ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Praca – dom, dom – praca. Czy można być korpowoman i nie zwariować

29 września 2020 / Magdalena Droń

Wiele z nas marzy o stabilizacji zawodowej, pracy od 8 do 16, owocowych środach i karcie multisport.

Nic więc dziwnego, że młode dziewczyny tuż po studiach tak często decydują się na pracę w korporacji. Kusi je tempo, jasne zasady, dobra pensja i możliwości rozwoju. Po wielu latach przychodzi czas na refleksję, czy sen o korpokarierze na pewno się ziścił?

A może oprócz pozapracowych benefitów praca w korporacji i codzienne raporty, follow up’y, zebrania, procedury to zbyt wielkie poświęcenie dla takiego wyścigu szczurów? Kiedy wszystko jest na ASAP, co chwilę nowe deadline’y, a na domiar złego ciągłe musisz fokusować się na targetach, może pojawić się chwila zwątpienia. Czy tak jest rzeczywiście?

O pracy w korporacji rozmawiałyśmy z dziewczynami pracującymi w Banku BNP Paribas.

Moja historia z korporacją…

Prawie zawsze zaczyna się tak samo. Absolwentki studiów ekonomicznych wybierają staż w dużej międzynarodowej firmie, licząc na to, że dzięki ciężkiej pracy uda im się zrealizować swój american dream. Obcy kapitał to przecież stabilność i pewność pensji, a także możliwość rozwoju i pięcia się po drabinie awansów i sukcesu. – Skończyłam studia w SGH, więc korporacja była naturalnym wyborem. Nie wiem nawet czym różni się ta praca od innych miejsc, bo od zawsze (blisko 14 lat) pracuję w korpo – podkreśla Katarzyna Tatara, Dyrektor Biura Relacji Inwestorskich w Banku BNP Paribas. – Od zawsze chciałam pracować w „wielkim biznesie”, łącząc tematy zmian społecznych, środowiskowych, czułam, że tam mogę więcej. Po skończonych studiach kierunkowych usłyszałam o pracy w CSR w Banku i tak już zostałam – dodaje Joanna Gajda-Wróblewska, Menedżer ds. projektów społecznych w Fundacji BNP Paribas. Czy myślą, że to praca na chwilę? Nie. Już na tym etapie są raczej trwałe w uczuciach. – W banku zaczęłam pracę w 1996 roku. Wówczas jeszcze nie nazywało się go korporacją, była to po prostu praca w banku. od listopada 2000 roku pracuję w BNP Paribas – mówi Agnieszka Pawłowicz, Regionalny Menedżer Sprzedaży ds. Klientów Biznesowych. – Ciężko mi powiedzieć, czy czuję się lepiej/gorzej, pracując w korpo, ponieważ moje całe życie zawodowe to korporacja. Przeszłam bardzo dużo zmian w bankach, które związane były z fuzjami. Zmiany strukturalne, systemowe, produktowe – reasumuje Małgorzata Dębowska, Dyrektorka Oddziału BNP Paribas w Warszawie.

Stygmatyzacja czy wyróżnienie?

Kiedy słyszysz o korpo, z automatu myślisz o wyścigu szczurów, wiecznych nadgodzinach i warszawskim Mordorze. Czy taka praca może być nienacechowana w naszych umysłach? A może wręcz przeciwnie, osoby będące na samozatrudnieniu lub śmieciowych umowach marzą o benefitach w postaci pracowniczych lunchów i prywatnej opiece zdrowotnej. Czy praca w korporacji jakoś wyróżnia? Jak reagują nowopoznani znajomi? Co o takiej pracy sądzi rodzina? – Z moją pracą czuję się dobrze. Nie spotkałam się z negatywnym odbiorem, ale pewnie wynika to z tego, że większość znajomych też pracuje w korporacjach. Moi bliscy czasem myślą, że za dużo pracuję, ale chyba nie utożsamiają tego z korporacją, tylko generalnie szybszym tempem życia, które zawsze mi odpowiadało – mówi Kasia. – Nie czuję się ani lepiej, ani gorzej przez to, że pracuję w korpo. Nie ma takiego porównywania w moim otoczeniu. Praca jak praca, ważne by się realizować i robić fajne rzeczy. Oczywiście są czasem żarty w stylu: czy masz na to power pointa ;). Wiadomo że ta część biurokratyczna pracy w korpo mogłaby być ograniczona na rzecz kreatywności i robienia rzeczy, no ale pewnych spraw się nie przeskoczy. Rodzina, znajomi, pracują w bardzo różnych miejscach, od korpo przez NGO, instytucje publiczne, po prywatne przedsiębiorstwa i własne firmy. Zdarza się, że rozmawiamy o plusach i minusach każdego z tych środowisk pracy, ale nie ma tu jakiegoś kategoryzowania – dodaje Joanna. Czy można przekuć pozorne wady pracy w korporacji w zaletę, która wyróżni Cię w grupie? Oczywiście! – Porównując się do moich znajomych jestem lepiej zorganizowana. Stosunek otoczenia? Przyjaciele mówią, że zawsze pamiętam o datach urodzin i imienin (mam to oczywiście w kalendarzu zapisane). Co do przygotowania wyjazdów czy spotkań rodzinnych często jestem proszona o ich organizację na zasadzie zrobisz to najlepiej – podkreśla Agnieszka.

Rozwój odmieniany przez wszystkie przypadki

Badania udowadniają, że to właśnie „możliwość rozwoju” jest najczęstszą przyczyną wyboru takiego miejsca pracy. To właśnie w dużych międzynarodowych firmach kobiety mogą bez obaw o nierówne traktowanie stawać ramię w ramię z mężczyznami. Co więcej, mają pewność jasnych zasad, wytycznych i stabilności, niezależnie od swoich decyzji na polu prywatnym. – Praca w korpo daje mi szybsze możliwości rozwoju. Dzięki pozycji firmy mogę uczestniczyć i realizować ciekawe partnerstwa z organizacjami z zewnątrz, podpatrywać globalne praktyki centrali. Mam poczucie, że moje działania, wraz z sumą działań innych, przekładają się na projekty o dużym zasięgu. Lubię tempo pracy, mam wtedy poczucie, że więcej mogę, więcej działam. Z moim podejściem „never enough” ciężko się zatrzymać. Plusem korpo są oczywiście różne benefity i „last but not least” poczucie stabilności, mogę się skupić na realizowaniu odpowiedzialnych, zrównoważonych projektów. Poczucie stabilności dla mnie było szczególnie ważne w kontekście urlopu macierzyńskiego. Mogłam na spokojnie wrócić do swoich obowiązków, choć wiadomo, że w banku zmieniającego się świata, trochę zmieniły się zadania, ale to dobrze. To lubię w mojej pracy, że ciągle dzieje się coś nowego – mówi Joanna.

Blaski i cienie…

Wizja pracy w korpo wydaje się nader utopijna… Są jednak rzeczy, które mogą przekreślić marzenia o tego rodzaju pracy. – Czego mi brakuje w korpo… więcej swobody przy wykonywanych obowiązkach – stwierdza Gosia. – Oczywiście czasem multitasking, wielość zadań, które trzeba zrobić wokół projektu może być męcząca w dłuższej perspektywie, a przez to czasem rozmywa się poczucie sprawczości. Dlatego też istotne, by łapać potrzebny w życiu balans, ładować baterie, łapać oddech, robić ze sobą check-in i sprawdzać, czy nadal jaram się pracą i czy to, co robię sprawia mi frajdę. Kolejna rzecz, to proces podejmowania decyzji. W korpo potrafi długo trwać, więc na pewno fajnie byłoby mieć mniej biurokracji, szybszy proces decyzyjny i więcej indywidualnej sprawczości – dodaje Joanna.

Czy płeć ma znaczenie?

Badania z marca ubiegłego roku „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań” pokazują, że w Polsce wśród członków zarządów w największych spółkach publicznych kobiety stanowią 21%. A to ciągle wynik poniżej średniej unijnej (26,7%). Jeśli chodzi o udział kobiet wśród kadry kierowniczej wyższego szczebla, w Polsce wynosi on 13% i jest jednym z najniższych w porównaniu z innymi krajami UE-28. Z kolei jesteśmy krajem, gdzie odnotowano jeden z największych udziałów kobiet na stanowiskach menedżerskich (46,8%). – W Banku BNP Paribas ponad 60% to kobiety, z czego na stanowiskach menedżerskich jest 62%, a na dyrektorskich 36%. Cały czas pracujemy nad wzmacnianiem różnorodności, w banku jest wiele inicjatyw skierowanych do wzmacniania kobiet. Więcej w raporcie CSR i Zrównoważony Rozwój, polecam lekturę (LINK) – podkreśla z dumą Joanna. – Międzynarodowe korporacje obecne na polskim rynku coraz częściej promują dywersyfikację na najwyższym szczeblu zarządzania. Mam wrażenie, że u nas znaczna większość pracowników to kobiety – dodaje Kasia.

Nie samym korpo człowiek żyje

Żeby zachować balans i równowagę każdy z nas potrzebuje odpoczynku i oderwania się od obowiązków. Czy pracownice korporacji resetują się w jakiś uschematyzowany sposób? I czy aby na pewno są aż tak oderwane od zawodu podczas wypoczynku?
W wolnym czasie lubię biegać. Podczas biegu na 10 km można kompletnie się wyłączyć i odreagować po całym dniu pracy. Należę do osób, które lubią aktywny wypoczynek i bardzo męczy mnie odpoczynek w domu. Często organizujemy z mężem jednodniowe wycieczki do różnych miast, żeby pospacerować i poznać historię tych miejsc. To, co kocham i jest moją pasją to chodzenie po górach – jest to moje drugie miejsce na ziemi. Tam zapominam o wszystkim… – opowiada Gosia. – Wcześniej było więcej podróży, dalszych i dłuższych, teraz ze względu na dziecko tych podróży jest mniej, są krótsze, ale niedługo mam nadzieję nadrobić, po prostu to taki czas w życiu. Za to rozwijam się w nowym temacie: macierzyństwo! Sporo czytam o rozwoju dziecka, starając się wychowywać w duchu rodzicielstwa bliskości. Każdą wolną chwilę poświęcam synkowi, staram się z nim odkrywać nowe rzeczy, pokazywać aspekty życia codziennego, ale też i pozwalać na samodzielne odkrywanie. Poza tym śledzę nowinki ze świata CSR. To coś, co mnie kręci nie tylko w związku z pracą, ale i prywatnie: zaangażowanie społeczne, ekologiczne podejście do życia, no waste, zrównoważona moda, circular economy, sharing economy, bardzo zwracam uwagę na to co kupuję – nawet małe zmiany mają sens – dodaje Joanna.

Myślenie długofalowe

Na rozmowach rekrutacyjnych w korporacji często pojawia się magiczne pytanie: gdzie widzisz siebie za 5, 10 i 15 lat. – Myślę, że w tak szybko zmieniającym się świecie jest ciężko powiedzieć, gdzie będę. Pojawiają się nowe zawody, zdobywamy nowe kompetencje… z pewnością chciałabym nadal pracować w tematyce związanej z CSR, wpływem społecznym i zrównoważonym rozwojem. Co przyniesie 5, 10 czy 15 lat? Czas pokaże. Może uda się stworzyć własny biznes społeczny z odpowiedzialną misją społeczną i środowiskową? Na pewno marzy mi się byśmy żyli w świecie, gdzie czyste powietrze, dostęp do wody pitnej to dobro powszechne, system edukacyjny jest sensowny, a różnorodność jest korzyścią, a nie problemem – snuje wizje Joanna.

Czy korpo jest dla każdego?

Często słyszy się o ludziach wypalonych zawodowo po 30-stce, którzy rzucają wypowiedzeniem i uciekają w Bieszczady. To głównie pracownicy korpo. Czy mimo tych scenariuszy warto próbować? – Jeśli ktoś ma ochotę pracować w korpo to czemu nie. Każda praca jest inna – korpo korpo nie równa. Każdy ma inne oczekiwania. Jak nie sprawdzisz, to się nie dowiesz czy to dla Ciebie: liczy się spoko szef, dobra atmosfera, szanse rozwoju, adekwatna do kompetencji i zaangażowania pensja. Tylko tyle i aż tyle. Myślę, że ciężko jest znaleźć trafione miejsce pracy, mi się udało – cieszy się Joanna.

 

____________________________________________

ilustracja: Emilia Pryśko
artykuł powstał we współpracy z BNP Paribas

Reportaż

Uciekające Matki Polki

11 grudnia 2020 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo