znalazł się na swoim miejscu i robi karierę. Brawo on – powiedzą.

Co myślisz, gdy słyszysz, ona wywalczyła ten awans?

Widzisz kobietę w żakiecie, która wychodzi od szefa z laptopem, w którym ma tabelki w Excelu – jeśli tak, to gratuluję. Założę się, że ludzie szybko pomyślą, ta zdzira na pewno ma romans z szefem, skoro tak łatwo ją awansował. To pewnie przez te opięte spódnice, które wyglądają, jakby jej miały pęknąć na tyłku. Życzliwi zaczną zastanawiać się (oczywiście głośno), co z jej dziećmi, które są ofiarami matki-karierowiczki. Znajdą się pewnie i tacy, którzy powiedzą, że skoro nie ma chłopa, to wpadła w pracę, wiadomo.

Kobiety na równi z facetami mogą czerpać przyjemność z pracy, mieć satysfakcję z wyników swojej komórki lub działu, cieszyć się z ambitnych projektów i zarządzać zespołem ludzi. Tak samo, jak dla faceta dla kobiety praca również może być miejscem lub zajęciem, w którym się spełnia i realizuje. Doskonale sama o tym wiesz, mamy ogromne ambicje i u wielu z nas – może u Ciebie też – apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Mimo tego do głowy mi nie przychodziło, że mogłam pójść o krok za daleko. Najpierw jeden, później dwa malutkie kroczki, hop-hop i już się znalazłam poza magiczną strefą komfortu. Dalej szło jeszcze łatwiej i ani się obejrzałam, a praca – moje zajęcie dodatkowe – znalazło się w centrum mojego życia.

Dzisiaj myślę, że gdyby nie mój mąż, praca na niemal 2 etaty wypełniłaby szczelnie moje 24 godziny, zostawiając jedynie trochę czasu na sen i jedzenie. Gdy się robi to, co się kocha, to praca staje się Twoim narkotykiem. Zajmujesz się zadaniami, które nie tylko są dla Ciebie =fascynujące, ale również dają Ci cholernie dużo satysfakcji. Rozwijasz się jak szalona – to przypomina układanie puzzli na czas – nagle jeden za drugim wszystkie elementy układanki lądują na właściwych pozycjach i wszystko wygląda jak piękny mechanizm ręcznie wykonanego szwajcarskiego zegarka. Tyle, że to nie zegarek, za którym musisz zabulić kupę hajsu, a Ty i Twoje życie – Twoja ukochana praca.

Gdyby ktoś wtedy zaczepił mnie biegnącą między pracą nr 1 samochodem a domem aka pracą nr 2 i zapytał, co jest dla Ciebie najważniejsze, bez wahania powiedziałabym „mąż”, „zdrowie”, „radość” i wyminęła go szybko, bo przecież nie mam czasu na bezsensowe pogaduchy – praca czeka!

To przyszło samo – dzień rozpisany na godziny, najmniejsze spóźnienie, które wywoływało falę niezadowolenia, a czasami wręcz histerii, spotkania planowane z 3-tygodniowym wyprzedzeniem, powieki tak ciężkie, że nie widać przez nie filmu. Praca wślizgnęła się do mojego życia i pod płaszczykiem rozwoju i dodatkowego źródła dochodów połknęła mnie całą, na podłodze została jedynie smętna skarpetka w ponadczasowym odcieniu Black. Trochę jak back to Black, co?

Później pojawiło się takie zarąbiście mądre słowo „przekwalifikowanie”, bo przecież ja nie gonię za hajsem, którym nie mogę się nasycić, nie gonię za własną ambicją, że mogę więcej, szybciej, jeszcze lepiej, ja tylko dążę do zmiany zawodu, a to – zapytaj kogo chcesz – jest cholernie trudne i wyczerpujące. Ja się przekwalifikowuję!

Dlatego gnałam jak wściekła osa między pracą nr 1 i domem aka pracą nr 2 i próbowałam sobie wmówić, że to normalne, że sobie budżet podreperuję. Myślałam, że może od przyszłego poniedziałku, od wtorku w kwietniu, od niedzieli majowej coś się zmieni. Może wezmę mniej zleceń – akurat, zrobię chwilę wolnego – ciekawe jak?, przesunę jakiś termin – ja?! w życiu.

Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką.

W moim domu zapanowało święto – pańcia nie siada w weekend do laptopa. Wcześniej upragnione chwile na pracę wyrywałam z weendowych godzin jak wściekła i głodna hiena, walczyłam pazurami o godzinę w sobotę i 3 godziny w niedzielę, jeśli zerwałam się o 6 rano. Zrezygnowałam z siłowni, nie miałam, kiedy praktykować jogi i nie miałam ochoty dbać o swoje nawyki żywieniowe. Wiecznie napięta, spięta, z kijem w tyłku robiłam to, co do mnie należało. Trzeba było zrobić jedzenie do pracy na cały tydzień? To robiłam je w niedzielę o 21. Trzeba było jechać do fryzjera? To jechałam, ale od momentu wejścia do salonu siedziałam z telefonem, żeby zrobić research. Trzeba było spotkać się z kimś nagle? Ja się nie spotykałam.
Mnie moja obecna praca nie męczy. Wiem, że bez niej niczego nie będę miała i jest mi potrzebna do życia. Równocześnie jednak daje mi poczucie satysfakcji, spełnienie, jest moją wielką pasją. Odurza mnie, upaja – naprawdę kocham to, co robię i myślę, że to widać.
Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką.

Złapałam się pewnego razu na tym, że nie mam pojęcia, o czym mówi do mnie mój mąż. To było coś w stylu „ i jak pamiętasz, już o tym rozmawialiśmy wcześniej, wtedy on – no ten kolega, o którym też Ci opowiadałem…”. Dla mnie ta cała wypowiedź nie miała sensu, bo kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi temu facetowi. Nie dość, że stoi nade mną, kiedy pracuję, to jeszcze zawraca głowę z jakimś kolegą i jakąś sprawą, która naprawdę mogłaby poczekać. Zirytowało mnie to, a później przeraziło.

Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką, ale powoli odzyskuję kontrolę nad moim życiem.

Uświadomiłam sobie, że pracę – szczególnie dodatkową, bo o taką jeszcze wtedy chodziło – znajdę zawsze. Natomiast będzie mi cholernie ciężko znaleźć takiego faceta, jak mój mąż. Nie zasłużył sobie na to, żeby być regularnie spychanym na drugi plan, żeby jego potrzeby zostały wyparte przeze mnie i moją pracę, żeby jego dom i jego życie podporządkowało się pod mój rozwój zawodowy. I nie zrozum mnie źle, on mi nigdy nie powiedział przykrego słowa, nie stanął na środku pokoju i nie oznajmił „wybieraj”. Czasami próbował zwrócić na siebie moją uwagę zaabsorbowaną pomysłami na kolejny artykuł lub zajętą ambitnym researchem. Czasami mu się to udało. Dzisiaj, gdy o tym myślę, jest mi wstyd.
Miałam cholernie dużo szczęścia, wiesz? Jestem w dojrzałym związku, w którym mam więcej miejsca na rozwój, niż mogłabym to sobie wyobrazić. Dlatego postanowiłam coś zrobić ze swoim pracoholizmem.

Cześć mam na imię Agnieszka i podjęłam mocne postanowienie zmiany swojego życia.

Chciałabym Ci coś powiedzieć.

Tobie architektko, która spędzasz kolejną noc nad ambitnym projektem, Tobie nauczycielko, która każde popołudnie jesteś w szkole, a potem dajesz korki do późnej nocy, Tobie projektantko, która gonisz z pokazu na pokaz i latasz więcej niż stewardessy, Tobie prawniczko, która bierzesz sprawy na drugim końcu kraju i wciąż służysz poradą prawną wszystkim znajomym, Tobie fryzjerko, która czeszesz nawet w niedzielę i zawsze masz czas, by ufarbować koleżanki we własnym domu.

Dziewczyny! Odłóżmy czasem pracę w kąt. Niech sobie poleży, podrośnie jak dobre ciasto drożdżowe. Zamiast tabletu, laptopa, grzebienia, czy ołówka weźmy za ręce naszego partnera, męża, chłopaka, przyjaciela i uściśnijmy mocno. Obejmijmy dzieci, zadzwońmy do rodziców – znajdźmy czas dla naszych bliskich!

Życie jest tak cholernie krótkie, bądźmy więcej tu i teraz z tymi, którzy nas kochają i których my wybrałyśmy do kochania. A praca? Możecie mi wierzyć, jako przykładnej pracoholiczce – praca na nas poczeka. A co, jeśli nie – pytacie? Cóż, znajdziemy sobie inną!

Kultura

Piekłem kobiety jest jej ciało

13 stycznia 2020 / Marta Osadkowska

Jak to możliwe, że w XXI wieku, gdy Elon Musk przygotowuje turystę do zwiedzania kosmosu, kobiety nadal nie mają podstawowych praw?

Jesienią do Polski przyleciała Kabula, adoptowana córka Martyny Wojciechowskiej, albinoska z Tanzanii. Osiem lat temu trzech mężczyzn odrąbało jej maczetą rękę, bo wierzyli w magiczną moc takiego talizmanu. Osiem lat temu – to nie są zamierzchłe czasy, to 2010 rok. W 2010 roku, podobnie jak w 2018, na świecie panuje zacofanie, ignorancja i coraz większa nierówność społeczna. Co będzie z nami za kolejnych osiem lat? W jakim kierunku zmierzamy?

 

Rewolucja w Iranie miała przynieść wolność i demokrację, przyniosła jednak religijny ucisk, represje i niewolę.

W tym świecie rządzą surowi szyiccy duchowni, którzy w naukowych traktatach roztrząsają najdziwniejsze problemy, jak choćby ten, czy mężczyzna, który współżył ze swoją kurą, może ją potem zjeść. Ulice są tam strefą wojny między surowymi zasadami a pragnieniami młodości. Kobiety, które nie podporządkowują się przepisom dotyczącym stroju (zakrywającego wszystko, poza fragmentem twarzy i dłońmi) czy zachowania (zero śmiechu, zero jakiegokolwiek kontaktu z mężczyznami) są aresztowane, bite, karane grzywną i upokarzane. Azar Nafisi, autorka książki „Czytając Lolitę w Teheranie”, zaprosiła do swojego domu najlepsze studentki, żeby omawiać z nimi dzieła światowej literatury. Rozmowy o literackich bohaterach są tylko pretekstem do opisania dramatycznej rzeczywistości Iranu. Nafisi obserwowała rewolucję pracując na uniwersytecie, z którego została wyrzucona za odmowę noszenia chusty. Tylko wyrzucona, nie było większych konsekwencji. Poznała je Szirin Ebadi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku, która poświęciła życie na opór przeciw reżimowi republiki Islamskiej. Państwo odebrało jej prawo do wykonywania zawodu, prześladowało jej córki i męża. Ebadi walczy o kobiety, których sytuacja jest coraz gorsza. Od 2014 roku rządowy plan segregacji płciowej, mający na celu wyrugowanie kobiet z życia publicznego, nabrał rozpędu. Kobiety nie mogły pracować w restauracjach, oglądać publicznie finałów piłki nożnej (co w Iranie jest ważną tradycją) i pracować w urzędach razem z mężczyznami. Pewnej jesieni piętnaście kobiet zostało na ulicach zaatakowanych i oblanych kwasem. Policji nie udało się znaleźć winnych. Ani jednego. Ebadi musiała uciekać z Iranu w obawie o życie swoje i swoich bliskich.

 

Dla tych, którym Nepal jawi się jako kolorowa kraina uśmiechniętych ludzi, którzy wspomagają wyruszających na Mount Everest, mam bardzo złą wiadomość.

To kraj, w którym są rejony, gdzie kobiety nie powinny istnieć. Urodzić się kobietą w Nepalu to oznaka złej karmy. I jest to im wyraźnie pokazywane od dnia przyjścia na świat. Jeśli do tego w ogóle dojdzie: wiele kobiet dokonywało aborcji po niezadowalającym wyniku badania USG. Skala aborcji zdrowych płodów żeńskich była tak ogromna, że w Indiach wprowadzono zakaz badań ultrasonograficznych. To doprowadziło do uśmiercania noworodków, procederu tak powszechnie zrozumianego w tym rejonie, że nie podlegającego żadnej karze. Dziewczynki są duszone lub topione od razu w szpitalu. Potem można wyjść i zacząć się starać o lepsze potomstwo. Wśród trochę starszych dzieci umieralność dziewczynek jest dużo wyższa niż u chłopców. Powód jest prosty: są zaniedbywane, niedożywione, nie leczy się ich chorób. Gdy dziewczynka dorośnie do menstruacji, nikt nie wyjaśnia jej, co się dzieje, tylko jest zamykana w ciemnym pokoju, bez dostępu do światła słonecznego. I tak co miesiąc. W tym czasie kobiety nie mogą zbliżać się do jedzenia, wody i pozostałych członków rodziny. Są nieczyste, grzeszne. Na wsiach nadal praktykuje się chhaupadi, czyli izolowanie kobiet podczas miesiączki w oborze lub szopie. Są tam traktowane gorzej niż zwierzęta: nie dostają wystarczająco jedzenia i wody, mają szczęście, jeśli mogą okryć się kocem podczas mroźnych nocy. Nie są w żaden sposób chronione przed atakami dzikich zwierząt i gwałtami.

 

Matki są smutne, gdy rodzą im się córki, to syn jest błogosławieństwem.

Syn zapewnia ciągłość rodu, przekazując potomstwu swoje nazwisko. Syn to inwestycja w przyszłość, ponieważ pozostaje w domu rodziców, żeby zająć się nimi na starość. Jest więc pożądany z wielu powodów: religijnego – dopełni rytuałów pogrzebowych (kobiecie nie wolno), ekonomicznego – będzie wspierał finansowo rodziców, a wreszcie społecznego – jako męski potomek zapewni rodzinie prestiż. Kobieta nie może liczyć na szacunek w rodzinie, dopóki nie pocznie syna

 

Nepalska kobieta nie istnieje jako istota ludzka, która może coś czuć, czegoś pragnąć, do czegoś dążyć.

Ona ma wypełniać (najlepiej po cichutku) swoją rolę: córki, żony, synowej, matki. Tego nauczy się w domu, więc nie traci się czasu i pieniędzy na jej edukację. A nawet jeśli to się zdarzy, niezależna finansowo i wykształcona kobieta rzadko zdecyduje się na samodzielne życie i mieszkanie ze względu na złą opinię, jaka przylgnęłaby do niej i do jej bliskich. Wychodzi więc za mąż, trafia do domu teściów, gdzie zwykle jest traktowana podle, wykorzystywana, poniżana i często bita. Najczęstszą przyczyną śmierci Nepalek jest samobójstwo. A tajemnicą poliszynela jest, że większość z nich nie odebrała sobie życia, a została zamordowana lub zakatowana przez rodzinę męża. 

 

No i jeszcze polowania na czarownice. Dosłownie.

Kilkadziesiąt kobiet rocznie cierpi prześladowanie i tortury na podstawie zarzutu o uprawianie czarów. Skąd się biorą takie zarzuty? Najczęściej choruje ktoś z rodziny, czyjeś ego zostało zranione odrzuceniem zalotów lub oskarżona ma ładny majątek, na który są już chętni. 

I oczywiście można postawić tutaj tezę, że Iran i Nepal to inny świat, inne kultury, inna sytuacja. Ale ten argument nie ma żadnej mocy, bo kobiety prześladowane są także w rozwiniętych krajach, tylko narzędzia tortur są trochę inne.

Według rządowych statystyk przemocy partnera doświadczyła w Japonii co czwarta kobieta. Jednak Japonki wielu zachowań wcale nie uznają za przemoc. Dla co piątej nie jest nią zakaz rozmowy z innymi niż mąż osobami płci przeciwnej, dla co dziesiątej – krzyk. Również co dziesiąta godzi się na komentarze w stylu: „Jesteś do niczego” i emocjonalny szantaż: „No i kto cię utrzymuje?”. Przemoc ma zazwyczaj wiele wymiarów, a kobiety szybko uczą się, że jest ona nieodłączną częścią ich codzienności. Przemocy doświadczyła w związkach co trzecia dwudziestolatka. Policja przez lata nie traktowała zjawiska przemocy domowej poważnie, raczej jako domowy, a tym samym prywatny kłopot. Kobiety słyszały, że nie można w tej kwestii nic zrobić, dopóki ich mężowie ich nie zabiją

 

W pracy kobiety mają jasno powiedziane, że nie zrobią takiej kariery jak ich koledzy.

To nie znaczy, że mogą pracować mniej. Żeby w ogóle utrzymać stanowisko, Japonki wyrabiają niezliczone nadgodziny (oczywiście niepłatne). A przecież w domu czeka dziecko, którym zajmować musi się matka, mężczyźni nie robią takich rzeczy. Kobieta bardzo rzadko może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy, bo życie w Japonii jest bardzo drogie. Mężczyzna poświęca życie pracy, rodzinę widuje rzadko, wszystko ma podane, uprasowane, ugotowane. Ogromna presja i tempo życia przyczyniają się do porzucania przez matki niemowląt. Popularnym zjawiskiem było zostawianie ich w schowkach na dworcu. (W Japonii istnieje tylko jedno okno życia, od 2007 roku w chrześcijańskim szpitalu). To nie jest po prostu nieodpowiedzialność, to efekt osiągnięcia przez kobietę granicy rozpaczy i bezradności. Dziś w tym temacie jest lepiej, dostęp do antykoncepcji jest większy. Ale nadal jest ona droga, nadal nie dla wszystkich dostępna. Lekarzom bardziej się opłaca przeprowadzić aborcję (bardzo w Japonii popularną) niż propagować wkładki domaciczne. Czterech na pięciu lekarzy to mężczyźni.

 

Powszechnie znanym zjawiskiem w japońskich środkach transportu publicznego jest chikan. To molestowanie dziewczynek i kobiet w zatłoczonym wagonie.

Dotykanie, głaskanie, ocieranie, wkładanie rąk pod spódnicę i w majtki – to codzienność. Dopiero w 1994 roku nazwano te zachowania przemocą, wcześniej były uznawane za „kłopot”.

W japońskich szkołach nie ma edukacji seksualnej, nie ma informacji o chorobach wenerycznych ani o seksualnej przemocy. Dla sfrustrowanych, zestresowanych mężczyzn chwila dominacji nad bezbronną kobietą w metrze jest sposobem na poprawienie humoru. Na wyładowanie się choć troszkę. Na chwilę czuje się silny, zanim szef mu udowodni, że wcale taki nie jest.

 

I jeszcze te mundurki, które otwarcie kojarzą się z pornografią.

Wykreowane w mediach wyuzdane licealistki, w białych majtkach widocznych pod krótkimi spódniczkami i podkolanówkach. Idealna mieszanina egzotyki i niewinności. Sponsoring w Japonii ma się świetnie, a turyści szukający przygody z wyjętą prosto z mangi dziewczynką, zostawiają w tym kraju niemałe pieniądze. Dziewczynki wydają się zblazowanymi, chętnymi do zabawy licealistkami, które lubią seks i chętnie go uprawiają. O niewolnictwie, handlu żywym towarem i stręczycielstwie się nie mówi, to psuje obrazek. Dopiero w 2017 roku Japonia ratyfikowała konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, wcześniej była w jednej lidze z Iranem czy Sudanem.

 

A co z USA? Z liberalną Ameryką, ucieleśnieniem swobód obywatelskich i bastionu praw człowieka?

Co tam się wyprawia? Czy jest tu ktoś, kto wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych przyjął inaczej niż opadającą ze zdziwienia szczęką? Czy ktokolwiek w ogóle brał pod uwagę pajaca, ignoranta i rasistę jako przywódcę tego potężnego kraju? Jak to się mogło stać? A potem przyszły konsekwencje tego najgorszego z możliwych wyborów. „Wszystkie kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy” – żartuje sobie przywódca świata zachodniego. Na wieść o gwałtach w wojsku reaguje słowami: „Co ci geniusze sobie myśleli, wpuszczając tam kobiety?”. Ostentacyjnie demonstruje swój stosunek do płci pięknej, nawet nie udaje, że się wstydzi molestowania ich. Jednym z haseł wyborczych Trumpa była walka z aborcją. W 2017 roku podpisał dekret, na mocy którego w życie weszła ustawa, której celem jest zablokowanie finansowania z budżetu federalnego organizacji pozarządowych, oferujących lub propagujących usługi aborcyjne poza granicami Stanów Zjednoczonych. Rozszerzono też restrykcje, które mają zmniejszyć przychody organizacji promujących aborcję o prawie 9 miliardów dolarów. Zamykają się pozarządowe kliniki Planned Parenthood.  Celem tej organizacji non profit jest propagowanie świadomego rodzicielstwa, kompleksowej edukacji seksualnej, szerokiego dostępu do legalnej antykoncepcji i aborcji, walka z chorobami przenoszonymi drogą płciową. Nie ma dla nich już miejsca w Ameryce Trumpa. 

O konsekwencjach tych działań napisała Leni Zumas w książce „Czerwone zegary”. To historia czterech kobiet, których na różny sposób dotyka temat macierzyństwa. Dla dwóch z nich decyzje prezydenta będą miały bolesne konsekwencje. Nie na tyle tragiczne, żeby je nagłaśniać. Świat się nie skończy, nie wywołają rewolucji. Będą tylko cierpieć. Jak miliony innych kobiet.

 

Gdzie na tej mapie kobiecych krzywd znajduje się Polska?

Nierówne traktowanie płci jest u nas powszechne i ogólnie wiadome. Ustawa antyaborcyjna, przemoc domowa, molestowanie, poniżanie w pracy, seksizm. Codziennie to się dzieje, codziennie to widzimy, codziennie o tym czytamy. Codziennie mijam plakat ze zdjęciem zakrwawionego płodu – taka kampania antyaborcyjna. Czemu to wisi legalnie? Co z zakazem publikowania drastycznych treści? Co czują kobiety, które zdecydowały lub musiały poddać się zabiegowi? W żadnym wypadku nie uważam, że „aborcja jest OK!”. Widzę w niej dramat, cierpienie, bolesną decyzję podjętą w różnych, często bardzo dramatycznych okolicznościach. Okrucieństwem jest robienie z tego billboardu. Nieludzkie jest prawo, które na to pozwala.

Globalnie kobiety zarabiają średnio ponad połowę wynagrodzenia mężczyzn, mimo iż generalnie każdego dnia pracują od nich dłużej. Według kalkulacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2016 roku, jeśli utrzyma się tempo, w jakim przebiega proces wyrównywania różnic w wysokości wynagrodzenia, dostępie do edukacji, opieki zdrowotnej i do wysokich stanowisk, zarówno w biznesie, jak i w polityce, równość płci zostanie osiągnięta za sto siedemdziesiąt lat

Ciekawe, ilu ludzie będzie już wtedy mieszkało w kosmosie…

 

Bibliografia:

  1. Szirin Ebadi, Kiedy będziemy wolne, wyd. Znak Horyzont.
  2. Azir Nafisi, Czytając Lolitę w Teheranie, wyd. Świat Książki.
  3. Edyta Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari, wyd. Znak.
  4. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, wyd. Czarne
  5. Leni Zumas, Czerwone zegary, wyd. Czarna Owca.
This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

There may be an issue with the Instagram access token that you are using. Your server might also be unable to connect to Instagram at this time.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo