Change font size Change site colors contrast
Felieton

Zosia Samosia

24 lipca 2018 / Magdalena Droń

Na każdym kroku „ja sama”!

Wszystko chce robić po swojemu. Upiera się i nie daje sobie przetłumaczyć, nawet jeśli nie ma racji. Zawsze chce decydować. Do niej musi należeć ostatnie zdanie. Wie najlepiej, chociaż często jest w błędzie. Sama, sama, sama… I nie, nie opisuję tu typowego buntu dwulatka, który przechodzi mój córa, ale postawę blisko trzydziestoletniej kobiety, którą skwitować można tuwimowskim wierszem...

Na każdym kroku „ja sama”! Wszystko chce robić po swojemu. Upiera się i nie daje sobie przetłumaczyć, nawet jeśli nie ma racji. Zawsze chce decydować. Do niej musi należeć ostatnie zdanie. Wie najlepiej, chociaż często jest w błędzie. Sama, sama, sama… I nie, nie opisuję tu typowego buntu dwulatka, który przechodzi mój córa, ale postawę blisko trzydziestoletniej kobiety, którą skwitować można tuwimowskim wierszem o dobrze znanym wszystkim tytule – swoistą satyrą na dzisiejsze wielozadaniowe przedstawicielki płci pięknej, które żadnej pracy się nie boją.

Jest taka jedna Zosia, nazwano ją Samosia

Nie wiem skąd to się bierze w człowieku: czy zakorzenione jest to w mojej naturze, ze względu na takie a nie inne wychowanie, może to kwestia płci, a może tego, że mam na imię Magdalena (a te z natury są uparte jak osły), ale nie lubię, kiedy ktoś chce zrobić coś za mnie. Od kiedy pamiętam byłam Zosią-samosią i wszystko musiało być po mojemu, wszystko musiałam zrobić sama. Choćby nie wiem co. Chociaż lata leciały, w tej kwestii niewiele się zmieniało. Powiedziałabym nawet, że zaostrzała się moja potrzeba niezależności i radzenia sobie w życiu samej, mimo iż wokół siebie zawsze miałam masę wspierających mnie ludzi. Ja chciałam robić wszystko sama.

Bo wszystko „Sama! sama! sama!”

Wieloletnie przyzwyczajenia sprawiły, że pomalutku człowiek się wykańczał i dopadały go takie stany, o których chyba nie powinnam mówić głośno. Najgorsza w tym wszystkim była świadomość. Bo przecież dochodziło do mnie, że jestem przemęczona i nie radzę sobie ze wszystkim, a jednak nadal w to brnęłam. Która z nas choć raz tego nie przerabiała. A ja z uporem maniaka powtarzałam sobie, przecież większość kobiet przez to przechodzi, przecież sobie radzą, to czemu ja miałabym tego nie przeżyć? Mama sobie radziła sama, babcia sobie radziła. A miały znacznie więcej na głowie. Więcej dzieci, cięższą pracę, mniejsze wsparcie ze strony mężczyzn… To na pewno tylko chwilowe. Mój organizm się przyzwyczai i już niedługo będę mogła żyć normalnie… A błędne koło się zamykało.

Wszystko sama lepiej wie, wszystko sama robić chce

I wtedy przychodzi ten moment. Kulminacja, w której nie wiesz już w co ręce włożyć. Obowiązków i powinności jest tak dużo, a Ty zamiast zająć się choć jedną rzeczą siedzisz bezrefleksyjnie na kanapie i wpatrujesz się w odmóżdżający serial. Albo masz ochotę siedzieć i płakać z bezradności w Twojej jedynej ostoi – łazience. To jedyne na co Cię stać w tym momencie. Scenariusz powtarza się co wieczór, a lista zadań piętrzy się z godziny na godzinę. Co zrobić? Nie rozpaczać (zbyt długo). I dać sobie pomóc. Nawet jeśli kłóci się to z Twoim wewnętrznym ja. Jeśli znów odzywa się w Tobie ta pyszcząca małolata, która wszystko chce „sama”. Posadź ją do kąta, uziem, a najlepiej zamknij w piwnicy i nigdy więcej nie wdawaj się z nią w polemikę – uwierz mi, nie warto.

I z wszystkim poradzę sobie!

Myślisz sobie, że przecież kiedyś się z tego wykopiesz. Ogarniesz mieszkanie, dokończysz artykuł, zrobisz zakupy, zaplanujesz wydatki na następny miesiąc i nie zapomnisz nawet o kursie prawa jazdy, który odkładasz z miesiąca na miesiąc. Jasne. Ale czy po tym wszystkim będziesz miała siłę, żeby uśmiechnąć się do lubego, albo bawić się z dzieckiem? Nie sądzę. Nic dziwnego, że współczesne kobiety są wiecznie niezadowolone, poszarzałe, nie mają ochoty na seks czy siły na to, by o siebie zadbać. Za dużo bierzemy sobie na głowy dziewczyny. Pewne kwestie warto odpuścić, inne przełożyć, a to, co możemy oddelegować, oddajmy komuś innemu do zrobienia. Wiadomo – nie będzie po Twojemu, ale czy będzie gorzej? W jednej kwestii będzie lepiej – będzie znacznie lepiej z Twoją głową i samopoczuciem. I chociaż mi wciąż z trudem przychodzi przyjmowanie pomocy chociażby ze strony moich rodziców czy teściów, wiem, że kiedyś kobiety były szczęśliwsze. Bo mimo iż miały na głowie mnóstwo, miały też wokół siebie ludzi, którzy często wyciągali pomocną dłoń, a one wiedziały, że muszą ją przyjąć. Szczególnie, jeśli to bliscy wychodzą z inicjatywą. Jeśli Twoja teściowa mówi: ugotuję Ci dzisiaj obiad, a Ty sobie odpocznij, nie odpowiadaj, że jesteś na diecie eliminacyjnej i sama najlepiej wiesz, co Ci wolno a co nie i szybciej będzie, jeśli to Ty przygotujesz posiłek. Schowaj dumę do kieszeni i po prostu przyjmij pomoc. Nawet jeśli będziesz musiała grzebać przez pół godziny w talerzu w poszukiwaniu czegoś strawnego dla Ciebie do jedzenia. Nie Ty będziesz musiała stać przy garach. Ja już odpuściłam w tej materii, chociaż kuchnia zawsze była moim i tylko moim królestwem. I zawsze denerwowało mnie, kiedy ktoś się w niej „panoszył”. Teraz jestem wręcz szczęśliwa, kiedy ktoś chce mi pomóc. Kiedy mówi – usiądź na moment, ja to zrobię.

Skorzystaj z dorobku poprzednich pokoleń, z doświadczenia. Z tego, czego nauczyły się już nasze mamy i babki. Bo przecież od wieków wiadomo, że do wychowania dziecka (i prowadzenia domu) potrzebna jest cała wioska. Nie dlatego, że jedna matka sobie nie poradzi. Ale będzie przemęczonym wołem pociągowym, a nie kobietą, która prócz obowiązków, powinna znaleźć nawet kilka minut dziennie na swoje przyjemności. Wszyscy wiedzą, że żadnej pracy się nie boisz, ale czy na pewno chcesz, żeby Twój mężczyzna patrzył na Ciebie jak na wielozadaniową maszynę, kolejny sprzęt gospodarstwa domowego? Nie sądzę…

Felieton

Gdzie jesteś Bernadette

2 września 2019 / Agnieszka Jabłońska

Myślisz, że Ciebie nigdy to nie spotka?

Że Ty zawsze zostaniesz sobą, zawsze wyjątkowa, oryginalna, ta, u której ze słownika wykreślono słowo „normalność”? Dziewczyna 100 pomysłów i tysiąca spotkań. Toastów, bali i wielkich projektów. Kobieta stworzona, by tworzyć, by zdobywać. Myślisz, że taka jesteś niepowtarzalna, że nikt Ci tego nie odbierze, prawda?

A później pojawia się pierwsze niepowodzenie na fali sukcesów.

Jedna mała kreska i jedna kropla krwi, które sprawiają, że żołądek przewraca Ci się do góry nogami, a nos robi się czerwony. Hej, supergirls don’t cry, do they? Nie płaczesz, to przecież tylko biologia nic innego. Podział, do którego nie doszło, reakcja chemiczna, która się nie wydarzyła. W tym wszystkim Ty  – taka wolna, taka niezależna i taka wciąż oryginalna, tylko wina pijesz nieco więcej niż zwykle.

Krew na majtkach. Dlaczego na Twoich majtkach jest krew? Dlaczego nie widziała czerwonej plamy ta dziewczyna w kwiecistej sukience, którą widziałaś w Biedronce? Dlaczego nie Wiolka z działu HR, która nie umie odstawić wina na 9 głupich miesięcy? Dlaczego nie sąsiadka, która tydzień przed porodem wiesza firanki w oknach, jakby nie miała nic lepszego do roboty? Dlaczego znowu Ty? Dlaczego słowo „terminacja” kojarzy Ci się z termitami i czujesz jak ból wwierca Ci się w czaszkę?

Pierwsze kopnięcie.

Czy może być coś lepszego niż pierwszy znak, że nosisz w sobie dziecko? To wtedy zaczynasz je tak nazywać, prawda?  Oczywiście w tajemnicy przed światem, bo na zewnątrz to wciąż „tylko płód”, ale Ty wiesz, to Twoje dziecko.

A później okazuje się, że Twoja córeczka – idealna z 10 paluszkami u rączek i u stópek i z oczami, jak jej ojciec – ma wadę serca. Okazuje się, że nie możesz zrobić skóra do skóry, chociaż je miałaś wpisane w planie porodu. Chcesz tylko potrzymać swoją córkę. Nie możesz, Twoim dzieckiem muszą zająć się lekarze. Białe kitle, które uczestniczą w cudzie narodzin, biegną po korytarzu, a Ty słyszysz tylko stukot, jaki wydają ich klapki odbijające się  od twardego, szpitalnego linoleum. Siedzisz na nim później w szpitalnej koszuli, gdy nie masz już siły stać przy inkubatorze. Chciałabyś dziękować komuś, ale nie przychodzą Ci do głowy żadne słowa, bo i za co? Za dwie kreski, za pierwsze usg, za sześć miesięcy oczekiwania, czy za ból i strach, który wykręca Ci wnętrzności od dwóch tygodni?

Robisz sobie zakład, spierasz się sama ze sobą.

Jesteś jak „Matka” z baśni Andersena, idziesz. Nie możesz oddać rąk, bo nigdy jej nie obejmiesz, nie możesz oddać nóg, bo nigdy za nią nie pobiegniesz, nie chcesz oddawać oczu, bo musisz ciągle na nią patrzeć, a głos – i tak nie masz go w gardle. W końcu obiecujesz, zrzekasz się tego, co masz najcenniejsze. Odwieszasz na szpitalnym wieszaku swój talent, swoją skórę. Odnosisz na strych swoje projekty, zakopujesz w najczarniejszym dole własnej podświadomości sukcesy. Liczy się tylko ona i to, że (prze)żyje.

Myślałaś, że Ciebie to ominie, co?

Że syndrom pustego gniazda to tylko na filmach, że życie w zgodzie ze wszystkimi to może być Twoje życie, a nie refren jakieś durnej, hipisowskiej piosenki. Jesteś, zbyt wrażliwa i za mało zorganizowana. Niedopasowana do codzienności, niedostosowana. Nie bawi Cię szykowanie eleganckiego drugiego śniadania od szkoły, nie zgłaszasz się na opiekuna szkolnej wycieczki i po raz kolejny oblewasz sprawdzian na żonę, gdy śpisz do późnego popołudnia w ubraniu na Waszym łóżku. W nocy z kolei nie możesz spać, bo masz jak to wszyscy mówią „za dużo stresów”. Problem polega na tym, że Ty nie masz żadnych stresów, niczego nie masz, jest tylko pustka. Stajesz się pustą przestrzenią, niewypełnioną, białą plamą w domu, niezapisaną kartką, wolną od wszelkiej treści. Łykasz tabletki na sen, ale one tylko działają Ci na nerwy i nie możesz po nich prowadzić samochodu rano.

Gdzie jesteś, Bernadette?

Gdzie Ty się do cholery podziałaś ze swoją pasją tworzenia? Ze swoim wyczuciem i umiejętnością rozwiązywania problemów? Pomiędzy którą zmarszczkę, gdzie schowałaś swoje poczucie humoru i dystans do świata? Bernadette, w tej roli, którą dla siebie wybrałaś nie osiągniesz perfekcjonizmu.  Jesteś zakałą dla społeczeństwa i najwyższa pora, żebyś coś z sobą zrobiła, dziewczyno! Przecież nie powiedziałaś ostatniego słowa, co?

Gdzie jesteś, moja droga?

Gdzie zgubiłaś ten piękny uśmiech – między papką, a pleceniem warkoczyków do szkoły? Między złamaną ręką, a pierwszą pałą z klasówki? Gdzie podziała się Twoja miłość do muzyki i zamiłowanie po poezji? Zostało w samochodzie na parkingu pod szkołą tańca, a może na przedszkolnej wycieczce, gdzie wypadł pierwszy mleczak? Gdzie Twoje plany na życie? Spakowały się i pojechały na wymarzoną podróż do Portugalii? A może utopiłaś je w butelce wypijanego co weekend wina? Może przykryłaś je pierzynką sosu beszamel i upiekłaś w lasagne? A może Twoja radość kreowania przysiadła zmęczona między kolejną porcją modeliny i farbkami plakatowymi za 8,99?

Ja Ciebie będę wołać.

Nie przestanę, dopóki mnie nie usłyszysz i nie weźmiesz do ręki książki i nie zaczniesz śmiać się w głos albo śpiewać. Będę Cię szukać, bo musisz znowu pisać pierwsze, piec torty i robić tabele przestawne w Excelu. Będę szła za Tobą, bo wcale tak daleko nie odeszłaś, bo chociaż minęły lata, nie pokonałaś aż tak wielkiego dystansu, jak dzisiaj uważasz. I możesz mi zaprzeczać, ile chcesz, ale złapię Cię babo za kudły i wyciągnę z Ciebie tę świetną laskę, która po prostu śpi.

Czy ja dobrze widzę moja droga, kącik Twoich ust podnosi się nieznacznie do góry?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo