Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Pierwsza lekcja życia. Czy szkoła jest ważna?

1 lutego 2021 / Jan Król

Czy szkoła jest ważna?

To nie tylko lekcje fizyki, chemii, języka polskiego czy matematyki. Szkoła to przyjaźnie, pierwsze miłości, autorytety i nauka życia z ludźmi. Zapytałem trzy mamy o ich doświadczenia ze szkoły, przez pryzmat których wychowują teraz swoje dzieci.

Tam masz zupę, podgrzej sobie – Kaja

Jedyna nietypowość mojej podstawówki polegała na tym, że była pięć minut od obozu Majdanek. Mam takie wspomnienie, jak po lekcjach dla odrobiny swobody lecieliśmy na te pola. One były takie wielki. Po alejkach między barakami jeździliśmy na rowerach. I naprawdę, takie mam wspomnienie, że jedyne wyrwanie się ze szkoły i wspólne spędzanie czasu, to ten ogromny, ogrodzony teren i długa asfaltowa droga prowadząca do mauzoleum.

Pewnie każdy ma jakiegoś nauczyciela, którego pamięta. Dla mnie tamten okres był trochę, jak za żelazną kurtyną. Nudno, ciemno, ograniczona się czułam. W pamięci z podstawówki została mi tylko wuefistka, która się na nas wydzierała. 

Moja szkoła to była typowa wielka 1000-latka. Duża sala gimnastyczna, stołówka na dole, długie korytarze. Pamiętam, że robiłam gazetkę i chciałam być w samorządzie. W mojej klasie było około 30 dzieci. Jeden z kolegów został później chrzestnym mojej córki. Byłam trochę outsiderką, bo moi rodzice byli nietypowi. Nie zachowywali się jak wszyscy. Kiedy koledzy do mnie przychodzili, sami mówili, że nie są jak typowi rodzice, którzy robią dziecku kanapki do szkoły, chodzą na zebrania, znają imiona twoich kolegów i koleżanek, czy z tobą lekcje. W tamtych czasów była pewna moda wśród rodziców, a po moich było widać, że inaczej się ubierają.

Często nie było ich w domu. W wieku pięciu lat sama umiałam włączyć kuchenkę i zrobić owsiankę. Babci mówiła, że taka mała, a moi rodzice, ale zobacz, jaka jest samodzielna.

W pewnym momencie rodzice razem z moim rodzeństwem przeprowadzili się do drugiego domu. W wieku kilkunastu lat zostałam sama, znaczy, był dorosły, ale nie mogłam z nim rozmawiać. Była to moja ciocia. Moja mama się z nią pokłóciła o spadek. Mieliśmy zakaz rozmawiania z nią i jej rodziną. Przyjeżdżali do mnie tylko na noc, kiedy ja spałam. Porozumiewałam się z nimi za pomocą karteczek – „Tam masz zupę, odgrzej sobie” albo „Będziemy po 20”. Było mi ciężko, musiałam się przystosować. Teraz, mając swoje dzieci, widzę, że to była masakra. Nie można dorastającego człowieka tak zostawiać, to czyni spustoszenie. Kiedy ten rodzic jest i nakrzyczy na Ciebie „Nie robisz lekcji!” albo „Gdzie byłaś?” to jest potrzebne. Z jednej strony nad wyraz stałam się dojrzała, a z drugiej wiecznie dziecinna pragnąc jakiejś uwagi.

Każdy chce, aby go chwalić od czasu do czasu. Ale kiedy jesteś dorosły i pragniesz, aby Cię chwalono lub doceniano cały czas, to jest problem. Nie mówię, że tak mam. Na pewno mam pewność siebie, wiem, ile jestem warta. Zaczęłam rysować w wieku 40 lat, a zawsze chciałam to robić, myślałam o pójściu do szkoły plastycznej. Ciągle nie mogę uwierzyć, że moje rysunki są coś warte, a dzisiaj jest premiera książki, do której stworzyłam ilustracje. Myślę sobie – wzięli te rysunki, bo nie mieli nikogo do rysowania. Bo czy one im się spodobały? Są takie infantylne. Rozumowo to ogarniam, ale myślę, że ta niepewność jednak z czegoś wynika.

Żeby przetrwać tamten okres zrobiłam atut z tego, że jestem sama. Sama, ale samodzielna. Pomogło mi to w życiu. W sytuacjach, kiedy jest trudno i wydaje mi się, że jestem pozostawiona tylko sobie, potrafię podjąć jakąś decyzję. Ona może nie być dla mnie korzystna, bo zostanę na przykład bez pracy, ale wiem, że muszę to zrobić. Nie boję się, wiem, że ten krok może być dobry. Każdy sobie myśli –  Z czego żyć? Trzeba szukać pracy, wygodniej jest pozostać na stanowisku. Masz kredyt, czwórkę dzieci, jak możesz to robić? A ja mówię „Mogę, bo robię to dla siebie, jest jedno życie, jestem z tym sama, ale sobie poradzę”.

Swoje dzieci staram się nauczyć samodzielności, ale robię to świadomie. Powoli oddaję im różne obszary odpowiedzialności. Nie chodzi o wyrzucanie śmieci, czy robienie zakupów. Od najmłodszych lat pozwalam na decydowanie, zauważenie, że to są ludzie, a nie moja własność i że ja daję im życie, pomagam dojść do pewnego etapu, a potem uwalniam od spełniania moich oczekiwań. Chciałam stworzyć ludzi i cieszyć się tym, że mogę z nimi żyć. Przekazać nie tylko geny, ale i wiedzę oraz pasję.

Darek ma 16 lat, Michał 14 i pół, Iga 11, a Jagoda 9 i pół. Z moim mężem Bartkiem poznaliśmy się, jak miałam 17 lat, byliśmy razem w liceum. Był początek lat 90., chodziliśmy do społecznego liceum w Lublinie, szkoły tak naprawdę eksperymentalnej. Na lekcji savoir-vivre’u nauczycielka uczyła nas mówić do siebie „chcę się z Tobą kochać”, co jako uczniów bardzo nas bawiło, ale wiele nauczyło. Ale najpierw pojechałam na Zachód.

W 1989 roku na parę miesięcy byłam w Niemczech w szkole z internatem. Nagle dużo zaczęło się mówić o tym, że Polska wychodzi z komunizmu. Wszyscy chcieli się dowiadywać o wszystkim, przynosili mi prezenty, papier toaletowy, a ja byłam zaszokowana tym całym zachodem. Coś więcej zaczęłam się wtedy też dowiadywać o seksie – od rówieśników, bo z rodzicami nigdy nie rozmawiałam na ten temat. Kiedy wróciłam do Polski, nagle wszystko było inaczej. Zostałam wrzucona w rzeczywistość szkoły społecznej, gdzie wszystko można: nauczyciele są młodzi, dopiero po studiach, a my jesteśmy na „Ty” z profesorami. 

Szkoła społeczna, to było wtedy coś innego niż teraz. Wtedy było to zanegowanie dotychczasowego pojmowania edukacji. Wszystko robiliśmy inaczej, najlepiej bez książek, a profesorzy dawali nam wolność wyborów. Uczymy się wszystkiego, wyjeżdżamy do teatrów, na obozy integracyjne, wymyślamy własne projekty oraz dużo różnych języków do nauki. W klasie było tylko 15 osób i cały czas się mieszaliśmy, przechodziliśmy z klasy do klasy. W trzecim roku stworzono profile i wtedy zaczęłam chodzić do klasy z moim mężem. Okropny był, nie podobał mi się w ogóle. Był z zupełnie innego domu niż ja –  mama obiad, tata telewizor. Ale był również zapatrzony we mnie i moją rodzinę. To mi się w nim spodobało.

Właśnie w liceum mieliśmy lekcje savoir-vivre’u. Kobieta opowiadała nam, jak się zachowywać. Ale tłumaczyła też, jak mieć seks z chłopakiem czy dziewczyną i o tym mówić. Na bananie pokazywała, czy słabe są prezerwatywy. To było strasznie rewolucyjne, po 1,5 roku szkoła zamieniła się w katolicką, ale z nazwy. Wróciliśmy do starego systemu, lekcja 45 minut, przerwa, lekcja. Uczniowie byli ci sami, ale nauczyciele się zmienili. Zaczęliśmy protestować, aby ta nauczycielka wróciła. Plakaty rozwieszaliśmy, listy pisaliśmy. Tłumaczyliśmy, że nam się podobało, mieliśmy różne rozmowy i negocjacje. Niektóre postulaty udało nam się wywalczyć, ale ci nauczyciele nie chcieli już zostać.

Szkoła dała mi otwartość i odwagę. Kiedy sytuacja wymagała, że trzeba się odezwać, to ja to robiłam. Jeśli chodzi o rozmowy o seksie, to dzieci mają mnie już dosyć. Nie to, że jest ich za dużo, tylko, że nazywam rzeczy po imieniu: nie że kochać, tylko uprawiać seks. Że to przyjemność, ale i rodzą się z niej dzieci. Nie nakładam na to żadnej kalki, że tylko po ślubie, mimo że kiedyś tak uważałam. Chciałabym, aby moje dzieci to rozumiały. Kiedy słyszą, jak mówię „seks”, to od razu „Nie mów, nie mów, po co mówić, okropna jesteś”, a ja „Ale dlaczego mam nie mówić? To jest normalne, to jest część życia”.

Z córkami rozmawiam w trochę inny sposób, dostosowany do ich wieku. Kiedy widzę, że temat przestaje je ciekawić, to nie mówię. Musi być odpowiedni wiek. Za każdym razem zainteresowane są czymś innym. Okazję do rozmowy staram się stworzyć, kiedy jestem z dziećmi pojedynczo. Pojechać do sklepu, czy wyjść z psem na spacer. Czasami im proponuję, żeby wyrazili coś na piśmie, bo wtedy jest łatwiej przekazać, co tam leży na sercu.

Mówię: „Co, pani kazała Wam gotować, robić sałatkę? A chłopcy co robili?” a wtedy włącza się Darek: „Tak, faceci też mają gotować! Co to jest?!”. U mnie chłopcy gotują i jestem tak wdzięczna losowi, że urodzili się pierwsi. To jest jakby przełamanie stereotypu. Często mówi się, że to dziewczyny zajmują się domem i wszystko robią. U mnie to chłopcy opiekują się młodszymi siostrami.

Mam wrażenie, że szkoła obecnie jest podobna do tego, co było kiedyś. Z mężem zabieram z niej dzieci, kiedy tylko możemy. Według nas, więcej uczą się w domu. Przez nasz styl życia w rodzinie i bycia z dziećmi. Gdyby tylko było mnie na to stać, chciałabym prowadzić edukację domową. W szkole jest ta podstawa, trzeba omówić lektury, sprawdziany. Jestem w trójkach klasowych, co roku gdzieś indziej, ale ten wpływ jest ograniczony, bo szkoła wcale nie chce do siebie wpuścić rodziców. A oni też nie zawsze chcą wejść w życie szkoły. 

Od tego zależą dalsze losy dnia – Sylwia

W Warszawie mieszkam od urodzenia. Do szkoły chodziłam niedaleko mojego domu. Byłam zniechęcona do nauki, wynika to chyba z systemu. Nauczyciele mnie denerwowali. Tak, jak o tym myślę, to wzięło się właśnie z podstawówki. 

W czwartej klasie naszym wychowawcą został człowiek, który nienawidził dzieci. Wtedy zaczęły się moje problemy. Był fizykiem i na każdym kroku dawał nam do zrozumienia, że nas nie lubi. Ciągle robił sprawdziany, gnębił nas, mówił, że nie będzie z nami jeździć na wycieczki. Często się buntowałam i to również napędzało mi problemów. Szybko go zmienili. Nie każdy nadaje się do pracy z dziećmi i nie rozumiem, jak takiego człowieka mogli dopuścić do nauczania. Czasami go jeszcze widuję, ale nie w szkole. Zimą chodzi na bosaka między blokami. Zwariował.

Moją córkę Agatkę wysłałam do tej samej podstawówki. Nie sprawdzałam jej wcześniej, stwierdziłam, że państwowa szkoła będzie po prostu dobrym wyborem. Z prywatną szkołą jest różnie, chodzi głównie o koszty, ale też zamykanie dzieci w takiej mydlanej bańce. Sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Myślałam, że ta szkoła się jakoś zmieniła, w końcu minęło trzydzieści lat. 

Tak naprawdę wszystko może zmienić się od czwartej klasy. Już teraz moja córka przynosi dużo pracy domowej. Pochłania nam ona cały dzień. Muszę się do tego dostosowywać, mój partner pracuje w innym mieście. 

Pierwsze pytanie, które zadaję mojej córce po przyjściu ze szkoły, to czy ma dużo zadane. Od tego zależą dalsze losy dnia. Jeśli dużo, to wiadomo, trzeba iść i zrobić. Gorzej, kiedy mamy jakieś dodatkowe zajęcia, wtedy pomartwimy się później.

Jeszcze w pierwszej klasie tak nie było. W drugiej sama robiła lekcje, a w trzeciej – ruszyło nagle, jak z kopyta. Gdyby to było jedno zadanie, z polskiego czy matematyki, podsumowanie jakichś lekcji, żeby usiąść i nie poświęcić temu więcej niż 20 minut. Ale kiedy to jest wierszyk do nauczenia, a miała ich już sześć od rozpoczęcia roku szkolnego, mamy październik. Do tego zadania z matematyki, język polski i jeszcze przygotowanie do sprawdzianu z angielskiego. Wszystko się tak nawarstwia. 

Ostatnio w ogóle już nie chce odrabiać lekcji. Potrzebuje, żeby z nią usiąść, pomimo tego, że sobie radzi. Niektórych z poleceń w tych książkach, to nawet ja nie rozumiem. Zastanawiam się, czy w nich są jakieś błędy? O co tu chodzi? Ja tego nie wiem, jak ona ma to wiedzieć? 

Od moich znajomych słyszałam, że tak właściwie jest. Siedzą z dziećmi po 3 godziny dziennie i tłuką te zadania, zmuszają dzieci, bo one same nie chcą tego robić. Agatka jest chłonna wiedzy. Mam jednak wrażenie, że ostatnio wszystko to robi, bo tak trzeba. To nie jest wewnętrzna motywacja. Już teraz mówi, że najbardziej lubi piątki po południu. Jak człowiek, który pracuje w korporacji – aby tylko do piątku. A ma dopiero osiem lat.

Martwi mnie, że moje dziecko powinno mieć więcej czasu dla siebie. Ja się szybko zniechęcałam. Moi rodzice też mnie nie popychali, więc jeśli coś mi nie wychodziło to rezygnowałam. Wiele lat jeździłam konno. Wstawałam o 6 rano i jechałam do stajni, a nawet uciekałam z lekcji. Bardzo chciałam być weterynarzem, w domu miałam totalny zwierzyniec, jednak nie poszło to w tym kierunku.

Moja córka jest bardziej ambitna ode mnie. Chciałabym, żeby nie czuła, że musi się komuś podobać, że nie musi zadowalać wszystkich. Mówię jej „Szkoła się kiedyś skończy, a ważne, żebyś miała pasję”. A ma w sobie bardzo dużo pasji. Od trzech lat tańczy, jednak utrudniają nam to prace domowe. Do tego dochodzą pokazy i zawody. W szkole chodzi jeszcze na zajęcia sportowe. Za moich czasów nie było tych wszystkich możliwości.

Kiedy po tym fizyku zmienili nam nauczyciela, dostaliśmy polonistkę. Była fajna i wyluzowana, z całej szkoły najlepiej wspominam właśnie ją i ona tam zresztą dalej uczy. Jeśli widziała, że nie mamy już siły pisać wypracowań na przykład takiej mitologii greckiej, to mówiła – w takim razie zróbcie mi charakterystykę Johnnego Bravo. Wiedziała, że lubimy oglądać kreskówki. Potrafiła nas zmotywować, żebyśmy pisali, a każdy podchodził do tego na swój sposób.

Pamiętam, że na godzinach wychowawczych przerabialiśmy taką fajną książkę, która uczyła życia w społeczeństwie. Były w niej przesłania, jak należy rozmawiać z drugim człowiekiem, żeby poczuł się doceniony. Nie można tylko mówić o sobie, ale trzeba się nim zainteresować, posłuchać, co ma do powiedzenia. Były w niej super rady, które do tej pory pamiętam. Chciałabym pokazać ją mojej córce.

Pracować zaczęłam w wieku 18 lat. Wyjechałam do innego miasta. Tam skończyłam ostatnią klasę liceum. To była fajna szkoła dla dorosłych. Nauczyciele traktowali nas poważnie i osoby, które się tam uczyły, robiły to, bo tego chciały. Zdałam maturę i parę lat później poszłam na studia, ale ich nie ukończyłam. Żałuję tego. To była świadoma decyzja, zabierało mi to dużo czasu, ale poszłam bardziej z ciekawości. 

Szkoła jako miejsce jest dla mnie ważna, chciałabym, aby moja córka się tam dobrze czuła. Żeby nie czuła przymusu. Nie podobają mi się wyróżnienia na koniec roku – ten wyróżniony, ta wyróżniona czy tamten. Co to mówi dziecku, które go nie dostało? Że jest gorsze? Moja córka była wyróżniania. Oczywiście, że byłam z niej dumna, ale czy jest to naprawdę tak ważne?

Wiele lat myślałam nad własnym biznesem, teraz się na to zdecydowałam. Praca dla siebie będzie mi dawać większa motywację. W szkole nie miałam takich ambicji, jakie ma moja córka. To jest dla mnie takie… Ale się z tego cieszę. 

Po szkole jedziemy na zajęcia. W domu trzeba się przygotować, a to do sprawdzianu, a to odrobić lekcje. Ostatnio Agatka usiadła wieczorem w swoim pokoju – widzę, że była zmęczona – zaczęła czytać książkę. Myślę, dzisiaj odpuścimy, nie będę jej od tego odrywać. Ma do tego prawo, żeby spędzić czas po swojemu.

Nie jest tak, że urodzi się dziecko i wiadomo, jak je wychować – Marta

Wyprowadziliśmy się z dzielnicy, w której się wychowałam. Nie chciałam, żeby moje dzieci doświadczyły tego samego, co ja. 

Chodziłam do publicznej szkoły, to była dobra podstawówka. Chodzi o środowisko, to kształtuje charakter, chciałam uchronić przed tym moje dzieci. Byłam silna i sobie z tym poradziłam, ale dla nich chcę jak najlepiej.

Mam trójkę dzieci. Najstarsze ma siedem lat i chodzi do pierwszej klasy podstawówki, córka chodzi do przedszkola, ma cztery latka, a najmłodsze właśnie poszło do żłobka. Od początku miałam z tym różne problemy. Chodziłam do placówek publicznych i zawsze mi się wydawało, że moje dzieci też będą do takich chodziły. Najpierw najstarszy syn nie dostał się do publicznej, bo nie spełnialiśmy wszystkich kryteriów. Wysłałam go do prywatnej placówki, ale chorował i raczej większość czasu spędzał z babcią. Później urodziła się córka, zapisaliśmy ją do żłobka państwowego i niestety.

Moje dzieci jak były w przedszkolu, to płakały w niebogłosy. Trwało to wiele godzin. One, tak jak i ja nie dawały sobie z tym rady emocjonalnie. Starszy syn przez jakiś czas chodził do publicznego przedszkola. Grupa liczyła prawie 30 dzieci, to było nie do opanowania. Bardzo lubiłam te dwie panie, które się nimi zajmowały, ale moim zdaniem robiło się to już niebezpieczne. 

Olek nosił okulary, które spadły mu gdzieś na placu zabaw. Nikt nawet nie wiedział. Okulary mu się złamały, on miał twarz rozbitą, zrozumiałam, że po prostu nie ma szans, aby każdemu dziecku poświęcać tu czas. Wracał z przedszkola, przeklinał, nagle zrobiło się takie dziwne dziecko.

Z tego powodu przepisaliśmy nasze dzieci do prywatnej placówki, niedaleko domu. Dzieci nam się znowu odmieniły, chociaż Olek wolał poprzednie przedszkole, bo było więcej luzu i było tam więcej dzieci.

Zależy mi na tym, żeby moje dzieci lubiły te miejsca, w których się uczą. Duża to zasługa nauczycielek, ale też szukałam takich placówek, które zapewniają komfort i bezpieczeństwo. W rodzinie mamy taką dziewczynkę, która jest najlepszą uczennicą w klasie, ale jak słyszę, że nie lubi swojej szkoły i nie lubi się uczyć, to jest to po prostu przykre.

W klasie Olka jest teraz 13 dzieci, większość materiału przerabiają na lekcjach. Nauczyciele nie zadają im dużo do domu. Po lekcjach mają jeszcze takie dwie godziny z panią, podczas których mogą odrobić zadania domowe. Olek chodzi na tenisa, na szachy, zbiórki zuchów, piłkę nożną, akrobatykę i co tam jeszcze chce, bo ma na to czas. W domu możemy się wspólnie pobawić, ugotować coś, mieć to dla siebie, a nie tylko odrabiać lekcje.

Zastanawiałam się, czy Olek tych zajęć nie ma za dużo i chciałam mu je ograniczyć, ale on na wszystkie chce chodzić. Rozmawiałem na ten temat z nauczycielką, czy to nie jest jakieś szaleństwo. Jest jednak bardzo nadpobudliwym dzieckiem, potrzebuje, żeby dużo się działo. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa i nie radził sobie z emocjami. W domu był grzecznym dzieckiem, ale w przedszkolu bił innych chłopców. Poszliśmy do poradni psychologicznej. Musieliśmy z tym popracować, więcej się nim zająć. Odstawiłam najmniejsze od piersi, wszystkim nam dobrze to zrobiło. To tylko dziecko, miał 6 lat, był zazdrosny. Gdzieś tą miłość trzeba było rozłożyć.

Warto być świadomym rodzicem, ale tego się trzeba nauczyć. Moją mamę kocham ponad cały świat i wiem, że miała dobre intencje, ale przecież nie jest tak, że urodzi się dziecko i wiadomo, jak je wychować.

Rodzice rozwiedli się, jak miałam 4 czy 5 lat. To wszystko gdzieś tam we mnie zostało, ukształtowało mój charakter. Nie jestem alfą i omegą, najmądrzejszą na świecie. Chodziłam na różne warsztaty, ale każdego dnia moje dzieci mnie czymś zaskakują. Czytam książki, staram się być przygotowana na różne emocje i dzięki temu czuję, że mogę lepiej wychować moje dzieci.

Sama wychowywałam się w dzielnicy, w której już podstawówce koledzy brali narkotyki, pili alkohol czy palili papierosy. Było to dla mnie normalne. Wielu moich znajomych nie radziło sobie z tym później. Wszystko działo się poza szkołą, na moim podwórku, ale w samej szkole nic się z tym nie robiło. Mam wrażenie, że nauczyciele nawet nie wiedzieli o takim problemie. Były jakieś zajęcia, gdzie mówiło się o miesiączkowaniu, ale nic innego. To były jedyne zajęcia przez osiem lat.

O seksualności i zachowaniu w społeczeństwie dużo rozmawiam ze swoimi dziećmi. U mnie to jest otwarty temat, a w wielu domach się o tym nie mówi, np. o homoseksualizmie. Wydaje mi się, że gdyby w szkole o tym mówiono normalnie i otwarcie, wiele dzieci mogłoby mieć po prostu lepsze życie. Bardziej świadome.

Mamy w rodzinie taką dziewczynkę, która nie ma rączki i stópek. Byliśmy wspólnie na placu zabaw i inne dzieci wytykały ją palcami. W takich sytuacjach tłumaczę moim dzieciom – zobaczcie Marysi zrobiło się przykro, bo inne dzieci tak się zachowywały. Ale to wynika z tego, że dzieci są ciekawe i one nie wiedzą, że mogą jej tym sprawić przykrość. Trzeba im tłumaczyć takie rzeczy, rozmawiać o emocjach. Jeżeli ja im tego nie powiem, to one się nie domyślą, albo mogą to inaczej zinterpretować. To praca 24 godziny na dobę, wieczne mówienie i tylko jak śpię, mogę spokojnie zamknąć usta.

 

Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 września 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo