To właśnie ona dziś jest symbolem Mother-Life Balance, najlepsza opcja na piątek.
Jaki masz pomysł na swoje macierzyństwo?
Pomysł na moje macierzyństwo miałam… zanim urodziłam dzieci 🙂
Od zawsze wiedziałam i czułam, że chcę zostać mamą. Snułam plany, jak to będę wychowywała moje dzieci, jakie nawyki żywieniowe wyniosą z domu, jakimi zabawkami będą się bawiły, do jakich placówek edukacyjnych będą uczęszczały. Życie zweryfikowało te plany. Już teraz wiem, że mimo tego, że są to małe istotki, doskonale wiedzą, czego nie lubią, a co sprawia im przyjemność, jakie rzeczy wg.nich są fajne, a jakie zupełnie nie.
Rozumiem, że mogą mieć swoje zdanie, mogą chcieć podejmować swoje decyzje i (w miarę możliwości oczywiście), ja im to umożliwiam.
Jedyny pomysł jaki mam, to bycie szczerą. I nawet jeśli muszę dziecku wytłumaczyć coś skomplikowanego, staram się to zrobić w jak najbardziej prosty i przystępny sposób. Nie ma u mnie miejsca na ściemnianie i kłamanie.
Twoje dziecko pyta – mamo, co robisz w życiu? – co odpowiadasz.
Mam z tym wielki problem. Zdecydowanie prościej byłoby, gdybym była panią pracującą w sklepie spożywczym lub w aptece. Praca blogera jest dość trudna do wytłumaczenia i zrozumienia przez dziecko. Nie odpowiadam jej jednym zdaniem, przeważnie pokazuje na danym przykładzie. Często zdarza mi się zabrać ją do pracy, np. na plan zdjęciowy, albo pokazuje jej rzecz, którą testuję, a potem muszę opisać. Różnie z tym bywa, w zależności od projektu, który aktualnie wykonuję. Jestem jednak pewna, że gdy ją ktoś zapyta, czym zajmuje się mama, odpowie, że pracuje na komputerze lub na telefonie.
Jaki jest Twój ulubiony kobiecy rytuał?
Dobre pytanie – takie, nad którym trzeba się dłużej zastanowić.
Nie wiem, czy jest taki.
Bardzo lubię spotkania z koleżankami, wspólne rozmowy, jedzenie, picie wina, tańce.
Nie jestem jednak typem kobiety, która dużo czasu spędza np. w łazience na wylegiwaniu się w wannie, także jeśli o takie rytuały chodzi to będzie ciężko.
Ale chyba taki naprawdę ulubiony rytuał: to jak codziennie przed snem mój mąż mizia mnie po głowie.
Które trzy rzeczy czy sytuacje dały Ci ostatnio najwięcej satysfakcji?
to było podczas obiadu, kiedy moja 4 letnia córka Helena stwierdziła, że ona jeść mięsa nie zamierza, bo nie chce przyczyniać się do zabijania zwierząt. Przyznam, że poczułam wielką satysfakcję, że tłumaczenie dziecku, jak funkcjonuje prawdziwe życie, nie idzie w las.
moje 20 miesięczne dziecko zaczyna swoją przygodę z mówieniem. Olbrzymią radość i dumę sprawia mi fakt, że jednymi z pierwszych słów są „proszę” i „dziękuję”.
satysfakcję dało mi wyróżnienie i zaproszenie do współpracy z firmą biżuteryjną W. Kruk. Wzięcie udziału w kampanii świątecznej było super przygodą. Cieszę się, że na kilku wybranych z całej Polski blogerów wybór padł również i na nas.
Spontanicznie czy z kalkulatorem? Jak według Ciebie warto podchodzić do życia?
I tak, i tak 🙂 Przy dwójce dość małych dzieci nie da się wszystkiego idealnie zaplanować i wykalkulować. Zawsze wyskoczy coś nieplanowanego. Poza tym takie planowanie wszystkiego byłoby nudne. Także taki szkielet i podstawy mamy zaplanowane, ale z premedytacją zostawiamy otwartą furtkę na wszelkie „wypadki losowe”, które często również sami inicjujemy 🙂
Nie powinniśmy wszystkiego brać do siebie, a niestety bardzo często tak robimy, przez co przejmujemy się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Cały czas muszę się uczyć filtrować to, co naprawdę ważne od tego, co pod ważne się podszywa.
Prawdziwe życie jest tu i teraz, czasem warto zwolnić lub nawet wręcz zatrzymać, by nacieszyć się tym, co mamy.
Czym jest według Ciebie hasło Mother- Life Balance?
Według mnie to nawoływanie do odnalezienia balansu pomiędzy nami- matkami, a nami- kobietami pracującymi, mającymi pasję i zainteresowania. W życiu bardzo ważna jest harmonia i odpowiednia równowaga. Żyjemy w takich czasach, kiedy wymagamy od siebie dużo, bardzo często zbyt dużo. Gdy zostajemy matkami wywracamy życie do góry nogami. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, prałam ciuszki w 60 stopniach, by zabić zarazki, prasowałam po nocy, choć szczerze tego nie lubiłam, wszystko musiało być jak w podręczniku. Przy drugiej córce zaufałam intuicji, nie prasowałam wcale i generalnie wyluzowałam. Nic się nie stanie, jak czasem odpuścimy, jak nie zawsze będzie gorący obiad na stole, czy wypucowane podłogi. Mam wrażenie, że dla dzieci nie jest to istotne, bo dla nich najważniejsze jest nasze towarzystwo i czas, który im poświęcimy.
Tak samo z naszymi pasjami – hobby, które często zaniedbujemy, bo mamy małe dzieci, prowadzi do tego, że jesteśmy sfrustrowani, co w rezultacie odbija się na naszych najbliższych. A przecież gdy pozwolimy sobie na spełnianie się i realizowanie, to automatycznie jesteśmy bardziej szczęśliwi i uśmiechnięci. Poza tym fajnie dawać taki przykład. Ja chcę, by moje córki widziały, że każdy ma też swój czas na swoje zainteresowania.
„Kochana mamusia nie żyje” – jak to się stało, że córka zabiła własną matkę?
24 września 2018 / Alicja Skibińska
Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie.
Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna? Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie. Mark...
Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie. Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna?
Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie.
Mark Twain
Gdyby dokument „Kochana mamusia nie żyje” („Mommy dead and dearest”) był filmem fabularnym, prawdopodobnie wiele osób uznałoby go za dowód na zbyt wybujałą wyobraźnią twórców. Wydarzenia przedstawione w produkcji HBO są tak przerażające, że trudno uwierzyć, iż miały miejsce naprawdę. „To było coś surrealistycznego, absolutnie przerażającego. Nie mogłam w to uwierzyć. A dopiero potem zaczęłam zgłębiać tę historię coraz bardziej i odkryłam, co naprawdę działo się w rodzinie Blanchard. Wiedziałam, że znalazłam swój temat na film” – opowiada Erin Lee Carr, reżyserka filmu.
Większość osób, które znały Dee Dee Blancharde, uważała ją niemal za anioła.
Kobieta nie miała łatwego życia: mąż zostawił ją, kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży, jej dom został zniszczony podczas huraganu Katrina, a ukochana córka zmagała się z licznymi chorobami. Miała problemy ze wzrokiem oraz słuchem, jej rozwój umysłowy przebiegał nieadekwatnie do wieku, cierpiała na dystrofię mięśniową (z powodu której poruszała się wyłącznie na wózku), epilepsję oraz białaczkę. Dziecko nie było samodzielne, w związku z czym matka musiała się nim nieustannie opiekować. Myli się jednak ten, kto spodziewa się, że to nagromadzenie tragicznych wydarzeń ją złamało. Dee Dee zachowywała pogodę ducha pomimo przeciwności losu, ciągle powtarzając, że sensem jej życia jest opieka nad Gypsy. Bez słowa skargi jeździła z nią na liczne zabiegi, podawała leki i tułała się od jednego lekarza do drugiego, szukając jak najlepszej pomocy dla córki. Jej postawa budziła podziw lokalnej społeczności, która starała się wesprzeć obie panie na wszelkie możliwe sposoby, m.in. organizując charytatywne zbiórki pieniędzy na kolejne operacje, jedzenie, mieszkanie czy podróże, które miały zapewnić Gypsy możliwie jak najbardziej normalne dzieciństwo.
Kiedy więc 14 czerwca 2015 roku Dee Dee została znaleziona martwa w swoim domu (zadano jej liczne rany kłute), nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Zwłaszcza, że podejrzenia od razu padły na Gypsy, której nie było na miejscu i która wcześniej napisała na swoim Facebooku: „Ta suka nie żyje!”. Dziewczynę znaleziono w domu jej poznanego przez internet chłopaka, Nicholasa Godejohna. Żadne z nich nie wypierało się morderstwa. W domu znaleziono narzędzie zbrodni, a w ich telefonach SMS-y, które potwierdzały, że od jakiegoś czasu planowali zabicie Dee Dee. Cała sytuacja była o tyle bardziej sensacyjna, że Gypsy nie sprawiała wrażenia niepełnosprawnej pod jakimkolwiek względem – miała włosy (które rzekomo straciła pod wpływem chemioterapii), wydawała się inteligentna, a co najważniejsze: chodziła o własnych siłach. Kiedy zdjęcia z zatrzymania Gypsy i Nicholasa obiegły media, opinia publiczna nie miała wątpliwości: dziewczyna od lat oszukiwała wszystkich w sprawie swoich licznych chorób w celu wyłudzania pieniędzy i postanowiła pozbyć się Dee Dee, kiedy ta nie chciała dłużej uczestniczyć w tej mistyfikacji.
Prawda okazała się jeszcze bardziej wstrząsająca: Gypsy od dziecka była psychicznie oraz fizycznie maltretowana przez matkę indukującą u niej objawy licznych chorób.
Domowe materiały wideo z archiwum Blancharde’ów, które możemy zobaczyć w dokumencie HBO, pokazują szczęśliwą, kochającą się rodzinę. W rzeczywistości Dee Dee odgrywała mistrzowski spektakl zarówno przed własną córką, jak i otoczeniem. Szafka z lekami w jej domu wielkością przypominała lodówkę i była po brzegi wypełniona medykamentami, których Gypsy nie potrzebowała. Przyjmowanie ich pogarszało jej stan, wywołując symptomy rozmaitych chorób, m.in. wypadanie zębów oraz ataki epileptyczne. Kiedy Dee Dee postanowiła wmówić wszystkim, że dziewczyna choruje na białaczkę, ogoliła jej głowę (twierdząc, że włosy „przecież i tak wypadną”), a następnie na znak solidarności zrobiła to samo sobie. Dee Dee jeździła z córką do rozmaitych gabinetów lekarskich, kłamiąc na temat występujących objawów, a część z nich wywołując za pomocą środków medycznych. Tylko ona komunikowała się z lekarzami na temat stanu dziecka i podczas tych rozmów często zakrywała uszy Gypsy, argumentując to jej niepełnosprawnością intelektualną oraz stresem, jaki mogłyby u niej wywołać zasłyszane informacje. Brak wczesnej dokumentacji medycznej miał być wynikiem zniszczenia papierów przez huragan Katrina. Jeśli personel w jakiejś placówce okazywał się zbyt dociekliwy, zmieniała przychodnię. Nie pozwoliła również, by córka chodziła do szkoły, kończąc jej edukację na drugiej klasie.
Jak to możliwe, że przez tyle czasu nikt nie zauważył dramatu Gypsy?
Erin Lee Carr, reżyserka „Kochana mamusia nie żyje”, ma swoją teorię na ten temat: „Ludzie z reguły nie zwracają uwagi na problemy niepełnosprawnych. Wstydzą się przyjrzeć im bliżej, wydaje im się, że naruszają w ten sposób ich prywatność. Od dziecka powtarza się nam, że „niegrzecznie jest się gapić”. Nie wiemy, jak rozmawiać z niepełnosprawnymi, nie traktując ich protekcjonalnie. Przecież nie wypada kwestionować motywów samotnej matki wychowującej chorą dziewczynkę poruszającą się na wózku inwalidzkim. Dee Dee sprytnie wykorzystywała to skrępowanie i brak uważności”. W dodatku matka Gypsy miała podstawowe wykształcenie medyczne, które pomagało jej wiarygodnie fabrykować dowody na choroby córki. Na przestrzeni lat tylko jeden neurolog zauważył lukę w jej narracji: Dee Dee przekonywała go, że dziewczyna od wczesnego dzieciństwa cierpi na dystrofię mięśniową i w związku z tym od lat nie chodziła. Lekarz słusznie zauważył, że gdyby rzeczywiście tak było, Gypsy nie miałaby mięśni w nogach i odmówił leczenia oraz umieścił w jej dokumentacji medycznej notatkę, w której zdiagnozował u matki przeniesiony zespół Münchhausena. Po jej śmierci zapis ten stanowił główny dowód przemawiający za zmianą zarzutów postawionych jej córce na morderstwo drugiego stopnia.
W „Kochana mamusia nie żyje” Gypsy opowiada, że jej ulubionym filmem są „Zaplątani” Disney’a – opowieść o księżniczce przetrzymywanej w wieży przez „matkę”, która porwała ją, kiedy była niemowlęciem. W końcu bohaterka postanawia zawalczyć o siebie i opuścić wieżę, która do niedawna była jedynym światem, jaki znała, a zła czarownica ginie. W baśniach takie rozwiązania przedstawiane są w charakterze szczęśliwych zakończeń. „Ale życie nie jest bajką. Przekonałam się o tym w bolesny sposób” – podsumowuje Gypsy.
Dlaczego dziewczyna zabiła matkę?
Dlaczego po prostu się od niej nie wyprowadziła? Okazuje się, że miała już na koncie jedną ucieczkę. Matka szybko jej znalazła, po czym za pomocą młotka roztrzaskała jej komputer i telefon oraz zagroziła, że następnym razem to samo zrobi z jej palcami. Ponadto dysponowała zaświadczeniem, według którego Gypsy była niepoczytalna. Nic więc dziwnego, że jej córka nie zgłaszała sprawy na policję w obawie przed tym, że nie zostanie potraktowana poważnie, a w domu spotkają ją przykre konsekwencje. W filmie opowiada, że kiedy znajdowały się w towarzystwie innych ludzi, matka trzymała ją i za rękę i wykręcała ją, kiedy jej zdaniem córka powiedziała coś niewłaściwego.
Zdziwienie może wzbudzać także obojętna postawa reszty rodziny.
Ojciec Gypsy oraz jego obecna żona żałują, że do tej pory nie mieli z nią kontaktu. Mężczyzna tłumaczy, że jego była partnerka utrudniała mu wizyty, często zmieniając miejsce zamieszkania oraz kłamiąc, że dziecko jest upośledzone, w związku z czym i tak nie ma świadomości, z kim się spotyka. Kiedy Dee Dee wyprowadziła się z Luizjany, cała rodzina Blanchard poczuła ulgę i nie interesowała się losem jej córki. Występujący w filmie krewni zamordowanej wprost mówią o tym, że była złym człowiekiem i nie przejęli się jej śmiercią. Okazuje się, że już wcześniej istniały podejrzenia, iż Dee Dee może być osobą niebezpieczną: jej matka zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, będąc pod jej opieką. Niewykluczone, że córka przyczyniła się do jej śmierci, podobnie jak później naraziła na niebezpieczeństwo własne dziecko.
W filmie HBO widać, że Gypsy targają sprzeczne emocje: z jednej strony cierpi, ponieważ straciła matkę, która do tej pory była jedyną bliską jej osobą, a z drugiej cieszy się, że domowy koszmar dobiegł końca.
Twierdzi, że pobyt w więzieniu jest lepszy niż to, co zafundowała jej Dee Dee. Odnowiła kontakt z ojcem, znajduje się pod opieką psychiatrów, uczy się i pracuje. Ze względu na to, że została uznana za winną morderstwa drugiego stopnia, skazano ją na 10 lat pozbawienia wolności. Już w 2024 roku będzie mogła ubiegać się o przedterminowe zwolnienie, co oznacza, że może wyjść z więzienia po trzydziestce, mając przed sobą wiele lat życia. Dopiero wtedy będzie mogła zaznać tego, co dla jej rówieśników stanowi normalność. Pytanie brzmi: czy będzie umiała się w niej odnaleźć?
Często ulegamy złudzeniu, że miłość do dziecka i troska o jego dobro jest rzeczą naturalną i oczywistą.
Wierzymy, że każda matka posiada instynkt, który podpowiada jej, jak o nie dbać i je pielęgnować. Podobne wyobrażenia spowodowały, że nikt w otoczeniu Dee Dee i Gypsy nie dostrzegł, jaki koszmar rozgrywa się w ich domu. Wspomniany zastępczy zespół Münchhausena (lub przeniesiony zespół Münchhausena), na który cierpiała matka dziewczyny, to zaburzenie psychiczne polegające na zmyślaniu lub wręcz wywoływaniu u bliskiej, zależnej osoby (najczęściej dziecka) objawów zaburzeń somatycznych. Wbrew pozorom, motywy materialne nie grają tutaj najważniejszej roli. Znacznie istotniejszym celem jest zwracanie na siebie uwagi otoczenia i wzbudzanie współczucia, a także uzależnienie od siebie ofiary tych działań. Rodzice (częściej matki) cierpiący na zastępczy zespół Münchhausena nie postrzegają swoich dzieci jako odrębnych osób. W ich oczach są one ich przedłużeniem, częścią ich życia wewnętrznego. W związku z tym potomstwo ma za zadanie spełniać konkretne funkcje, realizować ich potrzeby i uspokajać, kiedy pojawia się napięcie. Opieka nad chorym dzieckiem pomaga zaskarbić sobie przychylność otoczenia, co podwyższa samoocenę rodzica i na chwilę pomaga mu odzyskać wewnętrzny spokój.
Jak zauważyć, że osoba w naszym otoczeniu cierpi na przeniesiony zespół Münchhausena i w efekcie krzywdzi własne dziecko?
Sygnałem ostrzegawczym jest sytuacja, w której choroba dziecka jest przewlekła, a w dalszym ciągu nikt nie jest w stanie ustalić jej podłoża i charakteru. Prezentowane przez nie objawy są zmienne i nie składają się na jeden, spójny obraz. Opiekunowie często zmieniają placówki medyczne i, co najważniejsze, pod ich nieobecność symptomy się cofają, by podczas kontaktu z nimi przybrać na sile.
Oczywiście, nie ma sensu zakładać, że każde przewlekle chore dziecko w rzeczywistości jest ofiarą przemocy. Z drugiej strony, jak często słyszymy o kolejnym rodzinnym dramacie, który nie spotkał się z żadną reakcją otoczenia? Być może to właśnie przeraża w tej historii najbardziej – choć brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, mogłaby mieć miejsce tuż pod naszym nosem. A my, podobnie jak sąsiedzi Gypsy i jej mamy, pewnie nawet byśmy tego nie zauważyli.