Change font size Change site colors contrast
Ciało

Na wschód po cud – wspomnienia z in vitro

20 września 2019 / Nina Olszewska

Warsztaty z Hanną Samson wczesną wiosną tego roku.

Przypadek przydziela mi do pary Magdalenę, Hania – zadanie. Każda z nas ma przez dwie minuty mówić tej obcej osobie naprzeciwko o tym, z czego jest dumna. Magda opowiada o swoim brzuchu, na który zapracowała rodząc bliźniaczki. Mówi o latach starań, o in vitro. Przez kilka miesięcy poznaję Magdę i wiem, że jej lista powodów do dumy mogłaby być znacznie dłuższa. Gdy TMM planuje numer o zwycięstwie, nie mam wątpliwości, z kim chcę porozmawiać.

Kiedy się poznałyśmy byłaś ważną panią z telewizji. Może miesiąc później dowiedziałam się, że to już nieaktualne, zamknęłaś ten etap. Pamiętam, że byłaś pełna optymizmu. Już po chwili okazało się, że robisz film dokumentalny o in vitro. Jeszcze nie zdążyłam polubić na Facebooku wszystkich zdjęć z planu, a Ty już opowiadasz z zapałem o zupełnie nowej pracy. Jesteś naprawdę dobra w zaczynaniu od nowa i zwyciężaniu! Dziś skupmy się jednak na tym najważniejszym. Zaczniemy od początku?

Była jesień, wieczór. Pamiętam, że pomyślałam po prostu, że nikt nie biega po domu, a mogłoby być tu więcej zamieszania. Zaczęliśmy próbować, ale bez skutku. Przez sześć lat chodziłam po lekarzach.. Byłam bardzo zapracowana, nie orientowałam się, jak działają jajniki, nie wiedziałam, że są sprzężone z głową. Miałam 29, 30 lat – nie byłam supermłoda, a nic nie wiedziałam o sobie samej.

Myślisz, że nieznajomość własnego ciała to był tylko Twój problem?

Moja kuzynka niedawno zbierała dla 18-letniej koleżanki rady życia. Taki zeszyt założyła, różni ludzie pisali tam porady w rodzaju „Nigdy nie myj naczyń”. Ja napisałam: „Naucz się, kiedy jest Twoja owulacja”, bo ja tego nie wiedziałam, o tym się nie mówiło, mama mnie nie nauczyła – a to jest po prostu ważne. Znać siebie, wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Nauczyć się czytać sygnały z ciała, rozumieć to.

To nie jest łatwe, szczególnie, gdy lekarze i medyczna terminologia nie pomagają. Moja koleżanka niedawno usłyszała, że jest w ciąży geriatrycznej. Wiesz, co to jest?

Pierwsze słyszę. Jeśli jest takie medyczne określenie – ok. Ale w komunikacji z pacjentką to nie jest fair. Język, jaki jest wokół spraw kobiecych, jest problemem. W pewnym momencie leczenia miałam diagnozę „wrogi śluz”. Mówienie „śluz” na głos jest trudne, a jeszcze „wrogi”? Znaczy co? Ja zabijam te plemniki? Nie byłam na to przygotowana i ten komunikat zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną. Później trafiłam do profesora, który zdziwił się, że ktoś jeszcze używa pojęcia „wrogi śluz”, bo tak się już nie mówi, bo tego się już nie bada i to w ogóle jakieś średniowiecze. Skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślę, że to mogło mieć wpływ na to, że zaczęłam źle myśleć o sobie, a w konsekwencji miałam depresję, czego nie byłam przez lata świadoma.

Minęło kilka lat. Myślisz, że podejście lekarzy się zmienia?

Nie. Wydaje mi się, że nadal język, jakim posługują się lekarze w rozmowach z pacjentkami, i to nie tylko w sprawie ciąży, uwłacza kobiecie. Wciąż tego nie zmieniłyśmy – my, kobiety. I nie jest to tylko problem mężczyzn-lekarzy. Pół roku po porodzie poszłam na kontrolę. Ginekolożka powiedziała mi wtedy, że żadnych środków antykoncepcyjnych nie potrzebuję, bo mi ciąża naturalna nie grozi. Rozumiesz? Zajdę, nie zajdę, ważne jest to, w jakim stanie psychicznym ona mnie zostawiła.

Myślisz, że w czasie starania o dziecko stan psychiczny kobiety jest ważny?

I tak, i nie. Słyszałam mnóstwo porad: wyluzuj, wszystko jest w głowie! Chodziłam do psychoanalityka, który uważał, że nie zachodzę w ciążę, bo sobie sama wybudowałam barierę. Jak usłyszał o tym wrogim śluzie, to aż zatarł ręce, miał dowód. Pokłóciliśmy się wtedy. Był przeciwnikiem in vitro. A może tylko mnie prowokował? W końcu na tym też czasem polega terapia.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Przepracowałam to, rozłożyłam sobie logicznie: sami w ciążę nie zajdziemy. Skoro mój mąż ma słabe nasienie, to połowa naszych możliwości jest stracona. Jeśli u mnie jest problem z owulacją, bo jestem zestresowana, zaharowana, zagubiona i czuje się biedna tak, że prawie już nie istnieję, to chyba potrzebujemy pomocy? To był sukces tej psychoanalizy. Zdecydowaliśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Działać. Zrozumiałam, że nie uzyskam pomocy chodząc do przypadkowych lekarzy: raz jednego, raz drugiego, z których każdy mówi co innego i to językiem, który mnie obraża. Postanowiłam, że nie dam sobie zdemonizować in vitro, bo to jest osiągnięcie cywilizacyjne mające służyć ludziom w potrzebie, tak jak szczepionki, viagra czy zastawka. Czy ktoś napiętnowuje viagrę? Nie słyszałam.

Ja też nie. Jak wyglądało to przejście do działania?

Postanowiłam wybrać lekarza, takiego jednego jedynego, który mnie poprowadzi, któremu zaufam i podporządkuję się. Miałam szczęście. Znalazłam profesora, który odpowiadał na wszystkie pytania, nawet te głupie i te zadawane moim językiem literacko-symboliczno-intelektualnym. Przekładał ten język na konkrety, a ja zrozumiałam, jak on myśli, nauczyłam się z nim rozmawiać, obojgu nam zrobiło się łatwiej.

Jak go znalazłaś?

Bałam się kliniki niepłodności, długo się przed tym broniłam. Sama przed sobą udawałam, że się staram, że zwykły ginekolog mi wystarczy. Może in vitro dziś jest bardziej powszechne, może młode dziewczyny już się tego nie boją. Ja się bałam. Pierwszym krokiem, przełamaniem, był telefon do mojej kuzynki, która robiła doktorat z in vitro. Ona poleciła mi klinikę w Białymstoku. „Masz 35 lat – im szybciej, tym lepiej” – powiedziała.

I teraz powinien być happy end, teoretycznie.

Jeszcze nie. Nie udało się pierwsze, drugie, trzecie in vitro. To mnie już kosztowało dużo cierpienia. Za trzecim razem zaszłam w ciążę. Tak na chwilę, na kilka tygodni, ale wystarczyło, abym ją poczuła. Jednak się nie udało. Już wcześniej miałam problemy ze snem, które wtedy się nasiliły. Prawie nie spałam, chodziłam na rzęsach. Koleżanka z pracy powiedziała: „Idź do psychiatry”. Poszłam i dowiedziałam się, że mam depresję. Dostałam leki nasenne i Seronil . Po 2-3 tygodniach stanęłam na nogach. Profesor się na mnie wściekł, że poszłam po pomoc psychiatryczną. Diagnostyka niepłodności to jak rozwiązywanie zagadki: „Dlaczego ona nie zachodzi?”, to praca na wielu niewiadomych. Środki nasenne, to kolejna niewiadoma. Profesor zapytał: Lepiej się czujesz? Lepiej. No dobra, to bierz.

Pomogło?

Po krótkim czasie poczułam, że ruszyły mi jajniki. Znałam już wtedy swoje ciało na tyle, że wyczuwałam takie zmiany. Siedziałam w pracy i wahałam się, czy zrobić szybko USG, żeby sprawdzić, czy jest pęcherzyk w jajniku. Nagle dostałam smsa od mamy, która raczej nie miewa skłonności do gestów. Napisała: „Na pewno wszystko będzie dobrze córciu, trzymaj się”! Dało mi to siłę, tego samego dnia zrobiłam USG. Lekarka, której powiedziałam o swojej sytuacji, doradziła mi telefon do mojego profesora, a on zarządził: „Jutro o 8:00 jest Pani u mnie w gabinecie”.

Opowiesz, na czym polega in vitro?

Miałam już zamrożone zarodki, cztery. Do ich umieszczenia w macicy najlepszy byłby naturalny, prawdziwy cykl i ładna owulacja. Chodziło, o to żeby podrzucić mi pięć dni po naturalnej owulacji pięciodniowe zarodki. Potem było tak, że okazało się, że w czasie rozmrażania dwa z czterech zarodków się nie rozwijały dalej. Zostały dwa, moje dwa ostatnie zarodki. Mimo wszystko było coś takiego w tej chwili, że wiedziałam, że będzie dobrze. Po 11 dniach testy. Wynik beta wskazywał wysoko, tak wysoko, jak tylko przy dwóch ciążach może być. Profesor kazał odstawić prochy, więc odstawiłam. Był październik 2012 roku.

Ten Białystok to chyba nie było najwygodniejsze rozwiązanie?

Ten Białystok nam właśnie pasował, jeżdżąc tam, zostawialiśmy za sobą wszystkie problemy. Sama podróż oczyszczała. W Warszawie tkwiliśmy po uszy w zaplątaniu. Dwa lata jeździliśmy na wschód po cud.

In vitro dało Ci córki i misję.

Trudno się od tego doświadczenia odciąć. Musiałam to przepracować moimi narzędziami, stąd pomysł na film i potrzeba pisania. Ktoś mi powiedział: „Magda, przestań o tej macicy. Jest tyle innych tematów!”. Zaangażowanie społeczne, walka o kobiety i rodzicielstwo – to jest ważne. Ale dla mnie ten świat rozrodu człowieka jest fascynujący. Jak tylko zobaczyłam to wszystko od środka, rozwaliło mi czaszkę. Teraz patrzę na świat dostrzegając, jak bardzo moderowany, napędzany płodnością. Aspekt kobiecy jest wszędzie, na przykład komórka jajowa – jest okrągła jak Ziemia i Słońce, i równie pierwotna.

Pamiętam, jak rozmawiałaś o tym w Polskiej Szkole Reportażu z Mariuszem Szczygłem. Powiedziałaś, że chcesz pisać o in vitro, a on powiedział, że to już było. Wtedy zaczęłaś opowiadać o pracy embriologów i okazało się, że niby o in vitro tyle razy było, a jednak tak mało o tym wiemy.

Leczenie in vitro to nie tylko włożenie zarodka do „maszyny rodzącej”, to fascynująca diagnostyka, szukanie informacji o tym, co u kobiety nie działa. Bo czynnik męski jest super łatwo przebadać. Jedno badanie nasienia i już wiadomo. Tajemnicą jest kobieta. Zdaniem mojego profesora jest dwanaście barier, które przeszkadzają zajść w ciążę. Teraz coraz częściej mówi się też o depresji jako przeszkodzie. stąd ten film i dwójka jego bohaterów: kobieta, która stara się o dziecko i profesor. To zderzenie: jej ciekawość i jego wiedza. Jego melancholia i jej depresja. Nawzajem się potrzebują. Między nimi jest dialog. Karkołomne to jest dla formy filmowej, ale może mi się uda.

Kiedy zajście w ciążę staje się problemem, ludzie zyskują dodatkowy etap rodzicielstwa, mam wrażenie: rodzicielstwo przed urodzeniem.

Bycie w ciąży jest mniej absorbujące niż to staranie. Problem z zajściem w ciążę to dla kobiety wydarzenie graniczne, punkt zwrotny życia. Czułam się wtedy jak ktoś ciężko chory: tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno. Przez ponad miesiąc jadłam tylko owoce i warzywa, co niby jest fajne, bo figura i cera świetna, jest też jednak frustrujące. Miałam wrażenie, że jestem poza obiegiem, że omija mnie życie. Dziś wiem, że życie wtedy mnie dopadło, a ci siedzący do późna w korporacjach je przespali. Wtedy zauważyłam, dzięki patrzeniu z boku, jak ludzie są nakręceni, jak pędzą gdzieś ciągle. Gdyby nie udało się z tą ciążą, prułabym z nimi po jakieś nagrody w tym wyścigu. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby się nie udało.

Rodzina wiedziała, że się staracie? Wiedzieli o in vitro?

Wszyscy byli już zmęczeni tym naszym staraniem. Na początku wszystkim powiedziałam, że się leczymy, żeby wiedzieli i żeby uniknąć głupich żartów. Potem, jak nam się nie udawało, to już nie mówiłam. Nie chciałam się połowie świata tłumaczyć, że nie wyszło, ale spróbujemy znowu. Przestałam opowiadać, mówiłam tylko: „Nie gadamy na ten temat”. Ludziom szczerze zainteresowanym moim zdrowiem chętnie mówiłam wszystko.

Jeśli chodzi o wsparcie rodziny: ta ze strony męża chciała, żeby jak najszybciej nam się udało. Czułam presję i wpieniało mnie to. Moja mama za to przekonywała, że przecież nie musimy mieć dzieci. Życie bez dzieci jest prostsze, tańsze i przyjemniejsze! Możemy podróżować, mieszkać w Nowym Jorku i zajmować się sztuką. I to mnie też bolało, bo chciałam, żeby ktoś w rodzinie uprawomocnił moją wolę i mój ból. A poza tym poczułam się, jak jej ontologiczny ciężar. Dziś rozumiem, że ona wcale tak nie myślała. Przygotowałam się do in vitro i miałam po prostu natłok złych myśli. Najważniejszym wsparciem był mąż. Ile cierpliwości, miłości i troski on mi wtedy dał! To wszystko, co nam się przytrafiło, sprawiło, że nawiązała się między nami więź mocna jak skała. To leczenie pogłębiło naszą relację. Mieliśmy wspólne zadanie, wspólną walkę. Bez niego nie podołałabym. Nigdy.

Jakieś formy wsparcia poza najbliższymi?

Teraz jest inaczej niż kilka lat temu. Jestem na forum na Facebooku, in vitro przed, po i w trakcie. Dziewczyny rozmawiają, pomagają sobie, trzymają za siebie kciuki, spotykają się też w realu. To jest wspaniała grupa wsparcia, bardzo lubię przebywać z nimi, bo rozumiem ich problemy. Kiedyś temat w internecie albo nie istniał, albo ja go skutecznie unikałam, za bardzo mnie bolały wszystkie informacje. Teraz dziewczyny mówią sobie wszystko, robią relacje na żywo, żeby opowiadać o swoich emocjach, często się motywują.

Płodność to sprawa kobiet czy mężczyzn?

Z tematem: „Mieć dzieci czy nie” każda kobieta się zetknie. Można chcieć, można nie, ale pytanie się pojawi. Każda kobieta w końcu zada je sama sobie. Ta decyzja przychodzi wcześniej czy później, ale przychodzi i definiuje całe życie. U każdej z nas w swoim czasie.

W swoim czasie? Posiadanie dzieci jest tematem bardzo publicznym i otoczenie zadaje pytania niezależnie od tego, czy kobieta już na etapie decyzji jest, czy nie.

W piątek wieczorem byłam na basenie i przez szafki usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna zapytała o dzieci, druga powiedziała, że stara się, ale ciągle ma poronienia. W odpowiedzi usłyszała jakieś pocieszenia, że na pewno się uda. We mnie się zagotowało. Wiedziałam, że jak wróci do domu, to będzie ryczeć. A ta druga wróci i opowie mężowi taką ciekawostkę, że wiesz, ona ma poronienia. Nie można zadawać innym takich pytań. Nie można dać się wmanewrować w taką rozmowę, szczególnie jakimś przypadkowym ludziom, na przykład w pracy, na basenie. Można powiedzieć: „Nie rozmawiam o tym”. Dopóki my kobiety nie wywalczymy sobie zasady, że o pewnych sprawach się nie rozmawia, nikt ich nie będzie przestrzegał.

Jak to zmienić?

Trzeba mówić swoim córkom, że nikt nie ma prawa ich dotykać, ale też nikt nie ma prawa pytać ich o okres, o ciążę, o poronienia. To są intymne sprawy. Ja już mam pancerz, mało co mnie dotyka, a jak już coś mnie dotknie, to mam w zanadrzu kilka coltów.

Ja nie mam żadnych coltów. Niedawno jakiś facet ustąpił mi miejsca w tramwaju, mówiąc, że staniem zaszkodzę dziecku.

Odpowiedziałaś mu coś?

Nie, bo ze wstydu umarłam. Miałam powiedzieć, że to nie ciąża tylko kurtka?

No właśnie. A potem wracasz do domu i masz milion dobrych tekstów. Jak jestem w saunie to zawsze mam taką projekcję nerwową, że facet, który siedzi obok, zaraz zapyta, czemu przychodzę tu w ciąży – bo ten mój brzuch jest ciągle duży. Oczywiście nikt mnie nigdy o to nie pyta. Wariactwo z tym.

W sumie nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zapytał, w końcu wszyscy się czują upoważnieni do troski o potencjalne cudze ciąże.

Ciekawe, że to nie działa w drugą stronę. Ja bym takiego faceta w saunie przecież o ten jego pełen piwa i wieprzowiny brzuch nie zapytała. Obcemu na ulicy czy w restauracji nie powiem: „Przestań pan jeść tyle kiełbasy, to nie jest zdrowe”. Mnie te uwagi o ciążę tak strasznie bolały. Przepłakałam niejedną noc.

Kiedyś Twoje córki zaczną słyszeć takie pytania. Da się przygotować na to dziewczynki?

Trzeba rozmawiać. Moje córki mają po cztery lata i są już bardzo świadome. Zuzia zapytała niedawno, z czego jest zrobiona. Wiesz, na takiej zasadzie, że stół jest z drewna, a ona z czego? Lubią rozmawiać o tym, że były u mnie w brzuszku, jak z niego wyszły. Ostatnio zapytały, jak do tego brzuszka trafiły. Rozmawiamy, one się chichrają, ale budują świadomość, a nie traumę czy wstyd. Nie chcę, żeby wyrastały w przekonaniu, że ich części kobiece są czymś złym.

Wiesz już, jak z nimi rozmawiać o in vitro?

Wiem, jak powiem o tym moim dzieciom. I one to zrozumieją. Boję się, co będzie, jak pójdą do przedszkola i skonfrontują to z innymi dziećmi. Co, jeśli z tymi dziećmi nikt mądrze nie rozmawiał?

Nauczyłaś się czegoś w tym trudnym czasie starania?

Przypominam sobie, jak chodziłam po tych lekarzach, boksowałam się z ich zblazowaniem, brakiem empatii. Ale też sama nawalałam: ile razy nie poszłam na badania, bo miałam coś w pracy do zrobienia? Kiedyś mnie psychoanalityk ochrzanił, bo spóźniłam się na sesję. „Co zatrzymało panią w najważniejszej sprawie dzisiejszego dnia? Wybuchł wulkan? To pani cele są najważniejsze, niech pani natychmiast przestanie realizować cudze cele!”. Doświadczenia z płodnością nauczyły też mnie rozmawiać z ludźmi. Przede wszystkim rozmawiać o sprawach kobiecych i z kobietami. Bohaterkę mojego filmu po prostu zagadnęłam w klinice na korytarzu. Wystarczy dobrze zadać pytanie, kobiety z reguły chcą o tym rozmawiać, szczególnie tam, pod gabinetem. Nauczyłam się też w obliczu problemów przyjmować zasadę „Pomyślę o tym jutro”. Bo może jutro ten strach być nieaktualny, więc zaoszczędzę sobie fatygi. To, czego jeszcze się nauczyłam, to niezależność. Na przykład w życiu zawodowym – funkcjonuję w kilku środowiskach jednocześnie, by żadna grupa nie przytłoczyła mnie swoimi problemami. Chronię siebie, bo ochronić siebie to największe zwycięstwo.

Ciało

Tak, otyłość to straszna choroba!

3 stycznia 2020 / Agnieszka Jabłońska

Chciałabym porozmawiać z Tobą o otyłości.

O tym, o czym dzisiaj nie mówimy, o problemie, który boli i siedzi schowany bezpiecznie pod dywanem, eleganckimi panelami i podwoziem samochodu. Otyłość, sprawa, która uwiera nas, gdy jesteśmy nieco większe, która sprawia, że nie mamy ochoty iść na zakupy, uprawiać seksu i nie kochamy siebie wcale. Problem, który okrywamy swetrem i płaszczem, bo nie mamy na niego siły, bo łzy nam się skończyły gdzieś na etapie III roku studiów, a teraz to już tylko czasami wzdychamy z rezygnacją. 

Gdy ktoś mówi, że otyłość to problem – wkurzasz się?

Problem, gdy jest nas o wiele więcej niż… no właśnie co? Niż powinno być? A ile dokładnie powinno nas być? Jaka waga jest dobra? Jaka waga opisuje Zosię, Monikę, Izę, Ciebie i mnie? Ile Agnieszki powinno być w Agnieszce, żeby było dobrze? W tym momencie proszę Cię, abyś olała BMI, olała złote rady fitnessek, olała sałatę, sałatki i zimne koktajle. Przestała cisnąć siebie i karać za każdą kostkę czekolady, tabliczkę, ulubionego batonika i pizzę i wreszcie odetchnęła. Dusisz się, Kobieto, wiesz? 

Chcę Ci powiedzieć, że wszystkie jesteśmy piękne i każda z nas jest wartościowa. Jesteśmy cudownymi kobietami, które zasługują na miłość i to, co w życiu najlepsze i nasz rozmiar nas nie definiuje w żaden sposób. Chcę Ci jednak powiedzieć również, że definiuje nas zdrowie i chęć do życia, do działania, nasza własna energia. Jeśli nosisz za dużo kilogramów ze sobą, jeśli mało się ruszasz, oddychasz tylko co drugi raz, jesteś w zastoju, Twoja energia również jest uśpiona. Nie możesz wtedy rozwinąć swojego potencjału na 100%. 

Chcę Ci także powiedzieć, że zasługujesz na to, żeby być zdrową i szczęśliwą każdego dnia

Otyłość to choroba (nie lubisz mnie teraz, prawda?), to problem, to wstyd – nie powinno tak być! Osoby zmagające się z tym schorzeniem mają dość wytykania placami, są zmęczone kąśliwymi uwagami, pełnymi obrzydzenia spojrzeniami. Zamykają się w domach, zakupy robią przez Internet, aby uniknąć krępujących pytań o rozmiar.

Rewolucyjna zmiana na lepsze?

Wtedy dzieje się rewolucja. Przemysł modowy dochodzi do wniosku, że na otyłości można zarobić. W XXI wieku udało się odkryć żyłę złota, która cały czas spokojnie leżała schowana przed oczami modowych gigantów. Eureka! Na wybiegi ruszają modelki plus size, katalogi producentów bielizny wypełniają się krągłościami, są pupy i są biusty. Zmienia się rozmiarówka w sklepach, a co więcej pojawiają się specjalistyczne kolekcje „plus size”.

Dziewczyny otyłe dostają jasny komunikat: „jesteście piękne, świat Was kocha i potrzebuje, cyc do przodu i idziemy”. I one idą, do pracy, do kawiarni, do baru z dumnie podniesioną głową i powoli przestają czuć wstyd. Powoli otyłość staje się normalna, staje się sposobem na wyrażenie siebie „jest mnie więcej do kochania”, „mój facet ma mięciutko”, „mój partner kocha wszystkie moje krągłości”. Sposób na kasę, przepis idealny w swojej prostocie. To jest jednak dobre, to jest pierwszy krok, żeby uzdrowić ludzi i sposób myślenia, dążymy do tego, żeby świat stał się lepszym miejscem, ale… 

Hejt na chude

Wtedy zaczyna się hejt, hejt na chude modelki, hejt na szczupłe dziewczyny. Zaczynają się „wieszaki”, „anorektyczki” i „kije od mopa”. Zaczyna się machanie piersiami i dyskretne pokazywanie palcem na płaskie klatki szczupłych koleżanek.  Otyłość próbuje nawet wkroczyć do świata fitness ze swoimi teoriami, ale zostaje delikatnie wystawiona za drzwi.

Zwrócenie uwagi na to, że jakaś dziewczyna jest otyła – nawet w trosce o to, czy nie jest chora, czy jej tarczyca działa ok, czy ma prawidłowy poziom hormonów  – to teraz faux paux, którego nie radzę popełniać. Nie używamy w XXI wieku słowa „gruba”, „pulchna”. Mamy przymiotniki „kobieca”, „o pełnych kształtach”, mamy brokat i jednorożce. 

Dziewuchy Dziewuchom i otyłość

Pamiętasz tę akcję, gdy Dziewuchy Dziewuchom opublikowały grafiki na temat otyłości? Tę, w której zestawiły ze sobą dane, które pokazały, że rocznie więcej osób ginie w wypadkach, niż umiera w wyniku otyłości? 

Manipulacja danymi – co tu się dzieje?!

Chciałam Ci powiedzieć, że to jest właśnie manipulacja danymi albo inaczej: błąd logiczny. Na czym to polega? Wymyślasz jakąś hipotezę, to znaczy tezę, co do której nie wiesz, czy jest prawdziwa, czy fałszywa i gromadzisz dane. Możesz przeprowadzić badanie wśród znajomych (potrzebujesz około 100 osób, żeby można było mówić o próbie reprezentatywnej) – zapytać ich o coś lub dać do wypełnienia ankietę.

Możesz również skorzystać z danych płatnych lub ogólnodostępnych na przykład na stronie Głównego Urzędu Statystycznego. Następnie analizujesz dane i tworzysz zestawienia. Widzisz, cały proces okazuje się niezwykle prosty i nawet dzieci w podstawówce są w stanie zrobić proste badanie, z którego wyciągną wnioski. 

Pułapki są trzy:

  1. Czy to, co badasz ma jakikolwiek sens i wartość?
  2. Czy dane, które ze sobą zestawiasz, są sensowne? 
  3. Czy wnioski z badania są racjonalne i zgodne z powszechną wiedzą, czy właśnie wpadłaś na teorię rewolucyjną?

Zastanówmy się:

  1. Czy w dobie dobrze rozwiniętej medycyny, licznych badań naukowych i wypowiedzi wielu specjalistów naprawdę jest sens wdawać się w polemikę, a co więcej, obalać teorie poparte dowodami naukowymi? 
  2. Czy naprawdę zestawianie danych dotyczących śmierci z powodu otyłości i wypadków samochodowych ma sens? 
  3. Czy otrzymany wniosek, który Dziewuchy Dziewuchom zaprezentowały światu, był wartościowy?

Dziewczyny zrobiły dokładnie to samo, co partia rządząca. Pokazały nam wartościowe dane, które zestawiły z innymi wartościowymi danymi i oczekiwały, że bezkrytycznie przyjmiemy wartościowe wnioski. Na szczęście spotkały się z ciepłym przyjęciem tylko części społeczeństwa.

Otyłość jest fajna!

Mamy piękne słówka, które – moja kochana – maskują problem. Otyłość to nie krzywe zęby (chociaż te też potrafią narobić sporo problemów), to nie głęboko osadzone oczy, odstające uszy, czy koślawe palce u stóp. To choroba, która zabija. Ok., nie tak spektakularnie jak wypadki samochodowe – z tym się w pełni zgadzam.

Otyłość jest spokojna, cierpliwa i cholernie wyrozumiała – to najlepsza przyjaciółka jaką można sobie wyobrazić. Wybaczy paczkę chipsów z tygodnia XXL wieczorem i duże pudełko lodów po południu. Zrozumie pizzę z podwójnym serem po ciężkim dniu w pracy, pączka zamiast drugiego śniadania i kawałek tortu, bo kolega miał urodziny. Otyłość ukoi skołatane nerwy gorącą czekoladą i zatopi smutki w skrzydełkach w panierce i dużej porcji frytek, każe nakryć się kocem i oglądać serial – codziennie, bo się należy. Taka jest fajna otyłość

Byłam tam. Wskazówka wagi szła w prawo jak szalona, a ja jadłam. Było miło, było wygodnie, jakoś tak wychodziło, dwa obiady, fastfood, pączek, ciastko do kawy, jedzenia o wiele więcej, niż dawałam radę zjeść. Dom, ciepły koc. Smaczne dania, ulubiony serial, długa zima, obszerny sweter – strefa komfortu, przyjemność. 

Otyłość – siostra anoreksji?

Otyłość podobnie jak anoreksja dzieje się w głowie. Jemy, chociaż nie chcemy, czujemy się źle, jemy, żeby poprawić swoje samopoczucie, żeby podnieść samoocenę, poczuć się szczęśliwe i kochane. Jemy, bo babcia piekła nam ciasto zawsze jak dostałyśmy dobrą ocenę i robiła bitą śmietanę z owocami, gdy rzucił nas chłopak. Jemy, bo w naszym domu rodzinnym nie było stołu tylko ława i jadło się, patrząc w telewizor. Jemy, żeby zapomnieć i gdy chcemy celebrować ważne chwile. Jedzenie jest wszechobecne. 

Otyłość nie zabija?

Otyłość nie zabija, ALE powoduje cukrzycę i nadciśnienie. Zły cholesterol zatyka żyły i tętnice, co prowadzi do choroby wieńcowej i może wywołać zawał serca. Otyłość sprawia, że nie mamy na nic energii – spacer do sklepu to dla nas wysiłek. To otyłość powoduje, że nasze stawy są obciążone i bolą nas kolana i plecy. 

Twoje piękno = twoje zdrowie

Chciałabym, żebyś dobrze mnie zrozumiała: KAŻDA z nas jest piękna, niezależnie od rozmiaru, ilości fałdek na brzuchu i grubości skórki pomarańczowej na udach. JESTEŚ PIĘKNA niezależnie od tego, czy masz krzywe zęby, garbaty nos, czy lewe oko mniejsze niż prawe i opadający kącik ust, idealne piersi i seksowne usta stworzone do całowania. 

Chciałabym żebyś była zdrowa. Podwyższony cukier, zadyszka po spacerze, ból kolan po lekkim biegu. Poodparzane uda, spuchnięte stopy i senność w ciągu dnia – to nie ułatwia życia. Otyłość nie jest zdrowa.

Wiem, że się cholernie boisz i nie chodzi o pierwszy krok, kolejny, o potknięcia, które pewnie zdarzą się po drodze, czy o wątpliwości. Tutaj chodzi o zasadę, o przyznanie racji komuś, że coś jest z Tobą nie tak, a przecież Ty lubisz siebie. Lubisz swoje krągłości apetyczne, swoje piersi porządne, kobiece, swoje uda szerokie, które pięknie wyglądają w pończochach i lubisz jak on na Ciebie patrzy, gdy masz na sobie obcisłą sukienkę. 

Kocham Cię, dbaj o siebie

Nie chcę Ci tego odebrać, nawet mi się nie śni! Po prostu zadbaj o siebie, o swoje zdrowie i ciało. Możesz mieć piękne, gibkie ciało i świetne wyniki wszystkich badań i to niezależnie, czy założysz żakiet w rozmiarze 34 czy 42, a nawet 46, dlatego nie? Jeśli jednak ciuch w Twoim maksymalnym dla Ciebie rozmiarze (tym, na który sama się ze sobą umówiłaś, pamiętasz?) zrobił się nagle przyciasny w biuście, to może czas powiedzieć „stop” pysznym serniczkom, batonikom do kawy i wafelkom zjadanym wieczorem? 

Otyłość jest śmiertelna moja droga, mniej niż wypadki samochodowe, ale wciąż wystarczająco, by odebrać Tobie najlepsze lata, a Twoim dzieciom matkę. Dbaj, proszę, o siebie tak jak dbasz o swoją rodzinę! 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo