Change font size Change site colors contrast
Ciało

Orgazm

25 sierpnia 2019 / Alicja Skibińska

Jedne mają go na zawołanie, inne muszą się znacznie bardziej wysilić, by go osiągnąć.

Część dochodzi do niego z pomocą partnera, a część woli wziąć sprawy we własne ręce. Działa jak naturalny środek przeciwbólowy, wspomaga zajście w ciążę, pomaga się zrelaksować i ułatwia zasypianie. William Masters i Virginia Johnson udowodnili, że niezależnie od sposobu wywołania zawsze przebiega tak samo, a Meg Ryan pokazała, że można go przekonująco udawać. O czym mowa? Oczywiście o kobiecym orgazmie.

Pierwsza scena orgazmu w kinie pojawiła się w nakręconym w 1933 roku filmie „Ekstaza”. Choć kamera pokazywała wówczas jedynie twarz grającej główną rolę Hedy Lamarr, dzieło wywołało powszechne oburzenie, a w niektórych krajach zakazano jego wyświetlania.

Trzeba przyznać, że od tamtego czasu wiele się zmieniło, a sceny seksu w filmach nikogo już nie szokują. Mało tego: kolejne części „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” były krytykowane między innymi za to, że za mało w nich było golizny, a sceny erotyczne okazały się zdecydowanie zbyt zachowawcze jak na obecne standardy. Te ostatnie zmieniały się przez lata, a kolejne filmy i seriale stopniowo przecierały szlaki i przesuwały granicę tego, co dopuszczalne na ekranie. Wszyscy znamy słynną scenę udawanego orgazmu odgrywaną przez Meg Ryan w „Kiedy Harry Poznał Sally”. Dla Niny portretowanej przez Natalie Portman w filmie „Czarny Łabędź” orgazm osiągnięty przez masturbację staje się symbolicznym momentem odkrycia własnej kobiecości. Dystrybutor filmu „Nimfomanka” zdecydował się nawet na umieszczenie wizerunków szczytujących aktorów na promujących go plakatach. Co ciekawe, Shia LaBeouf odgrywający w nim jedną z głównych ról przyznał, że seks na ekranie nie był symulowany. Z kolei kultowy już serial „Seks w wielkim mieście”, wyróżniający się licznymi i odważnymi jak na swoje czasy scenami erotycznymi, zasłynął również pokazywaniem seksu w nieco bardziej realistyczny i życiowy sposób niż większość produkcji. Jedna z bohaterek, Samantha, odważnie przyznała nawet, że osiągnięcie orgazmu bywa bardzo czasochłonne i niejednokrotnie kosztuje wiele wysiłku. W ten sposób serial przetarł szlaki dla swoich następców, takich jak „The Bold Type”, w którym jedna z trzech głównych postaci, dwudziestokilkuletnia, atrakcyjna i przebojowa dziennikarka Jane zdradziła, że jeszcze nigdy nie udało się jej go zaznać.

Wszystkie te zmiany w kinie zarówno odzwierciedlają zmiany w społecznym podejściu do seksu, jak i je prowokują.

Kolejne akty przełamywania tabu często stają się pretekstem do dyskusji na temat tej sfery życia. Choć w społeczeństwie wciąż pokutuje wiele związanych z nią mitów, trudno porównać sytuację współczesnych kobiet do stanu wiedzy, jaki miały poprzednie pokolenia. Nasze prababki, nękane wątpliwościami dotyczącymi reakcji własnego ciała, nie mogły po prostu wpisać odpowiedniego hasła w Google i kliknąć „wyszukaj”. Co więcej – nawet podręczniki i encyklopedie nie były w stanie im pomóc, ponieważ w tamtym czasie wszystko to, co my już wiemy (a przynajmniej powinnyśmy wiedzieć), miało dopiero zostać odkryte i zbadane.

Dla starożytnych seks był czymś naturalnym i zdrowym.

Dopiero narodziny chrześcijaństwa przyniosły zmiany w tej materii. Według świętego Augustyna „orgazm czyni człowieka niezdolnym do myślenia oraz niszczy jego ducha”. Zgodnie z Pismem Świętym współżycie pozamałżeńskie stanowi przeszkodę do świętości. Przez wieki seks dla przyjemności był uznawany za grzech – czynność ta mogła mieć na celu wyłącznie prokreację. Przez pewien czas przewinieniem było nawet oglądanie nagości współmałżonka, a ewentualne zbliżenia (o ile można je tak nazwać) odbywały się przy użyciu tzw. koszuli mnisiej, wyposażonej w otwór na genitalia. W XIX wieku lekarze bardzo często diagnozowali „histerię” – zespół objawów (takich jak zaburzenia łaknienia, bóle głowy, problemy natury emocjonalnej oraz szeroko pojęte „stwarzanie kłopotów dla otoczenia”) występujących rzekomo wyłącznie u kobiet w wyniku niespokojnej macicy, wędrującej w górę „w poszukiwaniu wilgoci”. Ku uciesze pacjentek medycy postanowili leczyć te dolegliwości za pomocą strumienia wody skierowanego na części intymne lub ich manualnej stymulacji, a z czasem również prototypów dzisiejszych wibratorów. Co ciekawe, wibratory trafiły do gospodarstw domowych na długo przed pojawieniem się pierwszych odkurzaczy czy elektrycznych żelazek! Warto podkreślić, że wiedza na temat kobiecej seksualności nie była wówczas zbyt imponująca. Na początku XX wieku tematykę tę zdominowały teorie Zygmunta Freuda, który twierdził, iż orgazm osiągany poprzez stymulację łechtaczki jest domeną kobiet niedojrzałych, a z czasem powinien on zostać całkowicie zastąpiony przez orgazm pochwowy. Niestety, te wyobrażenia pokutują do dziś, a wiele współczesnych kobiet zgłasza się do gabinetów seksuologicznych, przekonanych, że skoro ich rozwój nie przebiega w taki sposób, to z ich organizmami jest coś nie tak.

Pierwszym wielkim przełomem dotyczącym wiedzy o seksie był słynny Raport Kinseya.

Amerykański biolog Alfred Kinsey oraz jego współpracownicy przeprowadzili ponad 10 tysięcy wywiadów z dorosłymi osobami obu płci, pytając o ich zachowania seksualne. Wyniki tych badań zostały przedstawione w dwóch książkach: „Sexual Behavior in the Human Male” (opublikowanej w roku 1948) oraz „Sexual Behavior in the Human Female” (wydanej pięć lat później). Prace te zszokowały opinię publiczną: wynikało z nich, że aktywność seksualna ma miejsce nie tylko w wieku rozrodczym, wiele osób oddaje się intymnym doświadczeniom pozamałżeńskim, masturbacja jest powszechnym zjawiskiem, a większość osób choć raz w życiu uprawiała seks oralny. Ponadto 18% badanych mężczyzn i 13% kobiet miało na swoim koncie doświadczenia o charakterze homoseksualnym. Oprócz tego Kinsey podważył dychotomiczny podział na osoby hetero- i homoseksualne, twierdząc, że nasza seksualność to kontinuum, na którym wspomniane wartości płynnie się przenikają. Według niego orientacja psychoseksualna obejmuje wiele czynników, takich jak fantazje erotyczne, zachowania, emocje, styl życia oraz samoidentyfikacja. Choć obecnie badania Kinseya bywają krytykowane za niereprezentatywność próby, nie można mu odmówić przełamania pewnego tabu i przetarcia szlaków dla kolejnych naukowców interesujących się seksualnością człowieka, a także obalenia wielu mitów, zgodnie z którymi jeśli o pewnych zachowaniach nie mówi się głośno, to znaczy, że nie mają one miejsca w rzeczywistości.

Kolejnym krokiem milowym były badania przeprowadzone przez Williama Mastersa i Virginię Johnson, którzy zaproponowali znacznie bardziej praktyczne podejście.

Pionierzy współczesnej seksuologii eksplorowali ludzką seksualność w laboratorium, używając profesjonalnej aparatury pomiarowej, między innymi specjalnie zaprojektowanego dilda wyposażonego w kamerę, pozwalającego na dokładne monitorowanie reakcji kobiecego ciała. Jak nietrudno się domyślić, ich metody wywołały powszechne oburzenie, skierowane nie tylko na fakt, iż naukowcy przyglądali się ludziom masturbującym się oraz odbywającym stosunki seksualne, ale również na spostrzeżenie, że kobiecy orgazm nie wymaga działania, a nawet obecności mężczyzny. Ich obserwacje okazały się przełomowe na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, okazało się, że fizjologiczne reakcje na erotyczne bodźce są bardzo podobne u przedstawicieli obu płci (chociaż u kobiet podniecenie pojawia się nieco wolniej). Po drugie, niezależnie od rodzaju stymulacji, szczytowanie u pań zawsze przebiega tak samo. Wniosek: rozróżnienie na orgazm łechtaczkowy i pochwowy nie ma żadnego uzasadnienia. Innym wielkim odkryciem słynnej pary badaczy był fakt, że kobiety są zdolne do osiągania wielokrotnych orgazmów.

Zgodnie z obserwacjami Mastersa i Johnson (oraz wynikami wielu późniejszych badań) cykl reakcji seksualnych u kobiety rozpoczyna się podnieceniem.

W odpowiedzi na erotyczne bodźce (o dowolnym charakterze) kobiece ciało reaguje stwardnieniem sutków, nabrzmieniem piersi oraz nawilżeniem pochwy. Kolejnym etapem jest plateau, które charakteryzuje się jeszcze mocniejszym nawilżeniem, przekrwieniem ścian pochwy oraz nabrzmieniem warg sromowych i zmianą ich barwy na ciemniejszą. Następuje erekcja łechtaczki (tak, tak, nie tylko mężczyźni mają erekcję!), która napina się, a jej gruczoły wysuwają się spod ochronnego napletka. Oprócz tego oddech przyspiesza, ciśnienie wzrasta, serce bije szybciej, a mięśnie się napinają. W tym momencie organizm jest gotowy na szczytowanie. I jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, nadchodzi ON, czyli orgazm. Jego oznakami są skurcze pochwy i dna macicy, które dają odczucie silnej rozkoszy i zaspokojenia seksualnego. Po orgazmie następuje faza odprężenia. Napięcie mięśni spada, przekrwienie narządów płciowych ustępuje, pojawia się uczucie błogostanu i relaksu. Jednak w przypadku części kobiet zamiast fazy odprężenia pojawia się „powtórka z rozrywki”, czyli plateau, po którym może nastąpić kolejny orgazm.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, podział na orgazmy pochwowe i łechtaczkowe nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Faktycznie, kobiety mogą szczytować w wyniku rozmaitych rodzajów stymulacji, jednak przebieg reakcji seksualnych zawsze jest podobny. Aby zrozumieć to zagadnienie, przyjrzyjmy się budowie łechtaczki. Z pewnością warto wspomnieć, iż jest to jedyny organ w całej ludzkiej anatomii, którego jedyną funkcją jest dostarczanie nam przyjemności! W tym (jakże szlachetnym) celu wyposażona jest w aż 8-17 tysięcy włókien nerwowych, co czyni ją najbardziej unerwionym zakamarkiem naszego ciała, zostawiającym daleko w tyle choćby język czy opuszki palców. W dodatku widoczny i możliwy do dotknięcia fragment łechtaczki to tylko jej niewielka część, zaś pozostałe znajdują się wewnątrz naszego ciała. W rzeczywistości łechtaczka jest sporym (kilkucentymetrowym) organem, otaczającym pochwę oraz cewkę moczową, który podczas podniecenia nabrzmiewa, powodując przyjemność seksualną. Należy jednak pamiętać, że każda z nas jest zbudowana nieco inaczej i właśnie stąd mogą wynikać różnice w reagowaniu na poszczególne rodzaje stymulacji seksualnej.

O tym, że orgazm jest bardzo przyjemny, doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek miał okazję go doświadczyć.

Zdaniem wielu badaczy nie jest to jednak jedyny powód, dla którego warto go często przeżywać. Regularna satysfakcja seksualna pomaga zredukować napięcie, poprawia nastrój, pomaga zwalczyć bezsenność, poprawia odporność organizmu, działa przeciwbólowo, a według niektórych badaczy także zwiększa szansę zajścia w ciążę.

Tyle teorii. A jak wyglądają nasze doświadczenia z orgazmem w prawdziwym życiu?

Aby się tego dowiedzieć, przeprowadziłyśmy ankietę, w której wzięło udział 280 kobiet w wieku od 18 do 54 lat (przy czym 62,9% respondentek mieściło się w przedziale 25-34 lata). Okazało się, że większość z nas po raz pierwszy szczytowała w wyniku masturbacji – takiej odpowiedzi udzieliło aż 66,8% ankietowanych. Pozostałe doświadczyły tego podczas stosunku waginalnego (12,5%), w czasie innego rodzaju pieszczot (11,8%) oraz w trakcie stosunku oralnego (7,5%). 1,4% kobiet nie miało orgazmu nigdy. Wbrew romantycznym wyobrażeniom wynikającym z książek czy filmów, orgazm podczas pierwszego razu zdarza się bardzo rzadko – miało go jedynie 8,6% badanych. Zdecydowana mniejszość, bo tylko 16,4%, doświadcza go w wyniku każdego stosunku.

Aż 59,6% kobiet przynajmniej raz udawało orgazm. Dlaczego?

Wśród najczęściej powtarzających się uzasadnień znalazły się: chęć sprawienia przyjemności partnerowi, obawa o sprawienie mu przykrości i urażenie jego „męskiej dumy”, a także dążenie do jak najszybszego zakończenia nieudanego seksu.

38,9% uczestniczek badania deklaruje, że orgazm podczas stosunków waginalnych (bez dodatkowej stymulacji łechtaczki w trakcie) zdarza im się bardzo rzadko. 30% osiąga go w taki sposób bez problemu, zaś 31,1% – nigdy. 62,1% z nas przynajmniej raz doświadczyło orgazmu wielokrotnego. 57,9% ankietowanych deklaruje zadowolenie z tego, jak często szczytują. 38,2% pań uznaje swoje życie erotyczne za satysfakcjonujące, 35% przyznaje, że „jest OK, ale mogłoby być lepiej”, zaś 26,8% w ogóle nie jest z niego zadowolonych.

Jak widać, choć teoretycznie każda z nas przeżywa orgazm w ten sam sposób, nasze doświadczenia i spostrzeżenia w tej sferze znacznie się od siebie różnią. Nie należy się temu dziwić: każda z nas jest inna i wyjątkowa, a nasze ciała wymagają indywidualnego podejścia. Warto zaakceptować te rozbieżności i po prostu cieszyć się tą jakże istotną częścią naszego życia. Im lepiej znamy własne ciała i potrzeby, tym łatwiej jest nam osiągnąć przyjemność.

Ciało

Na wschód po cud – wspomnienia z in vitro

20 września 2019 / Nina Olszewska

Warsztaty z Hanną Samson wczesną wiosną tego roku.

Przypadek przydziela mi do pary Magdalenę, Hania – zadanie. Każda z nas ma przez dwie minuty mówić tej obcej osobie naprzeciwko o tym, z czego jest dumna. Magda opowiada o swoim brzuchu, na który zapracowała rodząc bliźniaczki. Mówi o latach starań, o in vitro. Przez kilka miesięcy poznaję Magdę i wiem, że jej lista powodów do dumy mogłaby być znacznie dłuższa. Gdy TMM planuje numer o zwycięstwie, nie mam wątpliwości, z kim chcę porozmawiać.

Kiedy się poznałyśmy byłaś ważną panią z telewizji. Może miesiąc później dowiedziałam się, że to już nieaktualne, zamknęłaś ten etap. Pamiętam, że byłaś pełna optymizmu. Już po chwili okazało się, że robisz film dokumentalny o in vitro. Jeszcze nie zdążyłam polubić na Facebooku wszystkich zdjęć z planu, a Ty już opowiadasz z zapałem o zupełnie nowej pracy. Jesteś naprawdę dobra w zaczynaniu od nowa i zwyciężaniu! Dziś skupmy się jednak na tym najważniejszym. Zaczniemy od początku?

Była jesień, wieczór. Pamiętam, że pomyślałam po prostu, że nikt nie biega po domu, a mogłoby być tu więcej zamieszania. Zaczęliśmy próbować, ale bez skutku. Przez sześć lat chodziłam po lekarzach.. Byłam bardzo zapracowana, nie orientowałam się, jak działają jajniki, nie wiedziałam, że są sprzężone z głową. Miałam 29, 30 lat – nie byłam supermłoda, a nic nie wiedziałam o sobie samej.

Myślisz, że nieznajomość własnego ciała to był tylko Twój problem?

Moja kuzynka niedawno zbierała dla 18-letniej koleżanki rady życia. Taki zeszyt założyła, różni ludzie pisali tam porady w rodzaju „Nigdy nie myj naczyń”. Ja napisałam: „Naucz się, kiedy jest Twoja owulacja”, bo ja tego nie wiedziałam, o tym się nie mówiło, mama mnie nie nauczyła – a to jest po prostu ważne. Znać siebie, wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Nauczyć się czytać sygnały z ciała, rozumieć to.

To nie jest łatwe, szczególnie, gdy lekarze i medyczna terminologia nie pomagają. Moja koleżanka niedawno usłyszała, że jest w ciąży geriatrycznej. Wiesz, co to jest?

Pierwsze słyszę. Jeśli jest takie medyczne określenie – ok. Ale w komunikacji z pacjentką to nie jest fair. Język, jaki jest wokół spraw kobiecych, jest problemem. W pewnym momencie leczenia miałam diagnozę „wrogi śluz”. Mówienie „śluz” na głos jest trudne, a jeszcze „wrogi”? Znaczy co? Ja zabijam te plemniki? Nie byłam na to przygotowana i ten komunikat zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną. Później trafiłam do profesora, który zdziwił się, że ktoś jeszcze używa pojęcia „wrogi śluz”, bo tak się już nie mówi, bo tego się już nie bada i to w ogóle jakieś średniowiecze. Skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślę, że to mogło mieć wpływ na to, że zaczęłam źle myśleć o sobie, a w konsekwencji miałam depresję, czego nie byłam przez lata świadoma.

Minęło kilka lat. Myślisz, że podejście lekarzy się zmienia?

Nie. Wydaje mi się, że nadal język, jakim posługują się lekarze w rozmowach z pacjentkami, i to nie tylko w sprawie ciąży, uwłacza kobiecie. Wciąż tego nie zmieniłyśmy – my, kobiety. I nie jest to tylko problem mężczyzn-lekarzy. Pół roku po porodzie poszłam na kontrolę. Ginekolożka powiedziała mi wtedy, że żadnych środków antykoncepcyjnych nie potrzebuję, bo mi ciąża naturalna nie grozi. Rozumiesz? Zajdę, nie zajdę, ważne jest to, w jakim stanie psychicznym ona mnie zostawiła.

Myślisz, że w czasie starania o dziecko stan psychiczny kobiety jest ważny?

I tak, i nie. Słyszałam mnóstwo porad: wyluzuj, wszystko jest w głowie! Chodziłam do psychoanalityka, który uważał, że nie zachodzę w ciążę, bo sobie sama wybudowałam barierę. Jak usłyszał o tym wrogim śluzie, to aż zatarł ręce, miał dowód. Pokłóciliśmy się wtedy. Był przeciwnikiem in vitro. A może tylko mnie prowokował? W końcu na tym też czasem polega terapia.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Przepracowałam to, rozłożyłam sobie logicznie: sami w ciążę nie zajdziemy. Skoro mój mąż ma słabe nasienie, to połowa naszych możliwości jest stracona. Jeśli u mnie jest problem z owulacją, bo jestem zestresowana, zaharowana, zagubiona i czuje się biedna tak, że prawie już nie istnieję, to chyba potrzebujemy pomocy? To był sukces tej psychoanalizy. Zdecydowaliśmy się wziąć sprawy w swoje ręce. Działać. Zrozumiałam, że nie uzyskam pomocy chodząc do przypadkowych lekarzy: raz jednego, raz drugiego, z których każdy mówi co innego i to językiem, który mnie obraża. Postanowiłam, że nie dam sobie zdemonizować in vitro, bo to jest osiągnięcie cywilizacyjne mające służyć ludziom w potrzebie, tak jak szczepionki, viagra czy zastawka. Czy ktoś napiętnowuje viagrę? Nie słyszałam.

Ja też nie. Jak wyglądało to przejście do działania?

Postanowiłam wybrać lekarza, takiego jednego jedynego, który mnie poprowadzi, któremu zaufam i podporządkuję się. Miałam szczęście. Znalazłam profesora, który odpowiadał na wszystkie pytania, nawet te głupie i te zadawane moim językiem literacko-symboliczno-intelektualnym. Przekładał ten język na konkrety, a ja zrozumiałam, jak on myśli, nauczyłam się z nim rozmawiać, obojgu nam zrobiło się łatwiej.

Jak go znalazłaś?

Bałam się kliniki niepłodności, długo się przed tym broniłam. Sama przed sobą udawałam, że się staram, że zwykły ginekolog mi wystarczy. Może in vitro dziś jest bardziej powszechne, może młode dziewczyny już się tego nie boją. Ja się bałam. Pierwszym krokiem, przełamaniem, był telefon do mojej kuzynki, która robiła doktorat z in vitro. Ona poleciła mi klinikę w Białymstoku. „Masz 35 lat – im szybciej, tym lepiej” – powiedziała.

I teraz powinien być happy end, teoretycznie.

Jeszcze nie. Nie udało się pierwsze, drugie, trzecie in vitro. To mnie już kosztowało dużo cierpienia. Za trzecim razem zaszłam w ciążę. Tak na chwilę, na kilka tygodni, ale wystarczyło, abym ją poczuła. Jednak się nie udało. Już wcześniej miałam problemy ze snem, które wtedy się nasiliły. Prawie nie spałam, chodziłam na rzęsach. Koleżanka z pracy powiedziała: „Idź do psychiatry”. Poszłam i dowiedziałam się, że mam depresję. Dostałam leki nasenne i Seronil . Po 2-3 tygodniach stanęłam na nogach. Profesor się na mnie wściekł, że poszłam po pomoc psychiatryczną. Diagnostyka niepłodności to jak rozwiązywanie zagadki: „Dlaczego ona nie zachodzi?”, to praca na wielu niewiadomych. Środki nasenne, to kolejna niewiadoma. Profesor zapytał: Lepiej się czujesz? Lepiej. No dobra, to bierz.

Pomogło?

Po krótkim czasie poczułam, że ruszyły mi jajniki. Znałam już wtedy swoje ciało na tyle, że wyczuwałam takie zmiany. Siedziałam w pracy i wahałam się, czy zrobić szybko USG, żeby sprawdzić, czy jest pęcherzyk w jajniku. Nagle dostałam smsa od mamy, która raczej nie miewa skłonności do gestów. Napisała: „Na pewno wszystko będzie dobrze córciu, trzymaj się”! Dało mi to siłę, tego samego dnia zrobiłam USG. Lekarka, której powiedziałam o swojej sytuacji, doradziła mi telefon do mojego profesora, a on zarządził: „Jutro o 8:00 jest Pani u mnie w gabinecie”.

Opowiesz, na czym polega in vitro?

Miałam już zamrożone zarodki, cztery. Do ich umieszczenia w macicy najlepszy byłby naturalny, prawdziwy cykl i ładna owulacja. Chodziło, o to żeby podrzucić mi pięć dni po naturalnej owulacji pięciodniowe zarodki. Potem było tak, że okazało się, że w czasie rozmrażania dwa z czterech zarodków się nie rozwijały dalej. Zostały dwa, moje dwa ostatnie zarodki. Mimo wszystko było coś takiego w tej chwili, że wiedziałam, że będzie dobrze. Po 11 dniach testy. Wynik beta wskazywał wysoko, tak wysoko, jak tylko przy dwóch ciążach może być. Profesor kazał odstawić prochy, więc odstawiłam. Był październik 2012 roku.

Ten Białystok to chyba nie było najwygodniejsze rozwiązanie?

Ten Białystok nam właśnie pasował, jeżdżąc tam, zostawialiśmy za sobą wszystkie problemy. Sama podróż oczyszczała. W Warszawie tkwiliśmy po uszy w zaplątaniu. Dwa lata jeździliśmy na wschód po cud.

In vitro dało Ci córki i misję.

Trudno się od tego doświadczenia odciąć. Musiałam to przepracować moimi narzędziami, stąd pomysł na film i potrzeba pisania. Ktoś mi powiedział: „Magda, przestań o tej macicy. Jest tyle innych tematów!”. Zaangażowanie społeczne, walka o kobiety i rodzicielstwo – to jest ważne. Ale dla mnie ten świat rozrodu człowieka jest fascynujący. Jak tylko zobaczyłam to wszystko od środka, rozwaliło mi czaszkę. Teraz patrzę na świat dostrzegając, jak bardzo moderowany, napędzany płodnością. Aspekt kobiecy jest wszędzie, na przykład komórka jajowa – jest okrągła jak Ziemia i Słońce, i równie pierwotna.

Pamiętam, jak rozmawiałaś o tym w Polskiej Szkole Reportażu z Mariuszem Szczygłem. Powiedziałaś, że chcesz pisać o in vitro, a on powiedział, że to już było. Wtedy zaczęłaś opowiadać o pracy embriologów i okazało się, że niby o in vitro tyle razy było, a jednak tak mało o tym wiemy.

Leczenie in vitro to nie tylko włożenie zarodka do „maszyny rodzącej”, to fascynująca diagnostyka, szukanie informacji o tym, co u kobiety nie działa. Bo czynnik męski jest super łatwo przebadać. Jedno badanie nasienia i już wiadomo. Tajemnicą jest kobieta. Zdaniem mojego profesora jest dwanaście barier, które przeszkadzają zajść w ciążę. Teraz coraz częściej mówi się też o depresji jako przeszkodzie. stąd ten film i dwójka jego bohaterów: kobieta, która stara się o dziecko i profesor. To zderzenie: jej ciekawość i jego wiedza. Jego melancholia i jej depresja. Nawzajem się potrzebują. Między nimi jest dialog. Karkołomne to jest dla formy filmowej, ale może mi się uda.

Kiedy zajście w ciążę staje się problemem, ludzie zyskują dodatkowy etap rodzicielstwa, mam wrażenie: rodzicielstwo przed urodzeniem.

Bycie w ciąży jest mniej absorbujące niż to staranie. Problem z zajściem w ciążę to dla kobiety wydarzenie graniczne, punkt zwrotny życia. Czułam się wtedy jak ktoś ciężko chory: tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno. Przez ponad miesiąc jadłam tylko owoce i warzywa, co niby jest fajne, bo figura i cera świetna, jest też jednak frustrujące. Miałam wrażenie, że jestem poza obiegiem, że omija mnie życie. Dziś wiem, że życie wtedy mnie dopadło, a ci siedzący do późna w korporacjach je przespali. Wtedy zauważyłam, dzięki patrzeniu z boku, jak ludzie są nakręceni, jak pędzą gdzieś ciągle. Gdyby nie udało się z tą ciążą, prułabym z nimi po jakieś nagrody w tym wyścigu. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby się nie udało.

Rodzina wiedziała, że się staracie? Wiedzieli o in vitro?

Wszyscy byli już zmęczeni tym naszym staraniem. Na początku wszystkim powiedziałam, że się leczymy, żeby wiedzieli i żeby uniknąć głupich żartów. Potem, jak nam się nie udawało, to już nie mówiłam. Nie chciałam się połowie świata tłumaczyć, że nie wyszło, ale spróbujemy znowu. Przestałam opowiadać, mówiłam tylko: „Nie gadamy na ten temat”. Ludziom szczerze zainteresowanym moim zdrowiem chętnie mówiłam wszystko.

Jeśli chodzi o wsparcie rodziny: ta ze strony męża chciała, żeby jak najszybciej nam się udało. Czułam presję i wpieniało mnie to. Moja mama za to przekonywała, że przecież nie musimy mieć dzieci. Życie bez dzieci jest prostsze, tańsze i przyjemniejsze! Możemy podróżować, mieszkać w Nowym Jorku i zajmować się sztuką. I to mnie też bolało, bo chciałam, żeby ktoś w rodzinie uprawomocnił moją wolę i mój ból. A poza tym poczułam się, jak jej ontologiczny ciężar. Dziś rozumiem, że ona wcale tak nie myślała. Przygotowałam się do in vitro i miałam po prostu natłok złych myśli. Najważniejszym wsparciem był mąż. Ile cierpliwości, miłości i troski on mi wtedy dał! To wszystko, co nam się przytrafiło, sprawiło, że nawiązała się między nami więź mocna jak skała. To leczenie pogłębiło naszą relację. Mieliśmy wspólne zadanie, wspólną walkę. Bez niego nie podołałabym. Nigdy.

Jakieś formy wsparcia poza najbliższymi?

Teraz jest inaczej niż kilka lat temu. Jestem na forum na Facebooku, in vitro przed, po i w trakcie. Dziewczyny rozmawiają, pomagają sobie, trzymają za siebie kciuki, spotykają się też w realu. To jest wspaniała grupa wsparcia, bardzo lubię przebywać z nimi, bo rozumiem ich problemy. Kiedyś temat w internecie albo nie istniał, albo ja go skutecznie unikałam, za bardzo mnie bolały wszystkie informacje. Teraz dziewczyny mówią sobie wszystko, robią relacje na żywo, żeby opowiadać o swoich emocjach, często się motywują.

Płodność to sprawa kobiet czy mężczyzn?

Z tematem: „Mieć dzieci czy nie” każda kobieta się zetknie. Można chcieć, można nie, ale pytanie się pojawi. Każda kobieta w końcu zada je sama sobie. Ta decyzja przychodzi wcześniej czy później, ale przychodzi i definiuje całe życie. U każdej z nas w swoim czasie.

W swoim czasie? Posiadanie dzieci jest tematem bardzo publicznym i otoczenie zadaje pytania niezależnie od tego, czy kobieta już na etapie decyzji jest, czy nie.

W piątek wieczorem byłam na basenie i przez szafki usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna zapytała o dzieci, druga powiedziała, że stara się, ale ciągle ma poronienia. W odpowiedzi usłyszała jakieś pocieszenia, że na pewno się uda. We mnie się zagotowało. Wiedziałam, że jak wróci do domu, to będzie ryczeć. A ta druga wróci i opowie mężowi taką ciekawostkę, że wiesz, ona ma poronienia. Nie można zadawać innym takich pytań. Nie można dać się wmanewrować w taką rozmowę, szczególnie jakimś przypadkowym ludziom, na przykład w pracy, na basenie. Można powiedzieć: „Nie rozmawiam o tym”. Dopóki my kobiety nie wywalczymy sobie zasady, że o pewnych sprawach się nie rozmawia, nikt ich nie będzie przestrzegał.

Jak to zmienić?

Trzeba mówić swoim córkom, że nikt nie ma prawa ich dotykać, ale też nikt nie ma prawa pytać ich o okres, o ciążę, o poronienia. To są intymne sprawy. Ja już mam pancerz, mało co mnie dotyka, a jak już coś mnie dotknie, to mam w zanadrzu kilka coltów.

Ja nie mam żadnych coltów. Niedawno jakiś facet ustąpił mi miejsca w tramwaju, mówiąc, że staniem zaszkodzę dziecku.

Odpowiedziałaś mu coś?

Nie, bo ze wstydu umarłam. Miałam powiedzieć, że to nie ciąża tylko kurtka?

No właśnie. A potem wracasz do domu i masz milion dobrych tekstów. Jak jestem w saunie to zawsze mam taką projekcję nerwową, że facet, który siedzi obok, zaraz zapyta, czemu przychodzę tu w ciąży – bo ten mój brzuch jest ciągle duży. Oczywiście nikt mnie nigdy o to nie pyta. Wariactwo z tym.

W sumie nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zapytał, w końcu wszyscy się czują upoważnieni do troski o potencjalne cudze ciąże.

Ciekawe, że to nie działa w drugą stronę. Ja bym takiego faceta w saunie przecież o ten jego pełen piwa i wieprzowiny brzuch nie zapytała. Obcemu na ulicy czy w restauracji nie powiem: „Przestań pan jeść tyle kiełbasy, to nie jest zdrowe”. Mnie te uwagi o ciążę tak strasznie bolały. Przepłakałam niejedną noc.

Kiedyś Twoje córki zaczną słyszeć takie pytania. Da się przygotować na to dziewczynki?

Trzeba rozmawiać. Moje córki mają po cztery lata i są już bardzo świadome. Zuzia zapytała niedawno, z czego jest zrobiona. Wiesz, na takiej zasadzie, że stół jest z drewna, a ona z czego? Lubią rozmawiać o tym, że były u mnie w brzuszku, jak z niego wyszły. Ostatnio zapytały, jak do tego brzuszka trafiły. Rozmawiamy, one się chichrają, ale budują świadomość, a nie traumę czy wstyd. Nie chcę, żeby wyrastały w przekonaniu, że ich części kobiece są czymś złym.

Wiesz już, jak z nimi rozmawiać o in vitro?

Wiem, jak powiem o tym moim dzieciom. I one to zrozumieją. Boję się, co będzie, jak pójdą do przedszkola i skonfrontują to z innymi dziećmi. Co, jeśli z tymi dziećmi nikt mądrze nie rozmawiał?

Nauczyłaś się czegoś w tym trudnym czasie starania?

Przypominam sobie, jak chodziłam po tych lekarzach, boksowałam się z ich zblazowaniem, brakiem empatii. Ale też sama nawalałam: ile razy nie poszłam na badania, bo miałam coś w pracy do zrobienia? Kiedyś mnie psychoanalityk ochrzanił, bo spóźniłam się na sesję. „Co zatrzymało panią w najważniejszej sprawie dzisiejszego dnia? Wybuchł wulkan? To pani cele są najważniejsze, niech pani natychmiast przestanie realizować cudze cele!”. Doświadczenia z płodnością nauczyły też mnie rozmawiać z ludźmi. Przede wszystkim rozmawiać o sprawach kobiecych i z kobietami. Bohaterkę mojego filmu po prostu zagadnęłam w klinice na korytarzu. Wystarczy dobrze zadać pytanie, kobiety z reguły chcą o tym rozmawiać, szczególnie tam, pod gabinetem. Nauczyłam się też w obliczu problemów przyjmować zasadę „Pomyślę o tym jutro”. Bo może jutro ten strach być nieaktualny, więc zaoszczędzę sobie fatygi. To, czego jeszcze się nauczyłam, to niezależność. Na przykład w życiu zawodowym – funkcjonuję w kilku środowiskach jednocześnie, by żadna grupa nie przytłoczyła mnie swoimi problemami. Chronię siebie, bo ochronić siebie to największe zwycięstwo.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo