Change font size Change site colors contrast
Ciało

Kulki gejszy. Są Ci bardziej potrzebne niż myślisz!

27 sierpnia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Mamo!

Przyszła, obecna, doświadczona i nowa w temacie! Mamo jednego dziecka, dwójki, kobieto wielodzietna, rodząca – dająca życie. Czy wiesz, co znajduje się na dnie Twojej miednicy? Czy ktoś rozmawiał z Tobą kiedyś otwarcie o mięśniach Kegla i o tym, jak istotną funkcję pełnią w organizmie?

Przekonaj się sama, jak zadbane i sprawne mięśnie dna miednicy – inaczej mięśnie Kegla – ułatwią rodzenie siłami natury, poprawią jakość Twojego życia seksualnego po naturalnym porodzie i oddalą widmo nietrzymania moczu.

Co powinnaś wiedzieć o mięśniach dna miednicy?

Miednica jest tworzona przez zespół kostno-stawowy i stanowi połączenie między kręgosłupem a nogami. Tak naprawdę masz, tak jak każda kobieta dwie miednice – mniejszą i większą! Są one połączone ze sobą za pomocą kresy granicznej. W miednicy znajduje się macica, więc w czasie ciąży silne kości pełnią funkcję naturalnej osłony. Swobodny wzrost płodu jest możliwy, ponieważ w trakcie ciąży dochodzi do rozejścia się kości miednicy. Dzieje się to za sprawą hormonów, które rozluźniają więzadła i stawy. Twoja miednica składa się również z mięśni. W okresie ciąży niezwykle istotną funkcję pełnią te połączone z macicą i zlokalizowane na dnie miednicy. Mięśnie dna miednicy utrzymują przez całą ciążę rosnącą macicę. Składają się one z dwóch rodzajów włókien wolno- i szybkokurczliwych. W czasie porodu rozluźniają się maksymalnie po to, by miednica mogła rozszerzyć się i otworzyć, a Ty – wydać na świat dziecko. Panowanie nad nimi pozwala – poprzez rozluźnienie – na łagodne wyjście główki dziecka. Silne mięśnie wpływają również na elastyczność krocza i chronią je przed popękaniem. Co najmniej 6 kilogramów – tyle waży płód, litr płynu owodniowego, macica i łożysko pod koniec ciąży. Wyobraź sobie teraz, jak olbrzymią pracę muszą wykonywać i jakie powinny być silne Twoje mięśnie dna miednicy!

Jak powinny działać Twoje mięśnie Kegla?

Z mięśni dna miednicy korzystasz nie tylko w okresie ciąży i porodu. Są one niezbędne w codziennym funkcjonowaniu – umożliwiają oddawanie moczu oraz defekację. Ich ważną funkcją jest zamykanie – to dzięki nim możesz utrzymać mocz i stolec. Silne mięśnie dna miednicy zapewniają stabilizację ciała i są Twoim sprzymierzeńcem w walce o piękną, wyprostowaną sylwetkę. Co więcej, jeśli masz mocne mięśnie, będziesz czerpała większą satysfakcję ze swojego życia seksualnego również po ciąży i naturalnym porodzie!

Sprawdź, czy masz sprawne mięśnie dna miednicy

Pewnie wydaje Ci się, że skoro nie masz problemu z nietrzymaniem moczu z Twoją miednicą i jej mięśniami wszystko jest w porządku. Jeśli rodziłaś siłami natury, to pewne jest, że poród osłabił Twoje mięśnie Kegla. Pierwszym objawem będzie właśnie nietrzymanie moczu. Mogą również wystąpić problemy w czasie współżycia. Pamiętaj jednak, że osłabione mięśnie miednicy mogą nie dawać żadnych objawów przez kilka lat! Dlaczego nikt wcześniej Ci o tym nie powiedział? Niewielu lekarzy wykonuje badanie sprawności mięśni dna miednicy po porodzie. Jak możesz sama sprawdzić, czy Twoje mięśnie są sprawne? Wykonaj prosty test w czasie oddawania moczu. Usiądź wygodnie na sedesie i spróbuj zatrzymać strumień moczu, mocno zaciśnij przy tym krocze. Jeśli Ci się uda, należy założyć, że z Twoimi mięśniami jest wszystko w porządku. Jeśli będziesz miała osłabione mięśnie, to mocz mimo wszystko będzie wypływał, a Ty nie będziesz umiała nad tym zapanować – pora udać się do lekarza!

Skąd wiadomo, że Twoje mięśnie Kegla są słabe?

Test z zatrzymaniem moczu możesz wykonać sama w warunkach domowych. Jednak fachową, pełną diagnozę może wystawić lekarz ginekolog w czasie badania, fizjoterapeuta lub specjalista fizjoterapeuta uroginekologiczny, do którego powinny zapisywać się wszystkie kobiety po porodzie. Pierwszym sygnałem, że z Twoimi mięśniami Kegla jest coś nie tak, będzie nietrzymanie moczu i nie chodzi tutaj wcale o to, że się raz porządnie posikasz. Niewielkie ilości moczu – kilka kropelek – mogą wylatywać w czasie intensywnego śmiechu, czy wysiłku fizycznego, a nawet kichania lub kaszlu! Zauważysz również, że ciągle odczuwasz parcie na mocz oraz ucisk w pochwie. Osłabione mięśnie dna miednicy mogą utrudnić utrzymanie stolca, a także powodować ból w dolnym odcinku kręgosłupa. Możesz również mieć uczucie, że zaraz coś Ci wypadnie z pochwy – w skrajnych przypadkach tak właśnie dzieje się z macicą – wypada! Problemy ze współżyciem takiej jak ból w czasie stosunku, czy dyskomfort, również mogą wskazywać na osłabienie mięśni Kegla. Czy Twoje mięśnie będą słabsze jedynie na skutek ciąży i porodu? Nie, negatywny wpływ na ich siłę mają: siedzący tryb życia oraz starzenie się – z wiekiem Twoje mięśnie zanikają, a zastępuje je tkanka łączna o zdecydowanie mniejszej kurczliwości.

Zadbaj skutecznie o swoje mięśnie dna miednicy

O mięśnie dna miednicy najlepiej zadbać przed porodem po to, by urodzić szybko i spokojnie siłami natury. Jakie działania możesz podjąć, by wzmocnić swoje mięśnie dna miednicy? Możesz wykonywać określone ćwiczenia fizjoterapeutyczne lub korzystać z tych zalecanych przez nauczycieli jogi i pilatesu. Chcesz szybko osiągnąć satysfakcjonujące efekty? Skorzystaj z bezpiecznych i wygodnych kulek gejszy.

Kulki gejszy – Twój intymny przyrząd do ćwiczeń

Nowoczesne kulki gejszy, inaczej kulki waginalne, takie jak Kehel Joy ON są wykonane z bezpiecznego silikonu. Materiał ten nie powoduje podrażnień, jest higieniczny – łatwy w czyszczeniu. Kulki będziesz używała po to, by wymusić pracę mięśni Kegla. Mięśnie dna miednicy będą zaciskać się i rozkurczać, by utrzymać gadżet w środku. Wkładasz je do pochwy po nawilżeniu żelem – lubrykantem na bazie wody.  Systematyczne używanie kulek wzmacnia mięśnie dna miednicy.

Jak efektywnie korzystać z kulek gejszy?

Kulki gejszy nosisz w pochwie codziennie przez kilka, a maksymalnie kilkanaście minut. To krótki, ale bardzo efektywny trening. Nowoczesne kulki gejszy Kehel Joy ON są sterowane aplikacją, którą obsłużysz wygodnie za pomocą swojego smartfona! Kulki wibrują po to, by wymusić efektywną pracę mięśni. Mają zamontowany silniczek, który na podstawie odczytu z sensora wybiera odpowiedni dla Ciebie program stymulacji mięśni. Do wyboru są cztery programy ćwiczeń– w przypadku połączenia z aplikacją – oraz dwa w trybie offline. Co daje Ci nowoczesna aplikacja? Możesz zapisywać i kontrolować swoje postępy, dzięki temu będziesz dokładnie wiedziała, kiedy zakończyć trening. Za pomocą smartfona możesz zdać się na odczyt sensora lub dowolnie regulować intensywność wibracji i w pełni korzystać z zalet automatycznych programów.

Dla kogo są kulki gejszy?

Pewnie zastanawiasz się, czy możesz używać kulek gejszy? To produkt dla każdej kobiety, która chce poprawić pracę swoich mięśni dna miednicy. Sprawdzi się zarówno w przypadku pań, które przechodzą menopauzę, jak i młodych kobiet, które dopiero planują zajście w pierwszą ciążę. Kulki gejszy mogą pomóc wrócić do formy również pacjentkom po operacjach ginekologicznych. Kto powinien zachować ostrożność w czasie stosowania kulek? Kobiety po porodzie przed pierwszym zastosowaniem kulek powinny zasięgnąć porady profesjonalnego fizjoterapeuty uroginekologicznego, który oceni, w jakim stanie są ich mięśnie dna miednicy. Dziewice powinny zastanowić się nad stosowaniem kulek gejszy, które mogą przerwać błonę. Nie zaleca się stosowania kulek gejszy w czasie miesiączki oraz gdy wstępuje stan zapalny pochwy.

Mięśnie dna miednicy – tego unikaj!

Poproś ginekologa, by na najbliższej wizycie kontrolnej, którą powinnaś odbywać raz w roku – zapisz się teraz! –  zbadał siłę Twoich mięśni dna miednicy. Czego powinnaś unikać, jeśli zależy Ci na zdrowych i silnych mięśniach Kegla? Zrezygnuj z popularnych ćwiczeń na trampolinach, chyba że ćwiczysz pod okiem doświadczonego instruktora, który wiele czasu i wysiłku włożył w to, żeby nauczyć Cię prawidłowego poruszania na trampolinie i pracy z ciałem.

Kulki gejszy możesz stosować, jeśli chcesz wzmocnić swoje mięśnie dna miednicy, poprawić jakość życia seksualnego po porodzie  i oddalić widmo nietrzymania moczu.

Ciało

Na wschód po cud – wspomnienia z in vitro

20 września 2019 / Nina Olszewska

Warsztaty z Hanną Samson wczesną wiosną tego roku.

Przypadek przydziela mi do pary Magdalenę, Hania – zadanie. Każda z nas ma przez dwie minuty mówić tej obcej osobie naprzeciwko o tym, z czego jest dumna. Magda opowiada o swoim brzuchu, na który zapracowała rodząc bliźniaczki. Mówi o latach starań, o in vitro. Przez kilka miesięcy poznaję Magdę i wiem, że jej lista powodów do dumy mogłaby być znacznie dłuższa. Gdy TMM planuje numer o zwycięstwie, nie mam wątpliwości, z kim chcę porozmawiać.

Kiedy się poznałyśmy byłaś ważną panią z telewizji. Może miesiąc później dowiedziałam się, że to już nieaktualne, zamknęłaś ten etap. Pamiętam, że byłaś pełna optymizmu. Już po chwili okazało się, że robisz film dokumentalny o in vitro. Jeszcze nie zdążyłam polubić na Facebooku wszystkich zdjęć z planu, a Ty już opowiadasz z zapałem o zupełnie nowej pracy. Jesteś naprawdę dobra w zaczynaniu od nowa i zwyciężaniu! Dziś skupmy się jednak na tym najważniejszym. Zaczniemy od początku?

Była jesień, wieczór. Pamiętam, że pomyślałam po prostu, że nikt nie biega po domu, a mogłoby być tu więcej zamieszania. Zaczęliśmy próbować, ale bez skutku. Przez sześć lat chodziłam po lekarzach.. Byłam bardzo zapracowana, nie orientowałam się, jak działają jajniki, nie wiedziałam, że są sprzężone z głową. Miałam 29, 30 lat – nie byłam supermłoda, a nic nie wiedziałam o sobie samej.

Myślisz, że nieznajomość własnego ciała to był tylko Twój problem?

Moja kuzynka niedawno zbierała dla 18-letniej koleżanki rady życia. Taki zeszyt założyła, różni ludzie pisali tam porady w rodzaju „Nigdy nie myj naczyń”. Ja napisałam: „Naucz się, kiedy jest Twoja owulacja”, bo ja tego nie wiedziałam, o tym się nie mówiło, mama mnie nie nauczyła – a to jest po prostu ważne. Znać siebie, wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Nauczyć się czytać sygnały z ciała, rozumieć to.

To nie jest łatwe, szczególnie, gdy lekarze i medyczna terminologia nie pomagają. Moja koleżanka niedawno usłyszała, że jest w ciąży geriatrycznej. Wiesz, co to jest?

Pierwsze słyszę. Jeśli jest takie medyczne określenie – ok. Ale w komunikacji z pacjentką to nie jest fair. Język, jaki jest wokół spraw kobiecych, jest problemem. W pewnym momencie leczenia miałam diagnozę „wrogi śluz”. Mówienie „śluz” na głos jest trudne, a jeszcze „wrogi”? Znaczy co? Ja zabijam te plemniki? Nie byłam na to przygotowana i ten komunikat zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną. Później trafiłam do profesora, który zdziwił się, że ktoś jeszcze używa pojęcia „wrogi śluz”, bo tak się już nie mówi, bo tego się już nie bada i to w ogóle jakieś średniowiecze. Skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślę, że to mogło mieć wpływ na to, że zaczęłam źle myśleć o sobie, a w konsekwencji miałam depresję, czego nie byłam przez lata świadoma.

Minęło kilka lat. Myślisz, że podejście lekarzy się zmienia?

Nie. Wydaje mi się, że nadal język, jakim posługują się lekarze w rozmowach z pacjentkami, i to nie tylko w sprawie ciąży, uwłacza kobiecie. Wciąż tego nie zmieniłyśmy – my, kobiety. I nie jest to tylko problem mężczyzn-lekarzy. Pół roku po porodzie poszłam na kontrolę. Ginekolożka powiedziała mi wtedy, że żadnych środków antykoncepcyjnych nie potrzebuję, bo mi ciąża naturalna nie grozi. Rozumiesz? Zajdę, nie zajdę, ważne jest to, w jakim stanie psychicznym ona mnie zostawiła.

Myślisz, że w czasie starania o dziecko stan psychiczny kobiety jest ważny?

I tak, i nie. Słyszałam mnóstwo porad: wyluzuj, wszystko jest w głowie! Chodziłam do psychoanalityka, który uważał, że nie zachodzę w ciążę, bo sobie sama wybudowałam barierę. Jak usłyszał o tym wrogim śluzie, to aż zatarł ręce, miał dowód. Pokłóciliśmy się wtedy. Był przeciwnikiem in vitro. A może tylko mnie prowokował? W końcu na tym też czasem polega terapia.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Przepracowałam to, rozłożyłam sobie logicznie: sami w ciążę nie zajdziemy. Skoro mój mąż ma słabe nasienie, to połowa naszych możliwości jest stracona. Jeśli u mnie jest problem z owulacją, bo jestem zestresowana, zaharowana, zagubiona i czuje się biedna tak, że prawie już nie istnieję, to chyba potrzebujemy pomocy? To był sukces tej psychoanalizy. Zdecydowaliśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Działać. Zrozumiałam, że nie uzyskam pomocy chodząc do przypadkowych lekarzy: raz jednego, raz drugiego, z których każdy mówi co innego i to językiem, który mnie obraża. Postanowiłam, że nie dam sobie zdemonizować in vitro, bo to jest osiągnięcie cywilizacyjne mające służyć ludziom w potrzebie, tak jak szczepionki, viagra czy zastawka. Czy ktoś napiętnowuje viagrę? Nie słyszałam.

Ja też nie. Jak wyglądało to przejście do działania?

Postanowiłam wybrać lekarza, takiego jednego jedynego, który mnie poprowadzi, któremu zaufam i podporządkuję się. Miałam szczęście. Znalazłam profesora, który odpowiadał na wszystkie pytania, nawet te głupie i te zadawane moim językiem literacko-symboliczno-intelektualnym. Przekładał ten język na konkrety, a ja zrozumiałam, jak on myśli, nauczyłam się z nim rozmawiać, obojgu nam zrobiło się łatwiej.

Jak go znalazłaś?

Bałam się kliniki niepłodności, długo się przed tym broniłam. Sama przed sobą udawałam, że się staram, że zwykły ginekolog mi wystarczy. Może in vitro dziś jest bardziej powszechne, może młode dziewczyny już się tego nie boją. Ja się bałam. Pierwszym krokiem, przełamaniem, był telefon do mojej kuzynki, która robiła doktorat z in vitro. Ona poleciła mi klinikę w Białymstoku. „Masz 35 lat – im szybciej, tym lepiej” – powiedziała.

I teraz powinien być happy end, teoretycznie.

Jeszcze nie. Nie udało się pierwsze, drugie, trzecie in vitro. To mnie już kosztowało dużo cierpienia. Za trzecim razem zaszłam w ciążę. Tak na chwilę, na kilka tygodni, ale wystarczyło, abym ją poczuła. Jednak się nie udało. Już wcześniej miałam problemy ze snem, które wtedy się nasiliły. Prawie nie spałam, chodziłam na rzęsach. Koleżanka z pracy powiedziała: „Idź do psychiatry”. Poszłam i dowiedziałam się, że mam depresję. Dostałam leki nasenne i Seronil . Po 2-3 tygodniach stanęłam na nogach. Profesor się na mnie wściekł, że poszłam po pomoc psychiatryczną. Diagnostyka niepłodności to jak rozwiązywanie zagadki: „Dlaczego ona nie zachodzi?”, to praca na wielu niewiadomych. Środki nasenne, to kolejna niewiadoma. Profesor zapytał: Lepiej się czujesz? Lepiej. No dobra, to bierz.

Pomogło?

Po krótkim czasie poczułam, że ruszyły mi jajniki. Znałam już wtedy swoje ciało na tyle, że wyczuwałam takie zmiany. Siedziałam w pracy i wahałam się, czy zrobić szybko USG, żeby sprawdzić, czy jest pęcherzyk w jajniku. Nagle dostałam smsa od mamy, która raczej nie miewa skłonności do gestów. Napisała: „Na pewno wszystko będzie dobrze córciu, trzymaj się”! Dało mi to siłę, tego samego dnia zrobiłam USG. Lekarka, której powiedziałam o swojej sytuacji, doradziła mi telefon do mojego profesora, a on zarządził: „Jutro o 8:00 jest Pani u mnie w gabinecie”.

Opowiesz, na czym polega in vitro?

Miałam już zamrożone zarodki, cztery. Do ich umieszczenia w macicy najlepszy byłby naturalny, prawdziwy cykl i ładna owulacja. Chodziło, o to żeby podrzucić mi pięć dni po naturalnej owulacji pięciodniowe zarodki. Potem było tak, że okazało się, że w czasie rozmrażania dwa z czterech zarodków się nie rozwijały dalej. Zostały dwa, moje dwa ostatnie zarodki. Mimo wszystko było coś takiego w tej chwili, że wiedziałam, że będzie dobrze. Po 11 dniach testy. Wynik beta wskazywał wysoko, tak wysoko, jak tylko przy dwóch ciążach może być. Profesor kazał odstawić prochy, więc odstawiłam. Był październik 2012 roku.

Ten Białystok to chyba nie było najwygodniejsze rozwiązanie?

Ten Białystok nam właśnie pasował, jeżdżąc tam, zostawialiśmy za sobą wszystkie problemy. Sama podróż oczyszczała. W Warszawie tkwiliśmy po uszy w zaplątaniu. Dwa lata jeździliśmy na wschód po cud.

In vitro dało Ci córki i misję.

Trudno się od tego doświadczenia odciąć. Musiałam to przepracować moimi narzędziami, stąd pomysł na film i potrzeba pisania. Ktoś mi powiedział: „Magda, przestań o tej macicy. Jest tyle innych tematów!”. Zaangażowanie społeczne, walka o kobiety i rodzicielstwo – to jest ważne. Ale dla mnie ten świat rozrodu człowieka jest fascynujący. Jak tylko zobaczyłam to wszystko od środka, rozwaliło mi czaszkę. Teraz patrzę na świat dostrzegając, jak bardzo moderowany, napędzany płodnością. Aspekt kobiecy jest wszędzie, na przykład komórka jajowa – jest okrągła jak Ziemia i Słońce, i równie pierwotna.

Pamiętam, jak rozmawiałaś o tym w Polskiej Szkole Reportażu z Mariuszem Szczygłem. Powiedziałaś, że chcesz pisać o in vitro, a on powiedział, że to już było. Wtedy zaczęłaś opowiadać o pracy embriologów i okazało się, że niby o in vitro tyle razy było, a jednak tak mało o tym wiemy.

Leczenie in vitro to nie tylko włożenie zarodka do „maszyny rodzącej”, to fascynująca diagnostyka, szukanie informacji o tym, co u kobiety nie działa. Bo czynnik męski jest super łatwo przebadać. Jedno badanie nasienia i już wiadomo. Tajemnicą jest kobieta. Zdaniem mojego profesora jest dwanaście barier, które przeszkadzają zajść w ciążę. Teraz coraz częściej mówi się też o depresji jako przeszkodzie. stąd ten film i dwójka jego bohaterów: kobieta, która stara się o dziecko i profesor. To zderzenie: jej ciekawość i jego wiedza. Jego melancholia i jej depresja. Nawzajem się potrzebują. Między nimi jest dialog. Karkołomne to jest dla formy filmowej, ale może mi się uda.

Kiedy zajście w ciążę staje się problemem, ludzie zyskują dodatkowy etap rodzicielstwa, mam wrażenie: rodzicielstwo przed urodzeniem.

Bycie w ciąży jest mniej absorbujące niż to staranie. Problem z zajściem w ciążę to dla kobiety wydarzenie graniczne, punkt zwrotny życia. Czułam się wtedy jak ktoś ciężko chory: tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno. Przez ponad miesiąc jadłam tylko owoce i warzywa, co niby jest fajne, bo figura i cera świetna, jest też jednak frustrujące. Miałam wrażenie, że jestem poza obiegiem, że omija mnie życie. Dziś wiem, że życie wtedy mnie dopadło, a ci siedzący do późna w korporacjach je przespali. Wtedy zauważyłam, dzięki patrzeniu z boku, jak ludzie są nakręceni, jak pędzą gdzieś ciągle. Gdyby nie udało się z tą ciążą, prułabym z nimi po jakieś nagrody w tym wyścigu. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby się nie udało.

Rodzina wiedziała, że się staracie? Wiedzieli o in vitro?

Wszyscy byli już zmęczeni tym naszym staraniem. Na początku wszystkim powiedziałam, że się leczymy, żeby wiedzieli i żeby uniknąć głupich żartów. Potem, jak nam się nie udawało, to już nie mówiłam. Nie chciałam się połowie świata tłumaczyć, że nie wyszło, ale spróbujemy znowu. Przestałam opowiadać, mówiłam tylko: „Nie gadamy na ten temat”. Ludziom szczerze zainteresowanym moim zdrowiem chętnie mówiłam wszystko.

Jeśli chodzi o wsparcie rodziny: ta ze strony męża chciała, żeby jak najszybciej nam się udało. Czułam presję i wpieniało mnie to. Moja mama za to przekonywała, że przecież nie musimy mieć dzieci. Życie bez dzieci jest prostsze, tańsze i przyjemniejsze! Możemy podróżować, mieszkać w Nowym Jorku i zajmować się sztuką. I to mnie też bolało, bo chciałam, żeby ktoś w rodzinie uprawomocnił moją wolę i mój ból. A poza tym poczułam się, jak jej ontologiczny ciężar. Dziś rozumiem, że ona wcale tak nie myślała. Przygotowałam się do in vitro i miałam po prostu natłok złych myśli. Najważniejszym wsparciem był mąż. Ile cierpliwości, miłości i troski on mi wtedy dał! To wszystko, co nam się przytrafiło, sprawiło, że nawiązała się między nami więź mocna jak skała. To leczenie pogłębiło naszą relację. Mieliśmy wspólne zadanie, wspólną walkę. Bez niego nie podołałabym. Nigdy.

Jakieś formy wsparcia poza najbliższymi?

Teraz jest inaczej niż kilka lat temu. Jestem na forum na Facebooku, in vitro przed, po i w trakcie. Dziewczyny rozmawiają, pomagają sobie, trzymają za siebie kciuki, spotykają się też w realu. To jest wspaniała grupa wsparcia, bardzo lubię przebywać z nimi, bo rozumiem ich problemy. Kiedyś temat w internecie albo nie istniał, albo ja go skutecznie unikałam, za bardzo mnie bolały wszystkie informacje. Teraz dziewczyny mówią sobie wszystko, robią relacje na żywo, żeby opowiadać o swoich emocjach, często się motywują.

Płodność to sprawa kobiet czy mężczyzn?

Z tematem: „Mieć dzieci czy nie” każda kobieta się zetknie. Można chcieć, można nie, ale pytanie się pojawi. Każda kobieta w końcu zada je sama sobie. Ta decyzja przychodzi wcześniej czy później, ale przychodzi i definiuje całe życie. U każdej z nas w swoim czasie.

W swoim czasie? Posiadanie dzieci jest tematem bardzo publicznym i otoczenie zadaje pytania niezależnie od tego, czy kobieta już na etapie decyzji jest, czy nie.

W piątek wieczorem byłam na basenie i przez szafki usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna zapytała o dzieci, druga powiedziała, że stara się, ale ciągle ma poronienia. W odpowiedzi usłyszała jakieś pocieszenia, że na pewno się uda. We mnie się zagotowało. Wiedziałam, że jak wróci do domu, to będzie ryczeć. A ta druga wróci i opowie mężowi taką ciekawostkę, że wiesz, ona ma poronienia. Nie można zadawać innym takich pytań. Nie można dać się wmanewrować w taką rozmowę, szczególnie jakimś przypadkowym ludziom, na przykład w pracy, na basenie. Można powiedzieć: „Nie rozmawiam o tym”. Dopóki my kobiety nie wywalczymy sobie zasady, że o pewnych sprawach się nie rozmawia, nikt ich nie będzie przestrzegał.

Jak to zmienić?

Trzeba mówić swoim córkom, że nikt nie ma prawa ich dotykać, ale też nikt nie ma prawa pytać ich o okres, o ciążę, o poronienia. To są intymne sprawy. Ja już mam pancerz, mało co mnie dotyka, a jak już coś mnie dotknie, to mam w zanadrzu kilka coltów.

Ja nie mam żadnych coltów. Niedawno jakiś facet ustąpił mi miejsca w tramwaju, mówiąc, że staniem zaszkodzę dziecku.

Odpowiedziałaś mu coś?

Nie, bo ze wstydu umarłam. Miałam powiedzieć, że to nie ciąża tylko kurtka?

No właśnie. A potem wracasz do domu i masz milion dobrych tekstów. Jak jestem w saunie to zawsze mam taką projekcję nerwową, że facet, który siedzi obok, zaraz zapyta, czemu przychodzę tu w ciąży – bo ten mój brzuch jest ciągle duży. Oczywiście nikt mnie nigdy o to nie pyta. Wariactwo z tym.

W sumie nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zapytał, w końcu wszyscy się czują upoważnieni do troski o potencjalne cudze ciąże.

Ciekawe, że to nie działa w drugą stronę. Ja bym takiego faceta w saunie przecież o ten jego pełen piwa i wieprzowiny brzuch nie zapytała. Obcemu na ulicy czy w restauracji nie powiem: „Przestań pan jeść tyle kiełbasy, to nie jest zdrowe”. Mnie te uwagi o ciążę tak strasznie bolały. Przepłakałam niejedną noc.

Kiedyś Twoje córki zaczną słyszeć takie pytania. Da się przygotować na to dziewczynki?

Trzeba rozmawiać. Moje córki mają po cztery lata i są już bardzo świadome. Zuzia zapytała niedawno, z czego jest zrobiona. Wiesz, na takiej zasadzie, że stół jest z drewna, a ona z czego? Lubią rozmawiać o tym, że były u mnie w brzuszku, jak z niego wyszły. Ostatnio zapytały, jak do tego brzuszka trafiły. Rozmawiamy, one się chichrają, ale budują świadomość, a nie traumę czy wstyd. Nie chcę, żeby wyrastały w przekonaniu, że ich części kobiece są czymś złym.

Wiesz już, jak z nimi rozmawiać o in vitro?

Wiem, jak powiem o tym moim dzieciom. I one to zrozumieją. Boję się, co będzie, jak pójdą do przedszkola i skonfrontują to z innymi dziećmi. Co, jeśli z tymi dziećmi nikt mądrze nie rozmawiał?

Nauczyłaś się czegoś w tym trudnym czasie starania?

Przypominam sobie, jak chodziłam po tych lekarzach, boksowałam się z ich zblazowaniem, brakiem empatii. Ale też sama nawalałam: ile razy nie poszłam na badania, bo miałam coś w pracy do zrobienia? Kiedyś mnie psychoanalityk ochrzanił, bo spóźniłam się na sesję. „Co zatrzymało panią w najważniejszej sprawie dzisiejszego dnia? Wybuchł wulkan? To pani cele są najważniejsze, niech pani natychmiast przestanie realizować cudze cele!”. Doświadczenia z płodnością nauczyły też mnie rozmawiać z ludźmi. Przede wszystkim rozmawiać o sprawach kobiecych i z kobietami. Bohaterkę mojego filmu po prostu zagadnęłam w klinice na korytarzu. Wystarczy dobrze zadać pytanie, kobiety z reguły chcą o tym rozmawiać, szczególnie tam, pod gabinetem. Nauczyłam się też w obliczu problemów przyjmować zasadę „Pomyślę o tym jutro”. Bo może jutro ten strach być nieaktualny, więc zaoszczędzę sobie fatygi. To, czego jeszcze się nauczyłam, to niezależność. Na przykład w życiu zawodowym – funkcjonuję w kilku środowiskach jednocześnie, by żadna grupa nie przytłoczyła mnie swoimi problemami. Chronię siebie, bo ochronić siebie to największe zwycięstwo.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo