ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Ciało

Medycyna naturalna, czyli jak nie zapychać kiesy Big Pharmie (tylko komuś innemu)

10 lipca 2020 / Magdalena Droń

Medycyna naturalna – wydawać by się mogło, że to swoisty oksymoron.

Zestawienie słów, które w żadnej mierze nie idzie ze sobą w parze. Wszak wszystkie konwencjonalne sposoby leczenia opierają się na badaniach i farmakologii. A jednak medycyna naturalna istnieje. Zwana jest również medycyną niekonwencjonalną albo alternatywną. I choć w XXI wieku wciąż uważana jest za szarlatanizm, przynosi ulgę, a czasem całkowite uzdrowienie pacjentom, dla których nie było już ratunku. Czy jest na nią miejsce we współczesnym świecie? Jak jest postrzegana? I jakie metody uznać można za najbardziej kontrowersyjne?

Co o tym kierunku myśli społeczeństwo? Daleko szukać nie trzeba. Szybkie wpisanie frazy „medycyna naturalna” w popularną wyszukiwarkę przenosi nas na doskonale wszystkim znaną internetową skarbnicę wiedzy, która zasypuje nas średnio obiektywnymi informacjami w stylu:

(…) metody i praktyki, o których twierdzi się, że mają działanie lecznicze lub diagnostyczne, ale są obalone, niesprawdzone, niemożliwe do udowodnienia na podstawie badań naukowych lub ich działanie szkodliwe jest większe niż pozytywne działanie lecznicze.

Pozytywne efekty obserwowane przez pacjentów przy zastosowaniu medycyny alternatywnej mogą być wynikiem placebo, regresji w kierunku średniej (w której poprawa, która i tak by się wydarzyła, jest przypisywana terapiom alternatywnym), mniejszej ilości skutków ubocznych (która jest efektem zmniejszenia rzeczywistego leczenia funkcjonalnego), lub dowolnej kombinacji powyższych.

Podczas gdy dokonała znaczącej zmiany w nazewnictwie: od szarlatanerii do medycyny komplementarnej lub integracyjnej – promuje zasadniczo te same co szarlataneria praktyki. Jej zwolennicy często sugerują, aby stosować alternatywną medycynę wraz z funkcjonalnym leczeniem medycznym, w przekonaniu, że uzupełnia (polepsza działanie lub łagodzi skutki uboczne) leczenia. Nie ma dowodów na to, że tak się dzieje, a znaczące interakcje leków spowodowane alternatywnymi terapiami mogą zamiast tego negatywnie wpływać na leczenie, czyniąc je mniej skutecznym, w szczególności w przypadku terapii przeciwnowotworowych.

Choć wyimki te dalekie są od bezstronnego podejścia do tematu czy też czysto naukowej opinii, uwidaczniają pewien mechanizm – medycyna naturalna budzi emocje. Wielu potępia ją w czambuł i uważa, że jest czystą hochsztaplerką. Sama mam do niej mieszane uczucia. Nie mogę przecież zaprzeczyć temu, co jeszcze kilkadziesiąt czy setki lat temu było jedyną opcją. Nie mogę przekreślić dokonań medycyny dalekiego wschodu, całej wiedzy z zakresu ziołolecznictwa czy domowych metod na przeziębienie mojej babci. Ciężko mi jednak odnieść się do metod, które od kilku lat zyskują na popularności, a ich historyczne zaplecze jest raczej mgliste. Czy da się w tej materii obrać jedną słuszną ścieżkę?

Cały obszar „komplementarnej i alternatywnej medycyny” („complementary and alternative medicine”; w skrócie CAM) zaczął cieszyć się ogromnym powodzeniem w latach 80. W Europie tempo wzrostu tego nurtu ustępowało wówczas tylko przemysłowi komputerowemu. Ta eksplozja zainteresowania naturalną medycyną trwa do dzisiaj i wielu traktuje tę gałąź za swoistą religię czy kult. Poniekąd mają rację, gdyż setki lat temu to, co dziś nazywamy medycyną, związane było wyłącznie z religijnością i obrzędami. Czy jednak w obecnych czasach, gdy mamy dostęp do takiej wiedzy, leków i osiągnięć, warto wracać do tego, co było? Czy Big Pharma naprawdę chce za wszelką cenę uzależnić nas od brania pigułek na każdą przypadłość świata, aby zarobić jak najwięcej i pomalutku wszystkich wykończyć? Swoisty spisek przeciwko ludzkości, utrzymywany w apokaliptycznej narracji i demonizowany przez skrajnie ekologiczne środowiska optujące za powrotem do natury. Natury, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była jedyną rzeczywistością i jedynym znanym lekiem.

Medycyna naturalna zaczyna się od ziół

Zacznijmy od początku, a więc od ziołolecznictwa, nazywanego też fitoterapią, które ma bardzo odległą historię sięgającą początków ludzkości. To jedna z najstarszych dziedzin medycyny naturalnej polegająca na wykorzystaniu surowców i przetworów roślinnych do wywoływania korzystnych zmian w funkcjonowaniu organizmu. Początki ziołolecznictwa sięgają człowieka pierwotnego, który uczył się funkcjonowania poprzez podglądanie natury. Obserwując zwierzęta, poznawał dary natury zjadane w stanach chorobowych, by w ten sposób nauczyć się samoleczenia i unikania roślin zawierających substancje toksyczne. W rozpowszechnieniu ziołolecznictwa w Europie największe znaczenie miał Egipt. Jednym z dokumentów, w którym pojawiają się wzmianki o ziołach, jest papirus Ebresa z XVI w.p.n.e, zawierający około 900 receptur na leki naturalne, w tym większość pochodzenia roślinnego. Prawdziwe ziołolecznictwo narodziło się jednak w Grecji. Rośliny lecznicze opisuje Hipokrates i Pliniusz Starszy, który wymienia aż tysiąc różnych gatunków przydatnych w leczeniu dolegliwości. Grecja miała też udział w odejściu od przypisywania ziołom magicznych mocy. Znaczącą rolę w rozwoju ziołolecznictwa odegrali lekarz Marka Aureliusza Galen i Paracelsus, dzięki którym substancje pozyskiwane z roślin zaczęły stanowić podstawę farmakologii, aż do wynalezienia leków syntetycznych w latach 30-tych ubiegłego wieku. Był to początek końca i prosta ścieżka do zepchnięcia ziołolecznictwa do roli leczenia domowego. 

Zioła to leki natury zawierające w sobie wiele cennych substancji, które mogą korzystnie wpływać na nasze zdrowie, ale też przyczyniać się do różnych dysfunkcji.

– Mówiąc o zagrożeniach związanych ze stosowaniem leków ziołowych warto zwrócić uwagę na dwa z nich. Pierwszym jest przedawkowanie związane z powszechnym przekonaniem, że zioła są zdrowe i nie szkodzą, więc można je pić w ilościach nieograniczonych. Niektóre rośliny, jak np. bylica piołun, zawierają toksyny (tujon), które odpowiednio dawkowane pomagają, ale spożyte w zbyt dużej ilości, mogą powodować poważne skutki. Drugie zagrożenie wynika z przekonania o wyjątkowej mocy ziół, które sprawia, że wiele osób chorych całkowicie rezygnuje z leczenia szpitalnego. Warto pamiętać, że zioła i preparaty ziołowe powinny być uzupełnieniem tradycyjnego leczenia, wspomagać je, a także być stosowane w jednorazowych dysfunkcjach, jak problemy trawienne czy bóle menstruacyjne – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Rewolucja przemysłowa i szybki postęp przyczyniły się do rozwoju farmakologii, jednak dopiero w ostatnich dziesięcioleciach udowodniono naukowo szkodliwe działania uboczne wielu lekarstw. Stąd powrót do ziołolecznictwa i ponowne docenienie zadziwiającej mocy roślin leczniczych. Do łask powróciły preparaty galenowe, a także elementy tradycyjnej medycyny chińskiej i hinduskiej.

Akupunktura i akupresura, czyli medycyna naturalna i siła nacisku

Inną metodą wykorzystywaną w przypadku medycyny niekonwencjonalnej, mającej swoje korzenie na dalekim wschodzie, jest akupunktura lub akupresura. Pierwsza z nich polega na wbijaniu cienkich igieł w określone punkty na ciele pacjenta. Druga metoda zakłada ucisk tych punktów. Ucisk lub nakłucie określonego punktu na ciele człowieka ma na celu lepsze krążenie energii. Uważa się, że konkretne punkty odpowiadają odpowiednim organom. Dzięki działaniu akupresury lub akupunktury całe ciało lub określony narząd ma zostać wyleczony. 5000 lat temu Chińczycy zauważyli korzyści, jakie niesie ze sobą naciskanie określonych punktów na ciele. Nie tylko przynosiło to ulgę w bólu najbliższej dla tego punktu okolicy, lecz wpływało również na te obszary ciała, które były daleko od bolącego (a także uciskanego) miejsca. Dzięki obserwacji zaczęli odkrywać punkty, których uciskanie nie tylko łagodziło ból, ale wpływało na kondycję organów wewnętrznych.

Stosowana dziś akupresura ma kilka wariantów, we wszystkich jednak używa się odkrytych w starożytności punktów spustowych. Każdy z wariantów charakteryzuje się innym rytmem, siłą nacisku i techniką. Masaż Shiatsu polega na energicznym i silnym naciskaniu punktów przez zaledwie 3-5 sekund. Inne z wariantów polegają na delikatnym trzymaniu punktów przez minutę lub dłużej. Naciskanie w szybkim, przerywanym rytmie działa stymulująco, powolnym zaś głęboko relaksująco. 

 

W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych

W ostatnim czasie popularnością cieszy się u nas podobna, choć znacznie młodsza dziedzina medycyny niekonwencjonalnej – refleksologia, która zakłada, że przez ciało człowieka biegną nerwy, mające swoje zakończenia w palcach stóp i dłoni. Tworzą one tzw. zony – ścieżki nerwowe. Stymulując odpowiednie zakończenie nerwowe w stopach, możemy wpływać na odległe części ciała. W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych:

Ludzka stopa posiada 7200 zakończeń nerwowych, które mają połączenie z mózgiem, a równocześnie z wszystkimi częściami ciała. Refleksolog pobudza te obszary, co działa prozdrowotnie na cały organizm – podkreśla Hanna Leroch, refleksolog.

Masaż refleksyjny powoduje lepszy przepływ krwi i bioenergii do danego organu. Wyzwala energię życiową i aktywizuje siły witalne. Chociaż uzyskiwane efekty są różne i wynikają ze specyfiki przypadku, to w ujęciu całościowym chodzi o to, by wywołać proces samoleczenia.

– Powtarzanie zabiegów refleksologii ma na celu doprowadzenie naszego organizmu do balansu biologicznego, usprawnienia cyrkulacji krwi, limfy, wyciszenia układu nerwowego, zlikwidowania bólów, odblokowanie zatorów w organizmie poprzez wykorzystanie osobistego systemu obronnego każdego z nas. W refleksologii podchodzimy do człowieka holistycznie, szukamy równowagi ciała i emocji, nie skupiamy się na konkretnym schorzeniu – dążymy do zdrowia ciała i ducha – dodaje. 

Co ciekawe, w Polsce od blisko 30 lat działa Instytut Refleksologii, a od 2005 roku refleksolog wpisany jest do rejestru zawodów. Na stronie Polskiego Instytutu Refleksologii można znaleźć listę certyfikowanych refleksologów, którzy swoje umiejętności oraz wiedzę musieli potwierdzić cyklem szkoleń i zaliczeniem egzaminów.

Zabiegami refleksologii wykonywanymi przez profesjonalistów nie można zaszkodzić (refleksologię można stosować nawet od pierwszego dnia życia), bo doświadczony terapeuta potrafi tak dobrać cykl zabiegów, by był on najbardziej odpowiedni do konkretnej osoby. Niektóre elementy refleksologii można też stosować samodzielnie, np. wspomagać w ten sposób swoją najbliższą rodzinę – męża, żonę, dzieci, rodziców. Przed tym warto jednak zapoznać się z dostępną literaturą lub skorzystać z bezpośredniej rady profesjonalnego refleksologa – podsumowuje Hanna Leroch.

Medycyna naturalna  a homeopatia

I nagle pojawia się ta magiczna cezura. Tysiące lat doświadczenia versus setki, a czasem nawet dziesiątki. Jak zestawiać ze sobą coś, co ma korzenie w starożytności, z metodami, które odkryto 200 lat temu? Dla mnie właśnie w tym momencie kończy się wiarygodność kolejnych metod medycyny naturalnej. Mówię dość i rozkładam ręce. Czy słusznie? Tradycja tak, praktyki bardziej współczesne, no cóż… Choć wśród metod leczenia medycyny niekonwencjonalnej na samym szczycie wymienia się homeopatię, której stosowanie deklaruje ponad 100 mln osób w Europie, liczba ta nie przemawia do mnie tak mocno, jak jej pokłosie: 1,7 mld euro wydawanych co roku na leki homeopatyczne. Coś mi tu nie pasuje. Przecież mieliśmy odchodzić od medykamentów. Ale od początku. 

Homeopatia to forma medycyny niekonwencjonalnej zaproponowana w 1796 roku przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna. Bazuje na „prawie podobieństw”, według którego substancje powodujące pewne symptomy u osób zdrowych powinny być podawane w rozcieńczonej formie pacjentom wykazującym podobne objawy w stanach chorobowych. Przykład: cebula podrażnia błony śluzowe nosa, dlatego też podczas krojenia większość z nas zaczyna płakać i mamy chwilowy katar. Tymczasem wiadomo, że syrop na bazie cebuli pomaga w walce z przeziębieniem. Na podobnej zasadzie tworzy się leki homeopatyczne. Pacjent z katarem dostanie lek, w którym będzie w mikroskopijnej dawce środek wywołujący tę dolegliwość. Środki homeopatyczne są przygotowywane poprzez sukcesywne rozcieńczanie. Po każdym rozcieńczeniu otrzymany roztwór jest mieszany przez intensywne potrząsanie, które homeopaci nazywają succussion, zakładając, że zwiększa to efektywność otrzymanej substancji. Cały ten proces homeopaci nazywają dynamizowaniem. Rozcieńczanie trwa zazwyczaj tak długo, że w roztworze nie pozostaje nic z początkowej substancji. Zwolennicy tej metody obstają przy swojej tezie, że woda zapamiętała energię danej substancji, dzięki czemu możliwe jest jej bezpieczne wykorzystanie. Badania wykazują jednak, że w tabletkach jest tylko sam nośnik, taki jak woda, cukier czy alkohol. Lekarze podkreślają, że w lekach po rozcieńczeniu nie ma nawet śladu pierwotnej substancji, nie mówiąc o tym, że jest wątpliwe, czy sama ta substancja miałaby skuteczność leczniczą.

– Zasadniczo wyznaję takie podejście, że homeopatia ludziom nie zaszkodzi, bo tam i tak są same wypełniacze i cukier. A jeśli wierzą w cudowne uzdrowienie po tym to ich sprawa. Jako farmaceuta nie mam prawa im mówić, że to naciąganie na pieniądze i to często niemałe. To są drogie preparaty, a płacisz za nic. Oscillococcinum – idealny przykład. Blisko 20 zł za 6 sztuk, a w środku sam cukier (sacharoza i laktoza). Najdroższy cukier za kilogram – 2,5 tysiąca złotych. Niby zawiera wyciąg z wątroby kaczki? Tylko to tak, jakby wrzucić jedną wątrobę kaczki do ogromnego basenu. Pomieszać tę wątrobę w tym basenie i ją wyciągnąć, a później uznać, że ta woda „pamięta” o wątrobie… Jedna wielka bzdura dla mnie – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Siedem lat temu w oficjalnym stanowisku Naczelna Rada Lekarska odradziła lekarzom stosowanie homeopatii jako metody o niepotwierdzonej naukowo skuteczności. Stanowisko to powstało na podstawie raportu ekspertów powołanych do oceny, czy w świetle aktualnej wiedzy medycznej homeopatię można uznać za skuteczną metodę leczenia. Stanowisko jest zgodne: w przypadku homeopatii można mówić jedynie o wierze pacjenta, że środek pomaga, bo dzięki niemu ma lepsze samopoczucie.

– Zawsze patrzę na ludzi, którzy przychodzą po leki homeopatyczne i zastanawiam się, kto im nawciskał takich kitów. Szczególnie jeśli są to ludzie dobrze ubrani, do rzeczy wysławiający się, inteligentni… i wierzą, że „woda pamięta”? Czasem mam ochotę coś im powiedzieć, ale nie mogę, bo do tego się zobowiązałam, składając przysięgę po studiach. Jak ktoś wierzy, że mu to pomaga, to trudno, nie moja broszka. Siła umysłu jest nieodgadniona. Może ten ktoś wierzy na tyle, że naprawdę te leki działają. Kiedyś czytałam o badaniach jakiegoś leku, którego działaniem niepożądanym było uszkodzenie słuchu. Pacjenci z grupy badanej o tym wiedzieli. Część pacjentów, która dostawała placebo, miała uszkodzony słuch! W badaniach te uszkodzenia były potwierdzone. Tak bardzo wierzyli, że dostają lek, bali się działań niepożądanych, że dostając placebo, uszkodziło im słuch… Ludzki organizm jest niepojęty. Jeśli ktoś chce po prostu kupić jakiś konkretny homeopat, to się nie odzywam. Ale jeśli proszą mnie o opinię, to w delikatnych słowach mówię, że uważam, że to nie działa i szkoda pieniędzy – konkluduje.

Chociaż członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej są jednymi z najzagorzalszych zwolenników homeopatii, a w Wielkiej Brytanii w ramach państwowej służby zdrowia aktywnie działa pięć homeopatycznych szpitali, dla mnie wciąż zbyt mocno zalatuje to New Age. Największym problemem związanym z homeopatią w mojej opinii jest zapis w prawie farmaceutycznym, który mówi, że leki homeopatyczne wchodzą na rynek bez weryfikacji, czy działają. W świetle prawa nie ma więc konieczności przedstawienia dowodów skuteczności terapeutycznej tych preparatów przed ich rejestracją i wprowadzeniem na rynek. Czy więc warto ryzykować? Ja nie mam ochoty.

Recall healing

A teraz czas na zupełną nowość na gruncie terapii alternatywnych. Połączenie odkryć z dziedziny medycyny akademickiej i tradycyjnej medycyny chińskiej, psychologii, psycho-bio-genealogii, naturoterapii, symbolizmu oraz NLP, które opiera się na uznanych badaniach naukowych, a także na biologicznych obserwacjach świata fauny i flory – metoda recall healing. Polega ona na badaniu traum i głęboko ukrytych emocji, które mogą być podstawą chorób fizycznych oraz objawów psychosomatycznych. Zasadą recall healing jest odnajdywanie i zrozumienie emocji oraz tego, że choroba może być dokładnym odzwierciedleniem tego, co tkwi niewyrażone i nieuwolnione w pamięci (ciała). Schorzenie jest biologicznym konfliktem, a chory musi stać się świadomy tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Aby wyzdrowieć, należy rozwiązać/przeżyć ten konflikt, gdyż w momencie, kiedy jest w ukryciu, stanowi przyczynę danej choroby.

Co warto zaznaczyć, metodą recall healing można wyleczyć wyłącznie chorobę, która nie ma bezpośredniej zewnętrznej przyczyny. Jeśli osoba jest otyła, bo je dużo i niezdrowo, nie ćwiczy, tak żyje jej się dobrze i taki jest jej świadomy wybór, terapia nie pomoże. Terapia zadziała natomiast, jeśli ktoś ma zaburzenia żywienia (np. zajada stres czy jest uzależniony od słodyczy), albo jeśli je zdrowo i ćwiczy, ale ciało i tak gromadzi zapasy – wtedy szuka się przyczyny emocjonalnej takiego stanu rzeczy, który nie wynika z zewnętrznych przyczyn. Dla przykładu, np. zajadanie stresu, niepohamowane objadanie się, może mieć przyczynę w tym, że osoba nie była karmiona, gdy była głodna, co wytwarzało strach przed śmiercią, więc pełny brzuch był emocjonalnie łączony z poczuciem bezpieczeństwa – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz, terapeuta.

W latach 80-tych dwudziestego wieku, dr Ryke Geerd Hamer (twórca Nowej Medycyny Germańskiej) odkrył, że u źródła każdej biologicznej dysfunkcji znajduje się gwałtowny szok emocjonalny, oraz że charakter choroby zależy od sposobu, w jaki człowiek doświadczył traumy.

Po wielu latach badań i przeprowadzonych terapii zebrano ogromną wiedzę na temat indywidualnego znaczenia biologiczno-symbolicznego, jakie reprezentują dane choroby, organy i części ciała, co pozwala na podejmowanie starań odwrócenia tego efektu tak, by dzięki odnalezieniu i przepracowaniu emocji powiązanych z przypadłością wesprzeć organizm w procesie zdrowienia – dodaje Emilia Nina Mazurkiewicz.

Obecnie wiedza ta, w ciągu kilku dziesięcioleci uzupełniona o badania, medyczne odkrycia oraz spostrzeżenia z obszaru światowego dziedzictwa kulturowego, rozprzestrzeniła się pod różnymi nazwami, między innymi takimi jak Totalna Biologia dr. Claude’a Sabbah, Recall Healing dr. Gilberta Renaud czy Biologika dr. Roberto Barnai. Zasługi na tle rozwoju metody należą się także takim badaczom jak Claude Sabbah, Marc Frechet, Anne Ancelin Schutzenbergen czy Gerard Athias.

Do tego momentu wszystko jest względnie jasne i nie kwestionuję żadnych dokonań. Kiedy jednak wchodzimy na głębszy poziom wtajemniczenia, pojawiają się dla mnie jakieś mentalne schody nie do przeskoczenia… Być może to jednak kwestia indywidualna. Recall healing traktuje człowieka holistycznie i pokazuje, że choroba nie pojawia się przypadkowo. Często związana z dramatycznymi doświadczeniami, emocjonalną traumą, cyklem rocznicowym, międzypokoleniowymi skryptami czy świadomą / nieświadomą historią rodziny.

Przy tej metodzie terapii bardzo istotne są wszelkie informacje dotyczące rodziców w czasie, który określamy mianem „Projekt//Cel”, czyli tego, co przeżywali przed zapłodnieniem, podczas całej ciąży oraz pierwszych miesięcy życia dziecka. Najważniejsze są emocje pojawiające się w kobiecie, ponieważ dziecko, bezpośrednio z nią połączone pępowiną, odbiera każde uczucie na poziomie fizycznym oraz psychicznym niemal jak własne. Poza tym, ciąża to czas, kiedy młody organizm się rozwija i przyjmuje wszystko bezkrytycznie do siebie, mimowolnie ucząc się schematów, które mają pomóc mu przetrwać w przyszłości (na zasadzie „skoro działało u mamy, to będzie działać i u mnie”). Podam prosty przykład. Moim klientem był mężczyzna, który od lat posiadał stwardnienie w okolicach brzucha. Zadzwoniliśmy do jego matki i przeżyli wzruszającą rozmowę, w której wyznała, że podczas ciąży została uderzona przez swojego męża w dokładnie to samo miejsce. Oczywiście się przestraszyła, że mogło mu się coś stać, a gdyby brzuch był bardziej twardy, to stanowiłby lepszą ochronę przed ewentualnym atakiem – reasumuje Emilia Nina Mazurkiewicz. Brzmi niewiarygodnie? A to nie jedyne takie przypadki. Mówi się, że 60% problemów dzieci w szkole pochodzi z okresu ciąży. Kłopoty pewnego chłopca, który nie mógł nauczyć się tabliczki mnożenia, wynikały z tego, że jego mama podczas ciąży źle obliczyła budżet na remont pokoju dla niego. Stresowała się, wypominając sobie: „Źle to policzyłam”. Kiedy matka sobie to uświadomiła, dziecko od razu zaczęło lepiej sobie radzić z matematyką.

Przykłady krążące po sieci można mnożyć. W telegraficznym skrócie działa to tak: jeśli mamy jakiś uciążliwy problem, który cały czas zajmuje nasze myśli, nasz automatyczny mózg odczytuje to jako niebezpieczeństwo, swoiste zagrożenie życia i szuka rozwiązania. Skoro nie potrafi znaleźć go na zewnątrz, to jedyne na co ma bezpośredni wpływ to nasze ciało, więc wywołuje w nim zmiany.

To trochę tak, jakby mózg myślał, że poprzez dolegliwości pomaga nam w bezpiecznej kontynuacji życia. Zadaniem terapeuty i klienta jest odnalezienie przyczyny, czyli właściwej historii, oraz przerobienie emocji z nią związanych w taki sposób, by do mózgu dotarło, że jego „pomoc” nie jest już potrzebna i może uzdrowić ciało, ponieważ problematyczna kwestia została pomyślnie zakończona. Uwalniamy nasz umysł, uwalniamy nasze ciało – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz.

Czy zatem na pewno do przepracowania problemu potrzebny jest terapeuta?

Ciężko jest samemu to zrobić, bo my często chcemy ukryć emocje, uciec przed nimi. My nie szukamy rozwiązania, tylko szybkiej ulgi, a terapeuta nam na to nie pozwoli. Co więcej, nie mamy do siebie sami takiego dystansu. Rzadko się zdarza, by ktoś umiał spojrzeć na siebie z boku i zauważyć schemat (na podstawie jakiejś przeczytanej literatury), a później go przepracować, bo nasz automatyczny mózg chce zachować swoje rozwiązanie, więc łatwo o sabotaż – dodaje terapeutka.

Chociaż medycyna naturalna ma wiele metod, nie wspomniałam tu słowem o aromaterapii, bioenergoterapii, koloroterapii, hipnozie, radiestezji czy urynoterapii, a także o znachorskich praktykach naszych wschodnich sąsiadów, żaden ze mnie Kossakowski, żeby wypowiadać się o ich efektywności. W mojej opinii jednak, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Wszystkie dążą do tego samego – uruchomienia naszego mózgu. Niezależnie od tego, czy fizycznie działają, czy nie, każda z metod sprawia, że u osoby, która bardzo chce wyzdrowieć i bardzo w daną dziedzinę wierzy, psychika zaczyna działać zupełnie inaczej, jak przy placebo. Następuje proces samoleczenia, poprawy stanu zdrowia, a nawet cudu, którego nie są w stanie wyjaśnić lekarze. Potęga ludzkiego umysłu wciąż jest niedoceniana, a przecież czasem wystarczy tylko chcieć…

Ciało

Masaż twarzy i facetaping. Rozmowa z Anetą Hregorowicz-Gorlo

13 stycznia 2021 / Monika Pryśko

Poznajcie Anetę Hregorowicz-Gorlo, kobietę, która w swojej Akademii uczy, jak się masować, by mieć zdrowe i piękne ciało, a szczególnie witalną, łagodną i promienną twarz.

Przez lata zgłębiała tajniki masażu, by połączyć je z niekonwencjonalnymi metodami, jak stawianie baniek na twarz, czy wykorzystywanie taśm kinezjologicznych, które zazwyczaj stosuje się w kontuzjach i rehabilitacji ciała. 

 

Powiedz, gdzie uczyłaś się masażu? Wyobrażam sobie te godziny szkoleń! 

Od wielu lat interesuję się masażem, zgłębiam tajniki, czytam, oglądam, a ostatnimi laty doszły do tego wyjazdy, szczególnie na Wschód. Rosja, Ukraina, Łotwa słyną z kultury masowania. Kiedy skończyłam studia ponad 10 lat temu, nauczanie masażu opierało się na podstawowych informacjach. Moja ciekawość anatomii twarzy, naszego naturalnego  potencjału do samoodnowy, motywowała mnie do poszukiwań, dlatego stawiałam sobie nowe wyzwania w poszukiwaniu nowej dla mnie wiedzy i łączenia jej właśnie z dziedziną kosmetologii, naturoterapii, psychobiologii i ekologicznego stylu życia. Na mojej drodze stanęło wówczas wielu wspaniałych ludzi, od niezwykłych lekarzy, osteopatów, po masażystów i naturoterapeutów, którzy pokazali mi, że skóra i jej zewnętrzne piękno to wynik wewnętrznego zdrowia.

 

To brzmi wręcz mistycznie, choć przecież wiem, że nie jest to wiedza tajemna.  Zastanawiam się więc, dlaczego nie mówi się o tym głośniej i dlaczego masaż nie jest dla nas tak naturalny, jak być powinien. 

Byliśmy pochłonięci nową technologią, urządzeniami, odkrywaniem ekspresowych kuracji upiększających, zafascynowani szybkim działaniem niektórych technik. Gabinety kosmetyczne inwestowały w nowe sprzęty, które gwarantują piękną, młodą, jędrną skórę. Natomiast te manualne terapie zostały odstawione na bok, ale one były zawsze, nie są żadnym odkryciem.Teraz natomiast przeżywają renesans. 

 

Czy to znaczy, że zamiast botoksu kobiety powinny inwestować w częstsze wizyty w gabinetach masażu? 

Jako naturoterapeutka i kosmetolog holistycznie patrzący na nasze ciało, cenię sobie naturalne metody. Nigdy nie byłam przeciwna medycynie estetycznej, nawet sama próbowałam w swoim życiu wielu propozycji, jakie nam daje świat medycyny i kosmetologii estetycznej. Jednak to, co jest bardzo ważne, to zdrowy rozsądek i umiar. Zaufanie naszej naturze, zaufanie temu, co nas od środka zasila i wzmacnia. Twarz ostrzyknięta botoksem, przez wiele lat poddana ,,paraliżowi” zamienia się w maskę, a jej skóra, przez brak odpowiedniego krążenia, robi się wiotka i bardzo słaba.

W ostatnim czasie współpracuję z wieloma lekarzami, którzy dla uzyskania jak najlepszych rezultatów odmłodzenia czy regeneracji, otwarcie już mówią o dobroczynnym wpływie masażu jak i ,,rehabilitacji estetycznej” – przed kuracją, jak i po niej. Mowa o niwelowaniu obrzęków po ostrzyknięciu, rozmiękczeniu zrostów, jakie czasem powstają przy zabiegach medycyny estetycznej, tworząc blokady w przepływie płynów fizjologicznych.

 

Czy to był jeden z impulsów, by stworzyć autorską metodę masażu twarzy?

Stworzyłam pakiet autorskich technik, które w przypływie weny zapisałam, zmotywowana efektami, których byłam świadkiem. Zainspirowana spotkaniami z ludźmi z całego świata, zebrałam same perełki, które na swoich kursach i warsztatach przekazuję innym kobietom. 

Potrzebowałam skutecznego narzędzia, które pozwoli mi w całkowicie naturalny sposób, w pełni holistycznie zaopiekować się kobiecą urodą, a szczególnie zdrowiem, tak samo na poziomie fizycznym, jak i psychoemocjonalnym.

 

 

Pamiętam, gdy na warsztatach tłumaczyłaś mi, że twarz też powinna być w dobrej formie! Masaż ciała to coś, co znamy, natomiast masaż twarzy do niedawna brzmiał dla mnie nieco ekscentrycznie. 

Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale od kilku lat nurt holistyczny zaczyna się bardzo rozwijać. Kobiety częściej już czytają etykiety kosmetyków, interesują się tym, co nakładają na swoją skórę i wiedzą, że krem za 2000 zł nie jest w stanie zagwarantować piękna i długowiecznej młodości, ponieważ może być jedynie finezyjnym wykończeniem relaksacji, może być aromaterapią. Natomiast za kondycję twarzy odpowiada krew, układ mięśniowy, który jest rozprężony. Naczynia krwionośne, które niczym nurty rzeczne odżywiają tkanki od środka. To, co znajduje się pod skórą, jest odpowiedzialne za piękno, zdrowie i witalność.

 

Zwróciłaś też moją uwagę na mięsnie twarzy.  Zapomnieliśmy, że twarz to mięśnie, a mięśnie potrzebują konkretnego działanie, a nie miziania piórkiem. Od tych warsztatów minęło kilka miesięcy, a ja wciąż o tym pamiętam przy codziennej pielęgnacji, mimo że teoretycznie nie powinnam zbyt mocno masować twarzy, ponieważ mam cerę naczynkową. 

Gdy jeszcze studiowałam kosmetologię, głównym przeciwwskazaniem do masażu była właśnie cera naczynkowa czy wrażliwa. Zobacz, jakie to jest mylne i złudne. Jeśli przykładowo moja ręka byłaby w gipsie przez pół roku, to skóra po nim na pewno się wysuszyła, nie miała dobrego krążenia, była przez większość czasu unieruchomiona. Więc gdy tylko zdejmą mi gips, zaczynam rehabilitację, by krążenie wróciło do normy.  Takiej samej gimnastyki i ćwiczeń potrzebują nasze naczynia krwionośne, aby były zdrowe i szczelne.

 

No właśnie, traktujemy ciało dość ostro, gdy chcemy, by wróciło do dawnej sprawności. 

Jeśli mam kruchość naczyń krwionośnych, jeśli mam mało tkanki łącznej i moja skóra jest wiotka, to przecież nie mogę jej delikatnie głaskać, bo żadne krążenie się tam nie poprawi. 

Tak naprawdę nasze tkanki aż proszą o intensywny bodziec. Jeśli porównasz twarz do doliny, gdzie płynie rzeka, to gdy na rzece robi się tama, ja nie idę tam z miotłą i nie zmiatam na niej kurzu. Ja zakasuję rękawy i usuwam tę tamę. Tak samo jest z twarzą. Nie będę głaskać mięśni żwacza, który jest napięty i chłonie cały kortyzol, tylko skupię się na intensywnym masażu. 

 

Pamiętam, że masaż twarzy, który mi zrobiłaś, bardzo poprawił mi nastrój. Faktycznie nie chodzi tylko o to, by wyglądać ładniej, ale by pozbyć się też negatywnych emocji, które kumulujemy w mięśniach twarzy. Zauważyłaś wtedy, że powinnam więcej uwagi poświęcać mojej żuchwie, bo właśnie po tym fragmencie twarzy widać, że miałam ostatnio nerwowy czas. 

Jesteś osobą, która wydaje się być szczera ze sobą. To znaczy, że jeśli jest ci smutno, to się nie uśmiechasz. Twoja twarz wyraża emocje, więc jeśli jest dobrze, to na twarzy to widać, i odwrotnie. Wyobraź sobie, że są osoby, które z różnych powodów mają na twarzy maskę. Takie twarze są mało żywe, a jeśli dodamy do tego medycynę estetyczną i zablokujemy mięśnie botoksem, nie damy mięśniom popracować, to mamy problem. U takich osób występuje brak krążenia, niedotlenienie, a przecież blisko twarzy jest mózg. Ponad 60 mięśni naszej twarzy nie tylko odżywia naszą skórę, pompując krew do kapilarów, ale dodatkowo przecież doprowadza krew do naszego mózgu. Osoby, które są jak zamrożone, które mają bardzo dużo napięć, często też, co wynika z moich obserwacji, borykają się ze stanami depresyjnymi, zachwianiem równowagi psychoemocjonalnej, migrenami, zmęczeniem, przewlekłym stresem.

 

Gdy mówisz teraz o krążeniu, mięśniach, tkankach i przepływie limfy, wydaje mi się to bardzo trudne. Sama wiesz, że najtrudniej jest zacząć. 

Zacznij od początku. Nawet dzieci robią to intuicyjnie. Gdy są zmęczone i znudzone, masują okolicę oczu, pobudzają sobie zakończenia nerwowe, które są odpowiedzialne za orzeźwienie i otrzeźwienie umysłu. W kącikach oczu mamy punkt, który, kiedy tylko przytrzymasz go kilka sekund, aktualizuje twój mózg, bo poprawia krążenie i odświeża.

 

Znowu wychodzi na to, że to, co najprostsze, jest najbardziej skuteczne.

Masaż to dotyk, najstarsza terapia na świecie. Boli mnie głowa, chwytam się za czoło. Dwie dłonie oparte o skronie, opuszki palców na włosach i nieświadomie masujemy głowę. Nie musimy być super specjalistą, żeby zafundować sobie kilka minut masażu w domu. Oczywiście dobrze, jeśli wiemy, jak przepływa limfa, jak ułożone są mięśnie naszej twarzy, natomiast sam dotyk, samo głaskanie, samo ciepło dłoni i intencja już działają. 

 

Czytałam gdzieś, że twarz należy masować w określonym kierunku, bo inaczej rozciągniemy sobie skórę i spowodujemy szybsze powstawanie zmarszczek. 

Wystarczy, że będziesz świadoma tego, że limfa odpływa od środkowej części twarzy w stronę uszu i spływa po szyi do największych kanałów limfatycznych, jakimi są pachy. Wszystkie ruchy wykonuj zgodnie z tą linią. Zachęcam do masażu intuicyjnego, bo twarz woła o uwagę, a każda z nas ma napięcia w twarzy w innym miejscu. 

 

Dobrze, że o tym wspominasz. Naśladowanie bez zaangażowania i wyczucia własnych potrzeb wydaje się być bez sensu.

Dokładnie tak, bo skupiamy się nie na tym, co robimy, tylko na tym, co zaraz będziemy musiały zrobić. 

 

I wtedy rozwijamy rolkę taśmy kinezjologicznej i dzieją się cuda!

Taśmy to nie jest cud natury, to nie plastry nasączone płatkami złota. To taśmy, które zostały opatentowane przez japońskiego lekarza Dr Kenzo Kase. Odwzorowują linie papilarne i strukturę naszej skóry, co oznacza, że gdy nadamy im odpowiednie napięcie, bądź jego brak, a także z odpowiednią intensywnością nakleimy je na naszą skórę, zostaje ona w  kinezjologiczny sposób podniesiona. Taśma działa na tkankę unosząc jej strukturę, a jeśli pod skórą i powięzią zaczyna być więcej przestrzeni, to oznacza, że krew i limfa zaczynają swobodnie przepływać. A krew i limfa to eliksir urody. 

 

Czyli tak naprawdę chodzi o regenerację, odbudowę tkanek?

To tak jak ze skaleczeniem. Jeśli skaleczę swoją dłoń, to moje komórki, komórki Langerhansa, komórki odpornościowe, robią wszystko, żeby skupić się na regeneracji i procesie naprawczym tej zmiany. Z taśmą jest podobnie. Jeśli poprzez masaż stymuluję sobie tkankę i na to nałożę taśmę, to wzmacniam efekt regeneracji i rewitalizacji danego obszaru.

 

Nie trzeba chyba być specjalistą, by używać tych plastrów? Są dostępne choćby online, na Allegro ich cena zaczyna się od 11 zł. Czy wystarczy je pociąć na paseczki i sobie je intuicyjnie nakleić?

Jeśli chcemy osiągnąć zdecydowanie bardziej spektakularne rezultaty, wymodelować naszą twarz, rozprężyć odpowiednie partie mięśniowe (a pamiętajmy, że deformacje robią się poprzez napięcia mięśniowe, czy zablokowanie limfy w podbródku), to tutaj fajnie byłoby znać biomechanizmy i kierować się rzeczywiście wskazówkami, które pomogą tę deformację rozłożyć na czynniki pierwsze, czyli np. odprowadzić limfę czy wzmocnić mięśnie. 

 

Na swoim profilu na Instagramie często publikujesz swoje zdjęcia z naklejonym na czoło serduszkiem. Sama czasem sobie podobne naklejam. 

To bardzo prosta aplikacja, którą nakłada się w okolicy tzw. trzeciego oka. Ten kawałek taśmy naklejony na czole pomaga w czasie migreny, ma działanie odprężające, wygładza zmarszczki. W czasie snu relaksuje napięty mięsień marszczący brwi. Uspokaja i harmonizuje. 

 

Zastanawia mnie, czy masażem twarzy jesteśmy w stanie walczyć z niedoskonałościami skóry. Mam na myśli nie tyle zmarszczki, co na przykład trądzik czy zmiany chorobowe. Czy taśmy pomogą w przywróceniu twarzy dobrej kondycji?

Wróćmy do przykładu tamy. Nagle do rzeki trafia parę kontenerów ze śmieciami. Te śmieci to toksyny, złogi, neurotoksyny, stres. Toksyny z pożywienia i powietrza, ale też z naszych myśli. Te nurty rzeczne, czyli kanały krwionośne, energetyczne czy limfatyczne, są zatkane. Jeśli one są zatkane, to nasze tkanki zachowują się jak bagno, którego nikt dawno nie oczyszczał. Nasza twarz zaczyna puchnąć, woda zbiera się w tkankach i nie ma możliwości odpływu. I wtedy nasza skóra informuje nas, że coś jest nie tak. Zaczynają na twarzy pojawiać się wypryski, stany zapalne, przebarwienia. 

 

Faktycznie, gdy tak to opisujesz, już sama widzę, że nawet najlepszy krem tutaj nie bardzo pomoże, że to za mało. 

Nie jestem przeciwna kremom i zabiegom, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że pierwszym krokiem powinno być odblokowanie i praca z przyczyną, czyli z zastojem. Sama uwielbiam naturalne produkty, aromaterapię, choć zawsze na pierwszym miejscu jest masaż! Reszta to tylko przyjemny dodatek.

 

Aż boję się zadać to pytanie. Systematyka i w tym przypadku jest ważna?

Pewnie, że tak. Pomyśl sobie, że raz na pół roku idziesz na spacer. Albo zadaj pytanie dietetykowi, jak długo będziesz zdrowa po zjedzeniu marchewki. Byłam dziś pół godziny na rowerze, czy to znaczy, że przez najbliższe miesiące mogę leżeć na kanapie? Tutaj systematyka jest jak picie wody. Nie wypijesz na raz 20 litrów wody i nie powiesz – dobra, mam luz na cały miesiąc.

 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić! Rozmawiasz z największym leniem na świecie. 

I dlatego też stworzyłam autorski program automasażu. Kurs FACEMODELING SELF TAPE, który uczy pozytywnej dyscypliny w działaniu, dobrej rutyny i pielęgnacji twarzy, która już po kilku dniach, tygodniach odwdzięcza się łagodnym wygladem, młodością i promiennością.

Profesjonalne masaże to coś wspaniałego, ale korzystasz z nich raz na jakiś czas. Są bardzo cenne i zachęcam, by dać sobie co jakiś czas tę ogromną przyjemność. Nawet na mojej stronie rekomenduję miejsca, które warto odwiedzić już w całej Polsce.

Pamiętajmy jednak, że to codzienna, pozytywna rutyna, zdrowe pożywienie, oddech i harmonia są kluczem do zdrowia i urody naszej twarzy i całego ciała.

 

Chciałabym też zaznaczyć, a co poczułam po masażu w Twoim gabinecie, że nawet jeśli trzeba zachować systematyczność, to i tak efekt widać od razu. 

Tak, to prawda. Jeśli techniki są dopasowane do potrzeb i ja wyczuję, co mi służy, gdzie jest potrzeba masażu, to tkanki są na tyle wdzięczne, że to widać. Przypomina to o pierwotnym modelu samouzdrawiania. Widać to u osoby, która ma 20 lat, ale najbardziej widać u osób, które tego masażu naprawdę potrzebują. U osób starszych, zmęczonych, schorowanych, albo po prostu zaniedbanych, zapomnianych.

 

Jeśli twarz po 20 latach bez uwagi dostanie taki masaż, to zdecydowanie poinformuje nas swoim radosnym, łagodnym i wypoczętym wyglądem.

Dbajmy o siebie dziewczyny! 

Zdrowie i piękno jest w naszych rękach każdego dnia!

 

_

Na zdjęciu: Emilia Pryśko

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo