ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Ciało

Medycyna naturalna, czyli jak nie zapychać kiesy Big Pharmie (tylko komuś innemu)

10 lipca 2020 / Magdalena Droń

Medycyna naturalna – wydawać by się mogło, że to swoisty oksymoron.

Zestawienie słów, które w żadnej mierze nie idzie ze sobą w parze. Wszak wszystkie konwencjonalne sposoby leczenia opierają się na badaniach i farmakologii. A jednak medycyna naturalna istnieje. Zwana jest również medycyną niekonwencjonalną albo alternatywną. I choć w XXI wieku wciąż uważana jest za szarlatanizm, przynosi ulgę, a czasem całkowite uzdrowienie pacjentom, dla których nie było już ratunku. Czy jest na nią miejsce we współczesnym świecie? Jak jest postrzegana? I jakie metody uznać można za najbardziej kontrowersyjne?

Co o tym kierunku myśli społeczeństwo? Daleko szukać nie trzeba. Szybkie wpisanie frazy „medycyna naturalna” w popularną wyszukiwarkę przenosi nas na doskonale wszystkim znaną internetową skarbnicę wiedzy, która zasypuje nas średnio obiektywnymi informacjami w stylu:

(…) metody i praktyki, o których twierdzi się, że mają działanie lecznicze lub diagnostyczne, ale są obalone, niesprawdzone, niemożliwe do udowodnienia na podstawie badań naukowych lub ich działanie szkodliwe jest większe niż pozytywne działanie lecznicze.

Pozytywne efekty obserwowane przez pacjentów przy zastosowaniu medycyny alternatywnej mogą być wynikiem placebo, regresji w kierunku średniej (w której poprawa, która i tak by się wydarzyła, jest przypisywana terapiom alternatywnym), mniejszej ilości skutków ubocznych (która jest efektem zmniejszenia rzeczywistego leczenia funkcjonalnego), lub dowolnej kombinacji powyższych.

Podczas gdy dokonała znaczącej zmiany w nazewnictwie: od szarlatanerii do medycyny komplementarnej lub integracyjnej – promuje zasadniczo te same co szarlataneria praktyki. Jej zwolennicy często sugerują, aby stosować alternatywną medycynę wraz z funkcjonalnym leczeniem medycznym, w przekonaniu, że uzupełnia (polepsza działanie lub łagodzi skutki uboczne) leczenia. Nie ma dowodów na to, że tak się dzieje, a znaczące interakcje leków spowodowane alternatywnymi terapiami mogą zamiast tego negatywnie wpływać na leczenie, czyniąc je mniej skutecznym, w szczególności w przypadku terapii przeciwnowotworowych.

Choć wyimki te dalekie są od bezstronnego podejścia do tematu czy też czysto naukowej opinii, uwidaczniają pewien mechanizm – medycyna naturalna budzi emocje. Wielu potępia ją w czambuł i uważa, że jest czystą hochsztaplerką. Sama mam do niej mieszane uczucia. Nie mogę przecież zaprzeczyć temu, co jeszcze kilkadziesiąt czy setki lat temu było jedyną opcją. Nie mogę przekreślić dokonań medycyny dalekiego wschodu, całej wiedzy z zakresu ziołolecznictwa czy domowych metod na przeziębienie mojej babci. Ciężko mi jednak odnieść się do metod, które od kilku lat zyskują na popularności, a ich historyczne zaplecze jest raczej mgliste. Czy da się w tej materii obrać jedną słuszną ścieżkę?

Cały obszar „komplementarnej i alternatywnej medycyny” („complementary and alternative medicine”; w skrócie CAM) zaczął cieszyć się ogromnym powodzeniem w latach 80. W Europie tempo wzrostu tego nurtu ustępowało wówczas tylko przemysłowi komputerowemu. Ta eksplozja zainteresowania naturalną medycyną trwa do dzisiaj i wielu traktuje tę gałąź za swoistą religię czy kult. Poniekąd mają rację, gdyż setki lat temu to, co dziś nazywamy medycyną, związane było wyłącznie z religijnością i obrzędami. Czy jednak w obecnych czasach, gdy mamy dostęp do takiej wiedzy, leków i osiągnięć, warto wracać do tego, co było? Czy Big Pharma naprawdę chce za wszelką cenę uzależnić nas od brania pigułek na każdą przypadłość świata, aby zarobić jak najwięcej i pomalutku wszystkich wykończyć? Swoisty spisek przeciwko ludzkości, utrzymywany w apokaliptycznej narracji i demonizowany przez skrajnie ekologiczne środowiska optujące za powrotem do natury. Natury, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była jedyną rzeczywistością i jedynym znanym lekiem.

Medycyna naturalna zaczyna się od ziół

Zacznijmy od początku, a więc od ziołolecznictwa, nazywanego też fitoterapią, które ma bardzo odległą historię sięgającą początków ludzkości. To jedna z najstarszych dziedzin medycyny naturalnej polegająca na wykorzystaniu surowców i przetworów roślinnych do wywoływania korzystnych zmian w funkcjonowaniu organizmu. Początki ziołolecznictwa sięgają człowieka pierwotnego, który uczył się funkcjonowania poprzez podglądanie natury. Obserwując zwierzęta, poznawał dary natury zjadane w stanach chorobowych, by w ten sposób nauczyć się samoleczenia i unikania roślin zawierających substancje toksyczne. W rozpowszechnieniu ziołolecznictwa w Europie największe znaczenie miał Egipt. Jednym z dokumentów, w którym pojawiają się wzmianki o ziołach, jest papirus Ebresa z XVI w.p.n.e, zawierający około 900 receptur na leki naturalne, w tym większość pochodzenia roślinnego. Prawdziwe ziołolecznictwo narodziło się jednak w Grecji. Rośliny lecznicze opisuje Hipokrates i Pliniusz Starszy, który wymienia aż tysiąc różnych gatunków przydatnych w leczeniu dolegliwości. Grecja miała też udział w odejściu od przypisywania ziołom magicznych mocy. Znaczącą rolę w rozwoju ziołolecznictwa odegrali lekarz Marka Aureliusza Galen i Paracelsus, dzięki którym substancje pozyskiwane z roślin zaczęły stanowić podstawę farmakologii, aż do wynalezienia leków syntetycznych w latach 30-tych ubiegłego wieku. Był to początek końca i prosta ścieżka do zepchnięcia ziołolecznictwa do roli leczenia domowego. 

Zioła to leki natury zawierające w sobie wiele cennych substancji, które mogą korzystnie wpływać na nasze zdrowie, ale też przyczyniać się do różnych dysfunkcji.

– Mówiąc o zagrożeniach związanych ze stosowaniem leków ziołowych warto zwrócić uwagę na dwa z nich. Pierwszym jest przedawkowanie związane z powszechnym przekonaniem, że zioła są zdrowe i nie szkodzą, więc można je pić w ilościach nieograniczonych. Niektóre rośliny, jak np. bylica piołun, zawierają toksyny (tujon), które odpowiednio dawkowane pomagają, ale spożyte w zbyt dużej ilości, mogą powodować poważne skutki. Drugie zagrożenie wynika z przekonania o wyjątkowej mocy ziół, które sprawia, że wiele osób chorych całkowicie rezygnuje z leczenia szpitalnego. Warto pamiętać, że zioła i preparaty ziołowe powinny być uzupełnieniem tradycyjnego leczenia, wspomagać je, a także być stosowane w jednorazowych dysfunkcjach, jak problemy trawienne czy bóle menstruacyjne – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Rewolucja przemysłowa i szybki postęp przyczyniły się do rozwoju farmakologii, jednak dopiero w ostatnich dziesięcioleciach udowodniono naukowo szkodliwe działania uboczne wielu lekarstw. Stąd powrót do ziołolecznictwa i ponowne docenienie zadziwiającej mocy roślin leczniczych. Do łask powróciły preparaty galenowe, a także elementy tradycyjnej medycyny chińskiej i hinduskiej.

Akupunktura i akupresura, czyli medycyna naturalna i siła nacisku

Inną metodą wykorzystywaną w przypadku medycyny niekonwencjonalnej, mającej swoje korzenie na dalekim wschodzie, jest akupunktura lub akupresura. Pierwsza z nich polega na wbijaniu cienkich igieł w określone punkty na ciele pacjenta. Druga metoda zakłada ucisk tych punktów. Ucisk lub nakłucie określonego punktu na ciele człowieka ma na celu lepsze krążenie energii. Uważa się, że konkretne punkty odpowiadają odpowiednim organom. Dzięki działaniu akupresury lub akupunktury całe ciało lub określony narząd ma zostać wyleczony. 5000 lat temu Chińczycy zauważyli korzyści, jakie niesie ze sobą naciskanie określonych punktów na ciele. Nie tylko przynosiło to ulgę w bólu najbliższej dla tego punktu okolicy, lecz wpływało również na te obszary ciała, które były daleko od bolącego (a także uciskanego) miejsca. Dzięki obserwacji zaczęli odkrywać punkty, których uciskanie nie tylko łagodziło ból, ale wpływało na kondycję organów wewnętrznych.

Stosowana dziś akupresura ma kilka wariantów, we wszystkich jednak używa się odkrytych w starożytności punktów spustowych. Każdy z wariantów charakteryzuje się innym rytmem, siłą nacisku i techniką. Masaż Shiatsu polega na energicznym i silnym naciskaniu punktów przez zaledwie 3-5 sekund. Inne z wariantów polegają na delikatnym trzymaniu punktów przez minutę lub dłużej. Naciskanie w szybkim, przerywanym rytmie działa stymulująco, powolnym zaś głęboko relaksująco. 

 

W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych

W ostatnim czasie popularnością cieszy się u nas podobna, choć znacznie młodsza dziedzina medycyny niekonwencjonalnej – refleksologia, która zakłada, że przez ciało człowieka biegną nerwy, mające swoje zakończenia w palcach stóp i dłoni. Tworzą one tzw. zony – ścieżki nerwowe. Stymulując odpowiednie zakończenie nerwowe w stopach, możemy wpływać na odległe części ciała. W podeszwach stóp znajduje się najważniejsza ze stref relaksacyjnych:

Ludzka stopa posiada 7200 zakończeń nerwowych, które mają połączenie z mózgiem, a równocześnie z wszystkimi częściami ciała. Refleksolog pobudza te obszary, co działa prozdrowotnie na cały organizm – podkreśla Hanna Leroch, refleksolog.

Masaż refleksyjny powoduje lepszy przepływ krwi i bioenergii do danego organu. Wyzwala energię życiową i aktywizuje siły witalne. Chociaż uzyskiwane efekty są różne i wynikają ze specyfiki przypadku, to w ujęciu całościowym chodzi o to, by wywołać proces samoleczenia.

– Powtarzanie zabiegów refleksologii ma na celu doprowadzenie naszego organizmu do balansu biologicznego, usprawnienia cyrkulacji krwi, limfy, wyciszenia układu nerwowego, zlikwidowania bólów, odblokowanie zatorów w organizmie poprzez wykorzystanie osobistego systemu obronnego każdego z nas. W refleksologii podchodzimy do człowieka holistycznie, szukamy równowagi ciała i emocji, nie skupiamy się na konkretnym schorzeniu – dążymy do zdrowia ciała i ducha – dodaje. 

Co ciekawe, w Polsce od blisko 30 lat działa Instytut Refleksologii, a od 2005 roku refleksolog wpisany jest do rejestru zawodów. Na stronie Polskiego Instytutu Refleksologii można znaleźć listę certyfikowanych refleksologów, którzy swoje umiejętności oraz wiedzę musieli potwierdzić cyklem szkoleń i zaliczeniem egzaminów.

Zabiegami refleksologii wykonywanymi przez profesjonalistów nie można zaszkodzić (refleksologię można stosować nawet od pierwszego dnia życia), bo doświadczony terapeuta potrafi tak dobrać cykl zabiegów, by był on najbardziej odpowiedni do konkretnej osoby. Niektóre elementy refleksologii można też stosować samodzielnie, np. wspomagać w ten sposób swoją najbliższą rodzinę – męża, żonę, dzieci, rodziców. Przed tym warto jednak zapoznać się z dostępną literaturą lub skorzystać z bezpośredniej rady profesjonalnego refleksologa – podsumowuje Hanna Leroch.

Medycyna naturalna  a homeopatia

I nagle pojawia się ta magiczna cezura. Tysiące lat doświadczenia versus setki, a czasem nawet dziesiątki. Jak zestawiać ze sobą coś, co ma korzenie w starożytności, z metodami, które odkryto 200 lat temu? Dla mnie właśnie w tym momencie kończy się wiarygodność kolejnych metod medycyny naturalnej. Mówię dość i rozkładam ręce. Czy słusznie? Tradycja tak, praktyki bardziej współczesne, no cóż… Choć wśród metod leczenia medycyny niekonwencjonalnej na samym szczycie wymienia się homeopatię, której stosowanie deklaruje ponad 100 mln osób w Europie, liczba ta nie przemawia do mnie tak mocno, jak jej pokłosie: 1,7 mld euro wydawanych co roku na leki homeopatyczne. Coś mi tu nie pasuje. Przecież mieliśmy odchodzić od medykamentów. Ale od początku. 

Homeopatia to forma medycyny niekonwencjonalnej zaproponowana w 1796 roku przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna. Bazuje na „prawie podobieństw”, według którego substancje powodujące pewne symptomy u osób zdrowych powinny być podawane w rozcieńczonej formie pacjentom wykazującym podobne objawy w stanach chorobowych. Przykład: cebula podrażnia błony śluzowe nosa, dlatego też podczas krojenia większość z nas zaczyna płakać i mamy chwilowy katar. Tymczasem wiadomo, że syrop na bazie cebuli pomaga w walce z przeziębieniem. Na podobnej zasadzie tworzy się leki homeopatyczne. Pacjent z katarem dostanie lek, w którym będzie w mikroskopijnej dawce środek wywołujący tę dolegliwość. Środki homeopatyczne są przygotowywane poprzez sukcesywne rozcieńczanie. Po każdym rozcieńczeniu otrzymany roztwór jest mieszany przez intensywne potrząsanie, które homeopaci nazywają succussion, zakładając, że zwiększa to efektywność otrzymanej substancji. Cały ten proces homeopaci nazywają dynamizowaniem. Rozcieńczanie trwa zazwyczaj tak długo, że w roztworze nie pozostaje nic z początkowej substancji. Zwolennicy tej metody obstają przy swojej tezie, że woda zapamiętała energię danej substancji, dzięki czemu możliwe jest jej bezpieczne wykorzystanie. Badania wykazują jednak, że w tabletkach jest tylko sam nośnik, taki jak woda, cukier czy alkohol. Lekarze podkreślają, że w lekach po rozcieńczeniu nie ma nawet śladu pierwotnej substancji, nie mówiąc o tym, że jest wątpliwe, czy sama ta substancja miałaby skuteczność leczniczą.

– Zasadniczo wyznaję takie podejście, że homeopatia ludziom nie zaszkodzi, bo tam i tak są same wypełniacze i cukier. A jeśli wierzą w cudowne uzdrowienie po tym to ich sprawa. Jako farmaceuta nie mam prawa im mówić, że to naciąganie na pieniądze i to często niemałe. To są drogie preparaty, a płacisz za nic. Oscillococcinum – idealny przykład. Blisko 20 zł za 6 sztuk, a w środku sam cukier (sacharoza i laktoza). Najdroższy cukier za kilogram – 2,5 tysiąca złotych. Niby zawiera wyciąg z wątroby kaczki? Tylko to tak, jakby wrzucić jedną wątrobę kaczki do ogromnego basenu. Pomieszać tę wątrobę w tym basenie i ją wyciągnąć, a później uznać, że ta woda „pamięta” o wątrobie… Jedna wielka bzdura dla mnie – podkreśla magister farmacji Krystyna Kowalczyk.

Siedem lat temu w oficjalnym stanowisku Naczelna Rada Lekarska odradziła lekarzom stosowanie homeopatii jako metody o niepotwierdzonej naukowo skuteczności. Stanowisko to powstało na podstawie raportu ekspertów powołanych do oceny, czy w świetle aktualnej wiedzy medycznej homeopatię można uznać za skuteczną metodę leczenia. Stanowisko jest zgodne: w przypadku homeopatii można mówić jedynie o wierze pacjenta, że środek pomaga, bo dzięki niemu ma lepsze samopoczucie.

– Zawsze patrzę na ludzi, którzy przychodzą po leki homeopatyczne i zastanawiam się, kto im nawciskał takich kitów. Szczególnie jeśli są to ludzie dobrze ubrani, do rzeczy wysławiający się, inteligentni… i wierzą, że „woda pamięta”? Czasem mam ochotę coś im powiedzieć, ale nie mogę, bo do tego się zobowiązałam, składając przysięgę po studiach. Jak ktoś wierzy, że mu to pomaga, to trudno, nie moja broszka. Siła umysłu jest nieodgadniona. Może ten ktoś wierzy na tyle, że naprawdę te leki działają. Kiedyś czytałam o badaniach jakiegoś leku, którego działaniem niepożądanym było uszkodzenie słuchu. Pacjenci z grupy badanej o tym wiedzieli. Część pacjentów, która dostawała placebo, miała uszkodzony słuch! W badaniach te uszkodzenia były potwierdzone. Tak bardzo wierzyli, że dostają lek, bali się działań niepożądanych, że dostając placebo, uszkodziło im słuch… Ludzki organizm jest niepojęty. Jeśli ktoś chce po prostu kupić jakiś konkretny homeopat, to się nie odzywam. Ale jeśli proszą mnie o opinię, to w delikatnych słowach mówię, że uważam, że to nie działa i szkoda pieniędzy – konkluduje.

Chociaż członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej są jednymi z najzagorzalszych zwolenników homeopatii, a w Wielkiej Brytanii w ramach państwowej służby zdrowia aktywnie działa pięć homeopatycznych szpitali, dla mnie wciąż zbyt mocno zalatuje to New Age. Największym problemem związanym z homeopatią w mojej opinii jest zapis w prawie farmaceutycznym, który mówi, że leki homeopatyczne wchodzą na rynek bez weryfikacji, czy działają. W świetle prawa nie ma więc konieczności przedstawienia dowodów skuteczności terapeutycznej tych preparatów przed ich rejestracją i wprowadzeniem na rynek. Czy więc warto ryzykować? Ja nie mam ochoty.

Recall healing

A teraz czas na zupełną nowość na gruncie terapii alternatywnych. Połączenie odkryć z dziedziny medycyny akademickiej i tradycyjnej medycyny chińskiej, psychologii, psycho-bio-genealogii, naturoterapii, symbolizmu oraz NLP, które opiera się na uznanych badaniach naukowych, a także na biologicznych obserwacjach świata fauny i flory – metoda recall healing. Polega ona na badaniu traum i głęboko ukrytych emocji, które mogą być podstawą chorób fizycznych oraz objawów psychosomatycznych. Zasadą recall healing jest odnajdywanie i zrozumienie emocji oraz tego, że choroba może być dokładnym odzwierciedleniem tego, co tkwi niewyrażone i nieuwolnione w pamięci (ciała). Schorzenie jest biologicznym konfliktem, a chory musi stać się świadomy tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Aby wyzdrowieć, należy rozwiązać/przeżyć ten konflikt, gdyż w momencie, kiedy jest w ukryciu, stanowi przyczynę danej choroby.

Co warto zaznaczyć, metodą recall healing można wyleczyć wyłącznie chorobę, która nie ma bezpośredniej zewnętrznej przyczyny. Jeśli osoba jest otyła, bo je dużo i niezdrowo, nie ćwiczy, tak żyje jej się dobrze i taki jest jej świadomy wybór, terapia nie pomoże. Terapia zadziała natomiast, jeśli ktoś ma zaburzenia żywienia (np. zajada stres czy jest uzależniony od słodyczy), albo jeśli je zdrowo i ćwiczy, ale ciało i tak gromadzi zapasy – wtedy szuka się przyczyny emocjonalnej takiego stanu rzeczy, który nie wynika z zewnętrznych przyczyn. Dla przykładu, np. zajadanie stresu, niepohamowane objadanie się, może mieć przyczynę w tym, że osoba nie była karmiona, gdy była głodna, co wytwarzało strach przed śmiercią, więc pełny brzuch był emocjonalnie łączony z poczuciem bezpieczeństwa – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz, terapeuta.

W latach 80-tych dwudziestego wieku, dr Ryke Geerd Hamer (twórca Nowej Medycyny Germańskiej) odkrył, że u źródła każdej biologicznej dysfunkcji znajduje się gwałtowny szok emocjonalny, oraz że charakter choroby zależy od sposobu, w jaki człowiek doświadczył traumy.

Po wielu latach badań i przeprowadzonych terapii zebrano ogromną wiedzę na temat indywidualnego znaczenia biologiczno-symbolicznego, jakie reprezentują dane choroby, organy i części ciała, co pozwala na podejmowanie starań odwrócenia tego efektu tak, by dzięki odnalezieniu i przepracowaniu emocji powiązanych z przypadłością wesprzeć organizm w procesie zdrowienia – dodaje Emilia Nina Mazurkiewicz.

Obecnie wiedza ta, w ciągu kilku dziesięcioleci uzupełniona o badania, medyczne odkrycia oraz spostrzeżenia z obszaru światowego dziedzictwa kulturowego, rozprzestrzeniła się pod różnymi nazwami, między innymi takimi jak Totalna Biologia dr. Claude’a Sabbah, Recall Healing dr. Gilberta Renaud czy Biologika dr. Roberto Barnai. Zasługi na tle rozwoju metody należą się także takim badaczom jak Claude Sabbah, Marc Frechet, Anne Ancelin Schutzenbergen czy Gerard Athias.

Do tego momentu wszystko jest względnie jasne i nie kwestionuję żadnych dokonań. Kiedy jednak wchodzimy na głębszy poziom wtajemniczenia, pojawiają się dla mnie jakieś mentalne schody nie do przeskoczenia… Być może to jednak kwestia indywidualna. Recall healing traktuje człowieka holistycznie i pokazuje, że choroba nie pojawia się przypadkowo. Często związana z dramatycznymi doświadczeniami, emocjonalną traumą, cyklem rocznicowym, międzypokoleniowymi skryptami czy świadomą / nieświadomą historią rodziny.

Przy tej metodzie terapii bardzo istotne są wszelkie informacje dotyczące rodziców w czasie, który określamy mianem „Projekt//Cel”, czyli tego, co przeżywali przed zapłodnieniem, podczas całej ciąży oraz pierwszych miesięcy życia dziecka. Najważniejsze są emocje pojawiające się w kobiecie, ponieważ dziecko, bezpośrednio z nią połączone pępowiną, odbiera każde uczucie na poziomie fizycznym oraz psychicznym niemal jak własne. Poza tym, ciąża to czas, kiedy młody organizm się rozwija i przyjmuje wszystko bezkrytycznie do siebie, mimowolnie ucząc się schematów, które mają pomóc mu przetrwać w przyszłości (na zasadzie „skoro działało u mamy, to będzie działać i u mnie”). Podam prosty przykład. Moim klientem był mężczyzna, który od lat posiadał stwardnienie w okolicach brzucha. Zadzwoniliśmy do jego matki i przeżyli wzruszającą rozmowę, w której wyznała, że podczas ciąży została uderzona przez swojego męża w dokładnie to samo miejsce. Oczywiście się przestraszyła, że mogło mu się coś stać, a gdyby brzuch był bardziej twardy, to stanowiłby lepszą ochronę przed ewentualnym atakiem – reasumuje Emilia Nina Mazurkiewicz. Brzmi niewiarygodnie? A to nie jedyne takie przypadki. Mówi się, że 60% problemów dzieci w szkole pochodzi z okresu ciąży. Kłopoty pewnego chłopca, który nie mógł nauczyć się tabliczki mnożenia, wynikały z tego, że jego mama podczas ciąży źle obliczyła budżet na remont pokoju dla niego. Stresowała się, wypominając sobie: „Źle to policzyłam”. Kiedy matka sobie to uświadomiła, dziecko od razu zaczęło lepiej sobie radzić z matematyką.

Przykłady krążące po sieci można mnożyć. W telegraficznym skrócie działa to tak: jeśli mamy jakiś uciążliwy problem, który cały czas zajmuje nasze myśli, nasz automatyczny mózg odczytuje to jako niebezpieczeństwo, swoiste zagrożenie życia i szuka rozwiązania. Skoro nie potrafi znaleźć go na zewnątrz, to jedyne na co ma bezpośredni wpływ to nasze ciało, więc wywołuje w nim zmiany.

To trochę tak, jakby mózg myślał, że poprzez dolegliwości pomaga nam w bezpiecznej kontynuacji życia. Zadaniem terapeuty i klienta jest odnalezienie przyczyny, czyli właściwej historii, oraz przerobienie emocji z nią związanych w taki sposób, by do mózgu dotarło, że jego „pomoc” nie jest już potrzebna i może uzdrowić ciało, ponieważ problematyczna kwestia została pomyślnie zakończona. Uwalniamy nasz umysł, uwalniamy nasze ciało – wyjaśnia Emilia Nina Mazurkiewicz.

Czy zatem na pewno do przepracowania problemu potrzebny jest terapeuta?

Ciężko jest samemu to zrobić, bo my często chcemy ukryć emocje, uciec przed nimi. My nie szukamy rozwiązania, tylko szybkiej ulgi, a terapeuta nam na to nie pozwoli. Co więcej, nie mamy do siebie sami takiego dystansu. Rzadko się zdarza, by ktoś umiał spojrzeć na siebie z boku i zauważyć schemat (na podstawie jakiejś przeczytanej literatury), a później go przepracować, bo nasz automatyczny mózg chce zachować swoje rozwiązanie, więc łatwo o sabotaż – dodaje terapeutka.

Chociaż medycyna naturalna ma wiele metod, nie wspomniałam tu słowem o aromaterapii, bioenergoterapii, koloroterapii, hipnozie, radiestezji czy urynoterapii, a także o znachorskich praktykach naszych wschodnich sąsiadów, żaden ze mnie Kossakowski, żeby wypowiadać się o ich efektywności. W mojej opinii jednak, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Wszystkie dążą do tego samego – uruchomienia naszego mózgu. Niezależnie od tego, czy fizycznie działają, czy nie, każda z metod sprawia, że u osoby, która bardzo chce wyzdrowieć i bardzo w daną dziedzinę wierzy, psychika zaczyna działać zupełnie inaczej, jak przy placebo. Następuje proces samoleczenia, poprawy stanu zdrowia, a nawet cudu, którego nie są w stanie wyjaśnić lekarze. Potęga ludzkiego umysłu wciąż jest niedoceniana, a przecież czasem wystarczy tylko chcieć…

Ciało

Przypomnij sobie, co się wydarzyło, gdy byłaś w ciąży…

30 kwietnia 2021 / Monika Pryśko

Po rozmowie z Izą Milczarek próbowałam szybko przypomnieć sobie, czy w czasie, gdy byłam w ciąży, zdarzyło się coś, co mną wstrząsnęło, co mnie załamało, co mną poruszyło tak bardzo, że mogło mieć wpływ na moją córkę.

Bo jeśli miałam świadomość, że jednak dziecko, będąc jeszcze w brzuchu mamy, przyjmuje bodźce z zewnątrz, to jednak nie wiedziałam, że prócz aspektu fizycznego, mama ma tak ogromny wpływ na rozwój psychiczny swojego jeszcze nienarodzonego dziecka.

Iza Milczarek jest praktykiem medycyny chińskiej, a przy okazji mądrą kobietą, z którą każda rozmowa jest prawdziwą przyjemnością. Ta rozmowa była dla mnie także przygodą, musiałam się mocno otworzyć, by bez oceniania i ze rozumieniem przyjąć to, co słyszę. Bo to nie zawsze są wygodne słowa. 

Podczas rozmowy, a późnej spisywania tego wywiadu, miałam w sobie burzę emocji, bo macierzyństwo to bardzo czuły temat. Dziecko, więź z nim, bycie mamą to jest bardzo czuły temat. Może właśnie dlatego tak interesujące są dla mnie różne aspekty, spojrzenia na macierzyństwo. Dziś chcę przedstawić Wam jedno z nich. 

 

Przypomniałaś mi o czymś. Moja Córka, gdy była młodsza, często powtarzała, że sobie mnie wybrała. Oczywiście nie brałam tego poważnie, choć czułam wielką radość, słysząc te słowa od mojej kilkulatki. 

Sama istota duszy dzieci, tej energii, która ma zejść i wybuchnąć w supernowej, ma historię, którą potrzebuje zrealizować w ziemskim wydaniu. I wybiera sobie mamę, taką zwyczajną, z trudnościami, które ma w życiu, tu i teraz, bo myśli sobie, że mama, która przeżywa życie tak, a nie inaczej, jest mu potrzebna. I wtedy rozpoczyna się cały proces. 

Start tego procesu to moment zapłodnienia, prawda? 

Zapłodnienie to 50% energii od mamy i 50% energii od taty. Dziecko, dzięki swojej energii Qi, schodzi i zaczyna rozwijać siebie dzięki energii od rodziców. Jakie to jest piękne! Dziecko ma w sobie pamięć mamy i pamięć taty, zaczyna wytwarzać proces swojego rozwoju wewnętrznego.

Czy ten proces stawania się można podzielić na jakieś etapy?  

W 1. miesiącu ciąży wytwarza się meridian wątroby. Wątroba jest połączona z tzw. morzem krwi. 

W 2. miesiącu ciąży wytwarza się pęcherzyk żółciowy, a dziecko zaczyna podejmować pierwsze decyzje. Na przykład, czy ono chce być, czy nie. Kiedy już podejmuje decyzję, że chce być, zaczyna się rozwijać meridian serca. 

W 4. miesiącu ciąży rozwija się meridian San Jiao, czyli potrójny ogrzewacz. I on robi miejsce na energię dolnego ogrzewacza, środkowego i górnego. Zaczyna transmitować przez cały organizm, układ krwionośny.  

W 5. miesiącu ciąży tworzy się śledziona. I to jest najbardziej spirytualny moment, dlatego, ponieważ ona tworzy kończyny, tworzy strukturę mięśni i tworzy dawanie i branie. 

W 6. miesiącu ciąży tworzony jest środkowy ogrzewacz, czyli żołądek, który wszystko wciąga, mieli, podaje do śledziony, a ona rozdziela energię po wszystkich narządach. 

W 7. miesiącu ciąży rozwijają się płuca. I to jest ciekawe! Często wcześniaki, urodzone właśnie w 7. miesiącu, mają problemy ze skórą, AZS, łuszczyce itp. Gdy w tym czasie coś traumatycznego dzieje się w życiu mamy, co wiąże się z nietrzymaniem granic, z przekroczeniem granicy mamy, dziecko odreaguje to właśnie problemami skórnymi, bo skóra jest granicą. 

W 8. miesiącu ciąży rozwija się jelito, czyli kolejna granica. To organ, który daje upust, wydala to, co niewłaściwe. 

W 9. miesiącu ciąży nabierają mocy nerki i to jest przygotowanie w lęku do wyjścia na świat, to budowanie wewnętrznej siły do tego, by w otworzyć się, otworzyć pęcherz moczowy i się stać. Zauważ, że pęcherz moczowy ma taką właściwość, że jak jesteś zestresowana i idziesz siusiu, to resetujesz cały organizm, jakbyś resetowała system w komputerze. Pozbywasz się napięć z organizmu. I z tą siłą pęcherza moczowego, który jest w kanale energetycznym yang, czyli ruchu, wychodzi dziecko. 

Czyli można poznać po dziecku wydarzenia, które miały miejsce w połowie trwania ciąży? Osobiście czuję się przytłoczona tą informacją i zaczynam analizować, co się działo w czasie, gdy sama byłam w ciąży…

Poznałam takie przypadki, że wchodząc w 6. miesiąc ciąży, meridiany nie były odżywione tak, jak powinny, i na przykład chłopcy mieli zrośnięte dwa palce u stóp. Czyli w 6. miesiącu ciąży doszło do jakiejś traumy i meridian nie został dobrze odżywiony i stąd te zrośnięte palce, tak jakby męskość miała być mocniej usadowiona. Znam historie 2-letniego chłopca, 12-latka oraz 45-letniego mężczyzny. Mama każdej z tych osób rozstała się z ojcem dziecka, gdy była w ciąży. 

Czyli kondycja dziecka jest również zależna od emocji, które przeżywa mama. 

Mama przez cały ten proces, w każdym miesiącu, drukuje dziecku każdą swoją emocję, każdą swoją nieprzeżytą historię. A dziecko robi taki ruch – z miłości do ciebie mamo, poniosę twój los. I często jest tak, że kobiecie niby nic nie jest, a z dzieckiem dzieją się jakieś perturbacje. 

Bo wzięło na siebie emocje mamy?

I teraz sobie wyobraź, że przychodzi mama i mówi, że jej synek non stop choruje na zapalenie płuc. Ja zawsze wtedy zapytam – co się działo w 7. miesiącu ciąży? I to jest najtrudniejsze, bo mamy nie pamiętają. Nie pamiętają, o której godzinie urodziły dziecko, nie pamiętają traumy porodowej, a przecież od tego, jak dziecko wychodzi z łona, przechodzi do świata, uzależnione jest, jak sobie dziecko będzie radziło w życiu. 

Czyli cesarskie cięcie może mieć wpływ na dalsze życie dziecka? Jeśli tak, to ciężko się z tym pogodzić, bo najczęściej nie mamy na to wpływu…

Dzieci urodzone naturalnie mają naturalny pęd do ukierunkowania. Wiem, gdzie jest światło, wiem, gdzie mam iść, mam motywację. Natomiast jeśli dziecko jest urodzone przez cesarskie ciecie, to zawsze będzie potrzebowało wsparcia mamy. I mama nie może się denerwować, że dziecko jest niesamodzielne, po prostu dziecko ma taką naturę, że potrzebuje, by ktoś przy nim był. Gdy to zrozumiesz, nie będziesz się na to denerwowała, a zrobisz wszystko, różnymi technikami, by dziecko się usamodzielniało krok po kroku, by to wyszło od dziecka. 

Czy również wybór – chcę karmić piersią, nie chcę karmić piersią – ma tak duży wpływ na nasze dziecko?  

Wyobraź sobie, że dla dziecka, mama, która nie daje piersi zaraz po urodzeniu, kiedy ono do tej pory cały czas dostawało, to tak, jakby energetycznie umarła. Jest oczywiście sztucznie karmione, ale nie ma tego rodzaju bliskości, które może „wyssać” od matki. Siara z piersi to esencja, to coś niewiarygodnego. 

Pewne zachowania muszą się zadziać i kobiety, które nigdy nie karmiły, nie będą tworzyć relacji z dzieckiem opartej na tym, że dziecko dostaje. Dwa narządy, które zaczynają swój bieg po porodzie to płuca i śledziona, a śledziona jest połączona z żołądkiem. I tu dużą rolę ma ssanie. Jeżeli dziecko dostawało od mamy energię przez wszystkie miesiące ciąży, to wiadomo, że przez kolejne 3 miesiące życia musi to zaadaptować i wytrenować. Więc jeżeli nie dostaje mleka mamy, to żyje w deficycie i ten deficyt później niesie przez całe życie. 

A jeżeli zastąpimy to butelką i bliskością?

Jest to możliwe, ale jest różnica. Energia z mleka matki jest jej energią, jest to transformowana krew w mleko. I jeśli matka daje własną krew, to jest to największy dar. A teraz to porównaj ze sztucznym mlekiem z butelki. To pokazuje, że dziecko metafizycznie pije nieprawdę.

Myślę, że wiele mam, gdyby wcześniej przeczytało tę rozmowę i poszerzyło swoją wiedzę właśnie o ten obszar, dokonałoby innego wyboru. I teraz ważne pytanie – jakie konsekwencje w przyszłości dla dziecka może mieć brak karmienia piersią?

Mama, kierując się swoim dobrem i swoją wygodą, pozbawiając dziecko mleka i bliskości, sprawia, że dziecko w przyszłości będzie miało kłopoty asymilacyjne. Chociażby z tego tytułu, że nie będzie wiedziało, że może coś dostać, a przecież nasze życie polega na równowadze w dawaniu i braniu.

Niestety, o tym dowiadujemy się najczęściej, gdy już jest za późno, a szkoda! Mówi się, że macierzyństwo to najbardziej naturalna rzecz na świecie, a w rzeczywistości to najtrudniejsza rzecz na świecie. 

Kobiety mogą myśleć, że zachodzi się w ciążę na pstryknięcie palców. Urodzić, wykarmić – to proste. A przecież my, rodząc dziecko, nic nie wiemy. Dostajesz dziecko, z którym nie wiesz, co zrobić, które nie ma instrukcji obsługi. Możesz googlować, ale to nic nie da, bo przeczytane informacje nie mają przełożenia na twoje dziecko, bo ono jest sumą doświadczeń kobiety i jej partnera, ojca dziecka, a także sumą doświadczeń obu rodów, a nie sumą doświadczeń wszystkich pań z forum internetowego. 

No bo młoda mama czuje się niepewnie i po omacku, często w panice szuka odpowiedzi na miliony pytań, które ma w głowie. 

Mama ma prawo czuć się niepewnie. Powinna mieć świadomość, że ma prawo popełniać błędy, ale dzięki nim nabiera doświadczenia i uczy się swojego dziecka. 

I wtedy wchodzą babcie, mówiąc:  ja robiłam tak, ty tak nie rób, zrób tak, jak ci mówię… Bywa, że rodzina nie daje nam prawa dostępu do naszego dziecka. 

Wszelkie choroby, które dzieci mają od 1. do 3. roku życia, są ze śledziony, wiążą się z tym historie pokarmowe, bolące brzuszki oraz płuca, czyli że została przekroczona granica mamy, gdy była w ciąży. I jeżeli w 7. miesiącu ciąży działo się coś, co już mogło dawać myśl, że ktoś z zewnątrz będzie się toksycznie interesował ciążą i dzieckiem, to mama stoi w zaburzonych granicach, nie walczy o dziecko, nie walczy o to dawanie. Podkreślam, to mama jest najważniejsza dla dziecka, nie babcia. Kiedy kobieta nie może popełniać swoich błędów, bo jest oceniana i krytykowana, to chcąc nie chcąc, przeniesie to na dziecko. Wtedy jest bunt dwulatka, późniejsze bunty sześciolatka, gdy dziecko zaczyna kwestionować różne rzeczy. 

To stąd biorą się te słynne dziecięce bunty?

Dziecko idzie do przedszkola. Przychodzi do domu, krzyczy, odreagowuje. I co robi mama? Ustawia dziecko. A co dziecko robi? Przychodzi do źródła, czyli do domu, do mamy. Przy źródle może się zadziać wszystko, bo mama zaakceptuje wszystko, a tak się nie dzieje. Rolą rodzica nie jest krytykowanie, a wspieranie rozwoju.  I to jest najczęstszy błąd, bo kobieta często nie radzi sobie z tym aspektem, bo jest za dużo czynników zewnętrznych, za dużo stymulantów i ona nie może w spokoju być matką. Właśnie wtedy dochodzi do największych kłótni z partnerami, i zaczyna się rozdźwięk.

Mama jest pierwsza, bo jest kreatorką, tata jest sprawcą i dopiero na trzecim miejscu jest dziecko. A w sytuacji, gdy matka się nie czuje pewnie, stawia dziecko na pierwszym miejscu i zaburza się struktura rodziny, wtedy może dojść do rozpadu. Więc trzeba zrobić tak, by kobieta była ugruntowana w tym, że ona wie najlepiej, nie wiedząc najlepiej. 

Ta informacja może przytłaczać, ale też daje pewną odwagę. To jest kolejne potwierdzenie tego, że zaufanie do siebie i własnej intuicji jest kluczowe. 

Szkoda, że zamiast szukać prawdy u źródła, idziemy na skróty. Czemu nie zapytamy – mamo, chcę, byś mi powiedziała historię o mnie, jak mnie wychowywałaś, z czym sobie nie radziłaś. Nie umiemy umiejętnie stawiać pytań, od razy szukamy odpowiedzi w Google. A to źle, bo to, co daje rezultat u innych mam, przy Twoim dziecku się nie sprawdzi. Widać, że mamy nie znają swoich dzieci.

To przykre mieć podejrzenia, że nie zna się tej istoty, którą się urodziło. Jak w takim razie możemy poznać jeszcze lepiej własnej dziecko? 

Jeśli jesteś obserwatorką dziecka i dajesz mu się wyrazić, to naprawdę poznajesz swoje dziecko. A jeśli stawiasz przed nim granice, od razu schematy, to dziecko nie może się wyrazić. Załóżmy, że jest 7-latek, który w ogóle nie jest kreatywny. Ale jak ma być kreatywny, gdy wszelkie objawy kreatywności są ścinane. A kreacja jest w drzewie mocy, w energii wątroby i pęcherzyka żółciowego. Dziecko musi płakać, musi krzyczeć, musi pokazywać tę zmienność. 

Czyli, w skrócie, dajmy naszemu dziecku spokój!

Właśnie! Mamy 8-miesięcznego bobasa i kupujemy mu zabawkę, złożoną z kolorowych kręgów, które trzeba poukładać w odpowiedni sposób. I co robią matki? Mówią, jak się tym bawić. Dają instrukcję. Pokazują, jak dziecko ma to zrobić. Czyli nie dają mu możliwości, żeby samo mogło tę rzecz poznać. Pokazują dziecku, że tylko jedna koncepcja jest dobra. I nie ma znowu tu miejsca na kreatywność. 

Część kobiet może powiedzieć: ale przecież taka jest rola mamy – uczyć! 

To, czego się dziecko nauczy do 3. roku życia, sprawdza w grupach społecznych, i jeżeli jest błąd komunikacyjny, bo matka pokazała coś nie tak, to dziecko pójdzie i to sprawdzi. Wtedy też zaczyna decydować, myśli sobie –  aha, mama mówiła nieprawdę. Gdy dziecko zaczyna mieć swoje zdanie, matka myśli, że dziecko jest zbuntowane, a ono jest w ruchu, sprawdza to, co wie z domu. 

Czyli nic się nie ukryje! Wszystkie błędy pierwszych faz macierzyństwa zostaną brutalnie odkryte. 

Najtrudniej jest, gdy mama udaje, że jest mamą. Bo nie jest sobą. Nie działa z pierwotnego poziomu. Pierwotna mama nie jest perfekcyjna, ma chwile załamania, jest zmęczona, może jej się nie chcieć, chce odpocząć, chce uciec do koleżanki na kawę. To jest właśnie pierwotna mama, a nie mama z hologramu, chcąca na siłę być idealną.

To dlatego, że czasem matki czują się bezsilne w tej swojej niewiedzy.  

Bezsilność matki jest najtrudniejsza. Ale z drugiej strony to jest moc. Twoje dziecko będzie ci mówiło wszystko, jeśli nie będzie czuło oceny i krytyki. 

Ten temat budzi bardzo skrajne emocje. Aż się boję zapytać, jak sobie radzić w granicznych sytuacjach…

Byłam młodą mamą, miałam 4-letnia córkę, gdy mojej koleżanki córeczka wypadła z okna. To było straszne. Żadna z kobiet nie stawia się w takiej sytuacji, ale musiałyśmy stworzyć krąg kobiet, by ją w tym wesprzeć i najpiękniejsze w tym było to, że znalazł się taki krąg. Macierzyństwo to nie tylko piękny dzidziuś w pięknych ubrankach, to trud. O macierzyństwie mówi się zawsze tak pięknie i wzniośle, a to największa harówka. 

Szczególnie gdy doświadczyło się śmierci własnego dziecka albo wielokrotnych poronień…  

Znam wiele przypadków kobiet, które najpierw musiały pożegnać stratę, by potem móc zostać mamą. Te kobiety nie mogą powiedzieć, że są matkami tylko tego jednego dziecka, ale są też matkami tych dzieci, które odeszły. W wielu sytuacjach to na nas energetycznie ogromnie wpływa. Te małe dzieci, które się rodzą jako drugie, też to czują. Na przykład bywają lękliwe właśnie dlatego, że w macicy zadziewa się proces śmierci. Macica energetycznie nie została oczyszczona. 

A bardzo często kobiety używają słów: miałam nieudaną próbę in vitro. 

I dlatego jestem przeciwna przedmiotowemu traktowaniu poronienia. Jak nie uznasz tego dziecka, to znaczy, że go nie było? Bardzo ważne jest, by zauważyć tę stratę. Bywa później, gdy kobieta chce znowu zajść w ciążę i nie może, że szuka różnych przyczyn, a przyczyna jest taka, że w jej macicy jest śmierć, której ona nie uznała. Zobacz, wszystko jest energią, dzidziuś w brzuszku jest energią, która zaczyna się zagęszczać i materializować. Do trzeciego miesiąca ciąży z reguły nikomu nie mówimy o tym, że spodziewamy się dziecka, zawsze się boimy, czy się uda, czy nie. Najtrudniejsze jest chyba to, że jeśli już dochodzi do poronienia w tym momencie, to jest to tak naprawdę zawsze decyzja dziecka. A często w tym trudnym czasie, gdy dziecko jest ronione, mama sobie wyrzuca, że może cos zrobiła nie tak. A bywa, że to dziecko potrzebowało właśnie tego krótkiego czasu, i kobieta miała być mamą tylko do tego momentu.

Jak pogodzić bycie sobą i zgodę na popełnianie błędów, z tym że każda nasza decyzja czy emocja wpływa na dziecko, włącznie z naszymi błędami, które popełniamy, właśnie pozwalając sobie na bycie sobą?

Jak jesteś w prawdzie, to wszystko, co się wydarza, wydarza się dobrze. Ktoś z zewnątrz zawsze może powiedzieć, że coś robisz źle. Ale to ty decydujesz, co bierzesz, a czego nie bierzesz. Ty decydujesz, układasz mandalę w sobie. Jedyne co, to musisz sobie do tego dać prawo. 

Prawda to klucz?

Kobiety, które do mnie przychodzą, bardzo chcą mieć dzieci, a nie mogą. I ja zawsze zadaję pytanie – kto chce być w ciąży? 50% kobiet odpowiada: moja teściowa, moja mama, ja nie, ja się nie czuję gotowa. Zobacz, co się dzieje – zaczyna się nakręcać spirala, oczywiście do ciąży nie dochodzi, no bo jak, w mamie nie ma decyzji, a dziecko czuje, że mama nie jest gotowa. Bardzo często dziewczyny mnie pytają, jak to możliwe, że matki, które są alkoholiczkami, rodzą tyle dzieci. A one mają wszystko gdzieś, one są sobą. Chcą się napić wódeczki, wiec piją wódeczkę. Chcą mieć 10 partnerów, to mają 10 partnerów. One decydują tak, jak chcą. Przykład drastyczny, ale taka jest prawda. 

Wiele kobiet pyta: jesteśmy spokojną rodziną, mamy mieszkanie, jesteśmy zdrowi, i nie udaje mi się zajść w ciążę, poroniłam…

Jeżeli dochodzi do jednego poronienia za drugim, jeśli kobieta używa liczb, a nie imion, to znaczy, że nie uznaje dzieci, które chciały z nią być. 

Każda kobieta, która pragnie być mamą, powinna być prowadzona holistycznie. Nie wystarczy tylko psychoterapeuta, albo tylko joga. Kobieta musi sobie zdawać sprawę, że ciąża to przekroczenie swoich subtelności, by komuś coś podarować. Jak nie mam nic, to co mam dać, jak mam dać? Kobiety chcą być w ciąży, mają żądania albo roszczenia bycia matką. A absolutnie nie patrzą na to tak, że skoro ja nigdy nic nie dostałam, to jak mam dać? Bo jak wytłumaczyć to, że wszystkie badania są super, wszystkie parametry w normie, a ciąży brak. Z poziomu ciała jest wszystko super, a dusza krzyczy. 

Mówiąc holistycznie, masz na myśli również akupunkturę, dietę, medytację?

Akupunktura jest dobrym narzędziem. Jeśli jest dobrze postawiona diagnoza, można zredukować energię, wchodząc igłą w przestrzeń Chi, albo nakierować tak, by szła do konkretnego miejsca w ciele, czyli np. do macicy. I wtedy jest wielka niespodzianka, bo kobieta mowi – kurcze, jeden, dwa zabiegi i zaszłam w ciążę. Pytam, czy przyszła mama piła zioła? Piła. Długo? Tak. A potem pytam, jak się czuła, zanim zaszła w ciążę. Wtedy słyszę –  no, byłam pracoholikiem i było mi cały czas zimno. Jakie dziecko ma przyjść do zimnego domu? A zimny dom jest przez to, że my kobiety uwielbiamy diety, i nasz żołądek cały czas gubi termikę, a żołądek dotyka macicy. Jeżeli żołądek jest zimny, macica jest zimna i nie dochodzi do zapłodnienia. Jeżeli żołądek jest za gorący, w macicy jest za gorąco i też nie dojdzie do zapłodnienia. Co sobie dajemy, to tyle możemy oddać…

…na płaszczyźnie ciała i duszy.  

Nie można odseparować ciała od emocji, tam jest cały zalążek wszystkich niedoborów i nadmiarów, wszystkich blokad, zastojów, które generujemy w swoim życiu. Żeby być wolnym człowiekiem, to trzeba żyć w prawdzie. 

Każda historia musimy dojść do źródła. Musimy być sobą, bo jak nie jesteśmy sobą, to nic dobrego do nas nie przyjdzie. 

Iza Milczarek – Twórczyni zintegrowanej, holistycznej metody w pracy z Pacjentami, Praktyk Medycyny Chińskiej, Dyplomowany Terapeuta Refleksolog, Fitoterapeuta, Psycholog w zarządzaniu, założycielka OdNowa Centrum Refleksoterapii, Kliniki OdNowa, Szkoły Terapeutów OdNowa – Centrum Kształcenia Ustawicznego. 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo