Change font size Change site colors contrast
Felieton

Jak zrobić dobre pierwsze wrażenie

18 stycznia 2018 / Magda Żarnowska

Przypuszczam, że dla wielu czytelników mogłoby to być szokiem, dla moich znajomych już raczej nie, ale mam wyjątkowy talent do robienia złego pierwszego wrażenia.

Być może nie jest to talent sam w sobie, być może nawet nie jest to moją stałą cechą, natomiast podczas jakichś wyjść czy większych imprez, to mój mąż robi wspaniałe pierwsze wrażenie. Olśniewa wszystkich swym urokiem, erudycją oraz poczuciem...

Przypuszczam, że dla wielu czytelników mogłoby to być szokiem, dla moich znajomych już raczej nie, ale mam wyjątkowy talent do robienia złego pierwszego wrażenia.

Być może nie jest to talent sam w sobie, być może nawet nie jest to moją stałą cechą, natomiast podczas jakichś wyjść czy większych imprez, to mój mąż robi wspaniałe pierwsze wrażenie. Olśniewa wszystkich swym urokiem, erudycją oraz poczuciem humoru. A za nim człapię ja 😉 Momentami urocza neurotyczka zazwyczaj niezadowolona, że w jakiejś imprezie musi brać w ogóle udział.

Mimo, że postanowień noworocznych zazwyczaj nie czynię, tym razem okoliczności wymogły na mnie zmianę, a taką konieczność można przynajmniej zgrabnie opakować w papier z napisem „Postanowienie na 2018 r.”, przez co być może będzie bardziej strawna dla mnie i dla reszty społeczeństwa.

Wszyscy wiemy, że nieszczęścia chodzą parami, a okazuje się, że taką tendencję mają także okazje. I na pewno nie będzie tu mowy o okazjach wyprzedażowych, od których stronię jak mogę (z wyjątkiem internetowych promocji na pięćdziesiąty polarowy koc, który doda „ciepła i przytulności wszystkim wnętrzom”). Mowa tu będzie o okazjach towarzyskich, w które dziwnie obfituje moje życie w ostatnich miesiącach. Szykuję się właśnie do kolejnego wyjścia do ludzi (ostatnie miało miejsce w listopadzie) i postanowiłam zrobić to w końcu rzetelnie, czyli przygotowania obejmą także sferę psychiczną. Przypuszczam, że macierzyństwo kazało mi wypracować nowe schematy zachowań, kiedy to na słowo „zaproszenie” nie reaguję paniką i nie zakopuję się pod kołdrą, a wręcz przeciwnie, nerwowo przestępuję w oczekiwaniu z nogi na nogę, niczym w kolejce do TOI TOIa na imprezie plenerowej. Obiecuję, że dla mnie też jest to niespotykane, ale cała cieszę się na myśl o karnawałowej imprezie w podbydgoskiej gminie, na którą otrzymaliśmy zaproszenie. Myślę, że to też kolejny krok w dorosłość- będę dorosła pełną parą, jakby dotychczasowy dorobek i dochowek o tym wystarczająco nie świadczyły. I pewnie zastanawiacie się, gdzie tu postanowienia noworoczne i cała ta pompa ze wstępu? Że pewnie napiszę, że postanowiłam po prostu regularnie poddawać się zabiegom kosmetycznym wszelkiej maści, aby potem nie robiły mi się zaległości, jakie mogłabym przedstawić na ryc.1, gdybym miała pewność, że nie czytają tego dzieci, mężczyźni ani kobiety karmiące lub w ciąży. Nic z tych rzeczy.

Postanowiłam być SYM-PA-TY-CZNA *nawet dla obcych.

Od kilku dni wertuję poradniki, które mówią o tym, jak nie pogrążyć całego spotkania z nowymi, obcymi ludźmi w mgnieniu oka, czyli po prostu JAK ZROBIĆ DOBRE PIERWSZE WRAŻENIE. Postanowiłam także podzielić się z Wami teorią, bo jak to będzie z praktyką, pewnie życie pokaże.

Okazuje się, że żeby zrobić pierwsze (dobre) wrażenie, mam zaledwie chwilę. Poradniki nie są zgodne. Jedni twierdzą, że od 60 do 90 sekund, inni mówią, że jedynie 11 sekund, rekordzista nawet twierdził, że w 4 sekundy mogę sprawić, żeby ludzie mnie polubili. I być może ma to sens, bo przez te 11 sekund nawet nie zdążę za dużo powiedzieć, co może zagwarantować, że nie znielubią mnie ci wszyscy, którym do gustu nie przypadnie moje (podobno specyficzne) poczucie humoru. Pierwsze wrażenie jest to bowiem coś prawie metafizycznego. Coś, co nasze mózgi generują podświadomie, a potem trzymają się tego, jak przysłowiowy pijany płotu.

W psychologii (i poradnikach) królują żelazne zasady, co do których autorzy są zgodni. Oto one:

Banał – bądź sympatyczny.


Czyli uśmiechaj się! Pewnie nie tak sztucznie, jak tancerze towarzyscy, mniej szeroko, bardziej naturalnie. Niektórzy opisują to nawet jako „promieniowanie szczęściem”. Podobno rozmówca od razu lepiej poczuje się w naszym towarzystwie, gdy będzie widział radość na naszym obliczu. Ha! Ten warunek najpewniej będę umiała spełnić. Sam fakt, że wyjdę z domu, w ładnej kiecce, do ludzi, gdzie będzie muzyka, jedzenie i alkohol, powinien sprawić, że szczery uśmiech nie będzie znikał z mojej twarzy.

Bądź otwarty.

Tu trochę mogą zacząć się już schody, bo abyśmy byli odebrani jako osoby otwarte, musimy utrzymywać taką właśnie postawę ciała. Czyli żadnego splatania rąk na piersi ani zasłaniania się torebką. Frontem do klienta 😉 Żadnej przygarbionej postawy i łypania okiem niczym Gollum. Dodatkowo należy nawiązywać kontakt wzrokowy, ale taki subtelny, trwający zaledwie chwilę, aby rozmówca nie czuł, że nienaturalnie się mu przyglądamy czy zwyczajnie gapimy.

Słuchaj.

Teoretycznie wszystko jasne, ale kto nie słuchał kiedyś „na autopilocie” myśląc równocześnie o niebieskich migdałach, niewywieszonym praniu i o tym, co miał wczoraj na myśli szef, mówiąc „A”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Nie dajmy się ponieść swobodnemu śnieniu na jawie podczas pierwszego spotkania z nowymi ludźmi, nawet gdyby uderzająco przypominali naszą licealną koleżankę, za którą nie przepadaliśmy. Słuchajmy aktywnie, zadawajmy dodatkowe pytania, doprecyzujmy. Żeby rozmówca wiedział, że nie strzępił języka po próżnicy.

Ubierz się stosownie do okazji.

I tu śmiechy i chichy pewnie, że to od razu na pewno nie będę umiała się dobrze ubrać. A to wcale nie jest tak. Zdarzyło mi się kilkukrotnie ubrać zupełnie niestosownie, mimo że obiektywnie mój strój nie wywołał żadnego skandalu obyczajowego (jak Bridget Jones). Raz na szkolenie firmowe w nowej pracy przyszłam w stroju służbowym- garsonka i te sprawy, a tymczasem okazało się, że wszyscy pozostali ubrani byli zupełnie na luzie. Za drugim razem sytuacja była całkiem odwrotna. To ja ubrałam się swobodnie, a wszyscy byli w garniturach. Nie życzę tego nikomu. Pewność siebie spadła do zera, a gdyby była taka możliwość, przyjęłaby pewnie wartość ujemną. Tej zasady zamierzam się trzymać i przed wyjściem na imprezę na pewno skonsultuje mój strój z innymi uczestnikami (przynajmniej tymi, których znam). Podobno dobrze się wyróżniać, ale ja jestem z natury nieśmiała i taka sytuacja pogrążyłaby mnie na resztę wieczoru.

Jako ostatnią radę, autorzy podręczników i poradników podają często, aby być sobą.

I proszę Państwa, gdyby bycie sobą przysparzało mi sympatii otoczenia, pewnie nie musiałabym przebrnąć przez poprzednie punkty 😉. A tak na serio, okazuje się, że czegokolwiek nie zrobimy, to i tak nasze prawdziwe ja wylezie przy bliższym poznaniu. Dodatkowo osoby, które zaklinają rzeczywistość i szerokim uśmiechem zupełnie zaprzeczają temu, co czują w środku, często odbierane są po prostu jako fałszywe. Czyli wracamy do punktu wyjścia- cokolwiek robimy, róbmy to naturalnie, z głową i z umiarem. W końcu po co nam znajomi, którzy faktycznie polubili jedynie jakąś wizję nas, a ta wizja nijak nie przystaje do rzeczywistości?

Po przeczytaniu wyżej wspomnianych przewodników i przeanalizowaniu licznych porad, (o dziwo!) nie zrezygnowałam z zamiaru wyjścia na imprezę. Zamierzam być tam, dobrze się bawić i po prostu schować w kieszeń jakieś własne frustracje i neurotyczne zapędy. Nie będę myśleć o praniu ani o zaległościach w pracy. Będę uśmiechnięta i urocza. I może jest szansa, że ktoś wtedy powie, że ten mój mąż jest całkiem spoko, ale za to jaką ma świetną żonę! A jeśli nie, to po prostu mogę utożsamić się z bohaterem filmu o jakże pięknym i wymownym tytule „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Życie jak sen 😊.

 

 


Designed by Katemangostar / Freepik

Styl życia

Patchworkowa rodzina – katastrofa czy szansa?

22 stycznia 2024 / Alicja Skibińska

Nazwa rodzin patchworkowych nawiązuje do specyficznego rodzaju rękodzieła.

Z pewnością każdy z nas choć raz widział kołdrę lub narzutę wykonaną tą metodą: są one bardzo kolorowe, ponieważ powstają poprzez zszycie ze sobą różnych kawałków tkanin, które kiedyś mogły stanowić element zupełnie innej całości. Podobnie jest z rodzinami patchworkowymi – członkowie różnych systemów rodzinnych, które z jakiegoś powodu się rozpadły, wspólnie tworzą nową jakość....

Nazwa rodzin patchworkowych nawiązuje do specyficznego rodzaju rękodzieła. Z pewnością każdy z nas choć raz widział kołdrę lub narzutę wykonaną tą metodą: są one bardzo kolorowe, ponieważ powstają poprzez zszycie ze sobą różnych kawałków tkanin, które kiedyś mogły stanowić element zupełnie innej całości. Podobnie jest z rodzinami patchworkowymi – członkowie różnych systemów rodzinnych, które z jakiegoś powodu się rozpadły, wspólnie tworzą nową jakość. Czy taka rodzina może być szczęśliwa? O swoich doświadczeniach opowiedziało nam kilka kobiet, które same są „po przejściach” lub związały się z mężczyznami „z przeszłością”.

Dane Rocznika Demograficznego 2016 opublikowanego przez GUS są jednoznaczne: od 1980 roku systematycznie zawieramy coraz mniej małżeństw, natomiast coraz częściej się rozwodzimy. Wzrasta też liczba dzieci urodzonych w związkach pozamałżeńskich. Statystycznie ok 1/3 małżeństw kończy się rozstaniem – w odbyło się 195 tys. ślubów oraz 64 tys. rozwodów. Czy dane te są pesymistyczne?

Niekoniecznie: zależy, z której strony na nie spojrzymy. Na pewno dają do zrozumienia, że naszym życiem nie rządzi już to, co „wypada”, a my coraz częściej podejmujemy nie zawsze popularne decyzje, przedkładając własne szczęście nad konwenanse. Ale czy rzeczywiście je w te sposób osiągamy? Na pewno nie zawsze. Nie ma wątpliwości, że niektóre z tych wyborów mogą prowadzić również do pewnych komplikacji. To, czy wyjdą nam one na dobre, zależy od wielu czynników – nie tylko od naszej dobrej woli, ale również od zewnętrznych okoliczności.

Model, w którym wszyscy tworzymy poważne związki na całe życie w młodym wieku, zanim dosięgną nas różnego rodzaju zobowiązania, trochę się zdezaktualizował. Tylko ok. 81% nowo zawartych małżeństw to tzw. małżeństwa pierwsze, czyli śluby między kawalerami i pannami. Skoro przybywa rozwodów, jasnym jest, że coraz więcej naszych potencjalnych partnerów już ma za sobą jeden formalny związek. Nierzadko zdarza się również, że nasz wybranek lub wybranka występuje w „pakiecie” z potomstwem z poprzedniej relacji. Romantyczny związek automatycznie łączy się wówczas z budowaniem więzi z dziećmi ukochanej osoby. Co nie zawsze bywa łatwe, o czym przekonały się nasze bohaterki.

 

Monika

Rodzina 27-letniej Moniki z Warszawy to patchwork złożony z elementów dwóch różnych rodzin, które się rozpadły. Tworzą ją mężczyzna po przejściach i jego 5-letnia córka oraz kobieta z przeszłością (czyli Monika) wraz z 4-letnim synem. Związek tych dwojga rozpoczął się od przyjaźni, dzięki czemu dzieci miały okazję oswoić się z sytuacją, zanim relacja przerodziła się z romans: Poznaliśmy się na imprezie. Podczas rozmowy niemal od razu okazało się, że mamy dzieci w podobnym wieku. Zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy się spotykać, również w towarzystwie dzieciaków. Szczerze powiedziawszy, zaiskrzyło między nami w czasie, kiedy nasze dzieci już od dawna się znały i lubiły. Być może właśnie dzięki temu tak dobrze przyjęły fakt, że nasza znajomość przerodziła się w poważny związek. Zanim ze sobą zamieszkaliśmy, dzieciaki często u siebie nocowały, organizowaliśmy również weekendowe wyjazdy, żeby miały możliwość oswojenia się z nową sytuacją na neutralnym gruncie. Takie stopniowe wprowadzanie zmian okazało się strzałem w dziesiątkę: dzieci traktują się wzajemnie jak rodzeństwo, a nas jak dodatkowych rodziców, choć nigdy nie rozmawialiśmy o tym, kto jest kim w tym układzie.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, na tym sielankowym obrazku pojawiają się również rysy. Niestety, ani Monika, ani jej partner nie mają zbyt dobrych relacji ze swoimi eks, choć bardzo starają się unikać konfliktów z nimi: Okazuje się, że tak skomplikowany temat jak zrekonstruowana rodzina może bardziej przerastać dorosłych, niż ich dzieci. Ponadto problemem jest fakt, że ich dzieci mieszkają w różnych miastach, przez co nie mogą chodzić do tego samego przedszkola czy spędzać ze sobą tyle czasu, ile by chciały.

 

Monika

Choć rodziny patchworkowe kojarzą się przede wszystkim z rozwodnikami, nie jest to jedyna grupa, która je tworzy. Czasem ich powstanie poprzedzone jest jeszcze bardziej dramatycznymi wydarzeniami. Tak było w przypadku Moniki, która jesienią zeszłego roku została wdową samotnie wychowującą dwójkę dzieci w wieku 3 oraz 6,5 roku. Czasy życia w pojedynkę ma już jednak za sobą: Wiosną związałam się ze swoim wieloletnim przyjacielem. Miałam to szczęście, że moje dzieci pokochał jak swoje. A może nawet bardziej, ponieważ sam jest po przejściach, ale w jego poprzednim związku nie było potomstwa. Latem wspólnie kupiliśmy działkę, na której planujemy wybudować dom. Natomiast w sierpniu okazało się, że nasza rodzinka się powiększy – spodziewamy się wspólnego maleństwa. Oczywiście, początki nowej relacji nie zawsze były łatwe. Monika obawiała się tego związku, zwłaszcza, że zaczął się on tak szybko po śmierci męża. Bała się przede wszystkim dopuszczenia nowej osoby do swoich dzieci: Kilka razy dziennie ostrzegałam go i przekonywałam, że nie wie, na co się decyduje. Że to wielka odpowiedzialność i że z pewnością niejednokrotnie będzie bardzo ciężko, więc powinien mocno się zastanowić, zanim wprowadzę go w świat moich dzieci, bo wtedy nie będzie już odwrotu. On jednak stanowczo twierdził, że to jest właśnie to, czego szukał. Od kilku tygodni mieszkamy razem, a mój partner sumiennie uczy się tego, jak być rodzicem. Choć zdarza mi się dostrzegać przerażenie w jego oczach, czuję wielką dumę, widząc, jak świetnie sobie radzi. Czasami, kiedy pojawiają się jakieś problemy, trochę mu dogryzam, mówiąc: „Przecież cię ostrzegałam!”, na co on zawsze odpowiada: „Wiem. Ale z każdą taką sytuacją będę sobie radził coraz lepiej”.

 

Ania

Ania jest w związku z mężczyzną, który ma dwoje dzieci w wieku 6 i 16 lat: Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że zwiążę się z dzieciatym facetem. Było to niezgodne z moimi zasadami. Zawsze wychodziłam z założenia, że skoro taki człowiek zostawił swoje dzieci z poprzedniego związku, istnieje szansa, że w przyszłości zostawi również nasze wspólne. No ale kiedy spotykałam „tego jedynego”, cała reszta przestała się liczyć. Oczywiście, niejednokrotnie zastanawiałam się, dlaczego przestał być z kobietą, która urodziła mu dwójkę dzieci – przecież chyba się kochali? Ale wiem, że w życiu może być różnie, więc zaczęłam go tłumaczyć: może się między nimi nie układało? Pewnie lepiej, że dzieci żyją w spokojnym domu, niż gdyby miały słuchać kłótni rodziców, którym przestało być ze sobą dobrze. I z takim nastawieniem weszłam w to całą sobą, nie rozumiejąc jeszcze do końca, co to dla tak naprawdę oznacza.
Na początku Ania zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać po takim związku. Bardzo zależało jej na tym, by córki partnera ją polubiły. Na szczęście wszystko odbyło się bez większych problemów. Nasza bohaterka podkreśla, że duża w tym zasługa mamy dzieci, która dużo z nimi rozmawia: Dziewczyny są super wychowywane przez swoją mamę. Praktycznie od samego początku relacje między nami były fajne. Dla 13-letniej Wiki stałam się kumpelą, a dla 3-letniej Zosi ulubioną ciocią, która przytuli, kiedy stłucze się kolanko, wykręci numer do mamy, jak mała zatęskni, pomoże się umyć i przeczyta bajkę przed snem. Przez dwa lata takiego życia byłam pewna, że obie są dla mnie jak córki i zrobiłabym dla nich wszystko.

Ania przyznaje, że choć na początku wszystko układało się świetnie, trudności pojawiły się wtedy, gdy sama została matką: Prawdziwy patchwork zaczął się tak naprawdę w momencie, kiedy na świat przyszła nasza wspólna córka, Maja. Przede wszystkim bardzo dużo zmieniło się we mnie, bo dopiero teraz wiem, co to znaczy być matką i kochać jak matka. Nigdy nie odważę się na stwierdzenie, że wszystkie trzy dziewczynki kocham tak samo. Może to brzmi strasznie, ale teraz już wiem, że Maję zawsze będę kochała po prostu inaczej. Kiedy wszystkie dziewczynki są z nami, staram się wszystkie traktować tak samo i być sprawiedliwa, bo przecież najważniejsze jest to, żeby nie skrzywdzić dzieci. Ale powiem szczerze, że nie jest to łatwe, szczególnie kiedy w jednym pokoju spotyka się zbuntowana nastolatka, zazdrosna sześciolatka i absorbujący roczniak.

Najtrudniejszym okresem były dla Ani pierwsze miesiące po porodzie. Jej mąż często wyjeżdżał służbowo, a ona nierzadko zostawała sama z trójką dzieci. Jej córka miała kolki i nie przesypiała nocy, przez co zajmowanie się resztą dzieci stało się znacznie trudniejsze i bardziej wyczerpujące. Próbowała porozmawiać o tym z partnerem i przekonać go, by zabierali do siebie jego córki tylko wtedy, kiedy on będzie w domu, ale nie chciał się na to zgodzić. Ania była przemęczona i bliska rozpaczy, a pomogła jej dopiero… szczera rozmowa z byłą żoną swojego męża: Okazało się, że ona nie ma pojęcia o tym, że tata jej córek wyjeżdża i zostawia mnie z nimi samą. Doskonale mnie rozumiała. Czy świat nie byłby dużo prostszy, gdyby faceci przestali kombinować? Do dziś uważam, że ta rozmowa była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, bo dzięki niej to właśnie my we dwie zaczęłyśmy ustalać kolejne wizyty. Teraz kiedy dziewczynki do nas przyjeżdżają, wiem, że mają odrobić lekcje, wziąć lekarstwo czy potrzebują, żeby kupić im buty albo zeszyt. A ich mama też jest spokojniejsza, bo dostaje ode mnie informacje o tym, że dojechały, poszły spać czy były na wycieczce. Wiele się dzięki temu unormowało. Trzeba przyznać, że sytuacja Ani godna jest pozazdroszczenia i naśladowania: Zdarza nam się spotykać razem – my, jego była żona z obecnym partnerem i dzieci. Czasem umawiamy się na wspólny obiad lub jakieś wyjście. Może nie jesteśmy jak paczka znajomych, ale jak dalsza rodzina spędzająca ze sobą czas kilka razy w roku – jak najbardziej. Dla nas jest to normalne, ale otoczenie wciąż uważa to za coś dziwnego. Według większości ludzi powinniśmy się nienawidzić i kłócić o dzieci. Przede wszystkim ja i była żona mojego męża powinnyśmy wyrywać sobie nawzajem włosy, kiedy się spotykamy. A my się razem śmiejemy i plotkujemy.

Czy życie w rodzinie patchworkowej okazało się dla Ani trudne? Na pewno bywa wyzwaniem – oprócz odpowiedzialności za własne dziecko, musiała wziąć na swoje barki troskę o córki męża: Czasami zastanawiam się, jak to będzie wyglądało kiedyś, jakie będą stosunki między naszymi wspólnymi dziećmi a jego dziewczynkami. Wydaje mi się, że to ja jestem za tę relację odpowiedzialna i to przede wszystkim ja muszę na nią pracować. Uwielbiam patrzeć, jak starsza z córek męża zajmuje się moim maluszkiem, widać, że bardzo to lubi. Ale też martwię się, kiedy widzę, że młodsza wyrywa mu zabawki, popycha, jest bardzo zazdrosna. Czasem, kiedy obserwuję całą trójkę, chce mi się śmiać i czuję ciepło w sercu. Innym razem zmęczenie, bezsilność, niejednokrotnie złość. Ale tak bywa też w “standardowych” rodzinach. Relacje między dziećmi są różne, a mamy trójki dzieci z pewnością każdego dnia przeżywają momenty zwątpienia. W dodatku tę historię czeka kolejny zwrot akcji: Za moment w naszej rodzinie pojawi się następny maluch. Nie planowaliśmy kolejnego dziecka, ale życie jest pełne niespodzianek. Mam w sobie dużo nadziei, ale jeszcze więcej we mnie obaw. Niedługo przekażemy tę informację dzieciom. Jak zareagują? Jak się poczują? Nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie dobrze.

 

Kasia

Rodzina Kasi składa się z dwojga dorosłych oraz czwórki dzieci: Kiedy składaliśmy nasz patchwork z kawałków starej codzienności, dzieci miały kolejno 3, 15, 11 i 12 lat. Początkowo wydawało mi się, że będzie jak w bajce, a my będziemy żyli długo i szczęśliwie. Bez planu , na spontanie poznawaliśmy się wzajemnie. Były wspólne wyjazdy, wieczory spędzane na graniu w gry planszowe, oglądaniu seriali, słuchaniu muzyki i czytaniu książek. Wszystko było jak sen: dwoje zakochanych dorosłych zaczynających od nowa i gromadka dzieci.

Niestety, życie w zrekonstruowanej rodzinie niesie za sobą pewne wyzwania i rzadko układa się jak w bajce. Z perspektywy czasu Kasia dostrzega, że im bardziej się starała, tym więcej było niezadowolenia po każdej ze stron. Sygnałów należało dopatrywać się między wierszami, bo rzadko ktokolwiek wyrażał je wprost: Czasem to była krzywa mina, a czasem „foch”. Po pierwszej fali wielkich emocji każdy zaczął trochę tęsknić za czasami, kiedy nikt nie musiał się niczym dzielić. Ani czasem, ani smakołykami z lodówki, ani rodzicami. Szybko okazało się, że nasze dzieci, a także my sami jesteśmy przyzwyczajeni do różnych sposobów spędzania czasu w domu. M.in. na tym tle doszło do różnych przepychanek i małych konfliktów. Jak to często bywa, sprawy nie ułatwiali pozostali rodzice dzieci. Była żona partnera Kasi często wyrażała o niej niepochlebne zdanie, a jej eks-mąż próbował rywalizować z nową rodziną swoich pociech, fundując im coraz lepsze i droższe atrakcje.

Oczywiście, jedne dzieci adaptowały się do nowej sytuacji lepiej, inne gorzej. Największe problemy sprawiała 12-letnia córka partnera Kasi, która nigdy do końca nie zaakceptowała swojej macochy. Nasza bohaterka podkreśla, że bardzo zależy jej na dobru dzieci, ale już nie próbuje za wszelką cenę wkupić w ich łaski: Nie staram się jakoś specjalnie, nie oczekuję niczego, ale zrobiłabym dla nich wszystko. Po prostu jestem, kiedy mnie potrzebują. Z drugiej strony, na co dzień żyjemy swoim życiem i nie koncentrujemy się wyłącznie na dzieciakach. Jestem dumna z tego, że udało nam się poskładać kawałki różnych historii w całość. Nie zawsze idealną, nie zawsze wesołą, ale naszą. Dostaliśmy po dodatkowe trzy osoby do kochania. A to zawsze jest coś dobrego – nawet, jeśli czasem nie widać tego na pierwszy rzut oka.

Podobnie jak patchworkowe narzuty, od których to zjawisko wzięło swoją nazwę, patchworkowe rodziny stanowią barwne, często zaskakujące mieszanki bardzo różnych od siebie elementów. Choć stworzenie z nich jednej, spójnej całości bywa niełatwe, efekt z pewnością wart jest wysiłku. Jedno nie ulega wątpliwości: codzienność w takiej rodzinie z pewnością nie jest nudna.

 

Designed by stock-world-on / Freepik

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo