Change font size Change site colors contrast
Ciało

KLAPS. Historia niejednego przypadku.

7 sierpnia 2020 / Emilia Musiatowicz

Klapsy to zjawisko od pokoleń istniejące i nadal dość powszechnie akceptowane, stosowane jako element wychowania w rodzinie.

Społeczeństwo oddziela jednak bardzo grubą kreską klapsy od bicia.

Klaps to przecież klaps – to zupełnie autonomiczne pojęcie, które nie mieści się w zbiorze przemocy czy agresji. Klaps ma przecież czegoś nauczyć, zwrócić uwagę dziecka na złe zachowanie czy na zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Ma uchronić przed guzem, szwem czy oparzeniem, ma zapobiec zdzieleniu siostry czy rówieśnika łopatką przez łeb, ma uchronić przez potrąceniem przez samochód, ucięciem palców schodami ruchomymi lub wyperswadować skok z trzeciego piętra na główkę. Tak pojęty klaps to samo dobro i przejaw miłości. Czy zatem uprawniona jest teza, że kapsy są niezbędne w wychowaniu?

 

Statystyki mówią, że tak

Ostatnie badania wykonane na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wskazały, że istnieje ogólna społeczna aprobata dla klapsów – aż 43% badanych podało, że są takie sytuacje, kiedy trzeba dziecku dać klapsa (z czego większość badanych , bo aż 39 % odpowiedziała na to pytanie „raczej tak”, zaś „zdecydowanie tak” odpowiedziało jedynie 4% ankietowanych). Odsetek osób bezwzględnie dezaprobujących takie zachowanie wyniósł 23% („zdecydowanie nie”), zaś „raczej nie” odpowiedziało 34% osób. 

 

Powyższe liczby stanowią pewien punkt odniesienia, jednak zdają się mówić ostatecznie bardzo niewiele. Skoro bowiem badani rodzicie uważają, że dawanie klapsa jest w wychowaniu czasem konieczne, to oznacza, że nie uznają klapsa za bicie. Podobnie, uważają też, że pomiędzy „daniem w skórę”  a „biciem” nie można postawić znaku równości . By rozstrzygnąć, jak to z tym klapsem naprawdę jest, zrobiłam swój własny reserach. 

 

Klaps miłości

Tak twierdzi Zbigniew Stawrowski. Jego zdaniem „Klaps właściwie rozumiany i odpowiednio stosowany, może być wyrazem najlepiej pojętej rodzicielskiej troski, zaś jego wymierzenie, czasem wręcz moralnym obowiązkiem rodziców. Jego zdaniem „odpowiedzialni i normalnie myślący rodzice dobrze wiedzą, że klaps nie jest żadnym biciem, nie jest nawet czymś szkodliwym, lecz – przeciwnie – jest czynem o wysokiej wartości wychowawczej i dlatego zasługuje wręcz na pochwałę. Oczywiście, pod jednym koniecznym warunkiem: że jest tym, czym jest, i niczym innym – właśnie klapsem”. 

Nie pochwala on jednak klapsów, które są przejawem wyładowania frustracji i agresji na dziecku. Za to otwarcie  powtarza, że „klaps w cuchu miłości rodzicielskiej jest wyrazem najgłębszej odpowiedzialności za dziecko.

 

Profesor Stawrowski odróżnia dwie kategorie przemocy – przemoc bezsensowną i bezwzględnie złą oraz przemoc usprawiedliwioną. Jako przykład tej drugiej, podaje wymiar sprawiedliwości, który stosuje przymus wobec obywateli naruszających prawo, w celu wyegzekwowania orzeczeń czy wyroków.  Jednocześnie wskazuje, że „oprócz przemocy sprawiedliwej stosowanej przez władzę państwową istnieje inna i to jeszcze bardziej podstawowa wspólnota i instytucja, która ze swej natury również posiada oczywiste uprawnienie stosowania usprawiedliwionej przemocy – to rodzina i instytucja władzy rodzicielskiej. […]. Racją i celem przemocy stosowanej przez państwo jest sprawiedliwość, uzasadnieniem siły stosowanej przez rodziców jest ich pełna miłości troska. O ile przestrzenią państwa jest przestrzeń sprawiedliwości, o tyle przestrzeń rodzicielska jest przestrzenią miłości.  

 

Stawrowski podkreśla, że klaps, jako wyjątkowy środek wychowawczy, używany w drastycznych, niebezpiecznych i ważnych momentach, stanowi najlepszą formą reakcji rodzica na niedopuszczalne zachowanie dziecka. Nadto dodaje, że „użycie przemocy w formie klapsa stanowi równocześnie formę socjalizacji dzieckauświadamia mu, w zrozumiałej dla niego formie, elementarną zasadę, która rządzi życiem dorosłych członków wspólnoty. Owa zasada brzmi: normalną i właściwą reakcją na zachowanie kogoś, kto narusza pewne nieprzekraczalne w społeczeństwie granice, jest przemoc władzy państwowej, która powstrzymuje sprawcę przed kontynuacją zakazanego działania oraz zmusza go, by w formie sprawiedliwej kary poniósł konsekwencje swojego czynu.” Na koniec dodaje „kto w ekstremalnych sytuacjach nie daje owego wyraźnego sygnału i nie uczy swych dzieci tej właśnie zasady, prawdopodobnie, chcąc nie chcąc, wychowuje przyszłych przestępców.

 

Ten bardzo szeroko dyskutowany oraz jeszcze szerzej krytykowany i wielokrotnie rozkładany na czynniki pierwsze pogląd profesora UKSW to jeden z najbardziej skrajnych głosów w tej sprawie. Po przeczytaniu całego Internetu trzy razy, oczywistym stało się dla mnie, że zdania odnośnie dopuszczalności klapsów w wychowaniu są bardzo podzielone. Dla zobrazowania skali kontrowersji w omawianej kwestii,  zacytuję niektóre wypowiedzi.

 

Fora internetowe, stanowią kopalnię wypowiedzi wszelkich (wiedzy już niekoniecznie) na każdy temat, a już szczególnie związany macierzyństwem i wychowaniem. Na jednym z wątków Kafeterii zastałam takie oto wpisy odnośnie klapsów: „Rodzice bijący swoje dzieci albo nawet dający klapsy są patologiczni i popełniają przestępstwo. Klapsy to jest przemoc w rodzinie!”; „Dziecko czasami musi dostać klapsa, żeby wiedziało ze to rodzica trzeba się słuchać.”;  „Te moje klapsy są wymierzane wtedy, gdy dziecko ma poczuć że zrobiło coś co mnie bardzo rozgniewało. To nie jest oznaka słabości a skrajnego gniewu i dziecko ma zapamiętać ten gniew, żeby pojąć przyczynę. Jestem zwolenniczką wychowywania zgodnego z naturą. W naturze młode mają respekt do rodzica bo czasem oberwą tak, że się przestraszą. I o to chodzi.”. 

 

Na forum gazeta.pl jedna z użytkowniczek zadała pytanie „dałyście kiedyś klapsa/lanie swoim dzieciom? zastanawia mnie czy tylko ja jestem taką wyrodną matką”. Odpowiedzi były oczywiście skrajnie różne: „klapsa dałam i to nie raz. Syn ma 4 lata. Krzyki, prośby i groźby nie pomagają. Klaps też czasem nie, ale częściej jest skuteczny niż pozostałe perswazje”; „nie bardzo widzę różnicę między laniem a klapsem – jedno i drugie bezsensowna przemoc. dający jedynie dowód jak bardzo dorosły nie potrafi poradzić sobie ze swoimi emocjami, a od małego dziecka oczekuje, że będzie sobie radziło ze wszystkim. Nigdy nie uderzyłam dziecka, mimo, że czasem była bardzo trudna (obecnie 3,5 roku)”. 

 

Zaskakujące porównania obrazujące kontrowersje związane z klapsów w wychowaniu znalazłam w jednym z wątków na trójmiasto.pl: „Kasiu a czy widzisz różnicę miedzy daniem klapsa a biciem? Bo ja widzę, to tak samo jakbyś nazwała osobę która wypije jednego drinka alkoholikiem”; „Piwo to nie alkohol, klaps to nie bicie… Ot, paradoksik taki :D”. Oprócz wypowiedzi o zabarwieniu satyrycznym znalazło się też kilka bardziej merytorycznych: „Nie biję. Widać mam bardzo grzeczną, nie zbuntowaną dwulatkę. Albo działają moje metody wychowawcze, czyli pozwalanie dziecku wybrać, uczenie konsekwencji wyboru, mówienie o planach żeby nie czuła się zaskoczona, rozmawianie o jej uczuciach, tłumaczenie moich decyzji – traktowanie jak człowieka”. 

 

Instagram również nie pozostał wobec klapsów obojętny. Na profilu Sonii Bohosiewicz zawrzało pod zdjęciem otagowanym #kochamniebije . Aktorka zwróciła uwagę, że w naszych głowach ułożyło się już, że bicie jest naganne, zaś klapsy nadal wzbudzają mieszane uczucia. Swoim obserwatorom zadała  też kontrowersyjne pytanie –„ czy nadal klaps, pociągnięcie za uszko, uszczypnięcie, wykręcanie rączki są akceptowalne?”.  Odpowiedzi były oczywiście bardzo skrajne: „bądź co bądź, ale klaps wyprowadził mnie na ludzi. Nie mówię  ostrym laniu. Nie mam rodzicom tego za złe. Dopiero po klapsie wiedziałam, że nabroiłam i wyciągałam wnioski. Bywają takie wyjątki jak ja”;  „Zgadzam się, że bicie, że poniżanie słowne, że wykręcanie rączek, walenie po plecach, głowie itp itd. to przemoc. I tylko przemoc. Ale stawianie na równi z KATOWANIEM klapsa małego, albo podniesienia głosu to chyba przesada”; „psychicznie katuje się klapsem”;  „ za każdym razem jak dziecko wyprowadzi Cię z równowagi, zamiast klapsa – pocałuj je. Działa!”; „tak…jak dziecko napluje Ci w twarz to je pocałuj w nagrodę, jak wybiegnie na ulicę, też pocałuj… przez takie głupie matki później obserwuje się dzieci wychowane bezstresowo i jestem załamana, bo te dzieci myślą, że mogą wszystko bo mama i tak pocałuje”.  

 

Powyższy post Sonii Bohosiewicz był jedną z wielu odpowiedzi na burzę wywołaną na Twitterze po wpisie Sylwii Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która podzieliła się na swoim koncie najnowszym wynikiem sondażu przeprowadzanego dla rp.pl, sugerując, że „prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Na wpis surowo zareagował polityk Krzysztof Bosak, odpowiadając „Proszę nie wprowadzać w błąd. W sondażu było pytanie o „stosowanie klapsów”, a nie o „bicie dzieci”. To dwie różne rzeczy, co jest zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka”. 

 

By rozstrzygnąć powody wzburzenia młodego polityka na słowa pani Rzecznik, jedna z telewizji śniadaniowych zaprosiła go na wywiad . Broniąc swojego stanowiska, szef Ruchu Narodowego wskazał, że wpis Pani Rzecznik stanowił manipulację socjologiczną, bowiem pytanie w wykonanym badaniu opinii społecznej dotyczył akceptacji klasów w wychowaniu, a nie bicia dzieci. Według niego, postawienie znaku równości między biciem a klapsami, stanowiłoby wyraz nurtu całkowicie eliminującego klapsy i inne kary cielesne z wychowania , co jest nieuprawnione wobec różnych modeli wychowawczych stosowanych przez rodziców. Uznał, że klaps jest bardzo delikatną formą przemocy, która może mieć uzasadnienie wychowawcze. W odpowiedzi na taki dyskurs, zaproszona do studia pani psycholog  wskazała, że klaps nie ma żadnej wartości wychowawczej. Podkreśliła, że najczęściej klapsy są wyrazem bezradności rodziców. Według niej, klaps daje bardzo szybki efekt, bo dziecko jest w szoku, bowiem od osoby od której spodziewa się miłości, dostaje coś, co jest niemiłe i przekracza jego granice intymności. 

 

Spór gości oczywiście nie został żadną miarą rozstrzygnięty. Co więcej, niecałe trzy miesiące później, wątek klapsów był na nowo podjęty w tej samej telewizji . Zwrócono tam uwagę na ostatnie badania naukowe, które wskazują na brak pozytywnego wpływu klapsów na wychowanie dzieci. Chodzi o opublikowaną w 2016 r. w „Journal of Family Psychology metaanalizę badań prowadzonych przez ostatnie 50 lat na grupie 160 tys. dzieci. Elizabeth Gershoff z University of Texas, koordynatorka projektu, podkreśla: „ Zaobserwowaliśmy, że klapsy powodują wiele długotrwałych i zupełnie niezamierzonych efektów w rozwoju dziecka, a zupełnie nie wpływają na wzrost posłuszeństwa, choć takiego właśnie efektu oczekują rodzice.”. Dodaje także: „Społeczeństwo nie kwalifikuje klapsów jako przemocy fizycznej. Nasz raport pokazuje jednak, że klapsy dają takie same negatywne efekty w psychice dziecka jak przemoc fizyczna, tle tylko że mniejszym natężeniu”. Zwraca także uwagę na cel badania: „Mamy nadzieję, że badanie zwróci uwagę rodziców na potencjalne szkody jakie może przynieść dawanie klapsów dzieciom oraz skłoni ich do używania innych, metod wychowania”.  

 

Po przebrnięciu przez wszystkie powyższe wypowiedzi , głosy, badania, statystyki i stanowiska, doszłam do przekonania , że aby móc przeprowadzić studium nad klapsem, muszę stworzyć własną grupę badawczą i posłuchać jaki jest stosunek rodziców do klapsów w prawdziwym, nie medialnym, nie psychologicznym i nie naukowym świecie. Wygląda to następująco

 

Zdarzyło mi się…

To w rozmowach słyszałam najczęściej. I to od osób, które na moje dalsze pytanie o to, czy klapsy ich zdaniem są skuteczną metodą wychowawczą, odpowiedziały stanowczym nie. 

 

Dlaczego? 

Najczęściej z bezsilności, ze względu na brak reakcji dziecka na prośby i na wszelkie inne metody perswazji.

 

Zdarzało się to też w sytuacjach ekstremalnych: „Córce dałam klapsa w momencie według mnie zagrażającym życie i zdrowie jej rodzeństwa – córka leżała całym ciałem na niemowlaku, a za drugim razem przyciskała głowę niemowlaka do puszystego dywanu”. „Chciałam ostrzec dziecko przed podejmowaniem niebezpiecznych zachowań, jakimi było wstawanie i skakanie na stojąco w wannie pełnej wody, bałam się, że uderzy się o kran, przewróci, utopi, a nie reagowało nie słowo nie”.

 

Czasem klapsy są reakcją na napady złości i wybuchy agresji dziecka. „Absolutnie nic nie działało. Mała miała taki okres, że wielokrotnie w ciągu dnia wymuszała na nas różne zachowania i buntowała się przed narzuconym rytmem dnia poprzez histerie i wrzaski. Najczęściej, jako efekt końcowy, rzucała się na podłogę. Jej ataki były albo z bardzo błahych powodów lub zupełnie bez powodu. Nie pomagały rozmowy, tłumaczenia, zostawianie w pokoju do wypłakania się, zagadywanie, rozśmieszanie, tulenie, totalnie nic. Po dwóch miesiącach takiego zachowania dzień w dzień, raz straciłam cierpliwość.”

 

Czy klaps przyniósł zamierzony rezultat?

W bardzo niewielu przypadkach klaps przyniósł posłuch. Z wielu wypowiedzi wynikało, że był to szok i strach przed nowym, nieznanym i niepokojącym zachowaniem rodzica. Bardzo często szok był chwilowy i klaps nie uchronił przed powtórzeniem przez dziecko tych samych nagannych zachowań, za które otrzymało klapsa.  „Widziałam po minie dziecka  zdziwienie, czasem strach. Gdy sytuacja jest napięta to powiedziałabym ,że to tylko dolewa oliwy do ognia i dziecko jest czasem bardziej agresywne.”

 

Czy pamiętasz swoje odczucia po daniu klapsa?

Odczucia po „danym klapsie” są podobne. Dla tych, którzy nie uznają klapsów za dobrą metodę wychowawczą, jej zastosowanie budzi wyrzuty sumienia i smutek.  

 

„Czułam się bezradna i zdenerwowana.  Potem przyszedł też smutek,  wstyd przed sama sobą i było mi przykro, że zawiodłam swoje dziecko i jego zaufanie oraz siebie jako matkę”. 

 „Przeprosiłam córkę za swoje zachowanie. Wstydzę się tego,  ale mówię o tym, bo w ten sposób słyszę co zrobiłam i to mnie hamuje przed powtórką”. 

„Zobaczyłam w jej oczach takie smutne zdziwienie. Odwróciła się ode mnie i cicho załkała, a moje serce absolutnie się rozpadło i popłakałam się razem z nią. Wiedziałam, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam jej klapsa ”. 

 „Było mi źle oczywiście, dziecko nie zrozumiało do końca, co chcę przy pomocy tego działania osiągnąć. Ale ja od razu się otrząsnęłam z własnego gniewu”. 

„Moje odczucia są zawsze takie same – mam wyrzuty sumienia i pretensję do siebie, że nie powinnam, że może są inne sposoby. Niby używam tego jako ostateczność…ale moje jednak mogłabym zrobić jeszcze coś więcej/ coś innego…”.  

„Wyrzuty sumienia, przeprosiny powiedziane głośno i wyraźnie. I moje ciche palenie się ze wstydu w milczeniu”. 

 

Czy klaps to przemoc?

W opinii moich rozmówców zdecydowanie tak. Niektórzy zwracali jednak uwagę na to, by go nie demonizować. Klaps z zasady nie boli („toż pupa jest miękka”).  Inni podkreślali, że klaps jednak boli, ale bardziej psychicznie. „Klaps to forma przemocy wobec dziecka, to poniżająca forma wyegzekwowania u dziecka zachowań, które są według rodzica właściwe”. A czasem trudno było o jednoznaczną odpowiedź: „w sumie to niewinne klapsy, ale jak by nie patrzeć to jest to przemoc”. 

 

Jakie metody wychowawcze i dyscyplinujące stosujesz? 

Z odpowiedzi stworzyłam następującą listę: 

  • rozmowa stanowczym głosem; 
  • informowanie o konsekwencjach jakie poniesie na skutek swojego zachowania; 
  • odbieranie przywilejów: skrócenie czasu bajki lub brak bajki/ ograniczenie lub brak zabawy czymś, na czym dziecku zależy/ nieotrzymanie słodyczy,   zakaz korzystania z komputera;
  • w momencie najwyższych emocji u dziecka wyprowadzam je w spokojne miejsce, bez zbędnych bodźców, gdzie może się wykrzyczeć, wyrazić swoją złość, następnie  oferuję dziecku przytulanie, a na koniec po uspokojeniu rozmowę – wspólnie szukamy powodów wcześniejszego zachowania i staramy się unikać tych bodźców w przyszłości;
  • odesłanie dziecka do pokoju z poleceniem zastanowienia się nad swoim zachowaniem i jego skutkami, a następnie rozmowa na ten temat;
  • nazywam emocje – mówię córce: „jesteś wściekła wiem, widzę”, dzięki temu córka często też już nazywa sprawy po imieniu: jest mi smutno! Jest mi przykro;
  • mówienie dzieciom o wszystkim wprost: moich odczuciach (wszystkich – pozytywnych, ale i negatywnych, mówię o tym, że czuję zmęczenie, zniecierpliwienie czy pozytywne odczucia gdy jest między nami pełna współpraca ), oczekiwaniach, planach;
  • metoda liczenia do 3 – jak wypadnie 3 to zawsze jest tego konsekwencja (np. odebranie możliwości grania na xboxie, brak oglądania telewizji lub zakaz spotykania z kolegami);
  • konsekwencja – „jeśli grożę dziecku, że jak się nie ubierze to pojedzie w piżamie do przedszkola , to właśnie tak się dzieje – żeby dziecko traktowało nas poważnie, szanowało i wiedziało, że nie żartujemy”.  

Wielokrotnie padało też wskazanie na rozmowę. To nie jest kara, ani żaden środek dyscyplinujący. Ale czy faktycznie za wszystko trzeba karać albo nagradzać ? Metodą kar i nagród nie uczymy dziecka narzędzi do tego, by sobie przemyślało i przeanalizowało swoje zachowanie. „Czasami naprawdę wystarczy pogadać, żeby osiągnąć pożądany efekt bez karania. Najlepiej rozmawiać nie od razu, tylko np. wieczorem tego samego dnia, jak dziecko i rodzic trochę się zdystansują do sprawy. W momencie, gdy coś się dopiero stało, czasami można coś chlapnąć w emocjach. Poza tym, jeśli rozmawia się z dzieckiem, na takiej zasadzie, że ono jest przekonane, że na jakąś „mądrość życiową” wpadło samo, to daje lepsze efekty niż jak dziecko po prostu wysłucha przemowy rodzica w roli autorytetu. Czasami lepiej zadać jakieś pytania pomocniczo naprowadzające, żeby dziecko doszło do własnych wniosków.”

 

Klaps? Nigdy!!

Dlaczego nigdy, przenigdy nie zdarzyło ci się dać klapsa?

„Po prostu uderzenie dziecka, w jakikolwiek sposób, mieści się w moim (szerokim) pojęciu przemocy”. 

„Nie chcę, żeby moje dziecko patrzyło na mnie ze strachem w oczach. Jesteśmy dla dziecka autorytetami, opoką, do której mogą się zwrócić, gdy ktoś sprawi im ból. Gdzie się zwrócą, gdy to my zadamy im ból?

„Dziecko chłonie nasze zachowania jak gąbka. Jak wytłumaczyłabym mu, że nie wolno bić rówieśników, swojej partnerki/partnera, skoro sama robię dokładnie na odwrót?”

„Klapsy wywołują tylko bezrefleksyjny strach przed tym, jak na zachowanie zareagują rodzice. Jedyną metodą jest wytłumaczenie dziecku, dlaczego zabraniasz mu danych zachowań, a jeśli nie umiesz wytłumaczyć dlaczego, to nie zabraniaj”. 

„Staram się traktować dzieci jak sama chciałabym być traktowana. A nie chcę, by ktoś mnie bił”

„Uważam, że klapsy nie przynoszą żadnych rezultatów. Po klapsie dziecko się ewentualnie  uspokoi, ale nie wyciągnie żadnych wniosków na przyszłość, bo bardziej będzie skupione na swojej krzywdzie”.  

 

Klaps może mieć sens 

Niektórzy z moich rozmówców stosują lub stosowali klapsy w wychowaniu, bardziej jako element wyjątkowy, nigdy „na co dzień”. W rozmowach potwierdzili, że widzą efekty. Klaps nie jest silny, jest tylko zaakcentowaniem złego postępowania dziecka. Nigdy zaś nie ma na celu sprawiania bólu czy też wzbudzania lęku. „Uważam, że w pewnym wieku takie fizyczne zwrócenie uwagi dziecka  (ale naprawdę klaps musi być taki bardziej dotknięciem/muśnięciem) nie jest złem samo w sobie. Jeżeli obserwujemy nasze dziecko i widzimy, że to mu pomaga poradzić sobie też z jego emocjami, to ta metoda może stać się czymś przydatnym”. 

„Zauważyłam, że takim klapsem dziecko koduje, że przegięło. Te kilka klapsów w wychowaniu wystarczyło, by  syn ostatecznie poznał granice swojego zachowania”. 

 

Klapsy poza prawem?

W mojej ankiecie znalazło się też pytanie – czy klapsy są zgodne z prawem? Odpowiedzi były różne – niektórzy mówili, że nie, ale być powinny. Inni, że bicie oczywiście tak, ale że lekkie klapsy już nie.  

 

Zadając to pytanie wydawało mi się, że jako „praktykujący” prawnik z łatwością uda mi się rozstrzygnąć, jak wygląda kwestia klapsów w prawie. Okazało się jednak, że sprawa prosta nie jest i wymaga szczegółowej analizy prawnej. 

 

Zgodnie z art. 96[1]Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (KRO) „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”. Taka regulacja miała na celu zmianę postaw społeczeństwa poprzez zaakcentowanie innych metod wychowawczych. Ponadto wprowadzenie art. 96[1] KRO było wynikiem uwzględnienia wytycznych z prawa międzynarodowego.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ustawodawca zakazuje stosowania przez rodziców wszelkich kar cielesnych. Rygoryzm tej konstrukcji łagodzi brak sankcji przewidzianej w przypadku stosowania przez rodziców takich metod wychowawczych. Z tych względów, powołany wyżej przepis z KRO, zakazujący stosowania kar cielesnych nie ma przewidzianej sankcji, staje się jedynie wskazówką, wytyczną, a nie realnym zakazem. Dopiero, gdy kara cielesna wypełni znamiona przestępstw z Kodeksu karnego (KK)– np. znęcania się z  art. 207 KK lub naruszenia nietykalności cielesnej  z art. 217 KK, lub też będzie mogła być zakwalifikowana jako przemoc w rodzinie, zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, wtedy można uznać, że jest ona prawnie zakazana. 

 

Podkreśla się jednak, że zakaz ten nie jest bezwzględny i doznaje ograniczeń na skutek istnienia kontratypów. Na przykład rodzic lub opiekun mogą naruszyć nietykalność cielesną dziecka, gdy będąc w stanie wyższej konieczności,  bronią go przed bezpośrednim niebezpieczeństwem (np. matka szarpie małego chłopca, powstrzymując go przed wbiegnięciem na ulicę) lub w obronie koniecznej (np. ojciec rozdziela siłą bijące się rodzeństwo). Istnieje również możliwość wyłączenia winy rodzica, gdy ratuje on dobro, nieprzedstawiające wartości oczywiście wyższej od nietykalności cielesnej dziecka (np. wówczas, gdy ojciec wyszarpuje córeczce z ręki smartfona, który chciała wrzucić do wody)

 

Zauważa się także, że niektóre bezprawne czyny zabronione, polegające np. na naruszeniu nietykalności cielesnej dzieci przez rodziców, mogą nie stanowić przestępstwa z powodu znikomego stopnia społecznej szkodliwości (dajmy na to lekkie „klapsy”) – choć co do tego poglądu nie ma jednolitości. 

 

Natomiast, ze względu na pojawienie się w KRO przepisu art. 96 [1] KRO, został wyrażony pogląd przez M. Morawską, że „ustawodawca w bardziej dobitny sposób chyba nie mógł zasugerować, że nawet tzw. klaps nie stoi w zgodzie z obowiązującym prawem. Ta sama autorka uważa też, że w chwili obecnej prawo do karcenia „swymi granicami nie obejmuje karcenia cielesnego w żadnej postaci”. Podobnie twierdzi R. Krajewski: „po prostu nie jest już możliwe obejmowanie jego zakresem stosowania wobec małoletnich kar cielesnych”

 

Jak widać, powyższa analiza nie pozwala na jednoznaczne wskazanie, że klapsy są niezgodne z prawem, jeśli chodzi o niezgodność z normami prawa karnego . Zdaje się jednak, że zakaz stosowania kar cielesnych określony w art. 96 [1] KRO obejmuje swym zakresem także klapsy, nawet te „lekkie”. 

 

Zamiast podsumowania 

Celem tego artykułu nie było dokonanie żadnej oceny – ani klapsów jako metody wychowawczej ani nas jako rodziców – zarówno tych, którym się zdarza jak i tych którym się to nigdy nie zdarzyło (a tych drugich pod sąd wziąć trzeba, bo przecież nie można wykluczyć, że wychowują pod swoim dachem kryminalistów). 

 

Ocena musi zajść w nas samych. Każdego dnia na nowo. Podczas każdej próby wychowawczej  – na nowo. Przy każdej awanturze – na nowo. Z każdym rzuceniem się na ziemię w sklepie – na nowo. W czasach słabości, w czasach trudności, w czasach dzieci małych i w czasach dzieci dojrzewających. Ocena pierwotna, czasem ocena następcza. A jej dokonywanie zdaje się być wpisane w definicję bycia rodzicem. 

 

Ps. Dziękuję wszystkim rozmówcom za szczerość i wypowiedzi prosto z serca. Ten artykuł powstał dzięki Wam!

 

Ciało

Medycyna naturalna, czyli jak nie zapychać kiesy Big Pharmie (tylko komuś innemu)

10 lipca 2020 / Magdalena Droń

Medycyna naturalna – wydawać by się mogło, że to swoisty oksymoron.

Zestawienie słów, które w żadnej mierze nie idzie ze sobą w parze. Wszak wszystkie konwencjonalne sposoby leczenia opierają się na badaniach i farmakologii. A jednak medycyna naturalna istnieje. Zwana jest również medycyną niekonwencjonalną albo alternatywną. I choć w XXI wieku wciąż uważana jest za szarlatanizm, przynosi ulgę, a czasem całkowite uzdrowienie pacjentom, dla których nie było już ratunku. Czy jest na nią miejsce we współczesnym świecie? Jak jest postrzegana? I jakie metody uznać można za najbardziej kontrowersyjne?

Co o tym kierunku myśli społeczeństwo? Daleko szukać nie trzeba. Szybkie wpisanie frazy „medycyna naturalna” w popularną wyszukiwarkę przenosi nas na doskonale wszystkim znaną internetową skarbnicę wiedzy, która zasypuje nas średnio obiektywnymi informacjami w stylu:

(…) metody i praktyki, o których twierdzi się, że mają działanie lecznicze lub diagnostyczne, ale są obalone, niesprawdzone, niemożliwe do udowodnienia na podstawie badań naukowych lub ich działanie szkodliwe jest większe niż pozytywne działanie lecznicze.

Pozytywne efekty obserwowane przez pacjentów przy zastosowaniu medycyny alternatywnej mogą być wynikiem placebo, regresji w kierunku średniej (w której poprawa, która i tak by się wydarzyła, jest przypisywana terapiom alternatywnym), mniejszej ilości skutków ubocznych (która jest efektem zmniejszenia rzeczywistego leczenia funkcjonalnego), lub dowolnej kombinacji powyższych.

Podczas gdy dokonała znaczącej zmiany w nazewnictwie: od szarlatanerii do medycyny komplementarnej lub integracyjnej – promuje zasadniczo te same co szarlataneria praktyki. Jej zwolennicy często sugerują, aby stosować alternatywną medycynę wraz z funkcjonalnym leczeniem medycznym, w przekonaniu, że uzupełnia (polepsza działanie lub łagodzi skutki uboczne) leczenia. Nie ma dowodów na to, że tak się dzieje, a znaczące interakcje leków spowodowane alternatywnymi terapiami mogą zamiast tego negatywnie wpływać na leczenie, czyniąc je mniej skutecznym, w szczególności w przypadku terapii przeciwnowotworowych.

Choć wyimki te dalekie są od bezstronnego podejścia do tematu czy też czysto naukowej opinii, uwidaczniają pewien mechanizm – medycyna naturalna budzi emocje. Wielu potępia ją w czambuł i uważa, że jest czystą hochsztaplerką. Sama mam do niej mieszane uczucia. Nie mogę przecież zaprzeczyć temu, co jeszcze kilkadziesiąt czy setki lat temu było jedyną opcją. Nie mogę przekreślić dokonań medycyny dalekiego wschodu, całej wiedzy z zakresu ziołolecznictwa czy domowych metod na przeziębienie mojej babci. Ciężko mi jednak odnieść się do metod, które od kilku lat zyskują na popularności, a ich historyczne zaplecze jest raczej mgliste. Czy da się w tej materii obrać jedną słuszną ścieżkę?

Cały obszar „komplementarnej i alternatywnej medycyny” („complementary and alternative medicine”; w skrócie CAM) zaczął cieszyć się ogromnym powodzeniem w latach 80. W Europie tempo wzrostu tego nurtu ustępowało wówczas tylko przemysłowi komputerowemu. Ta eksplozja zainteresowania naturalną medycyną trwa do dzisiaj i wielu traktuje tę gałąź za swoistą religię czy kult. Poniekąd mają rację, gdyż setki lat temu to, co dziś nazywamy medycyną, związane było wyłącznie z religijnością i obrzędami. Czy jednak w obecnych czasach, gdy mamy dostęp do takiej wiedzy, leków i osiągnięć, warto wracać do tego, co było? Czy Big Pharma naprawdę chce za wszelką cenę uzależnić nas od brania pigułek na każdą przypadłość świata, aby zarobić jak najwięcej i pomalutku wszystkich wykończyć? Swoisty spisek przeciwko ludzkości, utrzymywany w apokaliptycznej narracji i demonizowany przez skrajnie ekologiczne środowiska optujące za powrotem do natury. Natury, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była jedyną rzeczywistością i jedynym znanym lekiem.

Medycyna naturalna zaczyna się od ziół

Zacznijmy od początku, a więc od ziołolecznictwa, nazywanego też fitoterapią, które ma bardzo odległą historię sięgającą początków ludzkości. To jedna z najstarszych dziedzin medycyny naturalnej polegająca na wykorzystaniu surowców i przetworów roślinnych do wywoływania korzystnych zmian w funkcjonowaniu organizmu. Początki ziołolecznictwa sięgają człowieka pierwotnego, który uczył się funkcjonowania poprzez podglądanie natury. Obserwując zwierzęta, poznawał dary natury zjadane w stanach chorobowych, by w ten sposób nauczyć się samoleczenia i unikania roślin zawierających substancje toksyczne. W rozpowszechnieniu ziołolecznictwa w Europie największe znaczenie miał Egipt. Jednym z dokumentów, w którym pojawiają się wzmianki o ziołach, jest papirus Ebresa z XVI w.p.n.e, zawierający około 900 receptur na leki naturalne, w tym większość pochodzenia roślinnego. Prawdziwe ziołolecznictwo narodziło się jednak w Grecji. Rośliny lecznicze opisuje Hipokrates i Pliniusz Starszy, który wymienia aż tysiąc różnych gatunków przydatnych w leczeniu dolegliwości. Grecja miała też udział w odejściu od przypisywania ziołom magicznych mocy. Znaczącą rolę w rozwoju ziołolecznictwa odegrali lekarz Marka Aureliusza Galen i Paracelsus, dzięki którym substancje pozyskiwane z roślin zaczęły stanowić podstawę farmakologii, aż do wynalezienia leków syntetycznych w latach 30-tych ubiegłego wieku. Był to początek końca i prosta ścieżka do zepchnięcia ziołolecznictwa do roli leczenia domowego. 

Zioła to leki natury zawierające w sobie wiele cennych substancji, które mogą korzystnie wpływać na nasze zdrowie, ale też przyczyniać się do różnych dysfunkcji.

– Mówiąc o zagrożeniach związanych ze stosowaniem leków ziołowych warto zwrócić uwagę na dwa z nich. Pierwszym jest przedawkowanie związane z powszechnym przekonaniem, że zioła są zdrowe i nie szkodzą, więc można je pić w ilościach nieograniczonych. Niektóre rośliny, jak np. bylica piołun, zawierają toksyny (tujon), które odpowiednio dawkowane pomagają, ale spożyte w zbyt dużej ilości, mogą powodować poważne skutki. Drugie zagrożenie wynika z przekonania o wyjątkowej mocy ziół, które sprawia, że wiele osób chorych całkowicie rezygnuje z leczenia szpitalnego. Warto pamiętać, że zioła i preparaty ziołowe powinny być uzupełnieniem tradycyjnego leczenia, wspomagać je, a także być stosowane w jednorazowych dysfunkcjach, jak problemy trawienne czy bóle menstruacyjne – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Rewolucja przemysłowa i szybki postęp przyczyniły się do rozwoju farmakologii, jednak dopiero w ostatnich dziesięcioleciach udowodniono naukowo szkodliwe działania uboczne wielu lekarstw. Stąd powrót do ziołolecznictwa i ponowne docenienie zadziwiającej mocy roślin leczniczych. Do łask powróciły preparaty galenowe, a także elementy tradycyjnej medycyny chińskiej i hinduskiej.

Akupunktura i akupresura, czyli medycyna naturalna i siła nacisku

Inną metodą wykorzystywaną w przypadku medycyny niekonwencjonalnej, mającej swoje korzenie na dalekim wschodzie, jest akupunktura lub akupresura. Pierwsza z nich polega na wbijaniu cienkich igieł w określone punkty na ciele pacjenta. Druga metoda zakłada ucisk tych punktów. Ucisk lub nakłucie określonego punktu na ciele człowieka ma na celu lepsze krążenie energii. Uważa się, że konkretne punkty odpowiadają odpowiednim organom. Dzięki działaniu akupresury lub akupunktury całe ciało lub określony narząd ma zostać wyleczony. 5000 lat temu Chińczycy zauważyli korzyści, jakie niesie ze sobą naciskanie określonych punktów na ciele. Nie tylko przynosiło to ulgę w bólu najbliższej dla tego punktu okolicy, lecz wpływało również na te obszary ciała, które były daleko od bolącego (a także uciskanego) miejsca. Dzięki obserwacji zaczęli odkrywać punkty, których uciskanie nie tylko łagodziło ból, ale wpływało na kondycję organów wewnętrznych.

Stosowana dziś akupresura ma kilka wariantów, we wszystkich jednak używa się odkrytych w starożytności punktów spustowych. Każdy z wariantów charakteryzuje się innym rytmem, siłą nacisku i techniką. Masaż Shiatsu polega na energicznym i silnym naciskaniu punktów przez zaledwie 3-5 sekund. Inne z wariantów polegają na delikatnym trzymaniu punktów przez minutę lub dłużej. Naciskanie w szybkim, przerywanym rytmie działa stymulująco, powolnym zaś głęboko relaksująco. 

 

W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych

W ostatnim czasie popularnością cieszy się u nas podobna, choć znacznie młodsza dziedzina medycyny niekonwencjonalnej – refleksologia, która zakłada, że przez ciało człowieka biegną nerwy, mające swoje zakończenia w palcach stóp i dłoni. Tworzą one tzw. zony – ścieżki nerwowe. Stymulując odpowiednie zakończenie nerwowe w stopach, możemy wpływać na odległe części ciała. W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych:

Ludzka stopa posiada 7200 zakończeń nerwowych, które mają połączenie z mózgiem, a równocześnie z wszystkimi częściami ciała. Refleksolog pobudza te obszary, co działa prozdrowotnie na cały organizm – podkreśla Hanna Leroch, refleksolog.

Masaż refleksyjny powoduje lepszy przepływ krwi i bioenergii do danego organu. Wyzwala energię życiową i aktywizuje siły witalne. Chociaż uzyskiwane efekty są różne i wynikają ze specyfiki przypadku, to w ujęciu całościowym chodzi o to, by wywołać proces samoleczenia.

– Powtarzanie zabiegów refleksologii ma na celu doprowadzenie naszego organizmu do balansu biologicznego, usprawnienia cyrkulacji krwi, limfy, wyciszenia układu nerwowego, zlikwidowania bólów, odblokowanie zatorów w organizmie poprzez wykorzystanie osobistego systemu obronnego każdego z nas. W refleksologii podchodzimy do człowieka holistycznie, szukamy równowagi ciała i emocji, nie skupiamy się na konkretnym schorzeniu – dążymy do zdrowia ciała i ducha – dodaje. 

Co ciekawe, w Polsce od blisko 30 lat działa Instytut Refleksologii, a od 2005 roku refleksolog wpisany jest do rejestru zawodów. Na stronie Polskiego Instytutu Refleksologii można znaleźć listę certyfikowanych refleksologów, którzy swoje umiejętności oraz wiedzę musieli potwierdzić cyklem szkoleń i zaliczeniem egzaminów.

Zabiegami refleksologii wykonywanymi przez profesjonalistów nie można zaszkodzić (refleksologię można stosować nawet od pierwszego dnia życia), bo doświadczony terapeuta potrafi tak dobrać cykl zabiegów, by był on najbardziej odpowiedni do konkretnej osoby. Niektóre elementy refleksologii można też stosować samodzielnie, np. wspomagać w ten sposób swoją najbliższą rodzinę – męża, żonę, dzieci, rodziców. Przed tym warto jednak zapoznać się z dostępną literaturą lub skorzystać z bezpośredniej rady profesjonalnego refleksologa – podsumowuje Hanna Leroch.

Medycyna naturalna  a homeopatia

I nagle pojawia się ta magiczna cezura. Tysiące lat doświadczenia versus setki, a czasem nawet dziesiątki. Jak zestawiać ze sobą coś, co ma korzenie w starożytności, z metodami, które odkryto 200 lat temu? Dla mnie właśnie w tym momencie kończy się wiarygodność kolejnych metod medycyny naturalnej. Mówię dość i rozkładam ręce. Czy słusznie? Tradycja tak, praktyki bardziej współczesne, no cóż… Choć wśród metod leczenia medycyny niekonwencjonalnej na samym szczycie wymienia się homeopatię, której stosowanie deklaruje ponad 100 mln osób w Europie, liczba ta nie przemawia do mnie tak mocno, jak jej pokłosie: 1,7 mld euro wydawanych co roku na leki homeopatyczne. Coś mi tu nie pasuje. Przecież mieliśmy odchodzić od medykamentów. Ale od początku. 

Homeopatia to forma medycyny niekonwencjonalnej zaproponowana w 1796 roku przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna. Bazuje na „prawie podobieństw”, według którego substancje powodujące pewne symptomy u osób zdrowych powinny być podawane w rozcieńczonej formie pacjentom wykazującym podobne objawy w stanach chorobowych. Przykład: cebula podrażnia błony śluzowe nosa, dlatego też podczas krojenia większość z nas zaczyna płakać i mamy chwilowy katar. Tymczasem wiadomo, że syrop na bazie cebuli pomaga w walce z przeziębieniem. Na podobnej zasadzie tworzy się leki homeopatyczne. Pacjent z katarem dostanie lek, w którym będzie w mikroskopijnej dawce środek wywołujący tę dolegliwość. Środki homeopatyczne są przygotowywane poprzez sukcesywne rozcieńczanie. Po każdym rozcieńczeniu otrzymany roztwór jest mieszany przez intensywne potrząsanie, które homeopaci nazywają succussion, zakładając, że zwiększa to efektywność otrzymanej substancji. Cały ten proces homeopaci nazywają dynamizowaniem. Rozcieńczanie trwa zazwyczaj tak długo, że w roztworze nie pozostaje nic z początkowej substancji. Zwolennicy tej metody obstają przy swojej tezie, że woda zapamiętała energię danej substancji, dzięki czemu możliwe jest jej bezpieczne wykorzystanie. Badania wykazują jednak, że w tabletkach jest tylko sam nośnik, taki jak woda, cukier czy alkohol. Lekarze podkreślają, że w lekach po rozcieńczeniu nie ma nawet śladu pierwotnej substancji, nie mówiąc o tym, że jest wątpliwe, czy sama ta substancja miałaby skuteczność leczniczą.

– Zasadniczo wyznaję takie podejście, że homeopatia ludziom nie zaszkodzi, bo tam i tak są same wypełniacze i cukier. A jeśli wierzą w cudowne uzdrowienie po tym to ich sprawa. Jako farmaceuta nie mam prawa im mówić, że to naciąganie na pieniądze i to często niemałe. To są drogie preparaty, a płacisz za nic. Oscillococcinum – idealny przykład. Blisko 20 zł za 6 sztuk, a w środku sam cukier (sacharoza i laktoza). Najdroższy cukier za kilogram – 2,5 tysiąca złotych. Niby zawiera wyciąg z wątroby kaczki? Tylko to tak, jakby wrzucić jedną wątrobę kaczki do ogromnego basenu. Pomieszać tę wątrobę w tym basenie i ją wyciągnąć, a później uznać, że ta woda „pamięta” o wątrobie… Jedna wielka bzdura dla mnie – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Siedem lat temu w oficjalnym stanowisku Naczelna Rada Lekarska odradziła lekarzom stosowanie homeopatii jako metody o niepotwierdzonej naukowo skuteczności. Stanowisko to powstało na podstawie raportu ekspertów powołanych do oceny, czy w świetle aktualnej wiedzy medycznej homeopatię można uznać za skuteczną metodę leczenia. Stanowisko jest zgodne: w przypadku homeopatii można mówić jedynie o wierze pacjenta, że środek pomaga, bo dzięki niemu ma lepsze samopoczucie.

– Zawsze patrzę na ludzi, którzy przychodzą po leki homeopatyczne i zastanawiam się, kto im nawciskał takich kitów. Szczególnie jeśli są to ludzie dobrze ubrani, do rzeczy wysławiający się, inteligentni… i wierzą, że „woda pamięta”? Czasem mam ochotę coś im powiedzieć, ale nie mogę, bo do tego się zobowiązałam, składając przysięgę po studiach. Jak ktoś wierzy, że mu to pomaga, to trudno, nie moja broszka. Siła umysłu jest nieodgadniona. Może ten ktoś wierzy na tyle, że naprawdę te leki działają. Kiedyś czytałam o badaniach jakiegoś leku, którego działaniem niepożądanym było uszkodzenie słuchu. Pacjenci z grupy badanej o tym wiedzieli. Część pacjentów, która dostawała placebo, miała uszkodzony słuch! W badaniach te uszkodzenia były potwierdzone. Tak bardzo wierzyli, że dostają lek, bali się działań niepożądanych, że dostając placebo, uszkodziło im słuch… Ludzki organizm jest niepojęty. Jeśli ktoś chce po prostu kupić jakiś konkretny homeopat, to się nie odzywam. Ale jeśli proszą mnie o opinię, to w delikatnych słowach mówię, że uważam, że to nie działa i szkoda pieniędzy – konkluduje.

Chociaż członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej są jednymi z najzagorzalszych zwolenników homeopatii, a w Wielkiej Brytanii w ramach państwowej służby zdrowia aktywnie działa pięć homeopatycznych szpitali, dla mnie wciąż zbyt mocno zalatuje to New Age. Największym problemem związanym z homeopatią w mojej opinii jest zapis w prawie farmaceutycznym, który mówi, że leki homeopatyczne wchodzą na rynek bez weryfikacji, czy działają. W świetle prawa nie ma więc konieczności przedstawienia dowodów skuteczności terapeutycznej tych preparatów przed ich rejestracją i wprowadzeniem na rynek. Czy więc warto ryzykować? Ja nie mam ochoty.

Recall healing

A teraz czas na zupełną nowość na gruncie terapii alternatywnych. Połączenie odkryć z dziedziny medycyny akademickiej i tradycyjnej medycyny chińskiej, psychologii, psycho-bio-genealogii, naturoterapii, symbolizmu oraz NLP, które opiera się na uznanych badaniach naukowych, a także na biologicznych obserwacjach świata fauny i flory – metoda recall healing. Polega ona na badaniu traum i głęboko ukrytych emocji, które mogą być podstawą chorób fizycznych oraz objawów psychosomatycznych. Zasadą recall healing jest odnajdywanie i zrozumienie emocji oraz tego, że choroba może być dokładnym odzwierciedleniem tego, co tkwi niewyrażone i nieuwolnione w pamięci (ciała). Schorzenie jest biologicznym konfliktem, a chory musi stać się świadomy tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Aby wyzdrowieć, należy rozwiązać/przeżyć ten konflikt, gdyż w momencie, kiedy jest w ukryciu, stanowi przyczynę danej choroby.

Co warto zaznaczyć, metodą recall healing można wyleczyć wyłącznie chorobę, która nie ma bezpośredniej zewnętrznej przyczyny. Jeśli osoba jest otyła, bo je dużo i niezdrowo, nie ćwiczy, tak żyje jej się dobrze i taki jest jej świadomy wybór, terapia nie pomoże. Terapia zadziała natomiast, jeśli ktoś ma zaburzenia żywienia (np. zajada stres czy jest uzależniony od słodyczy), albo jeśli je zdrowo i ćwiczy, ale ciało i tak gromadzi zapasy – wtedy szuka się przyczyny emocjonalnej takiego stanu rzeczy, który nie wynika z zewnętrznych przyczyn. Dla przykładu, np. zajadanie stresu, niepohamowane objadanie się, może mieć przyczynę w tym, że osoba nie była karmiona, gdy była głodna, co wytwarzało strach przed śmiercią, więc pełny brzuch był emocjonalnie łączony z poczuciem bezpieczeństwa – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz, terapeuta.

W latach 80-tych dwudziestego wieku, dr Ryke Geerd Hamer (twórca Nowej Medycyny Germańskiej) odkrył, że u źródła każdej biologicznej dysfunkcji znajduje się gwałtowny szok emocjonalny, oraz że charakter choroby zależy od sposobu, w jaki człowiek doświadczył traumy.

Po wielu latach badań i przeprowadzonych terapii zebrano ogromną wiedzę na temat indywidualnego znaczenia biologiczno-symbolicznego, jakie reprezentują dane choroby, organy i części ciała, co pozwala na podejmowanie starań odwrócenia tego efektu tak, by dzięki odnalezieniu i przepracowaniu emocji powiązanych z przypadłością wesprzeć organizm w procesie zdrowienia – dodaje Emilia Nina Mazurkiewicz.

Obecnie wiedza ta, w ciągu kilku dziesięcioleci uzupełniona o badania, medyczne odkrycia oraz spostrzeżenia z obszaru światowego dziedzictwa kulturowego, rozprzestrzeniła się pod różnymi nazwami, między innymi takimi jak Totalna Biologia dr. Claude’a Sabbah, Recall Healing dr. Gilberta Renaud czy Biologika dr. Roberto Barnai. Zasługi na tle rozwoju metody należą się także takim badaczom jak Claude Sabbah, Marc Frechet, Anne Ancelin Schutzenbergen czy Gerard Athias.

Do tego momentu wszystko jest względnie jasne i nie kwestionuję żadnych dokonań. Kiedy jednak wchodzimy na głębszy poziom wtajemniczenia, pojawiają się dla mnie jakieś mentalne schody nie do przeskoczenia… Być może to jednak kwestia indywidualna. Recall healing traktuje człowieka holistycznie i pokazuje, że choroba nie pojawia się przypadkowo. Często związana z dramatycznymi doświadczeniami, emocjonalną traumą, cyklem rocznicowym, międzypokoleniowymi skryptami czy świadomą / nieświadomą historią rodziny.

Przy tej metodzie terapii bardzo istotne są wszelkie informacje dotyczące rodziców w czasie, który określamy mianem „Projekt//Cel”, czyli tego, co przeżywali przed zapłodnieniem, podczas całej ciąży oraz pierwszych miesięcy życia dziecka. Najważniejsze są emocje pojawiające się w kobiecie, ponieważ dziecko, bezpośrednio z nią połączone pępowiną, odbiera każde uczucie na poziomie fizycznym oraz psychicznym niemal jak własne. Poza tym, ciąża to czas, kiedy młody organizm się rozwija i przyjmuje wszystko bezkrytycznie do siebie, mimowolnie ucząc się schematów, które mają pomóc mu przetrwać w przyszłości (na zasadzie „skoro działało u mamy, to będzie działać i u mnie”). Podam prosty przykład. Moim klientem był mężczyzna, który od lat posiadał stwardnienie w okolicach brzucha. Zadzwoniliśmy do jego matki i przeżyli wzruszającą rozmowę, w której wyznała, że podczas ciąży została uderzona przez swojego męża w dokładnie to samo miejsce. Oczywiście się przestraszyła, że mogło mu się coś stać, a gdyby brzuch był bardziej twardy, to stanowiłby lepszą ochronę przed ewentualnym atakiem – reasumuje Emilia Nina Mazurkiewicz. Brzmi niewiarygodnie? A to nie jedyne takie przypadki. Mówi się, że 60% problemów dzieci w szkole pochodzi z okresu ciąży. Kłopoty pewnego chłopca, który nie mógł nauczyć się tabliczki mnożenia, wynikały z tego, że jego mama podczas ciąży źle obliczyła budżet na remont pokoju dla niego. Stresowała się, wypominając sobie: „Źle to policzyłam”. Kiedy matka sobie to uświadomiła, dziecko od razu zaczęło lepiej sobie radzić z matematyką.

Przykłady krążące po sieci można mnożyć. W telegraficznym skrócie działa to tak: jeśli mamy jakiś uciążliwy problem, który cały czas zajmuje nasze myśli, nasz automatyczny mózg odczytuje to jako niebezpieczeństwo, swoiste zagrożenie życia i szuka rozwiązania. Skoro nie potrafi znaleźć go na zewnątrz, to jedyne na co ma bezpośredni wpływ to nasze ciało, więc wywołuje w nim zmiany.

To trochę tak, jakby mózg myślał, że poprzez dolegliwości pomaga nam w bezpiecznej kontynuacji życia. Zadaniem terapeuty i klienta jest odnalezienie przyczyny, czyli właściwej historii, oraz przerobienie emocji z nią związanych w taki sposób, by do mózgu dotarło, że jego „pomoc” nie jest już potrzebna i może uzdrowić ciało, ponieważ problematyczna kwestia została pomyślnie zakończona. Uwalniamy nasz umysł, uwalniamy nasze ciało – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz.

Czy zatem na pewno do przepracowania problemu potrzebny jest terapeuta?

Ciężko jest samemu to zrobić, bo my często chcemy ukryć emocje, uciec przed nimi. My nie szukamy rozwiązania, tylko szybkiej ulgi, a terapeuta nam na to nie pozwoli. Co więcej, nie mamy do siebie sami takiego dystansu. Rzadko się zdarza, by ktoś umiał spojrzeć na siebie z boku i zauważyć schemat (na podstawie jakiejś przeczytanej literatury), a później go przepracować, bo nasz automatyczny mózg chce zachować swoje rozwiązanie, więc łatwo o sabotaż – dodaje terapeutka.

Chociaż medycyna naturalna ma wiele metod, nie wspomniałam tu słowem o aromaterapii, bioenergoterapii, koloroterapii, hipnozie, radiestezji czy urynoterapii, a także o znachorskich praktykach naszych wschodnich sąsiadów, żaden ze mnie Kossakowski, żeby wypowiadać się o ich efektywności. W mojej opinii jednak, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Wszystkie dążą do tego samego – uruchomienia naszego mózgu. Niezależnie od tego, czy fizycznie działają, czy nie, każda z metod sprawia, że u osoby, która bardzo chce wyzdrowieć i bardzo w daną dziedzinę wierzy, psychika zaczyna działać zupełnie inaczej, jak przy placebo. Następuje proces samoleczenia, poprawy stanu zdrowia, a nawet cudu, którego nie są w stanie wyjaśnić lekarze. Potęga ludzkiego umysłu wciąż jest niedoceniana, a przecież czasem wystarczy tylko chcieć…

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo