ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Inspiracje

Jak oszczędnie zarządzać kuchnią i nie dać się złapać na wszystkie mądre rady?

21 lutego 2021 / Agnieszka Jabłońska

W tym artykule chciałabym mniej zaglądać do Twojej lodówki, a opowiedzieć Ci o pułapkach, jakie czyhają na Ciebie na ścieżce do oszczędnego prowadzenia kuchni.

Niektóre z nich będą miały przyjemny wygląd dobrej rady, inne będą naprawdę świetnymi radami, po prostu się nie sprawdzą ani u Ciebie, ani u mnie, a jeszcze inne – na te musisz szczególnie uważać – będą przyczyniały się do pogłębiania budżetowej zadyszki i powodowały frustrację. Biorę na tapetę dobre rady z różnych poradników i dzielę się z Tobą moją analizą, czy warto wdrożyć w swoje życie daną zasadę, czy lepiej odpuścić. Zapraszam. 

Kontynuuję cykl o tym, jak przetrwać w kryzysie. Moja przyjaciółka zawsze mówi, że najłatwiej jest oszczędzać na jedzeniu. To prawda, możesz tak zarządzić swoją kuchnią, żeby ograniczyć wydatki. Oczywiście wszystko zależy od Twojej sytuacji rodzinnej, preferencji oraz potrzeb domowników, ale – pamiętaj, bo to ważne – skoro szukamy środków zaradczych w czasie życiowego kryzysu, wszystkie ręce na pokład! To znaczy chwilową rezygnację z kawy na wynos (Ty), piwa kraftowego (Twój partner), zimnej puszki Pepsi (Ty), żelek w kształcie misia (Twoje dziecko). Czujesz teraz grozę, prawda? Żyć bez kawy, czy bez Pepsi to w sumie działanie w trosce o zdrowie, piwo z górnej półki można zastąpić tańszym odpowiednikiem. Smak nie ten, ale przynajmniej pianka zostaje. ALE jak można odmówić dziecku żelek? No cóż, kochana, na pewno nie przychodzi to łatwo, ale można pokusić się o zrobienie domowych zamienników. W sumie kupne żelki to sam cukier, prawda? 

# chodź na zakupy z listą   

To jest świetna rada! Każdy, kto choć raz biegał po markecie z obłędem w oczach, próbując rozpaczliwie przypomnieć sobie, co miał kupić, co chciał kupić i co ma w domu, wie, jak ogromny komfort daje lista. Lista to jednak nie wszystko, dlatego ta rada jest dobra, choć  niekompletna. Pełna wersja tej dobrej rady powinna brzmieć: „Przejrzyj zapasy w domu, zrób jadłospis i przygotuj na tej podstawie listę zakupów, weź ją do sklepu”. Dopiero robiąc przegląd szafek, zamrażarki i lodówki, masz pewność, jakie produkty masz w domu. Spisując jadłospis, wiesz, co będziesz gotować i jeść oraz, jakie produkty dokupić. Lista oparta o zapasy i jadłospis to świetna lista! 

#kupuj w promocji 

Gazetki, reklamy, newslettery – pamiętasz, usunęłyśmy już wszystko, co zbędne, skoro jesteśmy w kryzysie, ale przecież nie będziemy pozbawiać się przyjemności przejrzenia promocji na spożywkę, nie? Bez przesady, chwila przyjemności się należy, a poza tym koleżanka mówiła, że jak się śledzi te promocje regularnie i faktycznie na nich kupuje, to można naprawdę dużo zaoszczędzić… Twoja koleżanka ma rację, o ile: 

  • mieszkasz lub pracujesz blisko marketów, które ogłaszają promocję – wydaje mi się, że nie chcesz tracić kilkunastu lub kilkudziesięciu minut swojego czasu i benzyny tylko po to, by zaoszczędzić dwa złote na paczce masła…
  • produkty, które są w promocji, są Ci faktycznie potrzebne – jeśli pieczesz ciasto dwa razy do roku, do smażenia używasz oleju, a kanapki smarujesz serkiem, powiedz mi, kochana, po Ci te 6 paczek masła, które właśnie trzymasz w ręku? 
  • jesteś w stanie zużyć ilość produktów, które są objęte promocją – dość popularną obniżką jest od jakiegoś czasu -50% na drugi produkt. Brzmi świetnie, prawda? Tylko po co Ci aż dwie duże paczki makaronu, skoro z ostatnią męczyłaś się niemal kwartał? Aha – myślisz teraz – masz mnie! Makaron ma przecież bardzo długi termin przydatności do spożycia! Aha, to prawda, ale wciąż musisz wydać o dwa, trzy lub cztery złote więcej na tych zakupach… 
  • jest to prawdziwa promocja – markety często robią promocje, które z promocjami nie mają nic wspólnego – na przykład wprowadzają nowy produkt, więc obniżają jego cenę, by zachęcić Cię do kupna. To nic, że kosztuje wciąż o kilkanaście lub kilkadziesiąt groszy więcej niż zamiennik, który zawsze kupujesz, prawda? 
  • promocja w jednym markecie nie jest równa regularnej cenie w drugim – musisz dobrze orientować się w cenach, żeby mieć pewność, że konkurencyjny dyskont nie ma tych samych lub porównywalnych  produktów w bardzo zbliżonej lub niższej cenie bez wielkiego znaku „promocja!” 
  • możesz kupić niewielką lub dowolną ilość produktu – może okazać się, że cena za 100g wybranego artykułu spożywczego jest bardzo korzystna, ale w sklepie czekają na Ciebie opakowania minimum 1000g. Przed zakupem przemyśl, czy jest to ilość, jaką jesteś w stanie wykorzystać. 
  • Promocja nie obowiązuje na produkty z krótkim terminem przydatności – to bardzo ważne! Na zakupach zawsze, ale to zawsze sprawdzaj datę świeżych produktów tych w promocji  i tych w regularnej cenie. Często musisz zapłacić 100% wartości za artykuł, który jest ważny tylko 2-3 dni. Promocją zostają czasami objęte produkty o bardzo krótkim terminie przydatności. Jeśli są to mięso lub ryby, czy masło, które możesz zamrozić, zastanów się nad zakupem. 

Korzystając z promocji, możesz zaoszczędzić pieniądze. Staraj się jednak podchodzić do tego rozsądnie i nie trać czasu na dojazdy i stanie w kolejkach, nie marnuj benzyny tylko po to, żeby udowodnić sobie, że jesteś gospodarna. 

#sprawdzaj wszystkie ceny, szukaj w sklepie tańszych produktów i weź mały koszyk zamiast dużego 

A w ogóle to zaplanuj sobie na zakupy pół dnia. A i zapomniałabym, ubierz się w strój sportowy, bo jak już będziesz tachać ten koszyk po całym markecie, to od razu robisz trening siłowy normalny full body workout! I koniecznie weź ze sobą zegarek i sprawdzaj ile czasu zajął Ci tre… przepraszam, zakupy! Dobra, pożartowałyśmy sobie trochę, tak serio: poznaj dobrze ofertę sklepu, w którym najczęściej robisz zakupy. Będziesz wiedziała, czy dany produkt jest droższy, czy tańszy od tych, które kupujesz standardowo. Możesz robić zakupy w dyskoncie lub w większym markecie, który często oferuje niższe ceny na produkty marki własnej. Niezależnie od wybranej opcji dbaj o swój kręgosłup i jeśli robisz większe zakupy, weź wózek. 

# nie bierz dzieci na zakupy

Ha, cudowna rada, naprawdę świetna i pewnie wypowiedziana pierwszy raz przez tego, kto nie miał dzieci, bo dla każdego rodzica jest oczywiste, że zakupów najlepiej nie robić z dziećmi. Z drugiej strony, co zrobić z dzieckiem, gdy nie ma co zrobić z dzieckiem? Dlatego jeśli musisz, bierz dziecko na zakupy. Będzie trochę stresu, być może będzie więcej emocji, ale po pierwsze Twoje dziecko musi od pewnego wieku uczyć się, jak się zachowywać w sklepie, a po drugie, matko, jak nie ma wyjścia, to nie ma. Podpowiem, w sklepie Aldi niedaleko mnie zostały wprowadzone godziny dla osób chorych na autyzm, kiedy jest wyłączana muzyka, ściszane komunikaty i przyciemniane światła. Dowiedz się, czy coś podobnego nie dzieje się w Twojej okolicy! Poza tym zrób listę zakupów zgodną z rozmieszczeniem półek w sklepie – będzie szybciej. Jeśli jest z Tobą starsze dziecko, skorzystaj z kasy samoobsługowej – kasowanie towarów to fantastyczna przygoda! 

# rób zakupy online 

Kupuj przez Internet, a nie będziesz moja kochana, przemierzać alejek sklepowych, wystawiona na wszystkie konsumpcyjne pokusy. Kiełbasa nie będzie śmiać się do Ciebie z półki, a pierogi nawet nie wpadną na to, by bezmyślnie wpakować się do Twojego wózka. Pamiętaj jednak, że lista sklepów, które oferują zakupy online, jest ograniczona. Możesz skorzystać z firmy kurierskiej i jest to bardzo dobra opcja, gdy jesteś chora, po zabiegu i nie możesz wychodzić z domu. W innym przypadku myślę, że starannie sporządzona lista, zdrowy rozsądek i możliwość pójścia do dyskontu, gdzie  wybór produktów jest ograniczony, to dobra opcja. Zakupy online to świetna sprawa – możesz kupować ubrania, kosmetyki, zabawki – wszystko, czego potrzebujesz i to bez wychodzenia z domu. Sklepy internetowe często organizują promocje i naprawdę możesz zaoszczędzić kilka złotych. Pamiętaj jednak o:

  • koszcie wysyłki, który w wielu przypadkach musisz doliczyć do zakupów,
  • płatnym zwrocie – kupujący najczęściej zwraca towary na swój koszt, 
  • braku możliwości przymierzenia, sprawdzenia produktu,
  • opiniach – wybieraj zaufane sklepy z dużą ilością opinii lub sprawdzone platformy zakupowe. 

# przetwarzaj żywność i przygotowuj posiłki samodzielnie

To przecież oczywiste, że jedząc w restauracjach lub zamawiając dania na wynos, wydajesz zdecydowanie więcej, niż gdy sama gotujesz. Dlatego wskazówka o przetwarzaniu żywności to świetna rada, jeśli trafisz na nią na stronie poświęconej oszczędzaniu, na pewno Ci się spodoba! Ten medal ma również drugą stronę: czy na pewno musisz robić wszystko sama? Czy na pewno musisz lepić pierogi, uszka, turlać kopytka i leniwe, układać na blaszce bułeczki drożdżowe do wyrośnięcia i patrzeć, jak pracuje zakwas na chleb. Czy musisz mieć w domu sokowirówkę, szynkowar i wolnowar? Możesz podarować swoim dzieciom wspomnienie puszystych placków na śniadanie i domowego chleba na kolację. Możesz, jutro, bo dzisiaj kupisz naprawdę rewelacyjne dania garmażeryjne. Ich cena często jest wysoka – idzie w parze z jakością, dlatego przed podjęciem decyzji o zakupie, spróbuj policzyć, ile kosztują Cię domowe wersje. Jeśli taniej (weź pod uwagę również; prąd, gaz i czas, jaki musisz poświęcić na przygotowanie i sprzątanie kuchni), postaraj się pójść na kompromis. Robisz drożdżowe bułeczki, ale tylko w niedzielę i dzieci Ci pomagają. Po kopytkach Twój partner sprząta kuchnię, robisz farsz, ale to dzieci lepią pierogi itd. 

# gotuj z resztek

Doskonała rada z dziedziny jak nie marnować jedzenia. Jest naprawdę świetna, ale ile pomysłowości, kreatywności i wiedzy wymaga, aby ugotować coś smacznego z resztek. Instagram pęka w szwach od przepisów na resztkowe dania, a blogerki zero waste prześcigają się co rusz w pięknie podanych i smacznych propozycjach potraw. W tym wszystkim jesteś Ty z resztką dżemu, śmietany, przecieru pomidorowego, obeschniętą cukinią i kilkoma pieczarkami i po prostu nie masz pomysłu. Jesteś zmęczona po pracy i marzysz o tym, żeby zjeść coś pysznego, coś, co lubisz, a nie bawić się w jakieś kreatywne gotowanie. Poza tym, jeśli nie będziesz trzymać się przepisu, nie umiesz doprawić dania i przygotować smacznej potrawy. Gotowanie nie jest Twoją super mocą. I co teraz, panie-gotujemy-z-resztek? Wiesz co, jak się nie da tak, to da się inaczej. 

  • Kupuj dokładnie tyle, ile potrzebujesz. Jeśli w przepisie jest jedna marchewka, kup jedną marchewkę, ewentualnie dwie. Nie kupuj koszyczka marchewek, bo zwiędną lub spleśniają szybciej, niż zdążysz się nimi zająć. 
  • Czytaj i ucz się o półproduktach, które masz w lodówce. Cukinia smakuje doskonale duszona na maśle z dodatkiem cebulki soli i pieprzu. Możesz ją dodać do smoothie, muffunek lub owsianki albo fritatty, albo zrobić z niej placki, albo przygotować ciasto czekoladowe, w którym jest jednym z głównych  składników. 
  • Zanim kupisz większą ilość jakiegoś produktu, sprawdź, jakie dania możesz z niego zrobić. 
  • Poczytaj, czy produkty, które chcesz kupić, możesz mrozić lub przechowywać w taki sposób, by dłużej zachowały świeżość. 
  • Nie zużywaj na siłę. Chipsy z obierków z ziemniaków dobrze smakują i stały się symbolem gotowania z resztek. Jeśli nie masz ochoty szorować ziemniaków, a następnie kroić i doprawiać obranych skórek, nie przepadasz za domowymi chipsami, albo lubisz takie chipsy, ale te smakują średnio, to po prostu sobie odpuść. To nie wyścig o koronę miss less, czy zero waste. To Twoja kuchnia i Twój smak i Twoje gotowanie bez spiny. 

# mroź na zapas

Mrożenie jest takie wygodne! Możesz w ten sposób wydłużać żywotność produktów, więc kupujesz mięso i ryby w promocji. Sięgasz po paczki mrożonych warzyw, bo zimą i wczesną wiosną smakują o wiele lepiej niż te surowe. Odkładasz w pojemniki nadmiarowe porcje, by sięgnąć po nie, gdy nie będziesz miała pomysłu na obiad. A później… znowu kupujesz mięso i ryby w promocji, i mrożone warzywa,  i owoce. Regularnie mrozisz obiady, najczęściej te, których ugotowałaś za dużo i po prostu Ci się przejadły. A później kończysz z pełniuśką zamrażarką. Czy zastanawiałaś się kiedyś, ile pieniędzy leży w Twojej zamrażarce? Ile przepuściłaś dziesiątek i dwudziestek na te wszystkie półprodukty do dań, które miałaś ugotować. Ile porcji jedzenia gotowych do chwycenia i odgrzania masz w domu? Czy myślałaś o tym zawsze, gdy głodna w pracy, zamawiałaś obiad na wynos? Nie zrozum mnie źle, mrożenie naprawdę jest super, pozwala zaoszczędzić pieniądze i uratować jedzenie przed wyrzuceniem. Pod warunkiem, że umiesz z niego rozsądnie korzystać. Co to znaczy? 

  • Wiesz, co masz zamrożone i w jakiej ilości. 
  • Wiesz, co możesz przygotować z produktów, które masz w zamrażarce.
  • Przed mrożeniem zapisujesz, jaki rodzaj mięsa lub potrawy pakujesz do zamrażarki i datę, kiedy została to robisz.
  • Regularnie wyjadasz zapasy, gdy wciąż są smaczne i bezpieczne do spożycia. 
  • Produkty z zamrażarki są wartościowym uzupełnieniem Twojego jadłospisu.

Do uporządkowania zamrażarki podchodziłam dwa razy: wczesną jesienią i teraz – pod koniec zimy. Drugie podejście okazało się bardziej udane, ale żeby tak było, musiałam zmodyfikować sposób planowania i przyrządzania posiłków. Czy było łatwo? Nie zawsze. Czasami musiałam kombinować i nie zawsze jadłam to, co chciałam. Kilka produktów znalazło miejsce w koszu, ich jedzenie było niebezpieczne dla zdrowia. Czy było warto? Zdecydowanie! 

#nie marnuj jedzenia! 

Pierwsze przykazanie zarządzania domowym budżetem spożywczym, sterowania kuchnią, bycia gospodynią i panią na włościach. Wiele kobiet z dumą mówi: „bo u nas to jedzenia się nie wyrzuca”. A Ty spuszczasz wzrok, bo wczoraj wyrzuciłaś spleśniały jogurt, którego Twoja córka zjadła tylko połowę, kilka łyżek zapiekanki, bo mąż nie dojadł w pracy i nadgniłe jabłko, bo nie zauważyłaś w sklepie, że jest obite. Czujesz się perfekcyjnie winna, bo znowu dałaś ciała, zawiodłaś na całej linii. Nie to, co ostatnio, gdy spędziłaś 4 godziny w kuchni na przerabianiu trzech główek kapusty, które dostałaś od kuzynki. Był bigos z młodej kapusty, gołąbki i kapusta zasmażana i kapuśniak. Szkoda tylko, że skończyło Ci się miejsce w zamrażalniku, a dzieci dwuosobowym chórem oznajmiły, że one kapusty nie ruszą. Brawo Ty, nic się nie zmarnowało. Nie przewidzisz wszystkiego. Pewnie, lepiej mniej kupić, mniej zjeść, dokupić, niż wyrzucić jedzenie, ale z drugiej strony… Kupiłaś słoik gotowanej ciecierzycy i pomimo płukania ziarenka były gorzkie i po prostu niesmaczne. Zostały resztki z kolacji – posiłku, który jecie od trzech dni – i nikt w domu nie ma na nie ochoty. Mama zrobiła Ci obiad na dwa dni, a zostało pół garnka zupy ze śmietaną… Takie sytuacje będą się zdarzać. O wiele rzadziej, jeśli będziesz zarządzała kuchnią, planowała posiłki, robiła wyłącznie rozsądne zapasy. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i może okazać się, że mimo listy i skrupulatnego planowania, nie zawsze uda się kupić maksymalnie świeże produkty, czy przygotować danie, które będzie świetnie smakować przez 3 lub 4 dni  – pogódź się z tym. Rób tyle, ile możesz, ale nie przekraczaj swoich granic, żeby tylko móc powiedzieć słynne zdanie „U mnie w domu to nic się nie marnuje” zamień je na: „U mnie w domu to się żyje na luzie” . 

# załóż własny ogródek 

Piękna rada, a wzięcie jej do serca, może stać się w Twoim życiu początkiem wspaniałej przygody i nowego życia rolnika-amatora. Możesz hodować warzywa i owoce w prawdziwym ogrodzie lub na balkonie. W Internecie znajdziesz wiele rad, jak uprawiać pomidory w donicach albo wiszące słodkie i pyszne truskawki. Pamiętaj jednak, że po pierwsze, plony nie będą zbyt obfite. Jeśli nie masz doniczek, ziemi i sadzonek, koszty założenia ogródka będą wysokie. Nie jest to więc najlepszy przepis na oszczędzanie…  Z drugiej strony, to świetne zajęcia dla najmłodszych, które powinno pomóc Ci skutecznie oderwać dzieci od ekranów. 

# kupuj mniej jedzenia

To już tak na zakończenie. Tę radę widziałam na jednym z blogów, jako analogię do całego procesu oszczędzania: chcesz mniej wydawać, to musisz mniej kupować. Jeśli masz tendencję do robienia potężnych zakupów, ładowania do pełna zamrażarki i kuchennych szafek i regularnego szykowania się na wojnę, to faktycznie ograniczenie zakupów – a być może nawet post zakupowy – dobrze Ci zrobi. Co więcej, oczywiście pozwalam sobie na generalizację, ale większość z nas się przejada. Gotujemy i jemy za duże porcje, spożywamy zbyt dużo mięsa. Być może ta rada, aby kupować mniej jedzenia, pomogłaby nam zadbać o zdrowie i odciążyć nasz organizm od nieustannego trawienia. Dlatego są sytuacje, gdy kupowanie mniej jedzenia ma sens. Z drugiej jednak strony, jeśli próbujesz racjonalizować wydatki, naprawdę szukasz oszczędności, postaraj się nie rezygnować z jedzenia kosztem swojego zdrowia. Pamiętaj, że o ile rozsądne spożywanie posiłków ma sens z medycznego punktu widzenia, o tyle świadome zmniejszanie podaży substancji odżywczych już nie. Dbaj, by Twoja dieta była różnorodna, bogata w kasze, strączki, warzywa i owoce sezonowe oraz świeże produkty. Korzystaj rozsądnie z promocji i nie marnuj jedzenia! 

Na pewno możesz zaoszczędzić na jedzeniu. Jestem przekonana, że na samych zapasach z szafek i zamrażarki, wytrzymasz dodatkowy tydzień bez robienia zakupów, a wciąż będziesz miała, co jeść. Jeśli jesteś na początku zarządzania domowym budżetem, działaj powoli i konsekwentnie i nie daj sobie wmówić, że musisz zastosować się do każdej dobrej rady i słuchać wszystkich guru oszczędzania. Odnajdź swój głos w tej kwestii i stań się mistrzynią (lub mistrzem) we własnej kuchni!

Reportaż

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

7 czerwca 2021 / Agnieszka Jabłońska

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

Zazwyczaj gdy zadaję to pytanie, spotykam się ze szczerym oburzeniem – no jak to?!

Oczywiście, że kobieta powinna mieć swoje pieniądze,  i pracę, i przyjemności, i płacić na randce, jeśli ma na to ochotę. Nie poprzestaję na tym i drążę dalej, a czy mama powinna mieć swoje pieniądze? Tutaj odpowiedzi nie są już tak jednoznaczne, a zdania mocno podzielone. Dlatego zebrałam kilka historii wspaniałych kobiet, które poradziły sobie mimo braku środków i wyszły z opresji obronną ręką. 

Jednocześnie po wysłuchaniu moich rozmówczyń zbiera mi się na płacz na samą myśl o tym, ile jest kobiet, które nie mają do kogo zwrócić się o pomoc i muszą trwać, nieustannie pijąc bardzo gorzkie piwo, którego same naważyły bez szans na zmianę swojego położenia. 

Kasia (Kicia): od miłości do wielkich długów 

– Nie słonko, mój mąż ode mnie nie odszedł. – Kasia, którą wszyscy znajomi nazywają „Kicią”, ma długie czarne włosy, ciemne oczy i brwi. Sama siebie nazywa kobietą po przejściach, która wciąż wierzy w szczęśliwy los. To może trochę patetyczne, ale w jej ustach to zdanie brzmi… prawdziwe. Spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o tym, czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze.  – Mój mąż nie odszedł, to ja wykopałam go z domu, ale to zupełnie nic nie zmieniło – Kicia zaciąga się papierosem – i tak musiałam spłacać jego długi, a komornik zajął moją pensję. Byłam sama z dwójką dzieci, już nie takich małych – Jasiek miał 6, a Tomek 8 lat i jedną pensją, na której łapy położył komornik. 55 tysięcy długu dokładnie to pamiętam, to zabrzmiało jak wyrok. Jak przeczytałam pismo, to poczułam takie kłucie tutaj – Kicia kładzie wypielęgnowaną dłoń z krótkimi bordowymi paznokciami na biuście – że myślałam, że osierocę moje dzieciaki. Ale przetrwałam i każda z nas przetrwa. – Przez chwilę pali w milczeniu. 

O matczynym poświęceniu i miłości silniejszej niż rozsądek 

– Pomogła moja matka świętej pamięci. Poszła i sprzedała mieszkanie, rozumiesz? Sprzedała swoje małe dwa pokoiki i przyniosła te pieniądze i dwie walizki. Zamieszkała z nami i tak już zostało do końca. Ostatnia ofiara mojej matki można powiedzieć. – Kicia znowu się zamyśla. Gdyby była kimś innym, pewnie teraz zaczęłaby płakać, ale Kicia nie płacze, już nie – Największa głupota? Powinnam powiedzieć teraz jak w telenoweli, że wyjście za mąż za tego gnoja, ale nie uważam tak. Mam z nim dwóch synów, którzy – Bogu niech będą dzięki – wyszli na ludzi. Jeden pracuje jako kierowca autobusu, drugi jest księgowym, ma swoją firmę, dobrze zarabia. Jestem zadowolona i spokojna. Najbardziej żałuję, że byłam młoda i zakochana, nie myślałam o pieniądzach, wcale. Pieniądze? Na co to komu, jak ma się miłość – Kicia śmieje się i kaszle, to taki typowy suchy kaszel palacza. Upija łyk mocnej kawy ze szklanki, wiem, bo w mojej jest dokładnie ta sama fusiara,  i po chwili kontynuuje – Dzisiaj mówię dziewczynom jedno: rozdzielność majątkowa i własne pieniądze. Taka się zrobiłam wykształcona, ale co się nalatałam po prawnikach, jak gnoja wykopałam z domu, to moje. Hazard. – uprzedza moje pytanie – zorientowałam się trochę wcześniej, bo Tomusia pobili, szli za nim ze szkoły, wciągnęli w bramę i obili, wrócił zapłakany, krew na koszulce, myślałam, że wdał się w bójkę. Na początku krył ojca, oh oni obaj byli w starego wpatrzeni jak w święty obrazek, moja kochana, tylko „tatuś” i „tatuś”, a jak go wykopywałam, jaki był lament. Jeden stał i krzyczał na mnie, drugi trzymał się ojca, jakby ich coś opętało. Więc krew mnie zalała, złapałam starszego i wrzeszczę „idź z nim! No idź, zobaczymy, za ile wrócisz do matki”, ale wtedy – nie uwierzysz – stary się odezwał „wrócę po was chłopaki” tak im powiedział, dobre, nie? – Kicia śmieje się i klepie po udach – dwa tygodnie na niego czekali z nosami przyklejonymi do szyby, na każdy dźwięk dochodzący z klatki lecieli do drzwi, a jak słyszeli domofon, to zlatywali nawet na dół z trzeciego piętra w kamienicy. Nie wrócił. 

O nowej rzeczywistości, w której rządzi praca 

Kicia patrzy przez okno. Bawi się złotym pierścionkiem. – W końcu wzięłam rozwód. Po co mi więcej jego długów? Na co miałam czekać? Udało się. A, ty kochana, chciałaś więcej o tych pieniądzach. To tak jak mówiłam, mamusia sprzedała mieszkanie, wprowadziła się do nas. Miała niską emeryturę, ale byłe prządki nie mogły jakoś specjalnie liczyć na łaskę państwa, a ja zaczęłam dorabiać. Pracowałam po 12 godzin w sklepie, a po pracy szyłam dla prywaciarza. Przywoził rzeczy w worku, czasami były karteczki, co do zrobienia, czasami nie i trzeba było szukać. Przy dobrym świetle latem mamusia siadła i pomogła, przy gorszym musiałam szyć sama. Czasami było pracy na dwie godziny, a czasami na sześć. Im więcej brałam i szybciej szyłam, tym lepiej płacił, ale nigdy nie było wiadomo, ile przywiezie. Raz przywiózł trzy worki, ja chora z gorączką, ale nie ma rady, szyć trzeba. Usnęłam nad maszyną, cudem nie przyszyłam sobie palców do spodni. Innym razem nie było go trzy tygodnie, nie miałam za co dzieciakom butów kupić, chodzili w dziurawych. Na co szły pieniądze? Na jedzenie – wykarm dwóch dorastających chłopaków, na ogrzewanie, to była kamienica, tutaj się ogrzewa prądem. Zimą siedziałam w trzech swetrach i rękawiczkach bez placów. Mamusia spała pod pierzyną, pod koniec to była taka chudziutka i malutka, że jej wcale nie było z łóżka widać. Gorące butelki z wodą jej wkładałam do łóżka, żeby cieplej było. Dzisiaj to ja mam luksusy. Sama mieszkam i dwa pokoje od miasta dostałam, bo moja kamienica na rewitalizację poszła. Wodę mam w kranie, ogrzewanie z miasta, sypialkę własną – luksus! 

Co by było gdyby? Być może lepiej 

– Co bym zrobiła, jakbym wtedy miała pieniądze? Kupiła nam wspólnie z mamusią trzy pokoje w blokach. Żyła spokojniej, może mniej bym pracowała, a tak moich chłopaków to wychowały sąsiadki i babcia. Na szczęście żyliśmy wtedy wśród swoich. Każdy każdego znał i musieli się zachowywać, bo wszystko wiedziałam jeszcze zanim weszłam na trzecie piętro. W kamienicy obok mieszkała ich nauczycielka, surowa była i dobrze. Udało się, ale mogło się nie udać. Dlatego mówię zawsze dziewczynom: chcesz ślubu, to bierz, ale zrób rozdzielność u prawnika i miej swoje pieniądze, okładaj, oszczędzaj, to się zawsze przyda. 

Marysia: wielka miłość, która czasami za szybko się kończy  

Z Marysią rozmawiamy online. Ma szczupłą twarz i bardzo duże oczy. Mówi cicho i powoli, jakby się czegoś bała. Za jej plecami na dywanie bawi się jej 4-letnia córeczka Iza. Marysia pracuje w szkolnej bibliotece, bardzo lubi swoją pracę. Nie zarabia kokosów, ale nie ma również pełnego etatu, tylko tak może zajmować się Izusią. 

Mgła, która zmieniła wszystko 

– To był październik. Zwyczajny dzień, wtorek. Maciek jak zwykle pożegnał się ze mną i z Izusią, wsiadł na rower i pojechał do pracy. Pogoda była ładna,  tylko mgła nie dawała mi spokoju. Maciek śmiał się, że jak zwykle panikuję, że ma się przejaśnić na popołudnie. – Marysia mówi wolno, jakby czytała z karki – Z mgły wyjechał rozpędzony Ford Mondeo, kierowca zapatrzył się w ekran smartfona, domykał jakiś ważny „deal”, jak zeznawał później w sądzie. Za późno zauważył Maćka. – Marysia milknie i zaciska usta w wąską kreskę. Dłonie, którymi podnosi kubek, drżą lekko. Trzyma kubek w dłoniach, zagląda do jego wnętrza. Nie pije. 

Czas na chłodne kalkulacje 

– Telefon z policji. Ja na zakupach, z wózkiem, marudzącą Izą, nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Jak dotarło wreszcie do mnie, co mówi policjant, wypadły mi z rąk siatki. Pomidory potoczyły się po chodniku, miałam zrobić spaghetti na kolację. Zadzwoniłam do brata Maćka, on i bratowa przyjechali do mnie i bardzo mi pomogli. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu, a Maćka rodzice nie żyją. Do pogrzebu było ciężko, próbowałam się trzymać. Iza nie rozumiała, co się dzieje, ciągle chciała na ręce, była taka nieznośna. Miała zaledwie 16 miesięcy, gdy Maciek zginął. Po pogrzebie zaczęło powoli do mnie docierać, że nie mam środków do życia… Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, a wiosną zaczęła się budowa naszego domu. Oczywiście na kredyt. Banki jeszcze wtedy nie robiły problemów z hipoteką. Maciek poprzedniej zimy kupił auto, też na kredyt. Był informatykiem, mogliśmy sobie na to pozwolić. – mówi, jakby chciała usprawiedliwić nieżyjącego męża –  Ja byłam na wychowawczym, ale to było wszystko załatwione ze znajomym Maćka. Pamiętam, że zostało mi na koncie 280 złotych z jego ostatniej pensji. Dostałam jeszcze zasiłek i pieniądze z ubezpieczenia, ale czynsz za nasze mieszkanie wynosił 1200 do tego opłaty, wyżywienie i raty kredytów, na które potrzebowałam kolejne 2000 złotych. Myślałam, że oszaleję. Przez chwilę myślałam nawet, czy się nie poddać, ale – pewnie uznasz, że to śmieszne – przyśnił mi się Maciek. W tym śnie byliśmy na Korfu – tam spędziliśmy naszą podróż poślubną – Maciek obejmował mnie, śmialiśmy się, świeciło słońce i nagle on powiedział „żyj” i sen się skończył. Wtedy zrozumiałam, że jeśli kiedykolwiek chcę go zobaczyć, teraz muszę wziąć się w garść. – Marysia patrzy gdzieś w bok i delikatnie się uśmiecha. 

Bezcenne wsparcie i bezinteresowna pomoc 

– Brat Maćka pożyczył mi 5 tysięcy, a bratowa pomogła z prawnikami. Sprzedałam samochód i spłaciłam cały kredyt. Sprzedałam dom dzięki ich pomocy. Zapłaciłam karę za wcześniejszą spłatę kredytu hipotecznego, zostało tyle, żeby na kilka miesięcy wynająć kawalerkę. Byłam dumna. Wymówiłam dwa pokoje. Właścicielka nie robiła problemów i nawet oddała mi kaucję i dała różaniec na drogę. To był jednej z najmilszych gestów, jakich doświadczyłam w życiu, ale nie ostatni po śmierci Maćka. Mam wrażenie, że odkąd nauczyłam się prosić o pomoc i przestałam udawać, że sobie radzę, wszechświat naprawdę ruszył mi na pomoc. Zadzwoniła przyjaciółka, której mama jest dyrektorem szkoły. Dostałam pracę w bibliotece, poszłam na studia zaoczne. Moja inna koleżanka wzięła Izę do swojego przedszkola, płacę tylko za wyżywienie. Dwa tygodnie temu dostałam kredyt w banku, kupiłam nam malutkie mieszkanie dwupokojowe blisko parku, za miesiąc się przeprowadzamy. Teraz mój kolega – Marysia lekko czerwieni się przy słowie „kolega” – pomaga w remoncie. 

Warto mieć swoje pieniądze 

Co chciałabym powiedzieć innym dziewczynom? Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej. Dużo nad tym myślałam w bezsenne noce po śmierci Maćka. Gdybym miała odłożone swoje pieniądze, nie musiałabym pożyczać od rodziny. Może skończyłabym budowę domu i zarobiła na sprzedaży nieruchomości, a tak musiałam sprzedawać szybko rozgrzebaną inwestycję… Czułabym się pewnej i bezpieczniej. Dzisiaj nie zdecydowałabym się na urlop wychowawczy, szukałabym jednak żłobka i wróciła do pracy. Chociaż Maciek nigdy nie dał mi odczuć, że nie mam pieniędzy. On… – Marysia musi głęboko odetchnąć – ciągle mi proponował „kup to, kup sobie tamto”, a ja nie chciałam. Często sam robił mi prezenty. A ja?  Jedna bluza, dwie pary spodni i buty, nie potrzebowałam wiele. Teraz wiem, że chcę zadbać o siebie i o Izę pod każdym względem, ale za swoje pieniądze. 

Iwona: nowa miłość, nowe życie i wielka pomyłka 

Kolejna rozmówczyni nie chce, żebym poznała jej twarz. Jest najbardziej tajemnicza, ale gdy opowiada mi swoją historię, przestaję się dziwić. Jej życie przypomina film sensacyjny i pewnie niejeden scenarzysta znalazłby w jej słowach gotową historię. 

Apetyt na miłość 

– Iwona, mam na imię Iwona. Słyszysz mnie? – pyta, gdy łączymy się na What’s upie. – Dobrze, będę opowiadać. Możesz notować, nie ma problemu. Mam na imię Iwona i mam 47 lat. Tego człowieka – przez całą rozmowę będzie go właśnie tak nazywać „tym człowiekiem” – poznałam, gdy miałam lat 35 i 12-letnią córkę. Zwolnili mnie z pracy w szwalni, siedziałam na zasiłku i myślałam, co dalej. Odpowiedziałam na ogłoszenie matrymonialne w radiu. Koleżanki pukały się w głowę i śmiały ze mnie. Urządzałyśmy takie babskie spotkania, no wiesz – moja rozmówczyni trochę się rozluźnia i przestaje brzmieć, jakby czytała z karki – śledzie, wódka i tort, takie to były babskie nasiadówy, moja córka bawiła się z dziećmi, a my mogłyśmy nakręcić sobie wałki, zrobić paznokcie i trochę ponarzekać. Ojciec mojej córki poszedł do więzienia, a późnej zniknął. To było takie głupie… Ja, dziewczyna z dobrego domu – ojciec lekarz, matka nauczycielka, najlepiej w szkole zdałam maturę, poszłam na studia. Tam poznałam brata mojej koleżanki. Dziewczyna była fajna, ale brat to taki typ spod ciemnej gwiazdy, a ja – głupia gęś zakochana w Skrzetuskim – śmiej się, jeśli chcesz, taka właśnie byłam. Miałam warkocz i okulary w grubych oprawkach. Ja postanowiłam, że go zbawię, a on, że mnie uwolni. Jak wpadłam, to się skończyło love story… – Iwona milknie na chwilę – co to ja miałam… aha, ogłoszenie matrymonialne, bo ja chciałam pana przyzwoitego, żeby odnosił się do mnie i do mojej córki z szacunkiem, żeby rodzinę mieć, chciałam kochać na poważnie. 

Szansa na nowe, piękne życie 

I taki pan, wyobraź sobie, do mnie napisał. Mieszkał w Anglii, ciężko pracował na produkcji. Zaczęliśmy wymieniać listy, później dzwonił do mnie czasem, wysłał paczkę ze słodyczami dla córki. Później jakieś kosmetyki dla mnie, chyba perfumy. Spotkaliśmy się, jak przyleciał tutaj odwiedzić matkę. Pan starszy ode mnie o 10 lat. Na poziomie, niepijący i niepalący. Miło się odzywał, córka go polubiła. Kwiaty mi kupował, zapraszał do kawiarni. Urlop szybko minął i musiał wracać. Już wtedy zaproponował, żebym z nim poleciała. Najpierw myślałam, że upadł na głowę, ale zaczęłam myśleć. Jeden dzień, drugi, trzeci, czwartego dnia zaprosiłam koleżanki, gadamy, opowiadam, a one mówią, że to może dobry pomysł. W Anglii więcej płacą, pracę bym znalazła, córka się przyzwyczai. Właśnie córkę to chciałam zostawić tutaj i pojechać najpierw sama na próbę. Ten człowiek zaoferował, że mała może zostać u jego matki. Poznałam tę kobietę i była bardzo miła i życzliwa. Gdy byliśmy u niej, zapytała jaką kawę lubię i zaprosiła mnie do kuchni. Ten człowiek coś oglądał w telewizji. Jego matka konspiracyjnym szeptem powiedziała do mnie znad filiżanki pełnej proszku, który miał się zamienić w cappuccino orzechowe: „uciekaj dziecko!”, ale nie zapaliła mi się żadna lampka. Myślałam, że starsza pani ma swoje dziwactwa, wiesz, tekściki i takie inne. Gdy pojechałam do niej z córką, bardzo serdecznie przyjęła małą, mnie znowu wzięła do kuchni i dała mi 500 złotych. Nie chciałam przyjąć tych pieniędzy „Schowaj to – powiedziała – i wydaj, gdy będą Ci najbardziej potrzebne, gdy nie będzie wyjścia. Jak nie wydasz, to mi oddasz” i tym mnie przekonała. Wezmę, zawiozę i wrócę. Na koniec dodała „Niech to będzie nasza matczyna tajemnica”. Schowałam pieniądze do torby i szybko wyszłam. Ten człowiek kupił mi bilet. Miałam około 20 funtów i pieniądze od jego matki. W moim mieszkaniu miał zatrzymać się brat przyjaciółki. Dostał lokum w zamian za czynsz i dbanie o kwiatki. – Iwona przerywa rozmowę, musi odebrać paczkę od listonosza. 

Sielanka, która trwała tylko chwilę 

– Zamówiłam nowy magazyn ogrodniczy, wybacz słonko. Już jestem. Na miejsce doleciałam wieczorem. Pierwszy raz leciałam samolotem, byłam taka przejęta i zmęczona. A w Anglii jak to w Anglii – ciemno, zimno i deszcz. Ciągle ten deszcz. Ten człowiek przysłał po mnie kolegę, bo musiał zostać w pracy. Pojechaliśmy autobusem na przedmieścia do małego domku. Myślałam, że to będzie nasz domek, okazało się, że mamy jedynie pokój w piwnicy. Zdumiałam się, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że przecież mężczyźni nie potrzebują wielkich luksusów i na pewno wkrótce coś znajdziemy. Ten człowiek ucieszył się na mój widok. Przyniósł kwiaty i kolację – burgera z frytkami. Następnego dnia miał wolne, więc mieliśmy przejść się po miasteczku i poszukać dla mnie pracy. Z pracą nie było żadnego problemu – szukali pracowników magazynu. Praca ciężka, ale czas mijał szybko, pracowałam z innymi Polkami, brygadzista był dla mnie bardzo miły, wpadłam mu w oko. 

Bolesne zderzenie z rzeczywistością 

Po trzech dniach dostałam jednak wymówienie, a ten człowiek załatwił mi pracę w swojej fabryce. Tutaj nie było już tak miło, tempo szybsze, przerwy krótsze i ciągle śmierdziało. Mnie jednak ludzie lubią i szybko zaczęłam się ze wszystkimi dogadywać, dbał o mnie szczególnie jeden kolega. Nic złego nie robił, pomógł coś przenieść, raz podał mi coś z półki i przytrzymał drzwi na zaplecze. Temu człowiekowi to jednak wystarczyło, po pracy nie odzywał się do mnie, a później zrobił mi awanturę. Szybko się pogodziliśmy i był spokój. Aż do czasu, gdy były moje imieniny i dostałam od kolegi kwiatka. Ten człowiek nic nie powiedział, ale zrobił się cały czerwony. A to był zwykły kwiatek za 10 p. Wtedy przez moment poczułam się dobrze, trochę zazdrości, jak to mawiają w związku, jest potrzebne. W domu najpierw się nie odzywał, a później mi przywalił. Bez uprzedzenia, mocno. Ogłuszył mnie. Później bił mnie jeszcze głowie. Powiedział, że już więcej tam nie wrócę. Myślałam, że żartuje, ale musiał dosypać mi czegoś do herbaty, którą mi podał po wszystkim, bo obudziłam się prawie w południe, a drzwi były zamknięte na klucz. Od tego dnia zaczął się mój horror. Nie mogłam pracować, nie mogłam sama wychodzić, nie mogłam dzwonić do córki. Dni zlały się w jedno. Miałam wiadro, bo w piwnicy nie było toalety. Miałam gotować, sprzątać, prać, kiedy mi kazał. Najpierw byłam cicho, później krzyczałam, ale nikt z domu mi nie pomógł. Dowiedziałam się o wiele, wiele później że powiedział tym ludziom, z którymi mieszkaliśmy, że jestem chora psychicznie, okłamałam go i nie wzięłam leków z Polski. Oni mu uwierzyli. Nie przestawał mnie bić. Bił mnie, gdy byłam niemiła, gdy nie chciałam uprawiać z nim seksu, gdy płakałam za domem lub ugotowałam coś inaczej, niż on chciał. Bił mnie, gdy nie poszło mu w pracy albo gdy koledzy się z niego śmiali. Modliłam się do Najświętszej Panienki, żeby wrócić do domu, do córki. 

Ratunek, który mógł nie nadejść 

Pomoc przyszła zupełnie niespodziewanie. Znajoma, z którą pracowałam na magazynie w tej pierwszej pracy, postanowiła mnie odwiedzić. Przyszła do nas i gdy on nie patrzył, wyszedł na chwilę na korytarz, podsunęła mi serwetkę z napisem „jeśli dzieje Ci się krzywda mów o Klaudii” szybko wsunęła serwetkę do kieszeni sukienki. Ten człowiek na szczęście tego nie zauważył. Nie wiem, co by było, gdyby się zorientował… Wizyta koleżanki go zmęczyła tak bardzo, że próbował wyrzucić tę kobietę. Kiedy ja – nie wiem, skąd wzięło się we mnie tyle sił, ale powiedziałam: „Nie, ona musi jeszcze zostać, bo nie powiedziała mi o Klaudii”. I zaczęłam ją pytać, jak czuje się Klaudia, bo gdy z nimi pracowałam, to było z nią kiepsko i tęskniła za domem. Gdy znajoma wyszła, dostałam kilka razy w twarz, ale modliłam się jedynie, by ktoś mi pomógł. Nie wierzyłam, że ratunek nadejdzie, to było dla mnie niemożliwe. Dwa dni później usłyszałam walenie w drzwi naszej piwnicy. Ten człowiek otworzył, został wepchnięty do środka pokoju. Jakiś mężczyzna trzymał go za gardło i przyciskał do lodówki, drugi stał za nim. Trzecią osobą, która weszła do pokoju, była tamta kobieta. „Pakuj się, wracasz do domu” . Na lotnisku oddałam jej 500 złotych. Tyle kosztował bilet. Gdy samolot oderwał się od ziemi, po moich policzkach płynęły łzy i nie przestały aż do samego lądowania. 

Doświadczenie matki, wnioski dla córki 

Na lotnisku cały czas oglądałam się za siebie, czy nikt mnie nie śledzi. Dopiero następnego dnia dotarłam do mieszkania jego matki. Gdy mnie zobaczyła, przeżegnała się i powiedziała tylko „przepraszam”. Zgłosiłam sprawę na policję. Dużo pomogła mi wychowawczyni mojej córki i moja koleżanka. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała przy sobie tamtych pieniędzy. Możliwe, że Ci ludzie i tak by mi pomogli, a może nie, nie wiem. Dzisiaj moja córka ma 24 lata, pracuje, ma swoje pieniądze. Nie opowiedziałam jej, co zdarzyło się w Anglii, ale zaczęłam uczyć, że ma zarabiać, być niezależna. Chcę, żeby miała dobrą pracę i związała się z facetem, który też umie ciężko pracować i zarobić pieniądze. Co mogę powiedzieć młodym dziewczynom? Jeśli szukacie pracy, to szukajcie dobrej pracy, a jeśli mężczyzny, to dobrego mężczyzny i te dwie rzeczy wcale nie muszą iść w parze. 

Kinga: mąż dobry do czasu

Mojego męża poznałam na konferencji – opowiada drobniutka blondynka w dużych okularach w złotych oprawkach.  Ja – świeżo upieczony pracownik, kilka miesięcy wcześniej skończyłam studia, dostałam dyplom i wyruszyłam na podbój wielkiego świata. On – dyrektor handlowy starszy ode mnie o ponad 10 lat. Doskonale ubrany, przystojny, elokwentny. Rozmawialiśmy kilka minut i byłam przekonana, że nigdy więcej się nie spotkamy. Nie doceniłam go – Kinga uśmiecha się smutno na to wspomnienie – zdobył mój służbowy numer telefonu i umówił się na spotkanie, jako klient. Trochę mnie zdziwiło, że specjalnie do mnie przyjechał z innego województwa ponad 300 kilometrów. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że musi być naprawdę zachwycony naszymi pozytywnymi opiniami w sieci… 

Owinięta wokół palca 

Oczywiście tak poprowadził pierwsze spotkanie, że niczego nie udało się ustalić i kilka dni później musiał przyjechać znowu. Tym razem zaprosił mnie na lunch. Widziałam już, że starsze stażem koleżanki wychodzą na lunche z klientami, więc czułam się wyróżniona – w duchu skakałam z radości! Później zaczęliśmy do siebie dzwonić, najpierw w sprawach służbowych, później on poprosił mnie o prywatny numer telefonu. Pół roku, tyle minęło od pierwszego spotkania, gdy mi się oświadczył. To były nasze wakacje w Rzymie, mój pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem – byłam dosłownie i w przenośni wniebowzięta! I on, opiekujący się mną w tak piękny sposób, trzeba przyznać, że miał maniery dżentelmena: odsuwał mi krzesło w restauracji, podawał ramię podczas spaceru, mówił do mnie „kochanie” w taki serdeczny sposób. Zmiękłam, roztopiłam się jak rzymskie lody w upał. Dzisiaj myślę, że owinął mnie wokół palca… 

Wielka miłość i wielkie zmiany – czy na pewno na lepsze? 

Rzuciłam pracę i zamieszkałam w jego mieście. Szybko znalazłam zatrudnienie, a później wszystko nabrało tempa: ślub i ciąża. To była wielka miłość, ale pociągała za sobą wielkie zmiany, byłam przerażona. Jemu zależało na dziecku, w końcu był już grubo po 30-stce. Ja uważałam, że mam czas, ale pozostał w tej kwestii stanowczy. Gdybym wtedy zauważyła, że jest to człowiek, który zawsze potrafi postawić na swoim, jeśli nie od razu, to po jakimś czasie. Nieważne, jakimi środkami, on zawsze osiąga to, czego chce – Kinga uśmiecha się, ale nie w tym uśmiechu radości, w jej głosie pobrzmiewa gorycz – dziecko i od razu bliźniaki. Byłam przerażona, ale powiedział, że ze wszystkim sobie poradzimy. Zaczął szukać większego mieszkania, urządzać je dla nas. Pokój dla dzieci, salon, piękna kuchnia. Ja puchłam, a on zdawał się pękać z dumy. Pierwsze dziwne zachowania, które pamiętam, bo musiało ich być więcej, tylko nie zwracałam na nie uwagi, dotyczyły właśnie ciąży. Musiałam iść do ginekologa, którego on wybrał, chociaż wolałam innego lekarza. Miałam rodzić w konkretnej klinice i tutaj również nie miałam nic do powiedzenia. Spisał ze mną plan porodu, ale byłam tak zmęczona, że niewiele z tego pamiętałam. Później dowiedziałam się, że to on chciał, abym za wszelką cenę rodziła bliźniaki naturalnie – wyobrażasz sobie? Uważał, że tylko poród SN to prawdziwy poród. Wybrał również położną – bardzo nieprzyjemną kobietę, która wcale nie chciała mnie słuchać i w czasie porodu na mnie krzyczała. Zabronił mi karmić piersią, ponieważ uznał, że zepsuje mi się biust – wcześniej uwielbiał moje piersi – i poinformował o tym cały personel kliniki, tylko nie mnie. 

Groźba, która zmieniła wszystko 

Najgorsze jednak było to – Kinga nie może poradzić sobie ze łzami, które napływają jej do oczu – że zmienił imiona naszych dzieci. Urodziłam dwie śliczne dziewczynki, jedna miała mieć na imię Amelka, a druga Weronika, a on nazwał je: Monika i Patrycja. Kompletnie tego nie rozumiałam, a gdy zwróciłam mu uwagę – tak naprawdę to zrobiłam scenę – najpierw z dobrodusznym uśmiechem powiedział, że coś mi się pomyliło, a później podszedł bardzo blisko mnie i wyszeptał: „Jeśli się nie uspokoisz, powiem wszystkim, że masz depresję poporodową, zamkną Cię w klinice psychiatrycznej i dopilnuję, żebyś już nigdy nie zobaczyła dzieci.” Poddałam się, miałam zdrowe dzieci i to było dla mnie najważniejsze. 

Wspomnienia, które ciągle bolą  

Dalej było tylko gorzej. Całe macierzyństwo polegało na zadowalaniu jego potrzeb i spełnianiu jego wizji idealnej matki. To on określał jaka mam być, co mam nosić, jak mam mówić. Do dzisiaj na widok skromnej sukienki zapinanej od góry do dołu na guziczki dostaję mdłości. Dość szybko musiałam również spełniać małżeński obowiązek. Nie przejmował się, że dzięki niemu miałam za sobą bardzo długi i bolesny poród. Jego potrzeby były najważniejsze. I pieniądze! Każdego dnia żałowałam, że nie miałam swojego kapitału, swojego konta. Tyle, żeby opłacić wizytę u dobrego prawnika i poszukać mieszkania w innym mieście. Nie miałam niczego, tylko kartę do jego konta, na które wpływały wszystkie świadczenia na dzieci. Kartę dawał mi i zabierał wedle uznania. Raz wyjechał w delegację i zapomniał jej zostawić. Zapasy skończyły się po dwóch dniach – nie pozwalał robić większych zakupów, bo uważał, że za dużo wydaję i marnuję za dużo jedzenia – i nie miałam co jeść. Na szczęście ukryłam przed nim jedną puszkę mleka dla dziewczynek, więc chociaż one nie były głodne. Gdy wrócił, wyśmiał mnie, wskazując jako potencjalne źródło zarobku ulicę i komentując moją fizjologię, która wyglądała tak, jak wyglądała przez niego… – Kinga płacze, jest to jednak płacz spokojny, dwa lata terapii i pomoc bliskich zrobiły swoje – Działo się wiele okropnych rzeczy, w naszym domu  i w naszym małżeństwie. Po jakimś czasie człowiek jednak przestaje zwracać na to uwagę, rośnie mu pancerz. Znosi uwagi i inne upokorzenia, wiedząc, że nie ma wyjścia i dzieciom nie dzieje się krzywda.

Chwila, która zmusza do walki 

Kiedy poczułam, że mam dość?  Pewnego dnia weszłam do pokoju, gdy przebierał jedną z naszych córeczek. Nie widział mnie, a ja zauważyłam jego dziwne zachowanie. Na początku nie mogłam uwierzyć, byłam pewna, że mi się przywidziało. Całą noc nie spałam, tylko analizowałam zachowanie córeczek. Moje niemal 3-latki stały się wtedy apatyczne i bardziej płaczliwe, a po czasie, jaki spędziły z ojcem, garnęły się do mnie bardziej niż zwykle. Często czepiały się mojej spódnicy i chowały za mną, gdy on wracał z pracy. Gdy dodałam dwa do dwóch, musiałam włożyć sobie pięść w usta, żeby nie krzyczeć. Miałam różne myśli tamtej nocy, chciałam to zakończyć, ale nie miałam żadnej siły, nie chciałam stracić moich córek i zostawić ich z tym potworem. 

Siła, która bierze się z miłości 

Zaczęłam działać. Musiałam zgromadzić środki, trwało to w moim odczuciu wieczność. Wmówiłam mu, że córki są chore, że może się zarazić, więc przestał spędzać z nimi tak dużo czasu. Jednocześnie pracowałam nad uśpieniem jego czujności. Ucieczkę zaczęłam planować w maju, w październiku miał dużą konferencję, wiedziałam, że kilka dni go nie będzie w domu – to była moja szansa. Pomogła mi pani z kiosku, która skontaktowała się z moją rodziną. Znalazłam również prawnika. Skąd miałam pieniądze? Powiedzmy, że sprytnie robiłam zakupy – Kinga uśmiecha się lekko – niech reszta zostanie moją tajemnicą. Uciekłam. Żyję i mam się dobrze, moje dziewczynki również. Udało się uzyskać opiekę i odwiedziny tylko pod moim nadzorem, nagrywam każde spotkanie. Walka była długa i sprawiła, że mając 26 lat, całkowicie osiwiałam – Kinga śmieje się z goryczą  – próbował zabrać z mojego życia kolor, ale tylko w części mu się udało. Nie był w stanie odebrać mi siły, którą dawała mi miłość do moich córek. 

Nowe życie i piękna miłość 

Dzisiaj mam śliczne 12-letnie córeczki, nowego męża, który nas kocha i szanuje moją potrzebę niezależności. Zna moją przeszłość, więc mnie nie kontroluje, ufa mi, a wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. Mam swoją firmę – jestem psychologiem dziecięcym. Za 3 miesiące znowu zostanę mamą, pracuję tyle, na ile pozwala mi samopoczucie i lekarz. Mąż jest dla mnie wielkim wsparciem. Mój eks? Dzwoni do dziewczynek kilka razy do roku, raz na dwa lata przyjeżdża z prezentami (spotkania tylko w mojej obecności). Córki na szczęście niczego nie pamiętają z tamtego okresu, ale ja mam tę krótką scenę wyrytą w pamięci na zawsze. 

Pieniądze: bufor bezpieczeństwa 

Czy chciałabym coś powiedzieć dziewczynom? Wyjście za mąż za odpowiedniego człowieka, to piękne wydarzenie. Jednak nigdy nie możemy do końca poznać drugiej osoby. Dlatego własne pieniądze są buforem bezpieczeństwa, z których możemy w każdej chwili skorzystać. Ich posiadanie nie jest objawem braku zaufania, a właśnie dojrzałości i świadomości tego, że życie to nie jest lista od A do Z, której punkty odhaczamy od narodzin do śmierci. To wszystko jest płynne i niestałe, a już najbardziej porywy serca. Plus można zawsze trafić na jakiegoś chorego człowieka i wtedy pieniądze są gwarancją bezpieczeństwa naszego i naszych dzieci. Tak uważam. 

***

Jak przekonały się moje rozmówczynie, życie pisze własne scenariusze. Czasami takie, których nie wyśniłybyśmy nawet w najgorszym koszmarze, a także te, które sprawiają, że czujemy się jak księżniczki Disney’a. Dlaczego w takim razie tak duże oburzenie wywołuje obecnie pytanie, czy matka powinna mieć swoje pieniądze? Kobiety, które mają mocne przeświadczenie o swojej niezależności, nie odróżniają okresu macierzyństwa od reszty życia i wciąż chcą pozostać samodzielnie, również finansowo. Te, które traktują związek, jako możliwość poprawienia stopy życiowej, są przekonane, że zawsze będą miały dostęp do pieniędzy partnera, co – jak się okazuje – może być jedynie ich wyobrażeniem. Istnieją też kobiety, dla których macierzyństwo oznacza całkowitą rezygnację z kariery i pracy zawodowej, które z konieczności lub z wygody przechodzą na utrzymanie partnera lub męża. Dla nich wszystkie pieniądze są wspólne i będą wspólne przez cały okres trwania pożycia. Brakuje jednak refleksji, kiedy to pożycie może się zakończyć. 

Chociaż mamy wpływ na dobór partnera, czasami podejmujemy głupie decyzje. Zmieniają się również okoliczności, nasze potrzeby. Okazuje się, że nie do końca znamy osobę, z którą dzielimy życie, pojawia się ktoś nowy i jedno z nas chce ruszyć dalej, by żyć swoim życiem. Nie umiemy zaplanować własnego odejścia, nie znamy chwili śmierci, więc jak możemy mieć pewność, że partner będzie z nami na zawsze? 

Niezależnie od tego, w jakiej obecnie jesteś sytuacji, czy już jesteś matką, czy dopiero planujesz nią być, porządek we własnych finansach, pozwoli Ci zachować niezbędną niezależność. Nie tworzycie z Twoim partnerem jednego organizmu i różne sytuacje w życiu mogą sprawić, że będziesz potrzebowała szybko stanąć na własnych nogach. Tak jak powiedziała Marysia: „Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej.”

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo