Change font size Change site colors contrast
Ciało

Kulki gejszy. Są Ci bardziej potrzebne niż myślisz!

27 sierpnia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Mamo!

Przyszła, obecna, doświadczona i nowa w temacie! Mamo jednego dziecka, dwójki, kobieto wielodzietna, rodząca – dająca życie. Czy wiesz, co znajduje się na dnie Twojej miednicy? Czy ktoś rozmawiał z Tobą kiedyś otwarcie o mięśniach Kegla i o tym, jak istotną funkcję pełnią w organizmie?

Przekonaj się sama, jak zadbane i sprawne mięśnie dna miednicy – inaczej mięśnie Kegla – ułatwią rodzenie siłami natury, poprawią jakość Twojego życia seksualnego po naturalnym porodzie i oddalą widmo nietrzymania moczu.

Co powinnaś wiedzieć o mięśniach dna miednicy?

Miednica jest tworzona przez zespół kostno-stawowy i stanowi połączenie między kręgosłupem a nogami. Tak naprawdę masz, tak jak każda kobieta dwie miednice – mniejszą i większą! Są one połączone ze sobą za pomocą kresy granicznej. W miednicy znajduje się macica, więc w czasie ciąży silne kości pełnią funkcję naturalnej osłony. Swobodny wzrost płodu jest możliwy, ponieważ w trakcie ciąży dochodzi do rozejścia się kości miednicy. Dzieje się to za sprawą hormonów, które rozluźniają więzadła i stawy. Twoja miednica składa się również z mięśni. W okresie ciąży niezwykle istotną funkcję pełnią te połączone z macicą i zlokalizowane na dnie miednicy. Mięśnie dna miednicy utrzymują przez całą ciążę rosnącą macicę. Składają się one z dwóch rodzajów włókien wolno- i szybkokurczliwych. W czasie porodu rozluźniają się maksymalnie po to, by miednica mogła rozszerzyć się i otworzyć, a Ty – wydać na świat dziecko. Panowanie nad nimi pozwala – poprzez rozluźnienie – na łagodne wyjście główki dziecka. Silne mięśnie wpływają również na elastyczność krocza i chronią je przed popękaniem. Co najmniej 6 kilogramów – tyle waży płód, litr płynu owodniowego, macica i łożysko pod koniec ciąży. Wyobraź sobie teraz, jak olbrzymią pracę muszą wykonywać i jakie powinny być silne Twoje mięśnie dna miednicy!

Jak powinny działać Twoje mięśnie Kegla?

Z mięśni dna miednicy korzystasz nie tylko w okresie ciąży i porodu. Są one niezbędne w codziennym funkcjonowaniu – umożliwiają oddawanie moczu oraz defekację. Ich ważną funkcją jest zamykanie – to dzięki nim możesz utrzymać mocz i stolec. Silne mięśnie dna miednicy zapewniają stabilizację ciała i są Twoim sprzymierzeńcem w walce o piękną, wyprostowaną sylwetkę. Co więcej, jeśli masz mocne mięśnie, będziesz czerpała większą satysfakcję ze swojego życia seksualnego również po ciąży i naturalnym porodzie!

Sprawdź, czy masz sprawne mięśnie dna miednicy

Pewnie wydaje Ci się, że skoro nie masz problemu z nietrzymaniem moczu z Twoją miednicą i jej mięśniami wszystko jest w porządku. Jeśli rodziłaś siłami natury, to pewne jest, że poród osłabił Twoje mięśnie Kegla. Pierwszym objawem będzie właśnie nietrzymanie moczu. Mogą również wystąpić problemy w czasie współżycia. Pamiętaj jednak, że osłabione mięśnie miednicy mogą nie dawać żadnych objawów przez kilka lat! Dlaczego nikt wcześniej Ci o tym nie powiedział? Niewielu lekarzy wykonuje badanie sprawności mięśni dna miednicy po porodzie. Jak możesz sama sprawdzić, czy Twoje mięśnie są sprawne? Wykonaj prosty test w czasie oddawania moczu. Usiądź wygodnie na sedesie i spróbuj zatrzymać strumień moczu, mocno zaciśnij przy tym krocze. Jeśli Ci się uda, należy założyć, że z Twoimi mięśniami jest wszystko w porządku. Jeśli będziesz miała osłabione mięśnie, to mocz mimo wszystko będzie wypływał, a Ty nie będziesz umiała nad tym zapanować – pora udać się do lekarza!

Skąd wiadomo, że Twoje mięśnie Kegla są słabe?

Test z zatrzymaniem moczu możesz wykonać sama w warunkach domowych. Jednak fachową, pełną diagnozę może wystawić lekarz ginekolog w czasie badania, fizjoterapeuta lub specjalista fizjoterapeuta uroginekologiczny, do którego powinny zapisywać się wszystkie kobiety po porodzie. Pierwszym sygnałem, że z Twoimi mięśniami Kegla jest coś nie tak, będzie nietrzymanie moczu i nie chodzi tutaj wcale o to, że się raz porządnie posikasz. Niewielkie ilości moczu – kilka kropelek – mogą wylatywać w czasie intensywnego śmiechu, czy wysiłku fizycznego, a nawet kichania lub kaszlu! Zauważysz również, że ciągle odczuwasz parcie na mocz oraz ucisk w pochwie. Osłabione mięśnie dna miednicy mogą utrudnić utrzymanie stolca, a także powodować ból w dolnym odcinku kręgosłupa. Możesz również mieć uczucie, że zaraz coś Ci wypadnie z pochwy – w skrajnych przypadkach tak właśnie dzieje się z macicą – wypada! Problemy ze współżyciem takiej jak ból w czasie stosunku, czy dyskomfort, również mogą wskazywać na osłabienie mięśni Kegla. Czy Twoje mięśnie będą słabsze jedynie na skutek ciąży i porodu? Nie, negatywny wpływ na ich siłę mają: siedzący tryb życia oraz starzenie się – z wiekiem Twoje mięśnie zanikają, a zastępuje je tkanka łączna o zdecydowanie mniejszej kurczliwości.

Zadbaj skutecznie o swoje mięśnie dna miednicy

O mięśnie dna miednicy najlepiej zadbać przed porodem po to, by urodzić szybko i spokojnie siłami natury. Jakie działania możesz podjąć, by wzmocnić swoje mięśnie dna miednicy? Możesz wykonywać określone ćwiczenia fizjoterapeutyczne lub korzystać z tych zalecanych przez nauczycieli jogi i pilatesu. Chcesz szybko osiągnąć satysfakcjonujące efekty? Skorzystaj z bezpiecznych i wygodnych kulek gejszy.

Kulki gejszy – Twój intymny przyrząd do ćwiczeń

Nowoczesne kulki gejszy, inaczej kulki waginalne, takie jak Kehel Joy ON są wykonane z bezpiecznego silikonu. Materiał ten nie powoduje podrażnień, jest higieniczny – łatwy w czyszczeniu. Kulki będziesz używała po to, by wymusić pracę mięśni Kegla. Mięśnie dna miednicy będą zaciskać się i rozkurczać, by utrzymać gadżet w środku. Wkładasz je do pochwy po nawilżeniu żelem – lubrykantem na bazie wody.  Systematyczne używanie kulek wzmacnia mięśnie dna miednicy.

Jak efektywnie korzystać z kulek gejszy?

Kulki gejszy nosisz w pochwie codziennie przez kilka, a maksymalnie kilkanaście minut. To krótki, ale bardzo efektywny trening. Nowoczesne kulki gejszy Kehel Joy ON są sterowane aplikacją, którą obsłużysz wygodnie za pomocą swojego smartfona! Kulki wibrują po to, by wymusić efektywną pracę mięśni. Mają zamontowany silniczek, który na podstawie odczytu z sensora wybiera odpowiedni dla Ciebie program stymulacji mięśni. Do wyboru są cztery programy ćwiczeń– w przypadku połączenia z aplikacją – oraz dwa w trybie offline. Co daje Ci nowoczesna aplikacja? Możesz zapisywać i kontrolować swoje postępy, dzięki temu będziesz dokładnie wiedziała, kiedy zakończyć trening. Za pomocą smartfona możesz zdać się na odczyt sensora lub dowolnie regulować intensywność wibracji i w pełni korzystać z zalet automatycznych programów.

Dla kogo są kulki gejszy?

Pewnie zastanawiasz się, czy możesz używać kulek gejszy? To produkt dla każdej kobiety, która chce poprawić pracę swoich mięśni dna miednicy. Sprawdzi się zarówno w przypadku pań, które przechodzą menopauzę, jak i młodych kobiet, które dopiero planują zajście w pierwszą ciążę. Kulki gejszy mogą pomóc wrócić do formy również pacjentkom po operacjach ginekologicznych. Kto powinien zachować ostrożność w czasie stosowania kulek? Kobiety po porodzie przed pierwszym zastosowaniem kulek powinny zasięgnąć porady profesjonalnego fizjoterapeuty uroginekologicznego, który oceni, w jakim stanie są ich mięśnie dna miednicy. Dziewice powinny zastanowić się nad stosowaniem kulek gejszy, które mogą przerwać błonę. Nie zaleca się stosowania kulek gejszy w czasie miesiączki oraz gdy wstępuje stan zapalny pochwy.

Mięśnie dna miednicy – tego unikaj!

Poproś ginekologa, by na najbliższej wizycie kontrolnej, którą powinnaś odbywać raz w roku – zapisz się teraz! –  zbadał siłę Twoich mięśni dna miednicy. Czego powinnaś unikać, jeśli zależy Ci na zdrowych i silnych mięśniach Kegla? Zrezygnuj z popularnych ćwiczeń na trampolinach, chyba że ćwiczysz pod okiem doświadczonego instruktora, który wiele czasu i wysiłku włożył w to, żeby nauczyć Cię prawidłowego poruszania na trampolinie i pracy z ciałem.

Kulki gejszy możesz stosować, jeśli chcesz wzmocnić swoje mięśnie dna miednicy, poprawić jakość życia seksualnego po porodzie  i oddalić widmo nietrzymania moczu.

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo