Change font size Change site colors contrast
Ciało

Na wschód po cud – wspomnienia z in vitro

20 września 2019 / Nina Olszewska

Warsztaty z Hanną Samson wczesną wiosną tego roku.

Przypadek przydziela mi do pary Magdalenę, Hania – zadanie. Każda z nas ma przez dwie minuty mówić tej obcej osobie naprzeciwko o tym, z czego jest dumna. Magda opowiada o swoim brzuchu, na który zapracowała rodząc bliźniaczki. Mówi o latach starań, o in vitro. Przez kilka miesięcy poznaję Magdę i wiem, że jej lista powodów do dumy mogłaby być znacznie dłuższa. Gdy TMM planuje numer o zwycięstwie, nie mam wątpliwości, z kim chcę porozmawiać.

Kiedy się poznałyśmy byłaś ważną panią z telewizji. Może miesiąc później dowiedziałam się, że to już nieaktualne, zamknęłaś ten etap. Pamiętam, że byłaś pełna optymizmu. Już po chwili okazało się, że robisz film dokumentalny o in vitro. Jeszcze nie zdążyłam polubić na Facebooku wszystkich zdjęć z planu, a Ty już opowiadasz z zapałem o zupełnie nowej pracy. Jesteś naprawdę dobra w zaczynaniu od nowa i zwyciężaniu! Dziś skupmy się jednak na tym najważniejszym. Zaczniemy od początku?

Była jesień, wieczór. Pamiętam, że pomyślałam po prostu, że nikt nie biega po domu, a mogłoby być tu więcej zamieszania. Zaczęliśmy próbować, ale bez skutku. Przez sześć lat chodziłam po lekarzach.. Byłam bardzo zapracowana, nie orientowałam się, jak działają jajniki, nie wiedziałam, że są sprzężone z głową. Miałam 29, 30 lat – nie byłam supermłoda, a nic nie wiedziałam o sobie samej.

Myślisz, że nieznajomość własnego ciała to był tylko Twój problem?

Moja kuzynka niedawno zbierała dla 18-letniej koleżanki rady życia. Taki zeszyt założyła, różni ludzie pisali tam porady w rodzaju „Nigdy nie myj naczyń”. Ja napisałam: „Naucz się, kiedy jest Twoja owulacja”, bo ja tego nie wiedziałam, o tym się nie mówiło, mama mnie nie nauczyła – a to jest po prostu ważne. Znać siebie, wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Nauczyć się czytać sygnały z ciała, rozumieć to.

To nie jest łatwe, szczególnie, gdy lekarze i medyczna terminologia nie pomagają. Moja koleżanka niedawno usłyszała, że jest w ciąży geriatrycznej. Wiesz, co to jest?

Pierwsze słyszę. Jeśli jest takie medyczne określenie – ok. Ale w komunikacji z pacjentką to nie jest fair. Język, jaki jest wokół spraw kobiecych, jest problemem. W pewnym momencie leczenia miałam diagnozę „wrogi śluz”. Mówienie „śluz” na głos jest trudne, a jeszcze „wrogi”? Znaczy co? Ja zabijam te plemniki? Nie byłam na to przygotowana i ten komunikat zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną. Później trafiłam do profesora, który zdziwił się, że ktoś jeszcze używa pojęcia „wrogi śluz”, bo tak się już nie mówi, bo tego się już nie bada i to w ogóle jakieś średniowiecze. Skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślę, że to mogło mieć wpływ na to, że zaczęłam źle myśleć o sobie, a w konsekwencji miałam depresję, czego nie byłam przez lata świadoma.

Minęło kilka lat. Myślisz, że podejście lekarzy się zmienia?

Nie. Wydaje mi się, że nadal język, jakim posługują się lekarze w rozmowach z pacjentkami, i to nie tylko w sprawie ciąży, uwłacza kobiecie. Wciąż tego nie zmieniłyśmy – my, kobiety. I nie jest to tylko problem mężczyzn-lekarzy. Pół roku po porodzie poszłam na kontrolę. Ginekolożka powiedziała mi wtedy, że żadnych środków antykoncepcyjnych nie potrzebuję, bo mi ciąża naturalna nie grozi. Rozumiesz? Zajdę, nie zajdę, ważne jest to, w jakim stanie psychicznym ona mnie zostawiła.

Myślisz, że w czasie starania o dziecko stan psychiczny kobiety jest ważny?

I tak, i nie. Słyszałam mnóstwo porad: wyluzuj, wszystko jest w głowie! Chodziłam do psychoanalityka, który uważał, że nie zachodzę w ciążę, bo sobie sama wybudowałam barierę. Jak usłyszał o tym wrogim śluzie, to aż zatarł ręce, miał dowód. Pokłóciliśmy się wtedy. Był przeciwnikiem in vitro. A może tylko mnie prowokował? W końcu na tym też czasem polega terapia.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Przepracowałam to, rozłożyłam sobie logicznie: sami w ciążę nie zajdziemy. Skoro mój mąż ma słabe nasienie, to połowa naszych możliwości jest stracona. Jeśli u mnie jest problem z owulacją, bo jestem zestresowana, zaharowana, zagubiona i czuje się biedna tak, że prawie już nie istnieję, to chyba potrzebujemy pomocy? To był sukces tej psychoanalizy. Zdecydowaliśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Działać. Zrozumiałam, że nie uzyskam pomocy chodząc do przypadkowych lekarzy: raz jednego, raz drugiego, z których każdy mówi co innego i to językiem, który mnie obraża. Postanowiłam, że nie dam sobie zdemonizować in vitro, bo to jest osiągnięcie cywilizacyjne mające służyć ludziom w potrzebie, tak jak szczepionki, viagra czy zastawka. Czy ktoś napiętnowuje viagrę? Nie słyszałam.

Ja też nie. Jak wyglądało to przejście do działania?

Postanowiłam wybrać lekarza, takiego jednego jedynego, który mnie poprowadzi, któremu zaufam i podporządkuję się. Miałam szczęście. Znalazłam profesora, który odpowiadał na wszystkie pytania, nawet te głupie i te zadawane moim językiem literacko-symboliczno-intelektualnym. Przekładał ten język na konkrety, a ja zrozumiałam, jak on myśli, nauczyłam się z nim rozmawiać, obojgu nam zrobiło się łatwiej.

Jak go znalazłaś?

Bałam się kliniki niepłodności, długo się przed tym broniłam. Sama przed sobą udawałam, że się staram, że zwykły ginekolog mi wystarczy. Może in vitro dziś jest bardziej powszechne, może młode dziewczyny już się tego nie boją. Ja się bałam. Pierwszym krokiem, przełamaniem, był telefon do mojej kuzynki, która robiła doktorat z in vitro. Ona poleciła mi klinikę w Białymstoku. „Masz 35 lat – im szybciej, tym lepiej” – powiedziała.

I teraz powinien być happy end, teoretycznie.

Jeszcze nie. Nie udało się pierwsze, drugie, trzecie in vitro. To mnie już kosztowało dużo cierpienia. Za trzecim razem zaszłam w ciążę. Tak na chwilę, na kilka tygodni, ale wystarczyło, abym ją poczuła. Jednak się nie udało. Już wcześniej miałam problemy ze snem, które wtedy się nasiliły. Prawie nie spałam, chodziłam na rzęsach. Koleżanka z pracy powiedziała: „Idź do psychiatry”. Poszłam i dowiedziałam się, że mam depresję. Dostałam leki nasenne i Seronil . Po 2-3 tygodniach stanęłam na nogach. Profesor się na mnie wściekł, że poszłam po pomoc psychiatryczną. Diagnostyka niepłodności to jak rozwiązywanie zagadki: „Dlaczego ona nie zachodzi?”, to praca na wielu niewiadomych. Środki nasenne, to kolejna niewiadoma. Profesor zapytał: Lepiej się czujesz? Lepiej. No dobra, to bierz.

Pomogło?

Po krótkim czasie poczułam, że ruszyły mi jajniki. Znałam już wtedy swoje ciało na tyle, że wyczuwałam takie zmiany. Siedziałam w pracy i wahałam się, czy zrobić szybko USG, żeby sprawdzić, czy jest pęcherzyk w jajniku. Nagle dostałam smsa od mamy, która raczej nie miewa skłonności do gestów. Napisała: „Na pewno wszystko będzie dobrze córciu, trzymaj się”! Dało mi to siłę, tego samego dnia zrobiłam USG. Lekarka, której powiedziałam o swojej sytuacji, doradziła mi telefon do mojego profesora, a on zarządził: „Jutro o 8:00 jest Pani u mnie w gabinecie”.

Opowiesz, na czym polega in vitro?

Miałam już zamrożone zarodki, cztery. Do ich umieszczenia w macicy najlepszy byłby naturalny, prawdziwy cykl i ładna owulacja. Chodziło, o to żeby podrzucić mi pięć dni po naturalnej owulacji pięciodniowe zarodki. Potem było tak, że okazało się, że w czasie rozmrażania dwa z czterech zarodków się nie rozwijały dalej. Zostały dwa, moje dwa ostatnie zarodki. Mimo wszystko było coś takiego w tej chwili, że wiedziałam, że będzie dobrze. Po 11 dniach testy. Wynik beta wskazywał wysoko, tak wysoko, jak tylko przy dwóch ciążach może być. Profesor kazał odstawić prochy, więc odstawiłam. Był październik 2012 roku.

Ten Białystok to chyba nie było najwygodniejsze rozwiązanie?

Ten Białystok nam właśnie pasował, jeżdżąc tam, zostawialiśmy za sobą wszystkie problemy. Sama podróż oczyszczała. W Warszawie tkwiliśmy po uszy w zaplątaniu. Dwa lata jeździliśmy na wschód po cud.

In vitro dało Ci córki i misję.

Trudno się od tego doświadczenia odciąć. Musiałam to przepracować moimi narzędziami, stąd pomysł na film i potrzeba pisania. Ktoś mi powiedział: „Magda, przestań o tej macicy. Jest tyle innych tematów!”. Zaangażowanie społeczne, walka o kobiety i rodzicielstwo – to jest ważne. Ale dla mnie ten świat rozrodu człowieka jest fascynujący. Jak tylko zobaczyłam to wszystko od środka, rozwaliło mi czaszkę. Teraz patrzę na świat dostrzegając, jak bardzo moderowany, napędzany płodnością. Aspekt kobiecy jest wszędzie, na przykład komórka jajowa – jest okrągła jak Ziemia i Słońce, i równie pierwotna.

Pamiętam, jak rozmawiałaś o tym w Polskiej Szkole Reportażu z Mariuszem Szczygłem. Powiedziałaś, że chcesz pisać o in vitro, a on powiedział, że to już było. Wtedy zaczęłaś opowiadać o pracy embriologów i okazało się, że niby o in vitro tyle razy było, a jednak tak mało o tym wiemy.

Leczenie in vitro to nie tylko włożenie zarodka do „maszyny rodzącej”, to fascynująca diagnostyka, szukanie informacji o tym, co u kobiety nie działa. Bo czynnik męski jest super łatwo przebadać. Jedno badanie nasienia i już wiadomo. Tajemnicą jest kobieta. Zdaniem mojego profesora jest dwanaście barier, które przeszkadzają zajść w ciążę. Teraz coraz częściej mówi się też o depresji jako przeszkodzie. stąd ten film i dwójka jego bohaterów: kobieta, która stara się o dziecko i profesor. To zderzenie: jej ciekawość i jego wiedza. Jego melancholia i jej depresja. Nawzajem się potrzebują. Między nimi jest dialog. Karkołomne to jest dla formy filmowej, ale może mi się uda.

Kiedy zajście w ciążę staje się problemem, ludzie zyskują dodatkowy etap rodzicielstwa, mam wrażenie: rodzicielstwo przed urodzeniem.

Bycie w ciąży jest mniej absorbujące niż to staranie. Problem z zajściem w ciążę to dla kobiety wydarzenie graniczne, punkt zwrotny życia. Czułam się wtedy jak ktoś ciężko chory: tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno. Przez ponad miesiąc jadłam tylko owoce i warzywa, co niby jest fajne, bo figura i cera świetna, jest też jednak frustrujące. Miałam wrażenie, że jestem poza obiegiem, że omija mnie życie. Dziś wiem, że życie wtedy mnie dopadło, a ci siedzący do późna w korporacjach je przespali. Wtedy zauważyłam, dzięki patrzeniu z boku, jak ludzie są nakręceni, jak pędzą gdzieś ciągle. Gdyby nie udało się z tą ciążą, prułabym z nimi po jakieś nagrody w tym wyścigu. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby się nie udało.

Rodzina wiedziała, że się staracie? Wiedzieli o in vitro?

Wszyscy byli już zmęczeni tym naszym staraniem. Na początku wszystkim powiedziałam, że się leczymy, żeby wiedzieli i żeby uniknąć głupich żartów. Potem, jak nam się nie udawało, to już nie mówiłam. Nie chciałam się połowie świata tłumaczyć, że nie wyszło, ale spróbujemy znowu. Przestałam opowiadać, mówiłam tylko: „Nie gadamy na ten temat”. Ludziom szczerze zainteresowanym moim zdrowiem chętnie mówiłam wszystko.

Jeśli chodzi o wsparcie rodziny: ta ze strony męża chciała, żeby jak najszybciej nam się udało. Czułam presję i wpieniało mnie to. Moja mama za to przekonywała, że przecież nie musimy mieć dzieci. Życie bez dzieci jest prostsze, tańsze i przyjemniejsze! Możemy podróżować, mieszkać w Nowym Jorku i zajmować się sztuką. I to mnie też bolało, bo chciałam, żeby ktoś w rodzinie uprawomocnił moją wolę i mój ból. A poza tym poczułam się, jak jej ontologiczny ciężar. Dziś rozumiem, że ona wcale tak nie myślała. Przygotowałam się do in vitro i miałam po prostu natłok złych myśli. Najważniejszym wsparciem był mąż. Ile cierpliwości, miłości i troski on mi wtedy dał! To wszystko, co nam się przytrafiło, sprawiło, że nawiązała się między nami więź mocna jak skała. To leczenie pogłębiło naszą relację. Mieliśmy wspólne zadanie, wspólną walkę. Bez niego nie podołałabym. Nigdy.

Jakieś formy wsparcia poza najbliższymi?

Teraz jest inaczej niż kilka lat temu. Jestem na forum na Facebooku, in vitro przed, po i w trakcie. Dziewczyny rozmawiają, pomagają sobie, trzymają za siebie kciuki, spotykają się też w realu. To jest wspaniała grupa wsparcia, bardzo lubię przebywać z nimi, bo rozumiem ich problemy. Kiedyś temat w internecie albo nie istniał, albo ja go skutecznie unikałam, za bardzo mnie bolały wszystkie informacje. Teraz dziewczyny mówią sobie wszystko, robią relacje na żywo, żeby opowiadać o swoich emocjach, często się motywują.

Płodność to sprawa kobiet czy mężczyzn?

Z tematem: „Mieć dzieci czy nie” każda kobieta się zetknie. Można chcieć, można nie, ale pytanie się pojawi. Każda kobieta w końcu zada je sama sobie. Ta decyzja przychodzi wcześniej czy później, ale przychodzi i definiuje całe życie. U każdej z nas w swoim czasie.

W swoim czasie? Posiadanie dzieci jest tematem bardzo publicznym i otoczenie zadaje pytania niezależnie od tego, czy kobieta już na etapie decyzji jest, czy nie.

W piątek wieczorem byłam na basenie i przez szafki usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna zapytała o dzieci, druga powiedziała, że stara się, ale ciągle ma poronienia. W odpowiedzi usłyszała jakieś pocieszenia, że na pewno się uda. We mnie się zagotowało. Wiedziałam, że jak wróci do domu, to będzie ryczeć. A ta druga wróci i opowie mężowi taką ciekawostkę, że wiesz, ona ma poronienia. Nie można zadawać innym takich pytań. Nie można dać się wmanewrować w taką rozmowę, szczególnie jakimś przypadkowym ludziom, na przykład w pracy, na basenie. Można powiedzieć: „Nie rozmawiam o tym”. Dopóki my kobiety nie wywalczymy sobie zasady, że o pewnych sprawach się nie rozmawia, nikt ich nie będzie przestrzegał.

Jak to zmienić?

Trzeba mówić swoim córkom, że nikt nie ma prawa ich dotykać, ale też nikt nie ma prawa pytać ich o okres, o ciążę, o poronienia. To są intymne sprawy. Ja już mam pancerz, mało co mnie dotyka, a jak już coś mnie dotknie, to mam w zanadrzu kilka coltów.

Ja nie mam żadnych coltów. Niedawno jakiś facet ustąpił mi miejsca w tramwaju, mówiąc, że staniem zaszkodzę dziecku.

Odpowiedziałaś mu coś?

Nie, bo ze wstydu umarłam. Miałam powiedzieć, że to nie ciąża tylko kurtka?

No właśnie. A potem wracasz do domu i masz milion dobrych tekstów. Jak jestem w saunie to zawsze mam taką projekcję nerwową, że facet, który siedzi obok, zaraz zapyta, czemu przychodzę tu w ciąży – bo ten mój brzuch jest ciągle duży. Oczywiście nikt mnie nigdy o to nie pyta. Wariactwo z tym.

W sumie nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zapytał, w końcu wszyscy się czują upoważnieni do troski o potencjalne cudze ciąże.

Ciekawe, że to nie działa w drugą stronę. Ja bym takiego faceta w saunie przecież o ten jego pełen piwa i wieprzowiny brzuch nie zapytała. Obcemu na ulicy czy w restauracji nie powiem: „Przestań pan jeść tyle kiełbasy, to nie jest zdrowe”. Mnie te uwagi o ciążę tak strasznie bolały. Przepłakałam niejedną noc.

Kiedyś Twoje córki zaczną słyszeć takie pytania. Da się przygotować na to dziewczynki?

Trzeba rozmawiać. Moje córki mają po cztery lata i są już bardzo świadome. Zuzia zapytała niedawno, z czego jest zrobiona. Wiesz, na takiej zasadzie, że stół jest z drewna, a ona z czego? Lubią rozmawiać o tym, że były u mnie w brzuszku, jak z niego wyszły. Ostatnio zapytały, jak do tego brzuszka trafiły. Rozmawiamy, one się chichrają, ale budują świadomość, a nie traumę czy wstyd. Nie chcę, żeby wyrastały w przekonaniu, że ich części kobiece są czymś złym.

Wiesz już, jak z nimi rozmawiać o in vitro?

Wiem, jak powiem o tym moim dzieciom. I one to zrozumieją. Boję się, co będzie, jak pójdą do przedszkola i skonfrontują to z innymi dziećmi. Co, jeśli z tymi dziećmi nikt mądrze nie rozmawiał?

Nauczyłaś się czegoś w tym trudnym czasie starania?

Przypominam sobie, jak chodziłam po tych lekarzach, boksowałam się z ich zblazowaniem, brakiem empatii. Ale też sama nawalałam: ile razy nie poszłam na badania, bo miałam coś w pracy do zrobienia? Kiedyś mnie psychoanalityk ochrzanił, bo spóźniłam się na sesję. „Co zatrzymało panią w najważniejszej sprawie dzisiejszego dnia? Wybuchł wulkan? To pani cele są najważniejsze, niech pani natychmiast przestanie realizować cudze cele!”. Doświadczenia z płodnością nauczyły też mnie rozmawiać z ludźmi. Przede wszystkim rozmawiać o sprawach kobiecych i z kobietami. Bohaterkę mojego filmu po prostu zagadnęłam w klinice na korytarzu. Wystarczy dobrze zadać pytanie, kobiety z reguły chcą o tym rozmawiać, szczególnie tam, pod gabinetem. Nauczyłam się też w obliczu problemów przyjmować zasadę „Pomyślę o tym jutro”. Bo może jutro ten strach być nieaktualny, więc zaoszczędzę sobie fatygi. To, czego jeszcze się nauczyłam, to niezależność. Na przykład w życiu zawodowym – funkcjonuję w kilku środowiskach jednocześnie, by żadna grupa nie przytłoczyła mnie swoimi problemami. Chronię siebie, bo ochronić siebie to największe zwycięstwo.

Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 kwietnia 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo