Change font size Change site colors contrast
Felieton

„Strefa karmienia” – czyli jak uniknąć jedzenia na sedesie

18 lutego 2019 / Joanna Lange

Niedzielne poranki jak zwykle przynoszą ze sobą dużą dawkę słodkiego lenistwa.

Ale, a a a, nie tak szybko, nie dla matki karmiącej. Godzina 6:00 to odpowiednia pora, by podnieść osnute snem powieki i zerwać się na równe nogi. Jak w wojsku na pobudce, tylko bez chmary rześkich młodych mężczyzn jako towarzyszy – mąż wciąż chrapie. Po ogarnięciu wszystkiego, czyli około południa, rodzinny spacer....

Niedzielne poranki jak zwykle przynoszą ze sobą dużą dawkę słodkiego lenistwa. Ale, a a a, nie tak szybko, nie dla matki karmiącej.

Godzina 6:00 to odpowiednia pora, by podnieść osnute snem powieki i zerwać się na równe nogi. Jak w wojsku na pobudce, tylko bez chmary rześkich młodych mężczyzn jako towarzyszy – mąż wciąż chrapie. Po ogarnięciu wszystkiego, czyli około południa, rodzinny spacer. Zamarzyło nam się z mężem pójść do restauracji na obiad. Mała najedzona, więc może i nam się uda.

Przetrwaliśmy z młodą na śpiocha cały okres oczekiwania na zamówienie, ale ona jakoś wyczuwa, kiedy mama chce zjeść.

Obudziła się przy podawaniu dania. Przeczuwając pustostan w jej żołądku ruszyłam na poszukiwanie miejsca, gdzie w spokoju będę mogła ją nakarmić. Po moim pytaniu zakłopotanie pomieszane ze zdziwieniem na twarzy pani kelnerki oznajmiło mi, że nie mam czego szukać. Poczekałam jednak na odpowiedź werbalną, która potwierdziła moje przypuszczenia.

Otóż nie przewidziano miejsca dla matek karmiących.

Zainterweniowałam podsuwając pomysł postawienia mi krzesełka w wolnej wnęce przy sali dla gości. Stał tam stół i można było jakoś tak ukośnie usadowić się i schować cycek przed światem. Do dzieła! Moje dziecko ma jednak charakter odkrywcy i z zamiłowaniem jęło oglądać wszystko wokół, nie mogąc przy tym skupić się na jedzeniu. Odpuściłam. Dalszy ciąg opowieści jest taki, że mała zasnęła w drodze powrotnej i obeszło się bez histerii.

Brzmi znajomo? Myślę, że niejednej mamie przydarzyła się podobna historia.

I nie chodzi o samo karmienie piersią, a o niemożność uczynienia tego dyskretnie. Wiadomo, że kobieta powinna móc karmić w przestrzeni publicznej i nikomu nic do tego. Bo skoro Pan Bóg, czy ewolucja, a może kosmici? (niech każdy wybierze to w co wierzy), dali nam cycki, to mamy prawo wykarmić własne dzieci. Zgadzam się z tym, ale z zasadą „niech się wstydzi ten kto widzi” już niekoniecznie.

Ponieważ ja się po prostu krępuję wyjąć cycek na forum.

Kiedy muszę nakarmić dziecko, szukam bezpiecznego dystansu od ludzi. Nie chodzi o to, że nie karmię publicznie, bo tak jest. Czasem nie ma wyjścia i już. Ale staram się to robić dyskretnie. Dzieci są różne, np. moje ma zacięcie do odkrywania nowych miejsc i zwyczajnie odsłania moją pierś, żeby też sobie pozwiedzała. Mi, jako właścicielce tej piersi, niekoniecznie się to podoba, zwłaszcza że strumień życiodajnego napoju szaleje w najlepsze.

Pomyślałam, że włodarze restauracji, dysponując taką przytulną wnęką, mogliby ją wykorzystać w słusznej sprawie. Na przykład mogliby postawić w niej parawan z napisem kącik dla kobiet karmiących. Mały nakład finansowy, a ileż ulgi przynieśliby tym bardziej wstydliwym matkom (i swoim klientkom, co należy podkreślić). O zdegustowanych zjadaczach restauracyjnych posiłków już nie wspomnę.

Smutne to i prawdziwe, że kultura poszła w jednym kierunku, a nasza natura w drugim.

Dyskusja na temat karmienia piersią w ogóle nie powinna mieć miejsca. Po prostu powinno tak być i tyle. Ale gdzieś się ten wstyd przed nagością niektórych partii ciała ukorzenił i ciężko tak nagle zmienić przyzwyczajenia. Po ulicy, czy nawet plaży, nie chodzę bez stanika. Nie udało mi się nigdy zostać naturystką, choć brawa za odwagę, jak ktoś ma taką potrzebę. Dlaczego więc mam teraz, gdy wychowuję bobasa, zmienić tok myślenia i pozwolić cyckom hulać do woli po zaludnionych miejscach, by je po okresie laktacji znów schować do stanika na wieki wieków?  Myślę, że część matek zgodzi się ze mną i przyzna, że też woli się gdzieś z tym intymnym elementem wychowania naszych pociech schować i czuć się komfortowo wiedząc, że nikt nie patrzy.

Nie mamy się gdzie podziać!

Nie oszukujmy się – jedno lub dwa pomieszczenia dla kobiet z dziećmi na wielkie centrum handlowe to za mało na całą rzeszę karmiących matek. Poza takimi centrami to już w ogóle trudno jakieś miejsca do karmienia znaleźć. Myślę jednak, że niewielkim nakładem można stworzyć kobietom azyl, w którym będą odczuwać komfort podczas żywienia swoich małych ssaków, a co wyeliminuje dyskusję oponentów karmienia publicznego z jego stronnikami. Nie chodzi o wydzielanie konkretnych pomieszczeń, wyposażanie ich itp. Generuje to bowiem nakłady finansowe lub po prostu problemy lokalowe. Może warto jednak pomyśleć nad rozwiązaniem prostszym i nie kosztownym. Lokale gastronomiczne, urzędy czy centra handlowe nie mają problemu z wydzieleniem przestrzeni dla osób palących. Widziałam nawet ławki w parku z tabliczką: „tu wolno palić”. Są też coraz częściej wydzielane miejsca na spożywanie alkoholu pod chmurką. Zastanawiające, biorąc pod uwagę fakt, że karmiliśmy piersią jeszcze zanim zeszliśmy z drzew, a tytoń i alkohol wymyśliliśmy później.

Dlaczego więc nie zagospodarować kawałka przestrzeni dla matek karmiących?

Też może być tabliczka, choćby z napisem „strefa karmienia”. Myślę, że kobiety nie są wymagające, chcą po prostu nakarmić swoje dzieci. Wystarczy parawan oraz fotel, krzesełko lub kanapa. Albo bez parawanu, za to z siedzeniami ustawionymi tyłem do przechodniów. Społeczeństwo przechodząc odwróci głowę, bo to miejsce do karmienia. Tak samo jak niepalący nie pcha się do palarni. Fajnie byłoby mieć świadomość, że prawie wszędzie znajdzie się spokojną przystań przeznaczoną do karmienia dzieci. Taką, która oszczędzi nerwów i zakłopotania.

Świątynia dumania to nie miejsce do jedzenia

Nie mam pojęcia dlaczego utarło się, że miejsca przeznaczone do karmienia niemowląt zazwyczaj znajdują się w bliskim sąsiedztwie toalet. Nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że nikt nie chciałby jeść w ubikacji. Skąd więc wziął się ten pomysł?! My, mamy karmiące piersią, mamy prawo do funkcjonowania w społeczeństwie na tych samych zasadach co inni. Nie chcemy chować się po wygódkach i ustępach. Takie samo prawo przysługuje dzieciom. Nie zapominajmy bowiem, że niemowlęta to też ludzie, tylko malutcy, którzy w swojej sprawie nie potrafią jeszcze zabrać głosu. Chyba, że chodzi o domaganie się jedzenia na cito i bez względu na to gdzie w danej chwili znajduje się ich mama;)

Szczerze więc ucieszyłabym się widząc miejsce dla kobiet karmiących nie przy, ani nie w toalecie, tylko normalnie, wśród ludzi, ale z dala od postronnych, często zniesmaczonych oczu.

 

 

Felieton

Margaret Hamilton, programistka z NASA

7 marca 2018 / Daniel Kotliński

Słynne Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli coś ma pójść źle - na pewno pójdzie źle.

Kiedy jednak bierzesz udział w pierwszej załogowej misji na Księżyc, tysiące inżynierów i ekspertów kilkudziesięciu specjalizacji latami pracuje nad tym, by uniknąć porażki. Nadchodzi 20 lipca 1969 roku, a ty po pokonaniu 384 400 kilometrów w przestrzeni kosmicznej wchodzisz na orbitę srebrnego globu. Lądownik odłącza się od statku,...

Słynne Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli coś ma pójść źle – na pewno pójdzie źle. Kiedy jednak bierzesz udział w pierwszej załogowej misji na Księżyc, tysiące inżynierów i ekspertów kilkudziesięciu specjalizacji latami pracuje nad tym, by uniknąć porażki.

Nadchodzi 20 lipca 1969 roku, a ty po pokonaniu 384 400 kilometrów w przestrzeni kosmicznej wchodzisz na orbitę srebrnego globu. Lądownik odłącza się od statku, zbliża się do powierzchni i 3 minuty przed spotkaniem ze skalistym podłożem… ekrany w całej kabinie wypełnia tylko jeden, czerwony napis: ERROR. To nie jest komfortowa sytuacja.

Ta misja miała się nie udać. Kiedy zespół misji Apollo 11 mijał Księżyc dosłownie na wyciągnięcie ręki, komputer pokładowy zasygnalizowały konieczność wstrzymania manewru lądowania. Doszło do przeciążenia pamięci i w ramach procedury bezpieczeństwa konieczne stałoby się przerwanie misji.

10 lat wcześniej, młoda Margaret Hamilton ukończyła matematykę na Earlham College w Richmond, stanie Indiana. Po studiach rozpoczęła pracę jako nauczyciel w lokalnym liceum. 24-latka zamierzała doktoryzować się z matematyki abstrakcyjnej, ale w tym samym czasie jej mąż dostał się na prawo na Harvardzie. Umówili się, że najpierw studia ukończy on, a następnie Margaret.

Przebywając w Bostonie, dziewczyna dostała pracę w jednym z laboratoriów komputerowych na MIT. To miało być przejściowe zajęcie, ale z początkiem lat 60. rozpoczął się kosmiczny wyścig między dwoma mocarstwami – USA  i Związkiem Radzieckim. W 1961 r. prezydent J.F. Kennedy ogłosił start programu, którego uwieńczeniem miało być lądowanie Amerykanów na Księżycu.

Warto pamiętać, że czynność, którą dziś nazywamy “programowaniem”, ma niewiele wspólnego z tym, czym było w połowie ubiegłego stulecia. Programowanie, jako dziedzina zawodowa i naukowa, praktycznie nie istniało. Powstające wtedy oprogramowanie oraz standardy legły u podstaw nowoczesnego “języka komend”, którymi porozumiewamy się z komputerami.

Wkrótce MIT otrzymało kontrakt od NASA, w ramach którego miało stworzyć zespół inżynierów odpowiedzialnych za zaplanowanie księżycowej misji. Hamilton nie zwykła przejmować się tradycyjną rolą kobiety i żony, i błyskawicznie umówiła się na rozmowy rekrutacyjne w MIT do dwóch różnych zespołów.

Hamilton była matematycznym geniuszem. Niemal z miejsca obaj kierownicy widzieli ją u siebie. – Nie chciałam urazić niczyich uczuć, poprosiłam więc, żeby wykonali rzut monetą – śmiała się w wywiadzie dla portalu Futurism. Ostatecznie trafiła do formującego się zespołu, który miał być odpowiedzialny za stworzenie oprogramowania umożliwiającego lądowanie na Księżycu. – Oprogramowanie w tych czasach stanowiło kompletną zagadkę, tajemnicę, dla kadry zarządzającej. Mieliśmy dzięki temu mnóstwo swobody i szerokie możliwości wprowadzania własnych pomysłów w życie – opisywała w tej samej rozmowie z Futurism, dodając słynne zdanie: – Musieliśmy być pionierami; nie było innego wyjścia.

Był rok 1965, a Hamilton nie ukończyła nawet 30 lat. Margaret Hamilton była pierwszą programistką zatrudnioną w programie Apollo i osobą, która w ogóle wymyśliła określenie “software engineer”. Jej praca polegała na wybijaniu otworów w specjalnych kartach perforowanych, które były instrukcjami przetwarzanymi w nocy przez komputer symulujący pracę lądownika. Gdy kod nie wykazywał błędów, był wysyłany do pobliskiego ośrodka Raytheon, gdzie grupa szwaczek, nazywanych „małymi staruszkami” (“Little old ladies”), gwintowała miedziane druty przez magnetyczne pierścienie (drut przechodzący przez rdzeń oznaczał – w języku binarnym – 1, zaś drut otaczający rdzeń – 0).

Hamilton błyskawicznie wsiąkła w środowisko inżynierów; jak wielokrotnie powtarzała w różnych wywiadach, w MIT płeć nie miała znaczenia.

Po pracy regularnie chodziła z kolegami na drinka do kampusowej knajpy, gdzie kształtowała się wczesna “geekowska” subkultura. Nie miała żadnych kompleksów – i, przynajmniej według oficjalnych źródeł, nigdy nie doznała dyskryminacji w pracy przez wzgląd na bycie kobietą.

Niezależnie od tego jednak, stanowiła absolutną mniejszość w zdominowanym przez białych mężczyzn środowisku naukowym. Hamilton wspomina sytuację, która zrodziła w niej pomysł na pewien genialny trik, który później miał uratować misję lądowania na naszym naturalnym satelicie.

Co zabawne, dała temu początek jej 4-letnia córka.

Praca nad programem kosmicznym pochłaniała niemal każdą chwilę; także wieczory i weekendy. Aby nie tracić kontaktu z małą Lauren, Hamilton zabierała ją regularnie ze sobą do pracy. Można sobie wyobrazić, jak niesamowita musiała być dla małej dziewczynki możliwość spędzania wolnego czasu w laboratoriach i warsztatach, w których powstawały prototypy rakiet i lądowników.

Któregoś razu, podczas zabawy przy symulatorze modułu dowodzenia, Lauren przypadkowo nacisnęła przycisk, który spowodował rozpoczęcie procedury przygotowującej komputer do startu rakiety w trakcie kiedy astronauci “przebywali” w przestrzeni kosmicznej od kilku dni (podkreślmy – w symulatorze). To spowodowało nadpisanie części kodu i danych nawigacyjnych, umożliwiających powrót zespołu na Ziemię.

Hamilton oświeciło – chciała dopisać kod, który uniemożliwiłby wykonanie takiej instrukcji.

Szansa, że świetnie wyszkolony astronauta popełni tak trywialny błąd była – według NASA – zerowa i nikt nie potraktował prośby programistki poważnie. “To się nie może zdarzyć” – powtarzała “góra”. Kod nie został dodany, choć Hamilton udało przemycić w dokumentacji dla załogi ostrzeżenie, by uważali na włącznik uruchamiający procedurę przedstartową.

Misja Apollo 8, polegająca na okrążeniu Księżyca i powrocie na Ziemię, rozpoczęła się 21 grudnia 1968 roku. 5 dni po starcie, astronauta Jim Lovell – oczywiście – omyłkowo wykonał zabronioną instrukcję i komputer pokładowy w jednej chwili “stracił mapę”. Błyskawicznie ściągnięto Hamilton i zespół z MIT, by przygotowali poprawkę, którą z kolei będzie można wysłać radiowo do komputera w przestrzeni kosmicznej. 9 godzin później, awaria została naprawiona. Popełnienie kolejnego błędu mogło kosztować życie trójkę astronautów – pracę trzeba było wykonać szybko i perfekcyjnie. Gdyby tylko posłuchano Hamilton odpowiednio wcześniej…

Od tego czasu, jej uwaga koncentrowała się na tych wszystkich sytuacjach, kiedy coś mogło pójść nie tak.

Przy pracy nad oprogramowaniem pierwszego lądownika, który miał “siąść” na Księżycu w lipcu 1969 roku, problemem była przepustowość komputera. Jego moc, porównywalną z dzisiejszymi programatorami do pralek automatycznych, określał zegar taktowany 40 kHz (przeciętny laptop działa 100 tys. razy szybciej).

Mimo wszystko, było to wystarczająco, by wylądować. Na 3 minuty przed zetknięciem “Orła” z Księżycem, jeden z członków załogi omyłkowo ustawił przełącznik w złej pozycji. Uruchomił w ten sposób nadajnik radiowy, komunikujący się z orbitująca na górze rakietą. Ów nadajnik zużywał 13% mocy komputera, ale do bezpiecznego wylądowania, jednostka sterująca potrzebowała 90%. Procesor był przeciążony, a ekrany w lądowniku zaczęły migotać napisem oznaczającym awarię: ERROR.

Zdolność Hamilton do przewidywania – wydawałoby się – najgłupszych pomyłek, objawiła się ponownie.

Kod, który stworzyła wraz ze swoim zespołem, potrafił nadawać priorytety zadaniom, które komputer ma wykonać w pierwszej kolejności. Dzięki temu, szybko odłączył nadajnik radiowy i umożliwił wykonanie manewru lądowania na Księżycu.

O 20.17 świat usłyszał: “Eagle has landed”, a centrum zarządzania NASA zatrzęsło się od okrzyków radości. Trudno przecenić wartość historyczną i technologiczną tego dokonania – pierwszy raz w historii ludzkości, przedstawiciel naszego gatunku postawił stopę na innym ciele niebieskim. Zdarzenie to było transmitowane na całym świecie i oglądane na żywo przez 600 milionów ludzi.

Nie doszłoby do tego, gdyby nie geniusz Hamilton (i kreatywna zabawa jej córki!).

Procesy wymyślone przy okazji tej i kolejnych misji Apollo stanowiły olbrzymi krok w rozwoju technologicznym. W późniejszych latach, Hamilton była zaangażowana m.in. w prace nad Skylab (pierwszą amerykańską stację orbitalną), budowę promów kosmicznych czy tworzenie elektronicznych systemów sterowania statkami powietrznymi. Od lat 80. do dziś działa także jej firma programistyczna, Hamilton Technologies, z siedzibą w pobliżu kampusu MIT.

W przytoczonym wcześniej wywiadzie dla Futurism, Hamilton podkreślała, że kluczowe w nauce czegokolwiek, najważniejsze, to nie dać się przestraszyć. – Nawet kiedy tak zwani eksperci mówią: “to niemożliwe”, nigdy nie powinieneś bać się poszukiwać rozwiązań i zadawać “głupie” pytania. Tylko ci, którzy potrafią solidnie upaść, będą w stanie odnieść solidny sukces – podkreślała.

A kiedy mówi to osoba bezpośrednio odpowiedzialna za lądowanie ludzi na Księżycu, cóż… trudno polemizować!

ilustracja / Dixie Leota

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo