Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Pierwsza lekcja życia. Czy szkoła jest ważna?

1 lutego 2021 / Jan Król

Czy szkoła jest ważna?

To nie tylko lekcje fizyki, chemii, języka polskiego czy matematyki. Szkoła to przyjaźnie, pierwsze miłości, autorytety i nauka życia z ludźmi. Zapytałem trzy mamy o ich doświadczenia ze szkoły, przez pryzmat których wychowują teraz swoje dzieci.

Tam masz zupę, podgrzej sobie – Kaja

Jedyna nietypowość mojej podstawówki polegała na tym, że była pięć minut od obozu Majdanek. Mam takie wspomnienie, jak po lekcjach dla odrobiny swobody lecieliśmy na te pola. One były takie wielki. Po alejkach między barakami jeździliśmy na rowerach. I naprawdę, takie mam wspomnienie, że jedyne wyrwanie się ze szkoły i wspólne spędzanie czasu, to ten ogromny, ogrodzony teren i długa asfaltowa droga prowadząca do mauzoleum.

Pewnie każdy ma jakiegoś nauczyciela, którego pamięta. Dla mnie tamten okres był trochę, jak za żelazną kurtyną. Nudno, ciemno, ograniczona się czułam. W pamięci z podstawówki została mi tylko wuefistka, która się na nas wydzierała. 

Moja szkoła to była typowa wielka 1000-latka. Duża sala gimnastyczna, stołówka na dole, długie korytarze. Pamiętam, że robiłam gazetkę i chciałam być w samorządzie. W mojej klasie było około 30 dzieci. Jeden z kolegów został później chrzestnym mojej córki. Byłam trochę outsiderką, bo moi rodzice byli nietypowi. Nie zachowywali się jak wszyscy. Kiedy koledzy do mnie przychodzili, sami mówili, że nie są jak typowi rodzice, którzy robią dziecku kanapki do szkoły, chodzą na zebrania, znają imiona twoich kolegów i koleżanek, czy z tobą lekcje. W tamtych czasów była pewna moda wśród rodziców, a po moich było widać, że inaczej się ubierają.

Często nie było ich w domu. W wieku pięciu lat sama umiałam włączyć kuchenkę i zrobić owsiankę. Babci mówiła, że taka mała, a moi rodzice, ale zobacz, jaka jest samodzielna.

W pewnym momencie rodzice razem z moim rodzeństwem przeprowadzili się do drugiego domu. W wieku kilkunastu lat zostałam sama, znaczy, był dorosły, ale nie mogłam z nim rozmawiać. Była to moja ciocia. Moja mama się z nią pokłóciła o spadek. Mieliśmy zakaz rozmawiania z nią i jej rodziną. Przyjeżdżali do mnie tylko na noc, kiedy ja spałam. Porozumiewałam się z nimi za pomocą karteczek – „Tam masz zupę, odgrzej sobie” albo „Będziemy po 20”. Było mi ciężko, musiałam się przystosować. Teraz, mając swoje dzieci, widzę, że to była masakra. Nie można dorastającego człowieka tak zostawiać, to czyni spustoszenie. Kiedy ten rodzic jest i nakrzyczy na Ciebie „Nie robisz lekcji!” albo „Gdzie byłaś?” to jest potrzebne. Z jednej strony nad wyraz stałam się dojrzała, a z drugiej wiecznie dziecinna pragnąc jakiejś uwagi.

Każdy chce, aby go chwalić od czasu do czasu. Ale kiedy jesteś dorosły i pragniesz, aby Cię chwalono lub doceniano cały czas, to jest problem. Nie mówię, że tak mam. Na pewno mam pewność siebie, wiem, ile jestem warta. Zaczęłam rysować w wieku 40 lat, a zawsze chciałam to robić, myślałam o pójściu do szkoły plastycznej. Ciągle nie mogę uwierzyć, że moje rysunki są coś warte, a dzisiaj jest premiera książki, do której stworzyłam ilustracje. Myślę sobie – wzięli te rysunki, bo nie mieli nikogo do rysowania. Bo czy one im się spodobały? Są takie infantylne. Rozumowo to ogarniam, ale myślę, że ta niepewność jednak z czegoś wynika.

Żeby przetrwać tamten okres zrobiłam atut z tego, że jestem sama. Sama, ale samodzielna. Pomogło mi to w życiu. W sytuacjach, kiedy jest trudno i wydaje mi się, że jestem pozostawiona tylko sobie, potrafię podjąć jakąś decyzję. Ona może nie być dla mnie korzystna, bo zostanę na przykład bez pracy, ale wiem, że muszę to zrobić. Nie boję się, wiem, że ten krok może być dobry. Każdy sobie myśli –  Z czego żyć? Trzeba szukać pracy, wygodniej jest pozostać na stanowisku. Masz kredyt, czwórkę dzieci, jak możesz to robić? A ja mówię „Mogę, bo robię to dla siebie, jest jedno życie, jestem z tym sama, ale sobie poradzę”.

Swoje dzieci staram się nauczyć samodzielności, ale robię to świadomie. Powoli oddaję im różne obszary odpowiedzialności. Nie chodzi o wyrzucanie śmieci, czy robienie zakupów. Od najmłodszych lat pozwalam na decydowanie, zauważenie, że to są ludzie, a nie moja własność i że ja daję im życie, pomagam dojść do pewnego etapu, a potem uwalniam od spełniania moich oczekiwań. Chciałam stworzyć ludzi i cieszyć się tym, że mogę z nimi żyć. Przekazać nie tylko geny, ale i wiedzę oraz pasję.

Darek ma 16 lat, Michał 14 i pół, Iga 11, a Jagoda 9 i pół. Z moim mężem Bartkiem poznaliśmy się, jak miałam 17 lat, byliśmy razem w liceum. Był początek lat 90., chodziliśmy do społecznego liceum w Lublinie, szkoły tak naprawdę eksperymentalnej. Na lekcji savoir-vivre’u nauczycielka uczyła nas mówić do siebie „chcę się z Tobą kochać”, co jako uczniów bardzo nas bawiło, ale wiele nauczyło. Ale najpierw pojechałam na Zachód.

W 1989 roku na parę miesięcy byłam w Niemczech w szkole z internatem. Nagle dużo zaczęło się mówić o tym, że Polska wychodzi z komunizmu. Wszyscy chcieli się dowiadywać o wszystkim, przynosili mi prezenty, papier toaletowy, a ja byłam zaszokowana tym całym zachodem. Coś więcej zaczęłam się wtedy też dowiadywać o seksie – od rówieśników, bo z rodzicami nigdy nie rozmawiałam na ten temat. Kiedy wróciłam do Polski, nagle wszystko było inaczej. Zostałam wrzucona w rzeczywistość szkoły społecznej, gdzie wszystko można: nauczyciele są młodzi, dopiero po studiach, a my jesteśmy na „Ty” z profesorami. 

Szkoła społeczna, to było wtedy coś innego niż teraz. Wtedy było to zanegowanie dotychczasowego pojmowania edukacji. Wszystko robiliśmy inaczej, najlepiej bez książek, a profesorzy dawali nam wolność wyborów. Uczymy się wszystkiego, wyjeżdżamy do teatrów, na obozy integracyjne, wymyślamy własne projekty oraz dużo różnych języków do nauki. W klasie było tylko 15 osób i cały czas się mieszaliśmy, przechodziliśmy z klasy do klasy. W trzecim roku stworzono profile i wtedy zaczęłam chodzić do klasy z moim mężem. Okropny był, nie podobał mi się w ogóle. Był z zupełnie innego domu niż ja –  mama obiad, tata telewizor. Ale był również zapatrzony we mnie i moją rodzinę. To mi się w nim spodobało.

Właśnie w liceum mieliśmy lekcje savoir-vivre’u. Kobieta opowiadała nam, jak się zachowywać. Ale tłumaczyła też, jak mieć seks z chłopakiem czy dziewczyną i o tym mówić. Na bananie pokazywała, czy słabe są prezerwatywy. To było strasznie rewolucyjne, po 1,5 roku szkoła zamieniła się w katolicką, ale z nazwy. Wróciliśmy do starego systemu, lekcja 45 minut, przerwa, lekcja. Uczniowie byli ci sami, ale nauczyciele się zmienili. Zaczęliśmy protestować, aby ta nauczycielka wróciła. Plakaty rozwieszaliśmy, listy pisaliśmy. Tłumaczyliśmy, że nam się podobało, mieliśmy różne rozmowy i negocjacje. Niektóre postulaty udało nam się wywalczyć, ale ci nauczyciele nie chcieli już zostać.

Szkoła dała mi otwartość i odwagę. Kiedy sytuacja wymagała, że trzeba się odezwać, to ja to robiłam. Jeśli chodzi o rozmowy o seksie, to dzieci mają mnie już dosyć. Nie to, że jest ich za dużo, tylko, że nazywam rzeczy po imieniu: nie że kochać, tylko uprawiać seks. Że to przyjemność, ale i rodzą się z niej dzieci. Nie nakładam na to żadnej kalki, że tylko po ślubie, mimo że kiedyś tak uważałam. Chciałabym, aby moje dzieci to rozumiały. Kiedy słyszą, jak mówię „seks”, to od razu „Nie mów, nie mów, po co mówić, okropna jesteś”, a ja „Ale dlaczego mam nie mówić? To jest normalne, to jest część życia”.

Z córkami rozmawiam w trochę inny sposób, dostosowany do ich wieku. Kiedy widzę, że temat przestaje je ciekawić, to nie mówię. Musi być odpowiedni wiek. Za każdym razem zainteresowane są czymś innym. Okazję do rozmowy staram się stworzyć, kiedy jestem z dziećmi pojedynczo. Pojechać do sklepu, czy wyjść z psem na spacer. Czasami im proponuję, żeby wyrazili coś na piśmie, bo wtedy jest łatwiej przekazać, co tam leży na sercu.

Mówię: „Co, pani kazała Wam gotować, robić sałatkę? A chłopcy co robili?” a wtedy włącza się Darek: „Tak, faceci też mają gotować! Co to jest?!”. U mnie chłopcy gotują i jestem tak wdzięczna losowi, że urodzili się pierwsi. To jest jakby przełamanie stereotypu. Często mówi się, że to dziewczyny zajmują się domem i wszystko robią. U mnie to chłopcy opiekują się młodszymi siostrami.

Mam wrażenie, że szkoła obecnie jest podobna do tego, co było kiedyś. Z mężem zabieram z niej dzieci, kiedy tylko możemy. Według nas, więcej uczą się w domu. Przez nasz styl życia w rodzinie i bycia z dziećmi. Gdyby tylko było mnie na to stać, chciałabym prowadzić edukację domową. W szkole jest ta podstawa, trzeba omówić lektury, sprawdziany. Jestem w trójkach klasowych, co roku gdzieś indziej, ale ten wpływ jest ograniczony, bo szkoła wcale nie chce do siebie wpuścić rodziców. A oni też nie zawsze chcą wejść w życie szkoły. 

Od tego zależą dalsze losy dnia – Sylwia

W Warszawie mieszkam od urodzenia. Do szkoły chodziłam niedaleko mojego domu. Byłam zniechęcona do nauki, wynika to chyba z systemu. Nauczyciele mnie denerwowali. Tak, jak o tym myślę, to wzięło się właśnie z podstawówki. 

W czwartej klasie naszym wychowawcą został człowiek, który nienawidził dzieci. Wtedy zaczęły się moje problemy. Był fizykiem i na każdym kroku dawał nam do zrozumienia, że nas nie lubi. Ciągle robił sprawdziany, gnębił nas, mówił, że nie będzie z nami jeździć na wycieczki. Często się buntowałam i to również napędzało mi problemów. Szybko go zmienili. Nie każdy nadaje się do pracy z dziećmi i nie rozumiem, jak takiego człowieka mogli dopuścić do nauczania. Czasami go jeszcze widuję, ale nie w szkole. Zimą chodzi na bosaka między blokami. Zwariował.

Moją córkę Agatkę wysłałam do tej samej podstawówki. Nie sprawdzałam jej wcześniej, stwierdziłam, że państwowa szkoła będzie po prostu dobrym wyborem. Z prywatną szkołą jest różnie, chodzi głównie o koszty, ale też zamykanie dzieci w takiej mydlanej bańce. Sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Myślałam, że ta szkoła się jakoś zmieniła, w końcu minęło trzydzieści lat. 

Tak naprawdę wszystko może zmienić się od czwartej klasy. Już teraz moja córka przynosi dużo pracy domowej. Pochłania nam ona cały dzień. Muszę się do tego dostosowywać, mój partner pracuje w innym mieście. 

Pierwsze pytanie, które zadaję mojej córce po przyjściu ze szkoły, to czy ma dużo zadane. Od tego zależą dalsze losy dnia. Jeśli dużo, to wiadomo, trzeba iść i zrobić. Gorzej, kiedy mamy jakieś dodatkowe zajęcia, wtedy pomartwimy się później.

Jeszcze w pierwszej klasie tak nie było. W drugiej sama robiła lekcje, a w trzeciej – ruszyło nagle, jak z kopyta. Gdyby to było jedno zadanie, z polskiego czy matematyki, podsumowanie jakichś lekcji, żeby usiąść i nie poświęcić temu więcej niż 20 minut. Ale kiedy to jest wierszyk do nauczenia, a miała ich już sześć od rozpoczęcia roku szkolnego, mamy październik. Do tego zadania z matematyki, język polski i jeszcze przygotowanie do sprawdzianu z angielskiego. Wszystko się tak nawarstwia. 

Ostatnio w ogóle już nie chce odrabiać lekcji. Potrzebuje, żeby z nią usiąść, pomimo tego, że sobie radzi. Niektórych z poleceń w tych książkach, to nawet ja nie rozumiem. Zastanawiam się, czy w nich są jakieś błędy? O co tu chodzi? Ja tego nie wiem, jak ona ma to wiedzieć? 

Od moich znajomych słyszałam, że tak właściwie jest. Siedzą z dziećmi po 3 godziny dziennie i tłuką te zadania, zmuszają dzieci, bo one same nie chcą tego robić. Agatka jest chłonna wiedzy. Mam jednak wrażenie, że ostatnio wszystko to robi, bo tak trzeba. To nie jest wewnętrzna motywacja. Już teraz mówi, że najbardziej lubi piątki po południu. Jak człowiek, który pracuje w korporacji – aby tylko do piątku. A ma dopiero osiem lat.

Martwi mnie, że moje dziecko powinno mieć więcej czasu dla siebie. Ja się szybko zniechęcałam. Moi rodzice też mnie nie popychali, więc jeśli coś mi nie wychodziło to rezygnowałam. Wiele lat jeździłam konno. Wstawałam o 6 rano i jechałam do stajni, a nawet uciekałam z lekcji. Bardzo chciałam być weterynarzem, w domu miałam totalny zwierzyniec, jednak nie poszło to w tym kierunku.

Moja córka jest bardziej ambitna ode mnie. Chciałabym, żeby nie czuła, że musi się komuś podobać, że nie musi zadowalać wszystkich. Mówię jej „Szkoła się kiedyś skończy, a ważne, żebyś miała pasję”. A ma w sobie bardzo dużo pasji. Od trzech lat tańczy, jednak utrudniają nam to prace domowe. Do tego dochodzą pokazy i zawody. W szkole chodzi jeszcze na zajęcia sportowe. Za moich czasów nie było tych wszystkich możliwości.

Kiedy po tym fizyku zmienili nam nauczyciela, dostaliśmy polonistkę. Była fajna i wyluzowana, z całej szkoły najlepiej wspominam właśnie ją i ona tam zresztą dalej uczy. Jeśli widziała, że nie mamy już siły pisać wypracowań na przykład takiej mitologii greckiej, to mówiła – w takim razie zróbcie mi charakterystykę Johnnego Bravo. Wiedziała, że lubimy oglądać kreskówki. Potrafiła nas zmotywować, żebyśmy pisali, a każdy podchodził do tego na swój sposób.

Pamiętam, że na godzinach wychowawczych przerabialiśmy taką fajną książkę, która uczyła życia w społeczeństwie. Były w niej przesłania, jak należy rozmawiać z drugim człowiekiem, żeby poczuł się doceniony. Nie można tylko mówić o sobie, ale trzeba się nim zainteresować, posłuchać, co ma do powiedzenia. Były w niej super rady, które do tej pory pamiętam. Chciałabym pokazać ją mojej córce.

Pracować zaczęłam w wieku 18 lat. Wyjechałam do innego miasta. Tam skończyłam ostatnią klasę liceum. To była fajna szkoła dla dorosłych. Nauczyciele traktowali nas poważnie i osoby, które się tam uczyły, robiły to, bo tego chciały. Zdałam maturę i parę lat później poszłam na studia, ale ich nie ukończyłam. Żałuję tego. To była świadoma decyzja, zabierało mi to dużo czasu, ale poszłam bardziej z ciekawości. 

Szkoła jako miejsce jest dla mnie ważna, chciałabym, aby moja córka się tam dobrze czuła. Żeby nie czuła przymusu. Nie podobają mi się wyróżnienia na koniec roku – ten wyróżniony, ta wyróżniona czy tamten. Co to mówi dziecku, które go nie dostało? Że jest gorsze? Moja córka była wyróżniania. Oczywiście, że byłam z niej dumna, ale czy jest to naprawdę tak ważne?

Wiele lat myślałam nad własnym biznesem, teraz się na to zdecydowałam. Praca dla siebie będzie mi dawać większa motywację. W szkole nie miałam takich ambicji, jakie ma moja córka. To jest dla mnie takie… Ale się z tego cieszę. 

Po szkole jedziemy na zajęcia. W domu trzeba się przygotować, a to do sprawdzianu, a to odrobić lekcje. Ostatnio Agatka usiadła wieczorem w swoim pokoju – widzę, że była zmęczona – zaczęła czytać książkę. Myślę, dzisiaj odpuścimy, nie będę jej od tego odrywać. Ma do tego prawo, żeby spędzić czas po swojemu.

Nie jest tak, że urodzi się dziecko i wiadomo, jak je wychować – Marta

Wyprowadziliśmy się z dzielnicy, w której się wychowałam. Nie chciałam, żeby moje dzieci doświadczyły tego samego, co ja. 

Chodziłam do publicznej szkoły, to była dobra podstawówka. Chodzi o środowisko, to kształtuje charakter, chciałam uchronić przed tym moje dzieci. Byłam silna i sobie z tym poradziłam, ale dla nich chcę jak najlepiej.

Mam trójkę dzieci. Najstarsze ma siedem lat i chodzi do pierwszej klasy podstawówki, córka chodzi do przedszkola, ma cztery latka, a najmłodsze właśnie poszło do żłobka. Od początku miałam z tym różne problemy. Chodziłam do placówek publicznych i zawsze mi się wydawało, że moje dzieci też będą do takich chodziły. Najpierw najstarszy syn nie dostał się do publicznej, bo nie spełnialiśmy wszystkich kryteriów. Wysłałam go do prywatnej placówki, ale chorował i raczej większość czasu spędzał z babcią. Później urodziła się córka, zapisaliśmy ją do żłobka państwowego i niestety.

Moje dzieci jak były w przedszkolu, to płakały w niebogłosy. Trwało to wiele godzin. One, tak jak i ja nie dawały sobie z tym rady emocjonalnie. Starszy syn przez jakiś czas chodził do publicznego przedszkola. Grupa liczyła prawie 30 dzieci, to było nie do opanowania. Bardzo lubiłam te dwie panie, które się nimi zajmowały, ale moim zdaniem robiło się to już niebezpieczne. 

Olek nosił okulary, które spadły mu gdzieś na placu zabaw. Nikt nawet nie wiedział. Okulary mu się złamały, on miał twarz rozbitą, zrozumiałam, że po prostu nie ma szans, aby każdemu dziecku poświęcać tu czas. Wracał z przedszkola, przeklinał, nagle zrobiło się takie dziwne dziecko.

Z tego powodu przepisaliśmy nasze dzieci do prywatnej placówki, niedaleko domu. Dzieci nam się znowu odmieniły, chociaż Olek wolał poprzednie przedszkole, bo było więcej luzu i było tam więcej dzieci.

Zależy mi na tym, żeby moje dzieci lubiły te miejsca, w których się uczą. Duża to zasługa nauczycielek, ale też szukałam takich placówek, które zapewniają komfort i bezpieczeństwo. W rodzinie mamy taką dziewczynkę, która jest najlepszą uczennicą w klasie, ale jak słyszę, że nie lubi swojej szkoły i nie lubi się uczyć, to jest to po prostu przykre.

W klasie Olka jest teraz 13 dzieci, większość materiału przerabiają na lekcjach. Nauczyciele nie zadają im dużo do domu. Po lekcjach mają jeszcze takie dwie godziny z panią, podczas których mogą odrobić zadania domowe. Olek chodzi na tenisa, na szachy, zbiórki zuchów, piłkę nożną, akrobatykę i co tam jeszcze chce, bo ma na to czas. W domu możemy się wspólnie pobawić, ugotować coś, mieć to dla siebie, a nie tylko odrabiać lekcje.

Zastanawiałam się, czy Olek tych zajęć nie ma za dużo i chciałam mu je ograniczyć, ale on na wszystkie chce chodzić. Rozmawiałem na ten temat z nauczycielką, czy to nie jest jakieś szaleństwo. Jest jednak bardzo nadpobudliwym dzieckiem, potrzebuje, żeby dużo się działo. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa i nie radził sobie z emocjami. W domu był grzecznym dzieckiem, ale w przedszkolu bił innych chłopców. Poszliśmy do poradni psychologicznej. Musieliśmy z tym popracować, więcej się nim zająć. Odstawiłam najmniejsze od piersi, wszystkim nam dobrze to zrobiło. To tylko dziecko, miał 6 lat, był zazdrosny. Gdzieś tą miłość trzeba było rozłożyć.

Warto być świadomym rodzicem, ale tego się trzeba nauczyć. Moją mamę kocham ponad cały świat i wiem, że miała dobre intencje, ale przecież nie jest tak, że urodzi się dziecko i wiadomo, jak je wychować.

Rodzice rozwiedli się, jak miałam 4 czy 5 lat. To wszystko gdzieś tam we mnie zostało, ukształtowało mój charakter. Nie jestem alfą i omegą, najmądrzejszą na świecie. Chodziłam na różne warsztaty, ale każdego dnia moje dzieci mnie czymś zaskakują. Czytam książki, staram się być przygotowana na różne emocje i dzięki temu czuję, że mogę lepiej wychować moje dzieci.

Sama wychowywałam się w dzielnicy, w której już podstawówce koledzy brali narkotyki, pili alkohol czy palili papierosy. Było to dla mnie normalne. Wielu moich znajomych nie radziło sobie z tym później. Wszystko działo się poza szkołą, na moim podwórku, ale w samej szkole nic się z tym nie robiło. Mam wrażenie, że nauczyciele nawet nie wiedzieli o takim problemie. Były jakieś zajęcia, gdzie mówiło się o miesiączkowaniu, ale nic innego. To były jedyne zajęcia przez osiem lat.

O seksualności i zachowaniu w społeczeństwie dużo rozmawiam ze swoimi dziećmi. U mnie to jest otwarty temat, a w wielu domach się o tym nie mówi, np. o homoseksualizmie. Wydaje mi się, że gdyby w szkole o tym mówiono normalnie i otwarcie, wiele dzieci mogłoby mieć po prostu lepsze życie. Bardziej świadome.

Mamy w rodzinie taką dziewczynkę, która nie ma rączki i stópek. Byliśmy wspólnie na placu zabaw i inne dzieci wytykały ją palcami. W takich sytuacjach tłumaczę moim dzieciom – zobaczcie Marysi zrobiło się przykro, bo inne dzieci tak się zachowywały. Ale to wynika z tego, że dzieci są ciekawe i one nie wiedzą, że mogą jej tym sprawić przykrość. Trzeba im tłumaczyć takie rzeczy, rozmawiać o emocjach. Jeżeli ja im tego nie powiem, to one się nie domyślą, albo mogą to inaczej zinterpretować. To praca 24 godziny na dobę, wieczne mówienie i tylko jak śpię, mogę spokojnie zamknąć usta.

 

Reportaż

Praca – dom, dom – praca. Czy można być korpowoman i nie zwariować

29 września 2020 / Magdalena Droń

Wiele z nas marzy o stabilizacji zawodowej, pracy od 8 do 16, owocowych środach i karcie multisport.

Nic więc dziwnego, że młode dziewczyny tuż po studiach tak często decydują się na pracę w korporacji. Kusi je tempo, jasne zasady, dobra pensja i możliwości rozwoju. Po wielu latach przychodzi czas na refleksję, czy sen o korpokarierze na pewno się ziścił?

A może oprócz pozapracowych benefitów praca w korporacji i codzienne raporty, follow up’y, zebrania, procedury to zbyt wielkie poświęcenie dla takiego wyścigu szczurów? Kiedy wszystko jest na ASAP, co chwilę nowe deadline’y, a na domiar złego ciągłe musisz fokusować się na targetach, może pojawić się chwila zwątpienia. Czy tak jest rzeczywiście?

O pracy w korporacji rozmawiałyśmy z dziewczynami pracującymi w Banku BNP Paribas.

Moja historia z korporacją…

Prawie zawsze zaczyna się tak samo. Absolwentki studiów ekonomicznych wybierają staż w dużej międzynarodowej firmie, licząc na to, że dzięki ciężkiej pracy uda im się zrealizować swój american dream. Obcy kapitał to przecież stabilność i pewność pensji, a także możliwość rozwoju i pięcia się po drabinie awansów i sukcesu. – Skończyłam studia w SGH, więc korporacja była naturalnym wyborem. Nie wiem nawet czym różni się ta praca od innych miejsc, bo od zawsze (blisko 14 lat) pracuję w korpo – podkreśla Katarzyna Tatara, Dyrektor Biura Relacji Inwestorskich w Banku BNP Paribas. – Od zawsze chciałam pracować w „wielkim biznesie”, łącząc tematy zmian społecznych, środowiskowych, czułam, że tam mogę więcej. Po skończonych studiach kierunkowych usłyszałam o pracy w CSR w Banku i tak już zostałam – dodaje Joanna Gajda-Wróblewska, Menedżer ds. projektów społecznych w Fundacji BNP Paribas. Czy myślą, że to praca na chwilę? Nie. Już na tym etapie są raczej trwałe w uczuciach. – W banku zaczęłam pracę w 1996 roku. Wówczas jeszcze nie nazywało się go korporacją, była to po prostu praca w banku. od listopada 2000 roku pracuję w BNP Paribas – mówi Agnieszka Pawłowicz, Regionalny Menedżer Sprzedaży ds. Klientów Biznesowych. – Ciężko mi powiedzieć, czy czuję się lepiej/gorzej, pracując w korpo, ponieważ moje całe życie zawodowe to korporacja. Przeszłam bardzo dużo zmian w bankach, które związane były z fuzjami. Zmiany strukturalne, systemowe, produktowe – reasumuje Małgorzata Dębowska, Dyrektorka Oddziału BNP Paribas w Warszawie.

Stygmatyzacja czy wyróżnienie?

Kiedy słyszysz o korpo, z automatu myślisz o wyścigu szczurów, wiecznych nadgodzinach i warszawskim Mordorze. Czy taka praca może być nienacechowana w naszych umysłach? A może wręcz przeciwnie, osoby będące na samozatrudnieniu lub śmieciowych umowach marzą o benefitach w postaci pracowniczych lunchów i prywatnej opiece zdrowotnej. Czy praca w korporacji jakoś wyróżnia? Jak reagują nowopoznani znajomi? Co o takiej pracy sądzi rodzina? – Z moją pracą czuję się dobrze. Nie spotkałam się z negatywnym odbiorem, ale pewnie wynika to z tego, że większość znajomych też pracuje w korporacjach. Moi bliscy czasem myślą, że za dużo pracuję, ale chyba nie utożsamiają tego z korporacją, tylko generalnie szybszym tempem życia, które zawsze mi odpowiadało – mówi Kasia. – Nie czuję się ani lepiej, ani gorzej przez to, że pracuję w korpo. Nie ma takiego porównywania w moim otoczeniu. Praca jak praca, ważne by się realizować i robić fajne rzeczy. Oczywiście są czasem żarty w stylu: czy masz na to power pointa ;). Wiadomo że ta część biurokratyczna pracy w korpo mogłaby być ograniczona na rzecz kreatywności i robienia rzeczy, no ale pewnych spraw się nie przeskoczy. Rodzina, znajomi, pracują w bardzo różnych miejscach, od korpo przez NGO, instytucje publiczne, po prywatne przedsiębiorstwa i własne firmy. Zdarza się, że rozmawiamy o plusach i minusach każdego z tych środowisk pracy, ale nie ma tu jakiegoś kategoryzowania – dodaje Joanna. Czy można przekuć pozorne wady pracy w korporacji w zaletę, która wyróżni Cię w grupie? Oczywiście! – Porównując się do moich znajomych jestem lepiej zorganizowana. Stosunek otoczenia? Przyjaciele mówią, że zawsze pamiętam o datach urodzin i imienin (mam to oczywiście w kalendarzu zapisane). Co do przygotowania wyjazdów czy spotkań rodzinnych często jestem proszona o ich organizację na zasadzie zrobisz to najlepiej – podkreśla Agnieszka.

Rozwój odmieniany przez wszystkie przypadki

Badania udowadniają, że to właśnie „możliwość rozwoju” jest najczęstszą przyczyną wyboru takiego miejsca pracy. To właśnie w dużych międzynarodowych firmach kobiety mogą bez obaw o nierówne traktowanie stawać ramię w ramię z mężczyznami. Co więcej, mają pewność jasnych zasad, wytycznych i stabilności, niezależnie od swoich decyzji na polu prywatnym. – Praca w korpo daje mi szybsze możliwości rozwoju. Dzięki pozycji firmy mogę uczestniczyć i realizować ciekawe partnerstwa z organizacjami z zewnątrz, podpatrywać globalne praktyki centrali. Mam poczucie, że moje działania, wraz z sumą działań innych, przekładają się na projekty o dużym zasięgu. Lubię tempo pracy, mam wtedy poczucie, że więcej mogę, więcej działam. Z moim podejściem „never enough” ciężko się zatrzymać. Plusem korpo są oczywiście różne benefity i „last but not least” poczucie stabilności, mogę się skupić na realizowaniu odpowiedzialnych, zrównoważonych projektów. Poczucie stabilności dla mnie było szczególnie ważne w kontekście urlopu macierzyńskiego. Mogłam na spokojnie wrócić do swoich obowiązków, choć wiadomo, że w banku zmieniającego się świata, trochę zmieniły się zadania, ale to dobrze. To lubię w mojej pracy, że ciągle dzieje się coś nowego – mówi Joanna.

Blaski i cienie…

Wizja pracy w korpo wydaje się nader utopijna… Są jednak rzeczy, które mogą przekreślić marzenia o tego rodzaju pracy. – Czego mi brakuje w korpo… więcej swobody przy wykonywanych obowiązkach – stwierdza Gosia. – Oczywiście czasem multitasking, wielość zadań, które trzeba zrobić wokół projektu może być męcząca w dłuższej perspektywie, a przez to czasem rozmywa się poczucie sprawczości. Dlatego też istotne, by łapać potrzebny w życiu balans, ładować baterie, łapać oddech, robić ze sobą check-in i sprawdzać, czy nadal jaram się pracą i czy to, co robię sprawia mi frajdę. Kolejna rzecz, to proces podejmowania decyzji. W korpo potrafi długo trwać, więc na pewno fajnie byłoby mieć mniej biurokracji, szybszy proces decyzyjny i więcej indywidualnej sprawczości – dodaje Joanna.

Czy płeć ma znaczenie?

Badania z marca ubiegłego roku „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań” pokazują, że w Polsce wśród członków zarządów w największych spółkach publicznych kobiety stanowią 21%. A to ciągle wynik poniżej średniej unijnej (26,7%). Jeśli chodzi o udział kobiet wśród kadry kierowniczej wyższego szczebla, w Polsce wynosi on 13% i jest jednym z najniższych w porównaniu z innymi krajami UE-28. Z kolei jesteśmy krajem, gdzie odnotowano jeden z największych udziałów kobiet na stanowiskach menedżerskich (46,8%). – W Banku BNP Paribas ponad 60% to kobiety, z czego na stanowiskach menedżerskich jest 62%, a na dyrektorskich 36%. Cały czas pracujemy nad wzmacnianiem różnorodności, w banku jest wiele inicjatyw skierowanych do wzmacniania kobiet. Więcej w raporcie CSR i Zrównoważony Rozwój, polecam lekturę (LINK) – podkreśla z dumą Joanna. – Międzynarodowe korporacje obecne na polskim rynku coraz częściej promują dywersyfikację na najwyższym szczeblu zarządzania. Mam wrażenie, że u nas znaczna większość pracowników to kobiety – dodaje Kasia.

Nie samym korpo człowiek żyje

Żeby zachować balans i równowagę każdy z nas potrzebuje odpoczynku i oderwania się od obowiązków. Czy pracownice korporacji resetują się w jakiś uschematyzowany sposób? I czy aby na pewno są aż tak oderwane od zawodu podczas wypoczynku?
W wolnym czasie lubię biegać. Podczas biegu na 10 km można kompletnie się wyłączyć i odreagować po całym dniu pracy. Należę do osób, które lubią aktywny wypoczynek i bardzo męczy mnie odpoczynek w domu. Często organizujemy z mężem jednodniowe wycieczki do różnych miast, żeby pospacerować i poznać historię tych miejsc. To, co kocham i jest moją pasją to chodzenie po górach – jest to moje drugie miejsce na ziemi. Tam zapominam o wszystkim… – opowiada Gosia. – Wcześniej było więcej podróży, dalszych i dłuższych, teraz ze względu na dziecko tych podróży jest mniej, są krótsze, ale niedługo mam nadzieję nadrobić, po prostu to taki czas w życiu. Za to rozwijam się w nowym temacie: macierzyństwo! Sporo czytam o rozwoju dziecka, starając się wychowywać w duchu rodzicielstwa bliskości. Każdą wolną chwilę poświęcam synkowi, staram się z nim odkrywać nowe rzeczy, pokazywać aspekty życia codziennego, ale też i pozwalać na samodzielne odkrywanie. Poza tym śledzę nowinki ze świata CSR. To coś, co mnie kręci nie tylko w związku z pracą, ale i prywatnie: zaangażowanie społeczne, ekologiczne podejście do życia, no waste, zrównoważona moda, circular economy, sharing economy, bardzo zwracam uwagę na to co kupuję – nawet małe zmiany mają sens – dodaje Joanna.

Myślenie długofalowe

Na rozmowach rekrutacyjnych w korporacji często pojawia się magiczne pytanie: gdzie widzisz siebie za 5, 10 i 15 lat. – Myślę, że w tak szybko zmieniającym się świecie jest ciężko powiedzieć, gdzie będę. Pojawiają się nowe zawody, zdobywamy nowe kompetencje… z pewnością chciałabym nadal pracować w tematyce związanej z CSR, wpływem społecznym i zrównoważonym rozwojem. Co przyniesie 5, 10 czy 15 lat? Czas pokaże. Może uda się stworzyć własny biznes społeczny z odpowiedzialną misją społeczną i środowiskową? Na pewno marzy mi się byśmy żyli w świecie, gdzie czyste powietrze, dostęp do wody pitnej to dobro powszechne, system edukacyjny jest sensowny, a różnorodność jest korzyścią, a nie problemem – snuje wizje Joanna.

Czy korpo jest dla każdego?

Często słyszy się o ludziach wypalonych zawodowo po 30-stce, którzy rzucają wypowiedzeniem i uciekają w Bieszczady. To głównie pracownicy korpo. Czy mimo tych scenariuszy warto próbować? – Jeśli ktoś ma ochotę pracować w korpo to czemu nie. Każda praca jest inna – korpo korpo nie równa. Każdy ma inne oczekiwania. Jak nie sprawdzisz, to się nie dowiesz czy to dla Ciebie: liczy się spoko szef, dobra atmosfera, szanse rozwoju, adekwatna do kompetencji i zaangażowania pensja. Tylko tyle i aż tyle. Myślę, że ciężko jest znaleźć trafione miejsce pracy, mi się udało – cieszy się Joanna.

 

____________________________________________

ilustracja: Emilia Pryśko
artykuł powstał we współpracy z BNP Paribas

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo