Change font size Change site colors contrast
Felieton

Wyznania nie do końca anonimowej pracoholiczki

21 października 2019 / Agnieszka Jabłońska

W naszym społeczeństwie przyjęło się, że to mężczyźni oddają się pracy, uciekają w nią, znajdują w niej przyjemność, pasję, miejsce, gdzie mogą dać upust swojej ambicji.

Kobiety ciągle pozbawia się tego przywileju, jakim jest szansa nieskrępowanego robienia kariery zawodowej.

Co myślisz, gdy słyszysz, facet wywalczył ten awans?

Ja widzę gościa w garniturze, który wychodzi od szefa z laptopem, w którym ma tabelki w Excelu – twarde dowody jego zaangażowania w firmę i korzyści, jakie osiąga szef z faktu, że ma takiego fajnego człowiek w swoim zespole. Widzę też mężczyznę w firmowym stroju roboczym albo modnie ubranego chłopaka, każdy z nich wychodzi z gabinetu lub pokoju z poczuciem ulgi i zadowolenia. Z reguły, taki facet jest przebojowy, znalazł się na swoim miejscu i robi karierę. Brawo on – powiedzą.

Co myślisz, gdy słyszysz, ona wywalczyła ten awans?

Widzisz kobietę w żakiecie, która wychodzi od szefa z laptopem, w którym ma tabelki w Excelu – jeśli tak, to gratuluję. Założę się, że ludzie szybko pomyślą, ta zdzira na pewno ma romans z szefem, skoro tak łatwo ją awansował. To pewnie przez te opięte spódnice, które wyglądają, jakby jej miały pęknąć na tyłku. Życzliwi zaczną zastanawiać się (oczywiście głośno), co z jej dziećmi, które są ofiarami matki-karierowiczki. Znajdą się pewnie i tacy, którzy powiedzą, że skoro nie ma chłopa, to wpadła w pracę, wiadomo.

Kobiety na równi z facetami mogą czerpać przyjemność z pracy, mieć satysfakcję z wyników swojej komórki lub działu, cieszyć się z ambitnych projektów i zarządzać zespołem ludzi. Tak samo, jak dla faceta dla kobiety praca również może być miejscem lub zajęciem, w którym się spełnia i realizuje. Doskonale sama o tym wiesz, mamy ogromne ambicje i u wielu z nas – może u Ciebie też – apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Mimo tego do głowy mi nie przychodziło, że mogłam pójść o krok za daleko. Najpierw jeden, później dwa malutkie kroczki, hop-hop i już się znalazłam poza magiczną strefą komfortu. Dalej szło jeszcze łatwiej i ani się obejrzałam, a praca – moje zajęcie dodatkowe – znalazło się w centrum mojego życia.

Dzisiaj myślę, że gdyby nie mój mąż, praca na niemal 2 etaty wypełniłaby szczelnie moje 24 godziny, zostawiając jedynie trochę czasu na sen i jedzenie. Gdy się robi to, co się kocha, to praca staje się Twoim narkotykiem. Zajmujesz się zadaniami, które nie tylko są dla Ciebie =fascynujące, ale również dają Ci cholernie dużo satysfakcji. Rozwijasz się jak szalona – to przypomina układanie puzzli na czas – nagle jeden za drugim wszystkie elementy układanki lądują na właściwych pozycjach i wszystko wygląda jak piękny mechanizm ręcznie wykonanego szwajcarskiego zegarka. Tyle, że to nie zegarek, za którym musisz zabulić kupę hajsu, a Ty i Twoje życie – Twoja ukochana praca.

Gdyby ktoś wtedy zaczepił mnie biegnącą między pracą nr 1 samochodem a domem aka pracą nr 2 i zapytał, co jest dla Ciebie najważniejsze, bez wahania powiedziałabym „mąż”, „zdrowie”, „radość” i wyminęła go szybko, bo przecież nie mam czasu na bezsensowe pogaduchy – praca czeka!

To przyszło samo – dzień rozpisany na godziny, najmniejsze spóźnienie, które wywoływało falę niezadowolenia, a czasami wręcz histerii, spotkania planowane z 3-tygodniowym wyprzedzeniem, powieki tak ciężkie, że nie widać przez nie filmu. Praca wślizgnęła się do mojego życia i pod płaszczykiem rozwoju i dodatkowego źródła dochodów połknęła mnie całą, na podłodze została jedynie smętna skarpetka w ponadczasowym odcieniu Black. Trochę jak back to Black, co?

Później pojawiło się takie zarąbiście mądre słowo „przekwalifikowanie”, bo przecież ja nie gonię za hajsem, którym nie mogę się nasycić, nie gonię za własną ambicją, że mogę więcej, szybciej, jeszcze lepiej, ja tylko dążę do zmiany zawodu, a to – zapytaj kogo chcesz – jest cholernie trudne i wyczerpujące. Ja się przekwalifikowuję!

Dlatego gnałam jak wściekła osa między pracą nr 1 i domem aka pracą nr 2 i próbowałam sobie wmówić, że to normalne, że sobie budżet podreperuję. Myślałam, że może od przyszłego poniedziałku, od wtorku w kwietniu, od niedzieli majowej coś się zmieni. Może wezmę mniej zleceń – akurat, zrobię chwilę wolnego – ciekawe jak?, przesunę jakiś termin – ja?! w życiu.

Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką.

W moim domu zapanowało święto – pańcia nie siada w weekend do laptopa. Wcześniej upragnione chwile na pracę wyrywałam z weendowych godzin jak wściekła i głodna hiena, walczyłam pazurami o godzinę w sobotę i 3 godziny w niedzielę, jeśli zerwałam się o 6 rano. Zrezygnowałam z siłowni, nie miałam, kiedy praktykować jogi i nie miałam ochoty dbać o swoje nawyki żywieniowe. Wiecznie napięta, spięta, z kijem w tyłku robiłam to, co do mnie należało. Trzeba było zrobić jedzenie do pracy na cały tydzień? To robiłam je w niedzielę o 21. Trzeba było jechać do fryzjera? To jechałam, ale od momentu wejścia do salonu siedziałam z telefonem, żeby zrobić research. Trzeba było spotkać się z kimś nagle? Ja się nie spotykałam.
Mnie moja obecna praca nie męczy. Wiem, że bez niej niczego nie będę miała i jest mi potrzebna do życia. Równocześnie jednak daje mi poczucie satysfakcji, spełnienie, jest moją wielką pasją. Odurza mnie, upaja – naprawdę kocham to, co robię i myślę, że to widać.
Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką.

Złapałam się pewnego razu na tym, że nie mam pojęcia, o czym mówi do mnie mój mąż. To było coś w stylu „ i jak pamiętasz, już o tym rozmawialiśmy wcześniej, wtedy on – no ten kolega, o którym też Ci opowiadałem…”. Dla mnie ta cała wypowiedź nie miała sensu, bo kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi temu facetowi. Nie dość, że stoi nade mną, kiedy pracuję, to jeszcze zawraca głowę z jakimś kolegą i jakąś sprawą, która naprawdę mogłaby poczekać. Zirytowało mnie to, a później przeraziło.

Cześć mam na imię Agnieszka i wciąż jeszcze jestem pracoholiczką, ale powoli odzyskuję kontrolę nad moim życiem.

Uświadomiłam sobie, że pracę – szczególnie dodatkową, bo o taką jeszcze wtedy chodziło – znajdę zawsze. Natomiast będzie mi cholernie ciężko znaleźć takiego faceta, jak mój mąż. Nie zasłużył sobie na to, żeby być regularnie spychanym na drugi plan, żeby jego potrzeby zostały wyparte przeze mnie i moją pracę, żeby jego dom i jego życie podporządkowało się pod mój rozwój zawodowy. I nie zrozum mnie źle, on mi nigdy nie powiedział przykrego słowa, nie stanął na środku pokoju i nie oznajmił „wybieraj”. Czasami próbował zwrócić na siebie moją uwagę zaabsorbowaną pomysłami na kolejny artykuł lub zajętą ambitnym researchem. Czasami mu się to udało. Dzisiaj, gdy o tym myślę, jest mi wstyd.
Miałam cholernie dużo szczęścia, wiesz? Jestem w dojrzałym związku, w którym mam więcej miejsca na rozwój, niż mogłabym to sobie wyobrazić. Dlatego postanowiłam coś zrobić ze swoim pracoholizmem.

Cześć mam na imię Agnieszka i podjęłam mocne postanowienie zmiany swojego życia.

Chciałabym Ci coś powiedzieć.

Tobie architektko, która spędzasz kolejną noc nad ambitnym projektem, Tobie nauczycielko, która każde popołudnie jesteś w szkole, a potem dajesz korki do późnej nocy, Tobie projektantko, która gonisz z pokazu na pokaz i latasz więcej niż stewardessy, Tobie prawniczko, która bierzesz sprawy na drugim końcu kraju i wciąż służysz poradą prawną wszystkim znajomym, Tobie fryzjerko, która czeszesz nawet w niedzielę i zawsze masz czas, by ufarbować koleżanki we własnym domu.

Dziewczyny! Odłóżmy czasem pracę w kąt. Niech sobie poleży, podrośnie jak dobre ciasto drożdżowe. Zamiast tabletu, laptopa, grzebienia, czy ołówka weźmy za ręce naszego partnera, męża, chłopaka, przyjaciela i uściśnijmy mocno. Obejmijmy dzieci, zadzwońmy do rodziców – znajdźmy czas dla naszych bliskich!

Życie jest tak cholernie krótkie, bądźmy więcej tu i teraz z tymi, którzy nas kochają i których my wybrałyśmy do kochania. A praca? Możecie mi wierzyć, jako przykładnej pracoholiczce – praca na nas poczeka. A co, jeśli nie – pytacie? Cóż, znajdziemy sobie inną!

Styl życia

Jak sobie ustalisz budżet w związku, tak będziesz żyła.

1 lutego 2022 / Agnieszka Jabłońska

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.” Te z nas, które pamiętają dobre rady babci, ciotki lub własnej mamy, jeśli jest reprezentantką starszego pokolenia, na pewno dobrze znają to zdanie.

To taka mądrość przekazywana z ust do ust kolejnym pokoleniom kobiet, które wstępowały w związek małżeński. Cytowana co najmniej tak często jak: „Mąż jest głową, a kobieta szyją w rodzinie”.

Dzisiaj jest inaczej! – powiesz mi zaraz. No pewnie, że jest inaczej. Kobiety są wykształcone, świadome i niezależne. Kończą studia, rozwijają sobie pasje. Zakładają firmy, zajmują kierownicze stanowiska, odnoszą sukcesy. Dbają o siebie: fizycznie i psychicznie. W międzyczasie wstępują w związek – partnerski lub małżeński. I część z nich zachowuje tak upragniony work life balance, ma przy sobie świadomego partnera i jest najlepszą wersją siebie. Amen. U części z nas do głosu dochodzą jednak kody kulturowe lub jakieś tajemnicze obszary w mózgu, które sprawiają, że może nie czekamy na męża z pantoflami jak nasze babcie, ale zdecydowanie jesteśmy gotowe do poświęceń. Nasze barki mają wielopokoleniową zdolność do dźwigania ciężarów, a my do odczuwania szczęścia z bycia męczennicami. 

Ciąża – zmiana układu sił 

Kiedy układ sił w domu się zmienia? Tak, tak, dobrze myślisz, gdy kobieta zachodzi w ciążę. Ciąża pociąga za sobą szereg wydarzeń, które nie mieszczą się w biznesowym kalendarzu, szpilki ustępują trampkom, a marynarka bluzie od dresu, biznesowy telefon natomiast zamienia się w telefon do przychodni pediatrycznej. Te zaś, które już wcześniej były męczennica, z uczuciem tryumfu mogą założyć na głowę upragnioną koronę. I teraz znowu się na mnie oburzasz: „Przecież ciąża to coś normalnego! Przecież para podjęła decyzję o dziecku wspólnie!” Zgadzam się z  Tobą, ale popatrz obiektywnie, osobą, której życie wywraca się realnie do góry nogami bez lukru i słodzenia, jest kobieta. 

To może jednak warto zainwestować w dobrą pościel?

Pościelić możesz sobie na różne sposoby. Część kobiet podejmuje się wychowania faceta, jakby dostawały pod swoje czułe skrzydła małego chłopca, który bez nich niczego nie osiągnąłby w życiu i zginąłby marnie pierwszego dnia po ich odejściu. Brawa dla tych pań, wyrazy współczucia dla panów. Żyją później z takim „wychowanym” egzemplarzem i mówią, że są szczęśliwe. Pozostaje w to wierzyć. Niektóre oddają się całkowicie w ręce swojego misia, bo skoro on coś mówi, to przecież wie, a jak coś robi, to przecież musi być dobrze. Uczcijmy minutą ciszy te dziewczynki, które szukają w związku ojca i przewodnika, ale jednocześnie nie dorosły na tyle, by być aż partnerkami.

Większość z nas chce jednak związku partnerskiego. Takiego, w którym mieszkanie jest sprzątane po połowie, gotuje osoba, która lepiej się w tym czuje lub ma więcej czasu. Większość z nas chce dostawać spontanicznie kwiaty i dawać równie spontanicznie czekoladę. Chcemy pracować i zarabiać, dzielić się obowiązkami domowymi i finansowymi, chcemy współtworzyć związek, być 1 do 1, fifty-fifty na równi z naszym partnerem. A później zachodzimy w ciążę… Znowu o tej ciąży! Jak by to była przyczyna wszystkich problemów! O co Ci chodzi? Dziecko to wspaniała zmiana!

Ciąża – wielka zmiana 

Dziecko to ogromna zmiana i jeszcze większa odpowiedzialność. To trudny czas dla związku, dla pary, czas, gdy kobiecie zmieniają się priorytety, gdy w jej psychice zachodzą olbrzymie zmiany. Czas, w którym zmienia się i kształtuje na nowo cała komórka społeczna: rodzina. A o co jest najwięcej kłótni, gdy wszyscy są zmęczeni, zestresowani i próbują dać z siebie 101%? Tak, najczęściej o obowiązki, a później niestety o pieniądze. Po narodzinach dziecka okazuje się, że związki, które funkcjonowały jak szwajcarski zegarek, potrzebują dobrego oliwienia lub po prostu przestawienia priorytetów. 

Chcesz ścielić? Olej to i pracuj nad budżetem! 

To może zamiast pościeli lepiej pracować nad budżetem? I to jest dobra myśl! Bo widzisz, jak sobie ustalisz budżet w związku – a najczęściej usiądziecie z partnerem i przegadacie, jak ma to wszystko wyglądać – tak będziesz żyła. Jeśli od początku kreujesz się na kobietę-herosa, mistrzynię nadgodzin i zwolenniczkę dwóch etatów, która pracy potrzebuje jak powietrza i jest totalnie samowystarczalna, ciężko będzie Ci zmienić pewne rzeczy, gdy przewartościujesz priorytety we własnej głowie. 

Budżet domowy – jak to u Ciebie wygląda? 

Ile par, tyle pomysłów na zarządzanie finansami. Na podstawie obserwacji, uważam, że wyróżnić można cztery główne metody prowadzenia domowego budżetu:

  1. Jedno wspólne konto, do którego wpada wszystko i każdy bierze tyle, ile potrzebuje
  2. Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont, 
  3. Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń, 

Każda z tych metod ma swoje plusy i minusy. Co jest wspólne? Jeśli ktoś prowadzi budżet na jeden z przedstawionych sposobów, bardzo ciężko jest mu zmienić styl myślenia. Tak było, jest i będzie, bo to działało, bo tak jest dobrze. Tyle że po zmianie sił w związku – kobieta na urlopie macierzyńskim, opiekuńczym i być może wychowawczym – stare metody dzielenia się kasą zwyczajnie mogą nie działać… 

Zobacz, jakie są najpopularniejsze metody prowadzenia domowego budżetu. Jak jest u Ciebie? 

 

  • Jedno wspólne konto, na które wpływają wypłaty i z którego każdy bierze tyle, ile potrzebuje

 

+ równy dostęp do pieniędzy w związku niezależnie od zarobków
+ pełna kontrola nad finansami sprawowana przez oboje partnerów
+ trudniej wpaść w długi
+ wszystkie wydatki są wspólne
+ łatwiejsze, wspólne gromadzenie oszczędności  

Minusy:
– trudno zrobić drugiej osobie prezent-niespodziankę
– trudno odłożyć własne pieniądze
– trudno ukryć przed partnerem dodatkowe przychody lub wydatki
– partner może kontrolować wydatki i rozliczać drugą osobę 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety oraz pełna pensja partnera wciąż wpływa na to konto. Oboje partnerzy mogą swobodnie korzystać ze zgromadzonych środków. Wpływają tam również wszystkie świadczenia i benefity na dziecko. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta korzysta ze zgromadzonych na koncie środków oraz wynagrodzenia partnera. 

Czy są inne zagrożenia?
Jeśli jedno z partnerów postanowi wypłacić wszystkie pieniądze z konta i odejść, drugie zostanie bez pieniędzy. Jeśli jedno z partnerów będzie miało długi, komornik zajmie wspólne konto i wszystkie znajdujące się na nim środki mimo braku ślubu lub przy rozdzielności majątkowej. 

 

  • Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont

 

+ wyraźny podział pieniędzy na wspólne i osobiste
+ większa niezależność w wydawaniu osobistych pieniędzy
+ możliwość robienia prezentów-niespodzianek sobie lub partnerowi
+wspólne podejmowanie decyzji o wydatkach domowych
+ wspólne oraz niezależne gromadzenie oszczędności 

Minusy:

– miesięczna opłata za trzy konta
– konieczność pamiętania o przelewie na wspólne konto
– trudności z podzieleniem wydatków osobistych i wspólnych
– nieporozumienia w ustalaniu kwoty, która jest przelewana na konto wspólne 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety wpływa na jej osobiste konto. Partnerzy muszą podjąć wspólną decyzję, jaką sumę kobieta przekazuje do budżetu domowego. Jeśli podział nie zostanie dokonany sprawiedliwie, mogą ucierpieć wydatki osobiste kobiety. Świadczenia i benefity na dziecko wpływają na konto partnerki lub partnera, dlatego konieczne jest ustalenie, ile kosztuje miesięczne utrzymanie dziecka i kto płaci za rzeczy dla niego. Na urlopie wychowawczym kobieta nie ma źródła dochodów, jest więc zależna od przelewu na wspólne konto, który wykona partner. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Jeśli jedno z partnerów zdecyduje się odejść ze wspólnymi pieniędzmi, strata będzie mniejsza niż w przypadku jednego wspólnego konta. Oczywiście przy założeniu, że każdy z partnerów oszczędzał również swoje pieniądze. Jeśli jeden z partnerów ma długi, komornik może zająć wspólne konto, a w przypadku wspólnoty małżeńskiej, współmałżonek będzie solidarnie odpowiadał za długi. 

 

  • Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń 

 

Plusy:

+ pełna niezależność finansowa od partnerki lub partnera
+ możliwość ukrywania własnych przychodów i wydatków 

Minusy:
– przy braku dyscypliny bałagan w domowym budżecie
– kłótnie o pieniądze i procentowy udział w utrzymaniu domu

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Na konto kobiety wpływa pomniejszone wynagrodzenie, z którego musi pokryć określone wcześniej z partnerem opłaty. Jeśli procentowy udział w domowym budżecie nie zostanie na nowo przedyskutowany, może okazać się, że kobiecie brakuje pieniędzy na bieżące wydatki takie jak: jedzenie, czy środki czystości. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta nie dysponuje własnymi pieniędzmi i nie ma dostępu do pieniędzy partnera. Jest więc od niego całkowicie zależna finansowo. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Każde z partnerów ma swoje pieniądze, więc zachowuje niezależność. Jeśli para jest w związku małżeńskim, jeden z małżonków może zaciągnąć zobowiązania finansowe, wpaść w długi bez wiedzy drugiej osoby. Warto pamiętać, że zgodnie z art. 30 Kodeksu cywilnego oboje małżonkowie są solidarnie odpowiedzialni za zobowiązania, które zaciągnęło jedno z nich. Dlatego przy dwóch całkowicie osobnych kontach warto pomyśleć o rozdzielności majątkowej. 

Budżet domowy,  która metoda najlepsza? 

Myślę, że dla wielu z nas odpowiedź jest jasna: wspólne konto. Chcemy mieć pewność, że tworzymy z partnerem rodzinę i działamy w tym projekcie wspólnie na wszystkich płaszczyznach również finansowej. Chcemy dzielić się pieniędzmi, które zarabiamy solidarnie, tak jak dzielimy się obowiązkami, a gdy okaże się, że w danym okresie w życiu potrzebujemy więcej wsparcia – ciąża, urlop macierzyński, opiekuńczy, czy wychowawczy – chcemy je otrzymać bez proszenia.

Będą wśród nas również takie kobiety, które nigdy nie zrezygnują z niezależności finansowej, które mogą się podzielić z partnerem swoimi pieniędzmi, ale na ściśle określonych warunkach. Kwestia wychowania lub życiowego doświadczenia. Lub po prostu jesteśmy lepiej wykształcone, bardziej przedsiębiorcze i zaradne i zarabiamy więcej niż nasz partner. Może miałyśmy w życiu więcej szczęścia, byłyśmy na pewnym etapie bardziej pracowite i bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka, jesteśmy bogate z domu. W takiej sytuacji bardzo dobrą opcją jest pozostawienie konta osobistego i przelewanie ustalonej kwoty na konto wspólne, do którego oboje partnerzy mają dostęp. Dzięki temu zachowujemy niezależność, nie musimy dzielić się informacjami o naszych przychodach, pensji, premiach, dodatkowych źródłach dochodu i możemy dbać o finanse osobiste – budować poduszkę finansową, sprawiać sobie i partnerowi (jeśli mamy na to ochotę) małe lub większe przyjemności. 

Dla wielu z nas jednym słusznym wyjściem będzie osobne i całkowicie niezależne konto oraz podział, kto i za co płaci. Wolimy zrobić zakupy spożywcze i zapłacić w aptece, niż przelewać środki na wspólne konto. Najczęściej tak jest po prostu wygodniej. Moim zdaniem to opcja, która świetnie sprawdza się na początku związku, gdy para rozpoczyna wspólne prowadzenie gospodarstwa. W sytuacji, gdy partnerzy planują wspólnie dziecko, taki podział może okazać się dla kobiety trudny, a nawet niesprawiedliwy. To, jak będzie życie wyglądało w rzeczywistości, zależy od ustaleń i indywidualnego podejścia do kwestii finansowych obojga partnerów. 

Czy w takim razie kobieta-mama powinna mieć swoje pieniądze? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejny artykule! 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo