Click it!
Change font size Change site colors contrast
Ciało

Orgazm

25 sierpnia 2019 / Alicja Skibińska

Jedne mają go na zawołanie, inne muszą się znacznie bardziej wysilić, by go osiągnąć.

Część dochodzi do niego z pomocą partnera, a część woli wziąć sprawy we własne ręce. Działa jak naturalny środek przeciwbólowy, wspomaga zajście w ciążę, pomaga się zrelaksować i ułatwia zasypianie. William Masters i Virginia Johnson udowodnili, że niezależnie od sposobu wywołania zawsze przebiega tak samo, a Meg Ryan pokazała, że można go przekonująco udawać. O czym mowa? Oczywiście o kobiecym orgazmie.

Pierwsza scena orgazmu w kinie pojawiła się w nakręconym w 1933 roku filmie „Ekstaza”. Choć kamera pokazywała wówczas jedynie twarz grającej główną rolę Hedy Lamarr, dzieło wywołało powszechne oburzenie, a w niektórych krajach zakazano jego wyświetlania.

Trzeba przyznać, że od tamtego czasu wiele się zmieniło, a sceny seksu w filmach nikogo już nie szokują. Mało tego: kolejne części „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” były krytykowane między innymi za to, że za mało w nich było golizny, a sceny erotyczne okazały się zdecydowanie zbyt zachowawcze jak na obecne standardy. Te ostatnie zmieniały się przez lata, a kolejne filmy i seriale stopniowo przecierały szlaki i przesuwały granicę tego, co dopuszczalne na ekranie. Wszyscy znamy słynną scenę udawanego orgazmu odgrywaną przez Meg Ryan w „Kiedy Harry Poznał Sally”. Dla Niny portretowanej przez Natalie Portman w filmie „Czarny Łabędź” orgazm osiągnięty przez masturbację staje się symbolicznym momentem odkrycia własnej kobiecości. Dystrybutor filmu „Nimfomanka” zdecydował się nawet na umieszczenie wizerunków szczytujących aktorów na promujących go plakatach. Co ciekawe, Shia LaBeouf odgrywający w nim jedną z głównych ról przyznał, że seks na ekranie nie był symulowany. Z kolei kultowy już serial „Seks w wielkim mieście”, wyróżniający się licznymi i odważnymi jak na swoje czasy scenami erotycznymi, zasłynął również pokazywaniem seksu w nieco bardziej realistyczny i życiowy sposób niż większość produkcji. Jedna z bohaterek, Samantha, odważnie przyznała nawet, że osiągnięcie orgazmu bywa bardzo czasochłonne i niejednokrotnie kosztuje wiele wysiłku. W ten sposób serial przetarł szlaki dla swoich następców, takich jak „The Bold Type”, w którym jedna z trzech głównych postaci, dwudziestokilkuletnia, atrakcyjna i przebojowa dziennikarka Jane zdradziła, że jeszcze nigdy nie udało się jej go zaznać.

Wszystkie te zmiany w kinie zarówno odzwierciedlają zmiany w społecznym podejściu do seksu, jak i je prowokują.

Kolejne akty przełamywania tabu często stają się pretekstem do dyskusji na temat tej sfery życia. Choć w społeczeństwie wciąż pokutuje wiele związanych z nią mitów, trudno porównać sytuację współczesnych kobiet do stanu wiedzy, jaki miały poprzednie pokolenia. Nasze prababki, nękane wątpliwościami dotyczącymi reakcji własnego ciała, nie mogły po prostu wpisać odpowiedniego hasła w Google i kliknąć „wyszukaj”. Co więcej – nawet podręczniki i encyklopedie nie były w stanie im pomóc, ponieważ w tamtym czasie wszystko to, co my już wiemy (a przynajmniej powinnyśmy wiedzieć), miało dopiero zostać odkryte i zbadane.

Dla starożytnych seks był czymś naturalnym i zdrowym.

Dopiero narodziny chrześcijaństwa przyniosły zmiany w tej materii. Według świętego Augustyna „orgazm czyni człowieka niezdolnym do myślenia oraz niszczy jego ducha”. Zgodnie z Pismem Świętym współżycie pozamałżeńskie stanowi przeszkodę do świętości. Przez wieki seks dla przyjemności był uznawany za grzech – czynność ta mogła mieć na celu wyłącznie prokreację. Przez pewien czas przewinieniem było nawet oglądanie nagości współmałżonka, a ewentualne zbliżenia (o ile można je tak nazwać) odbywały się przy użyciu tzw. koszuli mnisiej, wyposażonej w otwór na genitalia. W XIX wieku lekarze bardzo często diagnozowali „histerię” – zespół objawów (takich jak zaburzenia łaknienia, bóle głowy, problemy natury emocjonalnej oraz szeroko pojęte „stwarzanie kłopotów dla otoczenia”) występujących rzekomo wyłącznie u kobiet w wyniku niespokojnej macicy, wędrującej w górę „w poszukiwaniu wilgoci”. Ku uciesze pacjentek medycy postanowili leczyć te dolegliwości za pomocą strumienia wody skierowanego na części intymne lub ich manualnej stymulacji, a z czasem również prototypów dzisiejszych wibratorów. Co ciekawe, wibratory trafiły do gospodarstw domowych na długo przed pojawieniem się pierwszych odkurzaczy czy elektrycznych żelazek! Warto podkreślić, że wiedza na temat kobiecej seksualności nie była wówczas zbyt imponująca. Na początku XX wieku tematykę tę zdominowały teorie Zygmunta Freuda, który twierdził, iż orgazm osiągany poprzez stymulację łechtaczki jest domeną kobiet niedojrzałych, a z czasem powinien on zostać całkowicie zastąpiony przez orgazm pochwowy. Niestety, te wyobrażenia pokutują do dziś, a wiele współczesnych kobiet zgłasza się do gabinetów seksuologicznych, przekonanych, że skoro ich rozwój nie przebiega w taki sposób, to z ich organizmami jest coś nie tak.

Pierwszym wielkim przełomem dotyczącym wiedzy o seksie był słynny Raport Kinseya.

Amerykański biolog Alfred Kinsey oraz jego współpracownicy przeprowadzili ponad 10 tysięcy wywiadów z dorosłymi osobami obu płci, pytając o ich zachowania seksualne. Wyniki tych badań zostały przedstawione w dwóch książkach: „Sexual Behavior in the Human Male” (opublikowanej w roku 1948) oraz „Sexual Behavior in the Human Female” (wydanej pięć lat później). Prace te zszokowały opinię publiczną: wynikało z nich, że aktywność seksualna ma miejsce nie tylko w wieku rozrodczym, wiele osób oddaje się intymnym doświadczeniom pozamałżeńskim, masturbacja jest powszechnym zjawiskiem, a większość osób choć raz w życiu uprawiała seks oralny. Ponadto 18% badanych mężczyzn i 13% kobiet miało na swoim koncie doświadczenia o charakterze homoseksualnym. Oprócz tego Kinsey podważył dychotomiczny podział na osoby hetero- i homoseksualne, twierdząc, że nasza seksualność to kontinuum, na którym wspomniane wartości płynnie się przenikają. Według niego orientacja psychoseksualna obejmuje wiele czynników, takich jak fantazje erotyczne, zachowania, emocje, styl życia oraz samoidentyfikacja. Choć obecnie badania Kinseya bywają krytykowane za niereprezentatywność próby, nie można mu odmówić przełamania pewnego tabu i przetarcia szlaków dla kolejnych naukowców interesujących się seksualnością człowieka, a także obalenia wielu mitów, zgodnie z którymi jeśli o pewnych zachowaniach nie mówi się głośno, to znaczy, że nie mają one miejsca w rzeczywistości.

Kolejnym krokiem milowym były badania przeprowadzone przez Williama Mastersa i Virginię Johnson, którzy zaproponowali znacznie bardziej praktyczne podejście.

Pionierzy współczesnej seksuologii eksplorowali ludzką seksualność w laboratorium, używając profesjonalnej aparatury pomiarowej, między innymi specjalnie zaprojektowanego dilda wyposażonego w kamerę, pozwalającego na dokładne monitorowanie reakcji kobiecego ciała. Jak nietrudno się domyślić, ich metody wywołały powszechne oburzenie, skierowane nie tylko na fakt, iż naukowcy przyglądali się ludziom masturbującym się oraz odbywającym stosunki seksualne, ale również na spostrzeżenie, że kobiecy orgazm nie wymaga działania, a nawet obecności mężczyzny. Ich obserwacje okazały się przełomowe na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, okazało się, że fizjologiczne reakcje na erotyczne bodźce są bardzo podobne u przedstawicieli obu płci (chociaż u kobiet podniecenie pojawia się nieco wolniej). Po drugie, niezależnie od rodzaju stymulacji, szczytowanie u pań zawsze przebiega tak samo. Wniosek: rozróżnienie na orgazm łechtaczkowy i pochwowy nie ma żadnego uzasadnienia. Innym wielkim odkryciem słynnej pary badaczy był fakt, że kobiety są zdolne do osiągania wielokrotnych orgazmów.

Zgodnie z obserwacjami Mastersa i Johnson (oraz wynikami wielu późniejszych badań) cykl reakcji seksualnych u kobiety rozpoczyna się podnieceniem.

W odpowiedzi na erotyczne bodźce (o dowolnym charakterze) kobiece ciało reaguje stwardnieniem sutków, nabrzmieniem piersi oraz nawilżeniem pochwy. Kolejnym etapem jest plateau, które charakteryzuje się jeszcze mocniejszym nawilżeniem, przekrwieniem ścian pochwy oraz nabrzmieniem warg sromowych i zmianą ich barwy na ciemniejszą. Następuje erekcja łechtaczki (tak, tak, nie tylko mężczyźni mają erekcję!), która napina się, a jej gruczoły wysuwają się spod ochronnego napletka. Oprócz tego oddech przyspiesza, ciśnienie wzrasta, serce bije szybciej, a mięśnie się napinają. W tym momencie organizm jest gotowy na szczytowanie. I jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, nadchodzi ON, czyli orgazm. Jego oznakami są skurcze pochwy i dna macicy, które dają odczucie silnej rozkoszy i zaspokojenia seksualnego. Po orgazmie następuje faza odprężenia. Napięcie mięśni spada, przekrwienie narządów płciowych ustępuje, pojawia się uczucie błogostanu i relaksu. Jednak w przypadku części kobiet zamiast fazy odprężenia pojawia się „powtórka z rozrywki”, czyli plateau, po którym może nastąpić kolejny orgazm.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, podział na orgazmy pochwowe i łechtaczkowe nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Faktycznie, kobiety mogą szczytować w wyniku rozmaitych rodzajów stymulacji, jednak przebieg reakcji seksualnych zawsze jest podobny. Aby zrozumieć to zagadnienie, przyjrzyjmy się budowie łechtaczki. Z pewnością warto wspomnieć, iż jest to jedyny organ w całej ludzkiej anatomii, którego jedyną funkcją jest dostarczanie nam przyjemności! W tym (jakże szlachetnym) celu wyposażona jest w aż 8-17 tysięcy włókien nerwowych, co czyni ją najbardziej unerwionym zakamarkiem naszego ciała, zostawiającym daleko w tyle choćby język czy opuszki palców. W dodatku widoczny i możliwy do dotknięcia fragment łechtaczki to tylko jej niewielka część, zaś pozostałe znajdują się wewnątrz naszego ciała. W rzeczywistości łechtaczka jest sporym (kilkucentymetrowym) organem, otaczającym pochwę oraz cewkę moczową, który podczas podniecenia nabrzmiewa, powodując przyjemność seksualną. Należy jednak pamiętać, że każda z nas jest zbudowana nieco inaczej i właśnie stąd mogą wynikać różnice w reagowaniu na poszczególne rodzaje stymulacji seksualnej.

O tym, że orgazm jest bardzo przyjemny, doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek miał okazję go doświadczyć.

Zdaniem wielu badaczy nie jest to jednak jedyny powód, dla którego warto go często przeżywać. Regularna satysfakcja seksualna pomaga zredukować napięcie, poprawia nastrój, pomaga zwalczyć bezsenność, poprawia odporność organizmu, działa przeciwbólowo, a według niektórych badaczy także zwiększa szansę zajścia w ciążę.

Tyle teorii. A jak wyglądają nasze doświadczenia z orgazmem w prawdziwym życiu?

Aby się tego dowiedzieć, przeprowadziłyśmy ankietę, w której wzięło udział 280 kobiet w wieku od 18 do 54 lat (przy czym 62,9% respondentek mieściło się w przedziale 25-34 lata). Okazało się, że większość z nas po raz pierwszy szczytowała w wyniku masturbacji – takiej odpowiedzi udzieliło aż 66,8% ankietowanych. Pozostałe doświadczyły tego podczas stosunku waginalnego (12,5%), w czasie innego rodzaju pieszczot (11,8%) oraz w trakcie stosunku oralnego (7,5%). 1,4% kobiet nie miało orgazmu nigdy. Wbrew romantycznym wyobrażeniom wynikającym z książek czy filmów, orgazm podczas pierwszego razu zdarza się bardzo rzadko – miało go jedynie 8,6% badanych. Zdecydowana mniejszość, bo tylko 16,4%, doświadcza go w wyniku każdego stosunku.

Aż 59,6% kobiet przynajmniej raz udawało orgazm. Dlaczego?

Wśród najczęściej powtarzających się uzasadnień znalazły się: chęć sprawienia przyjemności partnerowi, obawa o sprawienie mu przykrości i urażenie jego „męskiej dumy”, a także dążenie do jak najszybszego zakończenia nieudanego seksu.

38,9% uczestniczek badania deklaruje, że orgazm podczas stosunków waginalnych (bez dodatkowej stymulacji łechtaczki w trakcie) zdarza im się bardzo rzadko. 30% osiąga go w taki sposób bez problemu, zaś 31,1% – nigdy. 62,1% z nas przynajmniej raz doświadczyło orgazmu wielokrotnego. 57,9% ankietowanych deklaruje zadowolenie z tego, jak często szczytują. 38,2% pań uznaje swoje życie erotyczne za satysfakcjonujące, 35% przyznaje, że „jest OK, ale mogłoby być lepiej”, zaś 26,8% w ogóle nie jest z niego zadowolonych.

Jak widać, choć teoretycznie każda z nas przeżywa orgazm w ten sam sposób, nasze doświadczenia i spostrzeżenia w tej sferze znacznie się od siebie różnią. Nie należy się temu dziwić: każda z nas jest inna i wyjątkowa, a nasze ciała wymagają indywidualnego podejścia. Warto zaakceptować te rozbieżności i po prostu cieszyć się tą jakże istotną częścią naszego życia. Im lepiej znamy własne ciała i potrzeby, tym łatwiej jest nam osiągnąć przyjemność.

Ciało

Wstyd wynosi się z domu

16 listopada 2020 / Monika Pryśko

Siadamy w fast foodzie na dworcu w Gdyni i rozmawiamy o wstydzie.

Setki osób w ciągu godziny mija nasz stolik, totalnie ignorując fakt, że mowa o kobiecych delikatnych emocjach, o kobiecym ciele. Rozmawiamy o intymności w miejscu, gdzie o nią trudno. Ale za to łatwiej o szczerość. W końcu nikt oprócz mnie nie słyszy...

Skąd ten wstyd dotyczący ciała? Aga mówi, że wstyd wynosi się z domu. Od zawsze słyszała, że brudów nie pierze się publicznie. Że intymne sprawy załatwiamy w domu. To kwestia wychowania. 

Czym innym jest mówienie – mój mąż jest alkoholikiem. A czym innym – coś mi wychodzi między nogami!

Ta rozmowa jest o wstydzie.  

 

________________________________________

 

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiała z moją mamą o tym, czym jest srom czy pochwa. W naszym domu się o tym nie mówiło. Gdy w liceum chciałam iść do ginekologa, bo moje koleżanki już były, usłyszałam: a po co ci? Zawracanie głowy! Idź, jak będziesz
w ciąży!

Pierwszy raz byłam u ginekologa w wieku 24 lat. Bardzo się wstydziłam. Wstyd było mi mówić o ,,tych sprawach’’. Potem poszłam, gdy zaszłam w ciążę. Miałam 27 lat. 

W szpitalu był nacisk na poród naturalny. To było moje pierwsze dziecko, zdałam się na wiedzę lekarzy. Zdecydowali, że mogę rodzić siłami natury. Dziecko było duże, nie zdążyli naciąć krocza i mnie prawie rozerwało.

Gdy poszłam do lekarza na kontrolę pokazując ,,takie małe pęknięcie’’, złapał się za głowę. Małe? Pęknięcie III stopnia? Od 20 lat jestem ordynatorem w szpitalu i taka sytuacja zdarzyła mi się trzy razy. 

Zbadał mnie i mówi – to, co jest na zewnątrz, to wierzchołek góry lodowej. Jest pani tak porozrywana, że w środku wszystko jest zniszczone.

Zapytał, jak to możliwe że w XXI wieku doszło do czegoś takiego?

Nie wiem.

Odpowiedziałam, że dobra, trudno… 

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie czeka.

Zapytał, czy mam nietrzymanie moczu. 

Skądże, panie doktorze!

A nietrzymanie kału?

Ja? Skąd!

To prędzej czy później będzie pani miała takie dolegliwości.

A ja, cała czerwona ze wstydu, pomyślałam, że jakoś to będzie.

Nie minął nawet rok, a ja znowu byłam w ciąży. 17-18 tydzień – wstaję i czuję, że ,,coś’’ ze mnie wychodzi. Jezus, Maria, to chyba dziecko! To była moja pierwsza myśl. Miałam niemal 30 lat, a taka właśnie była moja świadomość własnego ciała.

Pojechałam do szpitala i usłyszałam, że to niemożliwe. Ja na to, że coś tam jest, przecież czuję! Na co pani pielęgniarka dzwoni do lekarza mówiąc głośno na cały korytarz: przyszła pani, która twierdzi, że coś jej zwisa między nogami i że to jej dziecko wychodzi!  

Wstyd w skali od 1 do 10? 10.

Lekarz podczas badania spojrzał na mnie i powiedział: to nie dziecko, tylko śluzówka. Nie zna pani swojego ciała?

Szyjka zaczęła się skracać wraz ze wzrostem dziecka i to, co zostało rozerwane przy pierwszym porodzie, zaczęło wychodzić na zewnątrz. Założono mi wtedy specjalny pierścień na szyjkę macicy, by jeszcze bardziej się nie obniżyła. Już i tak była za nisko.

Zapytałam wtedy, czy konsekwencje pierwszego porodu, czyli pęknięte krocze, będą miały negatywny wpływ na drugi poród. Nie, nie, nie. Nie ma co o tym myśleć, może pani urodzić naturalnie. Jestem realistką, nie „cackam się” ze sobą. Skoro mogę, to mogę. Córka ważyła 4800 g. Urodziłam siłami natury. 

Lekarz po wszystkim stwierdził, że powinna być cesarka. Ale według USG córka miała ważyć maksymalnie 4300 g. Skoro więc pierwsze dziecko było duże, to tym bardziej drugie dam radę urodzić. 

Było coraz gorzej. Wszystkie mięśnie były osłabione, przecież nie zdążyły się zregenerować po poprzedniej ciąży. Były takie sytuacje, gdy musiałam iść do toalety i ,,to’’ sobie ,,tam’’ wepchnąć. Czy czułam się kobieco? Nie. Wkładki, podpaski każdego dnia, w razie czego. Obcisłe spodnie i kontrola przed lustrem – czy nic nie widać.

Myślałam, że po prostu muszę do tego przywyknąć. Gdy bolał mnie brzuch, myślałam, że tak ma być. Ból podczas schylania się czy podczas zwykłych codziennych aktywności wydawał się naturalny, w końcu urodziłam naturalnie bardzo duże dzieci. 

Ale nie można tak żyć. Rok temu kupiłam sobie skakankę. Raz podskoczyłam i musiałam wracać do domu zmienić ubranie. 

Przez tych kilka lat odwiedziłam wielu lekarzy. Praktycznie każdy z nich mówił, że faktycznie jest problem, ale jestem za młoda na operację. W tym wieku takich zabiegów się nie robi. Takie problemy, jak miałam ja, mają kobiety dwa razy starsze ode mnie lub młodsze, ale wstydzą się o tym mówić. No bo jak obcej osobie przyznać się do nietrzymania moczu, czy do tego, że „pochwa wychodzi na zewnątrz”? To nie pasuje do obrazu współczesnej młodej mamy. Bo te korzystają z życia, uprawiają sporty, wrzucają na Instagram sałatkę z jarmużem. A ja? Siedzę na kanapie lub czekam na ławce na placu zabaw, bo przecież nie podbiegnę, nie podskoczę. Boję się kichnąć, bo nie dość, że się zsikam, to jeszcze mnie to boli.

Dopiero ostatni lekarz, do którego poszłam, upewnił mnie, że wcale nie muszę się tak męczyć. To, co mnie najbardziej zszokowało to fakt, że ów lekarz pogratulował mi odwagi  i obiecał pomóc.

Osłabione mięśnie dna miednicy. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie miały ten problem  i potrzebna była operacja. Ale po 50-tce, a nie po 30-stce. Gdy mówiłam mojej mamie o swoich dolegliwościach, mówiła – co ty wymyślasz, jesteś za młoda. Z tym, że urodziłam duże dzieci, co zdecydowanie pogorszyło sprawę.

Przed operacją wykonałam kilka badań. Kolposkopię, bo na szyjce pojawiła się „zmiana” oraz badanie urodynamiczne, które uwidoczniło skalę problemu – obniżona macica przycisnęła pęcherz i nie opróżniał się do końca. Stąd bóle brzucha, ciągłe parcie na mocz.

Dodatkowo przepuklina – jelita zeszły do pochwy. Konsekwencje mogłyby być bardzo poważne.

Ale żaden lekarz mi wcześniej tego nie powiedział. Żaden nie ostrzegł – dziewczyno, powinnaś iść na operację! Zrób ze sobą porządek, korzystaj z życia! Dopiero ostatni mój lekarz przyznał, że z takimi dolegliwościami przychodzą do niego kobiety po 50-tce, gdy już nie mogą chodzić, bo wszystko mają na wierzchu. Zapytał mnie, na co jeszcze czekam. Jestem matką, która zamiast jeździć z dzieciakami na rowerze, będzie grzała ławkę
w pampersie.

Najgorzej było powiedzieć lekarzowi pierwszy raz, potem już machina ruszyła. Okazało się, że to, co dla mnie było powodem do wstydu, dla lekarza jest codziennością, kolejnym przypadkiem. A ja musiałam się przełamać, by się „przyznać”, tak jakbym zrobiła coś złego. Bo przecież to „wstyd” opowiadać o TAKICH rzeczach obcemu facetowi – tak by to widziała moja mama, która do ostatniej chwili zwlekała z przyznaniem się do tego lekarzowi. Kwestia wychowania.

Seks? Wszystko mnie bolało. Łzy leciały, a ja miałam w głowie myśl, że muszę odwalić ten małżeński obowiązek dla świętego spokoju. Wstyd mi było przyznać, że coś ze mną jest nie tak. Wstydziłam się powiedzieć mężowi. Żeby nie pomyślał, że jestem stara i zużyta. Bałam się, że zaraz sobie kogoś znajdzie. Że też widzi te piękne kobiety na Instagramie. Te, które swobodnie podbiegają do autobusu, wskakują na schody, podnoszą dzieci do góry. A ja ciągle zmęczona i zniechęcona. Bo się wstydziłam przyznać, że mnie boli.

Wszystko się zmieniło, gdy po poszłam do pracy, 3 lata temu. W domu moje dolegliwości nie przeszkadzały mi aż tak bardzo. 

A tam? Zaproszenie na siatkówkę, na rower, wspólne wyjścia na fitness, bieganie. Byłam już tak zmęczona wymyślaniem wymówek… 

Powiedziałam mężowi o wszystkim. Rzucił – na co czekasz? Ja zostaję z dziećmi, a ty zadbaj o siebie. Niczym się nie przejmuj.

Dziś minęło prawie pół roku od operacji. Mam 35 lat, jestem mamą dwójki dzieci. Na urodziny dostałam od męża rolki. Jeżdżę razem z córką. To nasz czas i wspólna pasja. Skakanka już nie kurzy się w szafie. Biegam i ćwiczę. Koncerny „podpaskowe” wspieram tylko w „te” dni. 

Cieszę się sobą, dziećmi, rodziną, życiem. 

 

Skala wstydu

W szpitalu przed operacją w badaniu uczestniczyło z 10 osób. Sami faceci. Lekarz robi USG i mówi: no tutaj widzimy obecność w pochwie kulek kałowych. I wszyscy z zaciekawieniem zerkają w monitor USG i na mnie, a ja czuję, jak grzeje mnie czerwień moich policzków.

Wstyd w skali od 1 do 10? 10.

Kobiety to jednak mają przerąbane. Człowiek by chciał być subtelny, tajemniczy, kobiecy…
a tu głośne i wyraźne kulki kałowe. 

I kręcenie głowami z politowaniem: jak pani mogła tak długo z tym chodzić?

A to przecież lekarze przez kilka lat twierdzili, że jestem za młoda na operację!

Czy można być za młodym na choroby? One po prostu się zdarzają, bez względu na wiek.

Wtedy ordynator, który nie chciał słyszeć o operacji, przyznał, że trzeba mi pomóc. No w samą porę! Niedługo żołądek wyszedłby mi przez pochwę.

Decyzja – plastyka pochwy połączona z założeniem taśmy TVT na pęcherz. Usunięto mi nadmiar śluzówki, który wystawał na zewnątrz. Okazało się również, że nie zagoiły się do końca rany po pierwszym porodzie, na nowo rozcinano krocze i szyto. Usunięto przepuklinę w pochwie.

W szpitalu spędziłam niecały tydzień, potem miesiąc w domu, głównie leżąc i stojąc. Na siedzenie przyszedł czas po około dwóch tygodniach. Całkowite wygojenie po operacji to około 8 tygodni. Do końca życia mam zakaz dźwigania, ale powoli wracałam do normalnego trybu życia. Miesiąc na L4. Warto było.

 

Trauma to jednak polski standard. 

Gdy urodziłam pierwsze dziecko, zalecono mi dietę płynną. Przyjeżdża pani z obiadami, a ja byłam taka głodna po wyczerpującym porodzie! Wtedy słyszę – pani nic nie dostanie, bo pani ma dietę płynną, a nikt mi tego nie zgłosił, bo pani urodziła po 9:00.

Halo, czy tu Leśna Góra?

Teraz po operacji leżałam w sali z czterema kobietami. Wchodzi lekarz, zdziera kołdrę, koszula do góry. Każdy zagląda, komentuje. Jak bardzo niekomfortowo można się czuć? Czasem brakuje skali. Czy to już przemoc ginekologiczna? 

Właśnie wtedy przestałam się wstydzić. Było mi wszystko jedno. Bardziej wstydziłam się iść do lekarza poprosić o pomoc niż później w tym szpitalu, gdy wyłam o morfinę po operacji.

Z czego to się bierze, że kobiety tak bardzo się wstydzą? Boimy się, że to nasza wina. Gdy boli, piecze, swędzi, myślimy, że zaraz ktoś spojrzy na nas jak na brudasa. Boimy się surowej oceny.  

 

Niespodzianka dla męża

Mąż, po pierwszym porodzie, ocenił: tam jest tyle miejsce, że wszystko można wsadzić.  Po takim komentarzu można sobie co najwyżej wsadzić kulkę w łeb. 

A lekarz po operacji: założyliśmy taki dodatkowy szew dla męża, żeby było ciaśniej. Czy ktoś mnie pytał o zdanie? Czy ja jestem stworzona tylko po to, by dawać facetowi przyjemność? 

Leżysz obolała. Ratujesz swoje zdrowie i życie. Ale nadal jesteś obiektem seksualnym. 

Wiesz, jaki obrazek człowieka wysłała w kosmos NASA? Mężczyzna z pełnym pakietem – penis i jądra. A kobieta? Z literką V między nogami. A potem kobiety idą do lekarza i nie wiedzą, co je boli. Nie wiedzą, gdzie pokazać i jak nazwać ,,to tam’’. 

Bo od zawsze się wstydziły. 

Dlatego rozmawiajmy z naszymi dziećmi, nie tylko z córkami. Wychowujmy świadome pokolenie, otwarcie mówiące o tym, co im dolega, świadome swojego ciała i swoich praw. 

 

________________________________

 

Wstyd jest z nami codziennie. Boimy się praktycznie wszystkiego. Boimy się iść do lekarza, bo może coś znajdzie? Boimy się porozmawiać z mężem, bo może coś sobie pomyśli? Boimy się zareagować, bo co będzie, jeśli… Wstydzimy się zapytać, bo boimy się konfrontacji i własnej niewiedzy.

Bo takie właśnie jesteśmy, często zapominamy o sobie, troszcząc się o innych. 

Chodzi o Ciebie. Nie ma drugiej ważniejszej na ziemi osoby, niż Ty. Zdrowy egoizm? Nazwij to, jak chcesz.

Agnieszka spotkała się ze mną, żeby powiedzieć głośno, że warto postawić na siebie. Że zawsze jest wyjście z sytuacji, tylko trzeba być zdeterminowanym, by je znaleźć. Że w sytuacji, gdy chodzi o nasze zdrowie i dobre samopoczucie, nie wolno się wahać. Trzeba okiełznać wstyd i działać. 

Więc działajmy – dla siebie. Teraz.

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo