ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Dramat wcześniaków i ich mam. ,,Urodziłam 6 tygodni temu i do tej pory nie widziałam synka’’. 

7 października 2020 / Monika Pryśko

Lockdown mocno nas doświadczył.

Do tej pory odczuwamy skutki zamknięcia, część z nas dopiero staje emocjonalnie na nogi, część nadal szuka pracy, a część na hasło ,,edukacja domowa’’ dostaje tików nerwowych. Ale przez ostatni tydzień mój punkt widzenia się diametralnie zmienił. Bo żadna nasza niewygoda związana z pandemią, nie może równać się z dramatem mam wcześniaków, mam dzieci, które musiały zostać w szpitalu - same. 

Mamy wcześniaków protestują przeciwko separacji ze swoimi dziećmi. Mamy wcześniaków, z powodu Covid-19, w części szpitali w Polsce mają utrudniony bądź ograniczony kontakt ze swoimi walczącymi o życie dziećmi. 

 

Jak to dobrze, że nie o moje dziecko chodzi. Ufff, jak dobrze, że mnie to nie dotyczy. Jak dobrze, że moje dziecko jest całe i zdrowie. Jak dobrze, że to nie ja…

 

Przyznaj, że tak właśnie pomyślałaś. Bo ja tak. I pewnie moja reakcja ograniczyłaby się tylko do szerowania postów na Instagramie dotyczących walczących matek wcześniaków, ale nie tym razem. Bo tym razem bliska mi kobieta – nasza redakcyjna Gosia, nasza pani excel, matka założycielka The Mother MAG – jest tą kobietą z opowieści, jest tą mamą czekającą, cierpiącą, odchodzącą od zmysłów. To nie dzieje się ,,gdzieś tam’’, to dzieje się tu, obok mnie. 

 

Kilka dni temu opublikowałyśmy wpis Gosi. Były to słowa wsparcia dla mam protestujących w Łodzi, ale też publiczne i intymne wyznanie. Nie spodziewałyśmy się takiego wsparcia od naszych Czytelniczek. Nie spodziewałyśmy się aż takich emocji. 

 

Dzisiaj mija 6 tygodni, gdy ostatni raz widziałam swojego synka. Jest wcześniakiem, leży na oddziale neonatologii w Gdańsku.⠀⠀⠀

Mam na imię Małgosia. Na co dzień zajmuje się technicznymi aspektami The Mother MAG, mało mnie w social mediach. Dzisiaj jednak chcę Wam opowiedzieć moją historię.⠀⠀

Jestem mamą czwórki dzieci. W sierpniu, w 28. tygodniu ciąży urodziłam synka. Nie widziałam go od tamtego momentu.⠀⠀

Dostaję raz w tygodniu zdjęcie od pielęgniarek i za każdym razem zastanawiam się, czy to na pewno mój syn. Bardzo chcę poczuć falę miłości, a czuję tylko żal, złość, rozczarowanie. Mam w sobie tyle sprzecznych emocji, często się ich boję, takie są mocne. A to wszystko z tęsknoty. I z bezsilności.

Pomyśl, że przez wiele tygodni nie możesz przytulić swojego dziecka, nie możesz go nakarmić, zaśpiewać, pogłaskać. Dotknąć. Choć zerknąć, czy spokojnie śpi.

Nie mogę być dzisiaj w Łodzi z innymi protestującymi mamami wcześniaków, ale mogę być tutaj i powiedzieć, wykrzyczeć, wypłakać, że oddzielenie mamy od dziecka i dziecka od mamy to niewyobrażalna trauma dla walczących małych wojowników i ich mam, które zaraz po często nagłych porodach wypisywane są ze szpitala do domu. Bez dziecka. Z burzą hormonów. I pustym brzuchem.

Dlaczego nie mogę zobaczyć mojego synka? Lekarze i pielęgniarki codziennie wychodzą z pracy do domu, chodzą do Biedronki, tankują samochody, przytulają swoje dzieci, które odebrali ze szkoły, gdzie jest setka innych dzieci i setka innych rodzinnych historii. I to jest ok, to jest bezpieczne.

A ja, mama mojego synka? Dlaczego nie mogę choćby zerknąć?

Wiecie… za każdym razem, gdy widzę zdjęcie mojego synka, boję się, że nie poczuję z nim takiej więzi, jak z pozostałą trójką. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było szeptania do małego, czerwonego uszka, nie było masowania po brzuszku, ani karmienia po kilkanaście razy na dobę. Boję się, bo nie wiem, jak pachnie mój synek. Boję się, że straciliśmy na zawsze coś bardzo cennego..

Dziś przytulam wszystkie mamy wcześniaków, które tak jak tęsknią, bezgłośnie z bezsilności płaczą pod prysznicem. Jestem z Wami, jestem jak Wy.

 

_

 

Na reakcje Czytelniczek nie musiałyśmy długo czekać. Bardzo dziękujemy Wam – w imieniu Gosi – za takie wsparcie, za tysiące miłych słów. 

 

Poniżej kilka komentarzy. To drobny ułamek wszystkich, które przyszły do nas na Instagramie oraz Facebooku. Dziękujemy za Waszą szczerość i za chęć dodania Gosi otuchy swoimi historiami. 

 

,,Pracuje w jednej ze śląskich klinik na oddziale noworodkowym i powiem szczerze – samej jest mi ciężko. Jestem świadkiem ostatnich rozmów, jakie mamy odbywają z maluszkami zanim wyjdą do domu. Noworodki potrzebują ciepła inkubatora, pokarmu, leków i nierzadko tlenu, ale nie istnieje jeszcze maszyna, która zastąpi im mamę. Boli mnie sytuacja, jaka panuje na tym oddziale. Jedyne co mogę zrobić to wysyłać mamom zdjęcia, chociaż sama wiem, że będąc na ich miejscu byłoby to kropla w morzu matczynych potrzeb. Czekam aż „to” się skończy i oddział noworodkowy kojarzony będzie jako miejsce, gdzie dzieci wraz z mamami mają szansę dojrzeć do życia poza murami szpitala. Aktualnie jest to smutne miejsce, gdzie jedynie położne i pielęgniarki, które jeszcze nie wypaliły się zawodowo, mogą okazać minimum ciepła i miłości noworodkom. Pozdrawiam wszystkie mamy, bądźcie silne! Ja robię co mogę, żeby waszym pociechom było dobrze.’’

 

,,To jest niewyobrażalny ból. Przeżyłam to na początku pandemii, udało mi się pożegnać synka i ostatnie 14 minut jego życia byłam z nim. Wcześniej 6 tygodni widywałam go tylko na zdjęciach. Przesyłam dużo sił.’’

 

,,Też jestem mamą wcześniaka i wprawdzie nie tak długo, ale też byłam rozdzielona z córeczką przez 3 tygodnie, z czego tydzień będąc jeszcze w szpitalu, mogłam do niej zaglądać raz dziennie na 5-10 min. Dla pocieszenia napiszę, że ta więź jest do odbudowania. Początki beda ciężkie, ale na pewno wszystko się ułoży. Przytulam mocno!’’

 

,,Serce mi pęka, jak to czytam. Ponad dwa lata temu urodziłam wcześniaka, przez trzy doby nie mogłam go wziąć w ramiona i poczuć, wyłam z bólu. Przykro mi, bardzo mi przykro, że takie piekło przeżywasz. ❤️ Życzę Wam siły z całego serca ❤️’’

 

,,Mam znajomą, która urodziła wcześniaka. 2 miesiące była z dzieckiem w szpitalu (maj tego roku) . Opowiadała, że jak jedna mama wyszła na chwilę z oddziału, pielęgniarki już ją spakowały i nie pozwoliły wrócić na oddział, a jej maleństwo urodziło się w 29 tygodniu. Także bardzo wam współczuję i mam nadzieję że w końcu rodzice będą mogli być ze swoimi dziećmi.’’

 

,,Straszne. U nas było to jedynie 14 dni i mogliśmy być z małym 12h na dobę. A i tak po wyjściu o 20:00 był płacz i tęsknota. Niewyobrażalne cierpienie.’’

 

,,Serce mi pęka. Ja miałam „tylko” doświadczenie miesięcznego, codziennego samotnego powrotu do domu bez synka, który był w inkubatorze… Nie wiem, jak przetrwałam tę straszną pustkę, jaka mi towarzyszyła. Żyłam każdym dniem, że jak dojdzie do 2 kg, to go zabiorę ze sobą… ale widziałam go codziennie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, co czujesz. :(‘’

 

,,Więź będzie jeszcze silniejsza. Trzymaj się! Ściskam Cię mocno. Jestem mamą wcześniaka z 35 tygodnia. Rozdzielili nas tylko na 8 dni, ale wyobrażam sobie, co czujesz. To niewyobrażalna tęsknota i troska. Dziecko, które przeżywa tak totalny szok, jakim jest poród, zostaje samo. Na zawsze to już pozostawia skutki, odseparowanie. To naprawdę paranoja, by tak postępować. Matka i dziecko toż to NAJWIĘKSZA miłość na świecie. Nie ma większej miłości i potrzeby bliskości. To musi się zmienić!!! Tak nie da się żyć, gdy serce rozpada się nieustannie na nowo! Już coraz bliżej i będziecie nadrabiać te stracone chwilę.’’

 

,,Leżałam kilka dni przed porodem na patologii ciąży, poznawałam takie historie, które były już przesądzone, że będzie ciąża rozwiązana przez cc nawet już w 32 tc. I te dziewczyny będą do wyjścia, a dzieci zostaną. Biedne już siedzą tam same, bez możliwości odwiedzin, a jeszcze wyjdą bez dzieci. Cały czas zadaję sobie te same pytania, że zespół medyczny wychodzi i później normalnie żyje i on może wchodzić do tych maleństw, a najważniejsza dla niego matka – nie. Chore! Nie mogłam się uwolnić od takich myśli leżąc tydzień w szpitalu i nawet jak miałam już swoją przy sobie, to cały czas myślałam o tych maleństwach i rodzicach. ’’

 

,,Ja urodziłam synka w 28 tc w czerwcu 2020 roku. Pierwszy raz widziałam go dzień po porodzie przez 10 minut, drugi raz widziałam go miesiąc po urodzeniu. Nie mogłam go dotknąć, przytulić, pocałować… W szpitalu spędził 89 dni, widywałam go raz w tygodniu przez 2h.’’

 

Z tych właśnie emocji powstał ten artykuł. 

A także, by pokazać dramat tych rodzinnych historii, by Was uwrażliwić, podkreślić, co jest w życiu najważniejsze.

 

I jednocześnie poprosić Tych-Którzy-Decydują, by spojrzeli na sytuację rodziców wcześniaków z empatią. Po ludzku.  

 

Oczywiście jako redakcja zdajemy sobie sprawę, że procedury mają nas chronić. Wiemy też, że personel medyczny przestrzega zasad ustalonych przez swoich przełożonych i nie on jest odpowiedzialny za separację mam i dzieci. Natomiast apelujemy, by znaleźć złoty środek. Fakt, państwo chroni nasze zdrowie fizyczne, stara się zminimalizować liczbę zachorowań na Covid-19, natomiast zdrowie psychiczne jest równie ważne. A tu stawka jest naprawdę wysoka. I wciąż brak zrozumienia, empatii i wsparcia.  

 

__

 

Musisz wiedzieć, że nasza Gosia to twardzielka. Nigdy się nie skarży, jest konkretna, twarda, nie rozczula się nad sobą. Poprosiłam ją, by napisała mi kilka zdań o dniu narodzin jej najmłodszego synka. Czytałam i z każdym zdaniem byłam mocniej poruszona. Nie zdawałam sobie sprawy…

 

To jest historia narodzin małego Leosia. To wydarzyło się 7 tygodni temu. I teraz widzę dokładniej, że to nie tylko trauma Gosi i jej najmłodszego synka, to tragedia taty, męża Gosi, a także wszystkich dzieci. 21 sierpnia już zawsze będą wspominać z przestrachem. 

 

_

 

21 sierpnia był ostatni piątek wakacji. Było strasznie gorąco. Dzieci biegały po ogrodzie, a ja modliłam się o chłodny wieczór. Pamiętam, jak pisałam SMS-a do męża, że jak wróci, skoczę pod zimny prysznic. Nie czułam się tego dnia najlepiej, ale sądziłam, że to przez upał.

 

W końcu przyszedł upragniony wieczór. Przygotowywaliśmy pokoik dla naszej 2-letniej córeczki, zdejmowaliśmy jej szczebelki w łóżku, montowaliśmy nową lampkę. To był też dzień jej urodzin, następnego dnia miało się odbyć przyjęcie urodzinowe. Balony nadmuchane helem czekały ukryte w sypialni, tort zamówiony, prezenty spakowane. 

W trakcie kolacji, zamówionej pizzy, wydarłam się na dzieci za to, że kręcą się przy jedzeniu. Bardzo rzadko zdarza mi się krzyczeć, więc mąż spojrzał na mnie zdziwiony, ja sama byłam zaskoczona swoją reakcją. A to były już początki wstrząsu. 

 

Poszłam położyć córeczkę, nie chciała zasnąć, a ja byłam mocno zdenerwowana. Śpiewając jej kołysanki poczułam, jak coś nagle cieknie mi po nogach. Zanim doszłam do włącznika światła, zostawiałam już za sobą krople krwi na podłodze. Nie zastanawiałam się ani sekundy, zaczęłam krzyczeć do męża, żeby wzywał karetkę, bo dzieje się coś złego. 

 

Córka zaczęła płakać, nasi starsi chłopcy również. Starałam się zachować spokój. W myślach jedno zdanie: oby tylko dzieci nie zobaczyły krwi. Ale zanim przyjechała karetka, krew płynęła nieprzerwanie. 

 

Pamiętam, jak sanitariusz zapytał męża, czy jedzie ze mną. Nie mógł. Musiał zostać z dziećmi. Jechałam więc sama, przerażona. Najpierw do jednego szpitala, w którym nas nie przyjęto, gdyż w mieście obok był szpital z wyższą referencyjnością i oddziałem neonatologicznym. Wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę porodu. Było dużo za wcześnie, miałam termin dopiero na 8 listopada. W drugim szpitalu przyjęto nas od razu. Kilka dokumentów i podpisanie zgód. 

 

Zanim położyłam się do badania USG, zostawiałam za sobą już spore plamy krwi na podłodze i krześle. Badanie trwało może 30 sekund. Lekarz przyłożył głowicę USG do brzucha, sekundę wpatrywał się w obraz, chyba zaskoczony tym, co widzi, po czym krzyknął: Bradykardia, pełno krwi! I wybiegł z gabinetu, aby zwołać zespół.

 

Sytuacja potoczyła się bardzo szybko – stół operacyjny, wkucie, cewnikowanie, usypianie. Nie było czasu na sentymenty, a ja trzęsłam się ze strachu. Lekarze nie mieli nawet czasu, aby powiedzieć mi, co się dzieje. Otrzymałam tylko informację, że musimy ciąć.  

 

4 minuty. Tyle trwał zabieg ratujący życie Leona i moje. 4 minuty, które zaważyły na całym moim obecnym życiu. 

 

,,Proszę się obudzić!’’ To pierwsze, co usłyszałam. Pierwsza myśl? Żyję. Pierwsze pytanie? Co z moim dzieckiem?

 

Obudziłam się, nie wiedząc, gdzie jestem i zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Obok mnie w sali leżała jeszcze jedna kobieta. 

 

Musiałam jak najszybciej skontaktować się z mężem, który od wyjazdu karetki nie miał ode mnie żadnych informacji. Podobno dzwonił na SOR, ale trwała operacja. Nikt wtedy nie myślał o tym, żeby powiadomić męża. Nie było czasu. Mąż powiedział mi, co z naszym dzieckiem, na jakim oddziale jestem. Dzwonił jeszcze wielokrotnie do szpitala, aby dowiadywać się na bieżąco co z synkiem. Leon urodził się w 28. tygodniu, z wagą 1080 g, mierząc 37cm. Za mały, żeby samodzielnie przebywać poza moim bezpiecznym brzuchem. Za mały, żeby sam oddychać. Przed operacją nie było czasu na podanie sterydów przyspieszających dojrzałość płuc. 

 

Od samego początku był sam. Beze mnie, a ja bez niego. 

 

Leżałam obolała, w szoku. Resztki znieczulenia mnie usypiały. Nie wiem, o której nad ranem do pokoju wszedł lekarz. Powiedział kobiecie obok, że jej dziecko zmarło. Do mnie zajrzał przez kotarę i rzucił bez emocji: ,,Pani dziecko jest w stanie krytycznym”. I wyszedł…

 

Szok. Kobieta obok mnie płacze. Ja nie wiem, co zrobić. Boję się rozmawiać przez telefon, chcąc uszanować prywatność sąsiadki. Piszę SMS-y do Pawła, żeby koniecznie dzwonił na oddział neonatologiczny. 

 

Było źle. Pierwsze dni wcześniaków to ciągły stan krytyczny. Nasz stan krytyczny, a później ciężki stabilny trwał 35 dni. Dopiero w 35 dniu Leon mógł opuścić inkubator, dalej jednak pozostając na dziecięcym OIOM-ie. 

 

Ja zostałam wypisana do domu w 7. dobie po operacji. Mówię ,,po operacji’’, gdyż moja głowa nie zarejestrowała porodu. Nie pamiętam tej sytuacji jako rodzenia dziecka. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było pierwszego płaczu. Nie było bólu porodowego i późniejszego szczęścia. Był tylko plastik inkubatora. 

 

Pielęgniarka mówi mi, że to mój synek. Ten malutki człowieczek podłączony do miliona kabelków. Przyjechałam do szpitala z brzuchem i wyszłam do domu bez brzucha. Bez dziecka. Jednak on tam był. Walczył o życie. I był sam. 

 

Podczas pobytu w szpitalu mogłam do niego chodzić w każdym momencie, zanosić odciągnięte mleko. Po wypisie ze szpitala – raz dziennie telefon i jedno zdjęcie na tydzień. Tylko tyle i aż tyle. W szpitalu nikt mnie nie poinformował, że mogę zostać przy dziecku. Nie wiem, czy była taka możliwość. Byłam w szoku. Wszyscy byliśmy. Do dzisiaj mam zespół stresu pourazowego, chodzę do psychologa. W szpitalu proponowali mi rozmowę z psychologiem, ale był tylko jeden. Jeden na cały szpital i w dodatku na urlopie.

 

Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że miałam krwotok wewnętrzny wywołany oddzielaniem się łożyska. Sama byłam w dość nieciekawym stanie. Szybkie cięcie zostawiło trwały ślad na brzuchu, kilkukrotne transfuzje krwi, litrowe kroplówki z antybiotykami i przeciwzakrzepowe zastrzyki w brzuch. Nie było łatwo. 

 

Strach o własne życie, strach o pozostawione dzieci, strach o nowo narodzone dziecko. Natężenie strachu ścięło mnie z nóg. 

 

Pamiętam, jak podczas mojego pobytu w szpitalu przychodziły pielęgniarki i lekarze zdziwieni, że przeżyłam. Z medycznego punktu widzenia powinno mnie już nie być. Ani mnie, ani Leona. Wtedy, jakkolwiek to zabrzmi, byłam wdzięczna przede wszystkim za to, że jestem, bo w domu zostawiłam trójkę dzieci. Bałam się, że już nie wrócę.

 

Ciężko jest mi opisać, co czuję teraz. Co czułam przez te długie 7 tygodni, kiedy on był tam, a ja tutaj. Z jednej strony martwisz się o życie dziecka, które ciągle jest w stanie krytycznym stabilnym. Słuchasz lekarzy, którzy mówią, że dzisiaj jest źle, a jutro będzie może dobrze, a często na odwrót. Z drugiej przytulasz dzieci, do których myślałaś, że już nie wrócisz. To tak wielki koktajl emocjonalny, że sama przestajesz wiedzieć, co czujesz. Przeżywasz połóg, hormony wariują. Nikt nie jest w stanie Cię zrozumieć. Nikt nie może zapełnić pustki w brzuchu. Gdzie mój brzuch? 

 

Nigdy jeszcze nie dotknęłam mojego synka. Jest dla mnie zdjęciem w telefonie. To bardzo trudne do zaakceptowania, zrozumienia. Jak mam wytworzyć więź z synkiem, którego nigdy nie trzymałam na rękach. Uwierzcie mi, że to trudniejsze niż się wydaje. 

 

Nie stałam pod szpitalem, nie pisałam pism i petycji, nie kontaktowałam się z prawnikiem. Bałam się, że moje działania wpłyną negatywnie na opiekę nad Leonem. Zabiorą mi w miarę miły kontakt telefoniczny z lekarzami i pielęgniarkami. 

 

Ja rozumiem, że moje wizyty mogłyby zagrażać zdrowiu synka, jak i innych dzieci. Rozumiem. Tylko, że gdy jesteśmy w ciąży, mówią nam, że mamy mówić do brzucha, śpiewać piosenki, bo dziecko nas słyszy. Jednocześnie medycznie jest udowodnione, że bliskość mamy pomaga dzieciom zdrowieć, lepiej przybierać na wadze. A z jeszcze innej strony, czy panie pielęgniarki nie chodzą po pracy do sklepu? Nie mają dzieci, które wracają ze szkoły? Jestem taka sama jak one. 

 

Nie da się przeżyć raz jeszcze utraconych chwil. Wierzę, że można zbudować więź, jednak to, co przeszliśmy, na zawsze zostawi traumatyczną historię. Przez te 7 tygodni, uwierzcie mi, nie dało się nie myśleć, że moje dziecko jest tam samo. Ta myśl po prostu rozdziera serce, odchodzi się od zmysłów.  

 

Zbudowałam sobie obronny mur, za którym schowałam wszystkie emocje. Czuję się jak wydmuszka. Zostałam obdarta z najpiękniejszych chwil z maleństwem. Nic i nikt mi ich nie zwróci. A to nie tak, że nie mogłam tego przeżyć, bo moje dziecko odeszło. Ono tam jest. To system i regulaminy zawiodły. 

___

 

Historia Gosi obudziła inne mamy. Poniżej opowieść jednej z naszych Czytelniczek, która pragnie pozostać anonimowa. 

 

Miało być jak filmie. Odejdą wody, pojedziemy do szpitala i urodzi się nasza wymarzona córeczka. A jak było rzeczywiście? Minął 40 tc, a mała na uparciucha nie chciała wyjść z brzuszka. Według ustalonego wcześniej z lekarką prowadzącą planu, stawiłam się na szpitalną izbę przyjęć w celu wywołania porodu. Psychicznie byłam dobrze przygotowana na to, co mnie czeka.

Mąż zainstalował mi Skype w telefonie, od rana była ciągła relacja z nim przez wiadomości sms. Optymizm pełną gębą! Przecież mam zadanie do wykonania i jestem zdeterminowana. Idę rodzić, wracamy ze szpitala do domu i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I na początku faktycznie tak to wyglądało.

Komplikacje rozpoczęły się chwilę po tym, jak zostałam podpięta pod kroplówkę z oksytocyną. Tętno dziecka zaczęło spadać. Lekarka pełniąca dyżur tego dnia w moment podjęła decyzję o cesarskim cięciu. Szybka zgoda, papiery podpisywane drżącymi rękami już na szpitalnym wózku. W całym tym chaosie ekspresowy telefon do męża – ,,będzie cesarka”. Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. Anestezjolog zadecydował o tym, żeby nie tracić czasu i zamiast znieczulenia od razu mnie uśpić. Kilka sekund minęło, a ja już odpłynęłam.

Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Na początku nic nie pamiętałam i nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Obok pojawiła się pielęgniarka z informacją, że wszystko jest dobrze, ale córeczka od razu po urodzeniu trafiła na oddział patologii noworodka i nie mogę jej w tej chwili zobaczyć. Mam teraz leżeć i odpoczywać po operacji. Jedynie dzięki uprzejmości jednej z rezydentek pokazano mi zdjęcie córeczki z telefonu.

Moje małe, bezbronne dzieciątko z rureczkami w nosie i buzi i czapeczką na głowie. A więc to ta istota żyła sobie przez ostatnie 9 miesięcy w moim brzuchu Ciężko było mi się skupić. W głowie kłębiło się setki myśli…

W tamtej chwili jedyną prośbę, jaką miałam, to żeby szpital skontaktował się z moim mężem, bo ja nie jestem w stanie wykonać do niego telefonu z tymi informacjami. Suchość w gardle i rozchwianie emocjonalne wzięły nade mną górę.

Po kilku godzinach od przebudzenia przewieźli mnie na salę poporodową. Dowiedziałam się, kiedy będzie pionizacja, że guzikiem przy łóżku mogę wezwać położną w razie potrzeby, no i że aktualnie nie mogę jeść ani pić. Ani słowa na temat dziecka…

Mąż otrzymał przez telefon zlepek podstawowych informacji i zapewnienie, że jak tylko coś się zmieni, to dadzą znać. Na większość pytań otrzymał odpowiedź: ,,niestety, nie wiemy”. My nic nie wiemy i oni nic nie wiedzą…

Po jakimś czasie w sali, na której leżałam, pojawiły się dwie kobiety również po porodzie. Z dziećmi przy boku. Ciężkie przeżycie widzieć szczęście na twarzy innej kobiety, kiedy samemu przeżywa się wewnętrzną histerię. Wtedy obiecałam sobie, że się nie rozkleję i będę silna.

Lekarz przy wieczornym obchodzie zakomunikował, że teraz i tak nic nowego się nie dowiem na temat dziecka, bo jest noc, i rano na pewno dostanę jakieś informacje, bo on nic nie wie i to nie jego oddział. Noc minęła bezsennie. Rano dostałam w twarz informacją, że nie będę mogła zobaczyć dziecka, bo wszystkie oddziały są zamknięte i pracują według ściśle określonych wytycznych.

Dzięki uprzejmości położnej otrzymałam numer na oddział patologii noworodka, gdzie miałam zadzwonić i zapytać, co dalej. Na moją prośbę telefony w sprawie córki wykonywał już tylko mąż. Ja nie byłam w stanie. Wściekłość wymieszana z żalem i pustką była ogromna.

Według przekazanych wieści dziecko urodziło się z zapaleniem płuc i problemami z oddychaniem. Został włączony antybiotyk i córeczka była wspomagana tlenem. To tak w skrócie. Po dwóch dniach wśród matek z dziećmi wreszcie otrzymałam wypis do domu, a moja córeczka nadal pozostawała na patologii noworodka.

Problemy z dodzwonieniem się na oddział były ogromne. Co chwila ktoś nas zbywał i odkładał słuchawkę. Przekaz informacji przez telefon był totalnie chaotyczny.

O odwiedzeniu dziecka nie było żadnej mowy. Pisaliśmy pismo do dyrekcji szpitala, chcieliśmy zakupić specjalne ubrania ochronne, zrobić test na Covid. Zgody nie otrzymaliśmy. Obiecanych zdjęć nie było z powodu braku czasu. Nieprzyjemny lekarz grzmiał do słuchawki, że przecież na oddziale jest ponad 50 dzieci i co my sobie wyobrażamy.  

Codziennie, łącznie przez 10 dni w naszym domu atmosferę można było kroić nożem. Płacz z bezsilności był normą zarówno u mnie, jak i u męża. Zadzwonić na oddział można było tylko raz w ciągu dnia i graniczyło z cudem wstrzelić się w wolny czas lekarza na obchodzie. Codziennie słyszeliśmy, że malutka dostanie wypis ,,no może nawet jutro”.

Codziennie przed południem czekaliśmy na te magiczne słowa i codziennie z jakiegoś powodu ich nie było. Jedna Pani mówiła inaczej, a druga inaczej. Każdy miał swój plan leczenia, przez co informacje kompletnie się nie pokrywały.

Bardzo ciężko opisać, co tak naprawdę czułam w tamtych chwilach. Było to ogromne zagubienie pomieszane z żalem. Bałam się, że kiedy przyjdzie mi poznać moje dziecko, nie poczuję się tak, jak powinnam. Pierwszy dotyk, pierwsze karmienie i przewijanie, pierwszy płacz. Wszystko to zostało nam odebrane. Czy nie będzie między nami jakiegoś

dystansu? Jaka ona będzie? Czy będzie wiedziała, że to my jesteśmy jej rodzicami? Jak bardzo w ciągu tych dni się zmieniała, jak się zachowywała. Tego nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Po tym czasie nie udało mi się zacząć karmić piersią, co też było kolejnym ciosem. Tylko dzięki wspaniałej położnej środowiskowej udało mi się to przepracować w głowie. Szpital owszem uratował mi i dziecku życie, ale swoimi procedurami odebrał też jedną z najbardziej magicznych chwil w życiu. Zniszczył piękny obraz świeżego macierzyństwa.

Minęło już pół roku, a nadal boli. 

 

_

 

 

Dopiero teraz Gosia opowiedziała, dlaczego nie koczowała przed szpitalem, dlaczego nie poruszyła nieba i ziemi, by być przy swoim synku. Uważam, że osoba, która nie przeżyła tego, co Gosia, nie może tego oceniać. Uważam też, że każdy sam musi wybrać sposób reagowania. Każdemu ulgę przyniesie co innego. 

 

Gosia nie walczyła tak, jak wielu uważa, że powinna, bo nie chciała pogarszać sprawy. Nie chciała, by personel medyczny – nawet podświadomie – z mniejszą uwagą i ostrożnością opiekował się jej synkiem. Wydaje mi się, że miała podstawy do tych obaw. Choć też rozumiem, że te słowa dla wielu oddanych specjalistów mogą być krzywdzące. Gdy w grę wchodzą emocje, trudno być obiektywnym. 

 

Położne w szpitalu, w którym leży synek Gosi, dostały zakaz wypowiadania się w tej sprawie, dlatego nie mogę przedstawić stanowiska drugiej strony.

 

 

_

 

 

Dzięki wpisowi Gosi poznałam prawnika Katarzynę Włodarczyk. Rozmawiałyśmy o prawach mam i ich dzieci. Kasia podpowiedziała, że na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku widnieje cała rozpiska na temat praw pacjenta: https://www.rodzicpoludzku.pl/prawa-pacjenta.html

 

Niestety teraz, w dobie pandemii, żadne zasady nie obowiązują, bo wszystko można tłumaczyć Covid-19.  Jest specustawa  z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem Covid-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

http://g.ekspert.infor.pl/p/_dane/akty_pdf/DZU/2020/47/374.pdf#zoom=90

 

 

,,Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma jednomyślności. Uważam, że sprawa byłaby znacznie prostsza, gdyby te zasady były jednolite i stałe albo zmieniane nie aż tak dynamicznie. Bo ani odwołanie porodów rodzinnych, ani brak odwiedzin, nie jest nigdzie nakazany wprost. To jest wyłącznie kwestia dowolnej interpretacji. ‘’

 

Katarzyna dodaje jeszcze, że ,,z punktu widzenia zarządzających szpitalami trudno się dziwić. Na pewno to bezpieczniejsze, kiedy nie ma odwiedzin. Niemniej straty długofalowe poznamy za wiele lat. Uważam, że te kwestie powinny być uregulowane odgórnie i odpowiedzialność, mimo wszystko powinni za to przejąć rządzący. Jednolitość w tej dziedzinie to podstawa! W przeciwnym razie, to szukanie kozła ofiarnego, czyli lekarzy i pielęgniarek. ‘’

 

 

Jeśli jesteś mamą, która nie może zobaczyć swojego dziecka, które leży w szpitalu, skorzystaj proszę z formuły przygotowanej przez Katarzynę Włodarczyk. Wystarczy, że skopiujesz tekst i uzupełnisz dane. 

 

 

 

Pismo do Dyrektora Szpitala, w którym leży maluch o mniej więcej takiej treści:

 

Szanowny Panie!

W dniu ….. urodziłam w Państwa Szpitalu.

Od x tygodni nie mam kontaktu ze swoim dzieckiem.

Stanowczo wnoszę o umożliwienie mi sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem, w trakcie jego hospitalizacji.

Zgodnie z wytycznymi obowiązującymi w okresie pandemii, skierowanymi do wszystkich szpitali w Polsce, zgodnie z przysługującymi nam prawami pacjenta i prawami dziecka, stanowczo wnoszę, jak na wstępie.

 

 

z poważaniem

……………….

 

 

W wiadomości e-mail skierowanej do szpitala, dołącz jako adresatów również:

– Rzecznika Praw Pacjenta

– Rzecznika Praw Dziecka

– Helsińską Fundację Praw Człowieka 

– Fundację Rodzić Po Ludzku

 

 

___________

 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiła petycję: https://www.petycjeonline.com/wobronienoworodkow

 

Podpisz i wesprzyj inne mamy! 

 

____________

 

Ten artykuł jest bardzo lapidarny. Ale nie dziw się, proszę, pisany jest w emocjach. Trudno być obiektywnym, przyjmującym rzeczywistość na zimno dziennikarzem, gdy u przyjaciół świat stanął w miejscu. 

 

Ten artykuł powstał ze wspomnień. Ale też daje nadzieję. Bo dziś Gosia pojechała zabrać swojego małego synka do domu. Po 7 tygodniach od porodu, w końcu będzie mogła sprawdzić, jak pachnie jej dziecko. Czekałyśmy na to!

 

 

Reportaż

Pracoholizm niejedno ma imię

11 marca 2021 / The Mother Mag

Została zdemaskowana.

Jej ciało ją zdradziło. Chociaż próbowała ukryć to od kilku miesięcy, nic już nie było takie jak dawniej. – Jak ty promieniejesz! – usłyszała któregoś dnia. – Przestań, to lampa… - próbowała zmylić trop. – Nie! Poznaję błysk w oku pracoholiczek! Było już po niej. Teraz wiedzieli wszyscy, a ona nie mogła z tym nic zrobić.

Lidia, 28 lat

Lidka zaczęła pracować już na studiach. Na początku była to chęć zdobycia doświadczenia, później usamodzielnianie się i odcięcie od garnuszka rodziców. Z czasem praca zaczęła pochłaniać ją na tyle, że stała się jej drugim domem. Przestała dostrzegać swojego partnera, nie dbała o relacje międzyludzkie. Najważniejsza była dla niej kariera i pieniądze. 

– To właśnie one dawały mi wolność. Kiedy miałam okazję, brałam robotę do domu. A tych okazji było sporo. I dobrze, bo dzięki temu mogliśmy wyposażyć mieszkanie. Na jednym etacie w życiu bym tyle nie dostała. Etatów było więc więcej. Zagoniłam się w tym wszystkim, ale nie odczuwałam zmęczenia. Było mi to potrzebne. Czułam, że żyję, że oddycham.

Nagle dowiedziała się, że jest w ciąży. To był dla niej i jej partnera szok. Nie spodziewali się, że ten moment może nastąpić tak szybko. Całe szczęście czuła się dobrze i pracowała praktycznie do rozwiązania. Pół roku po porodzie zaczynało ją nosić. Kochała swoje dziecko miłością nie do opisania, ale wewnętrznie czuła, że coś jest nie tak. Lęki te narastały i po roku siedzenia z dzieckiem w domu wiedziała, że musi wrócić do pracy. Nie brakowało im pieniędzy, ale Lidka czuła się źle.

– Myślałam, że wybuchnę. Roznosiło mnie. Miałam głowę jak przepompowany balon. Nie umiałam spuścić powietrza. Za wszelką cenę starałam się być perfekcyjną żoną, matką i panią domu, ale coś zawsze było nie tak. Ja. Nie było w tym mnie. Wtedy poczułam, że muszę wrócić. 

Znalazła pracę. I nareszcie zaczęła żyć. I nie chodziło przecież wyłącznie o to, żeby wyjść z domu. Liczyła się uwaga zupełnie obcych osób, docenienie i zauważenie, że jest w czymś naprawdę dobra. Codzienne wyzwania, pośpiech, adrenalina. Zostawała więc po godzinach, czasem brała pracę do domu, a wszystko po to, by zasłużyć na jeszcze większy podziw szefa. Praca była dla niej wybawieniem, ale i ucieczką. Od problemów codzienności, od płaczącego dziecka, od męża, który już dawno przestał ją zauważać. Teraz była prawdziwie wolna i nie miała wyrzutów sumienia…

Adam, 38 lat

Adam od 11 lat jest na służbie. Służy Państwu. Życie zawodowego żołnierza to życie na rozkaz. To także dobrze płatna praca, która zawsze dawała mu ogromną satysfakcję. I chociaż teoretycznie w pracy jak każdy z nas powinien być tylko 8 godzin, w praktyce nieco rozmija się to z prawdą.

– Przyzwyczaiłem się do nadgodzin. W wojsku nigdy nie wiesz, kiedy zadzwoni telefon i będzie gdzieś trzeba jechać. Niby pracujemy normalnie od 7:30 do 15:30. Ale takich dni w roku ja miałem może ze 30. Nie tylko ja, koledzy także. Zwykle jedziemy na 6:00 i zazwyczaj jesteśmy w pracy do 17:00. Chyba że przełożeni każą przyjść w innych godzinach, np. od 16:00 do 24:00 czy nawet później. Każdy ma obowiązki, a w wojsku nie za bardzo jest tolerowane odmawianie. Dowódcom jest na rękę, jak mają takie osoby, które zawsze chętnie odbiorą telefon i odpowiedzą „TAK JEST”. 

Nigdy mu to więc nie przeszkadzało, tym bardziej, że nadgodziny odbiera w dniach wolnych. I właśnie tutaj dla Adama zawsze pojawiają się schody.

– Jak już polubisz swoją pracę to nawet na to wolne się nie chce iść. Mijam się z żoną, czasem syna nie widzę po kilka dni. Bo, gdy jadę do pracy, on śpi, a jak wracam, to też już jest w łóżku. Czasem mam nawet jakąś blokadę i nie spieszy mi się do domu. Siedzimy jeszcze z chłopakami i gadamy, takie męskie sprawy…

Zapytany o to, czy chciałby zmienić pracę, odpowiada, że póki co nie. Musi mieć swój „bezpiecznik”, czyli minimalny wiek emerytalny. Czy wtedy powie dość i odejdzie do „normalnej” pracy? Czy będzie umiał odnaleźć się w normalnym świecie? Na to pytanie nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Basia, 31 lat

Baśka ma 30 lat i 3 dzieci. Nikodema 10 lat, Krysię 7 lat i Aleksa 8,5 miesiąca. Mimo urlopu macierzyńskiego, pracuje i zajmuje się wszystkim. Cały czas próbuje znaleźć jakiś patent na ogarnianie wszechświata. Chociaż ma kochającego męża, czuje się samotna i często ucieka. Najczęściej właśnie w kolejne obowiązki.

– Szczerze? Mimo partnera czuję się jakbym była z tym wszystkim sama, ponieważ Robert ma taką pracę, że wiecznie go nie ma. Ja z kolei pracuje dziennie ok. 4h na razie. Poza tym biegam jak szalona to na rehabilitację Aleksa, to na diagnostykę Krzysi pod kątem ADHD, to odrabiam zadania z Nikodemem… I szczerze, czasami oddaję dzieciaki jakiejś koleżance, bo muszę wyjść do ludzi porozmawiać. Spotkać się ze swoimi klientami na dłużej, bo nie wytrzymam. Często już z tej frustracji zaczynam trzecią wojnę światową w domu. W ramach buntu potrafię wyjść, trzasnąć drzwiami i wrócić wieczorem, bądź następnego dnia, a mąż niech sobie radzi. 

Mówi, że to nie odwaga, a desperacja i totalny kociokwik w głowie. Praca to dla niej odskocznia, szansa na kontakt z innymi ludźmi, a także niezależność, którą ceni sobie najbardziej. Basia jest osobą, która musi mieć stabilizację finansową, bo już kiedyś sparzyła się na jej braku.

– Żaden facet nie będzie mnie utrzymywał. A co jak on kiedyś wyjdzie i nie wróci? Miałam już takiego i zostałam z ręką w nocniku. Dosłownie. Praca stała się dla mnie wtedy najważniejsza. Trochę się w tym zagubiłam, ale teraz potrafię znaleźć swój balans. Wiem, kiedy trzaskać nadgodziny i jechać w delegację, a kiedy odpuścić i zająć się wychowywaniem dzieci. 

Grzegorz, 41 lat

Od kiedy pamięta prowadził własną firmę. Poświęcał pracy cały swój czas. Nie wie, kiedy był na wakacjach. Jest sam. Ma za sobą kilka krótkich, nieudanych związków, które zawsze kończyły się w ten sam sposób: ona odchodziła, bo on nie miał dla niej czasu. Był albo zmęczony, albo myślami nieobecny, zaprzątnięty sprawami zawodowymi. Nie miał czasu na wspólne wyjścia. Dziś nie chce już tracić czasu na miłość. Niepotrzebne mu są dodatkowe zobowiązania.

– Nie rozumiem kobiet, które ze mną były. Gdzie się podziała ich ambicja? Chęć osiągnięcia czegoś w życiu? Realnej zmiany, którą mogły wdrożyć. Sprawić, że świat wokół nich się zmienia. Totalnie nie potrafię tego pojąć.

Rok temu miał zawał serca. Taka była cena za nadmiar obowiązków. Grzegorz po powrocie z firmy wciąż jest skoncentrowany na pracy. Jest zmęczony i ma tego świadomość, ale nie robi nic, by się odprężyć i wyłączyć. W jego życiu nie ma miejsca na kino, spotkania ze znajomymi.

– Szkoda mi na to czasu. To udręka. Przeglądanie repertuaru, wybór odpowiednich ubrań i sztuczne uśmiechy wymieniane z panią w szatni. Porażka.

Od czasu do czasu bierze udział w bankietach organizowanych przez klientów, ale one mają wymiar czysto zawodowy. W weekendy najchętniej przesiaduje w pracy – niepotrzebne są mu dezorganizujące dni „wolne”. 

Natalia, 36 lat

– Kocham swoją pracę, ale często przebywam w niej od 9:00 do 1:00 w nocy. Dwa dni w tygodniu, soboty po południu oraz niedzielę spędzam w domu z dziećmi. 

Natalia ma dwójkę dzieci. Wychowuje je sama. Z zawodu jest fryzjerką. Kocha swoją pracę, ale gdyby mogła, pracowałaby krócej.

– Muszę na dwa etaty pracować, żeby zapewnić godne życie dzieciom. Ja nie mówię tu o wycieczkach i drogich ciuchach. Zupełne podstawy. Mieszkanie, jedzenie, rachunki, edukacja. Żyjemy skromnie, a wciąż słyszę, że pracoholiczka ze mnie, że dziećmi się nie zajmuję, tylko te włosy i włosy. Spełniam się w swojej pracy, lubię uszczęśliwiać ludzi, ale czemu oni niesłusznie mnie oceniając, sprawiają mi tyle przykrości?

Twierdzi, że nigdy nie zrezygnowałaby ze swojego zawodu. Szczególnie, że prowadzi swój własny biznes, który jest jej kolejnym dzieckiem. 

– Wiadomo, że w pracy można odpocząć od dzieci. Nie słyszy się milion razy „mama”. Ale ja mam dni, w których właśnie to wieczne wołanie chciałabym słyszeć.  Gdybym mogła, pracowałabym krócej. Chciałabym móc z nimi czasem iść do kina… Chciałabym mieć za co iść…

Okiem specjalisty

Statystyczny Polak pracuje rocznie prawie 2000 godzin. W krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) pracuje się średnio ok. 1700 godzin rocznie. W państwach takich jak Niemcy czy Holandia średni czas pracy to tylko ok. 1400 godzin rocznie. Ze statystyk unijnej agendy do spraw jakości życia i pracy wynika, że Polacy to naród, który najwięcej pracuje w weekendy. Blisko 14 godzin w tygodniu pracujemy w domu, a dodatkowo jesteśmy specjalistami w pracy na dwa lub nawet trzy etaty. Konieczność czy świadomy wybór?

Pracoholizm jest chorobą i należy mówić o tym wprost. Pierwsza definicja pracoholizmu powstała w latach 70-tych:

Pracoholik to osoba, której potrzeba pracy jest tak wielka, że zaspokajanie jej wywołuje znaczne dolegliwości i wywiera negatywny wpływ na stan zdrowia, osobiste szczęście, relacje międzyosobowe i społeczne (Oates, 1971).

Obecnie pracoholizm to rodzaj uzależnienia psychicznego, objawiającego się obsesyjną i wewnętrzną potrzebą ciągłego wykonywania pracy kosztem innych czynności. Typowy pracoholik jest w takim stopniu zaabsorbowany, że nie potrafi kontrolować ilości poświęcanego na pracę czasu. Pracoholizm jest wyniszczającym uzależnieniem i zalicza się do najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku.  Pracoholicy wykazują: zniekształcone postrzeganie rzeczywistości, potrzebę kontroli, mechanizmy zaprzeczania, objawy depresji, skłonność do irytowania się i problemy w relacjach z bliskimi. 

Po czym rozpoznać pracoholika i czy można go jawnie zdiagnozować? Specjaliści wyróżniają 15 objawów pracoholizmu, dzięki którym łatwiej można sprawdzić, czy masz powody do obaw czy możesz spać spokojnie, bo pracę traktujesz „zdrowo”. 

  1. Spędzanie w pracy większej części doby (nagminne lub codzienne zostawanie po godzinach)
  2. Nieodczuwanie upływu czasu podczas pracy
  3. Regularne zabieranie pracy do domu
  4. Stawianie spraw zawodowych na zawsze pierwszym miejscu
  5. Nakładanie na siebie wielu zobowiązań i niechęć do delegowania zadań innym współpracownikom
  6. Wypowiedzi pracoholika dotyczą głównie spraw zawodowych oraz ludzi z branży
  7. Spadek zadowolenia z pracy pomimo wkładanego w nią wysiłku
  8. Poczucie bycia niezastąpionym w pracy
  9. Tendencja do perfekcjonizmu i nadmiernej kontroli
  10. Odczuwanie napięcia, zniechęcenia lub apatii w sytuacji bycia bez pracy
  11. Odczuwanie ogromnych wyrzutów sumienia w sytuacji popełnienia błędu podczas wykonywanej pracy
  12. Tendencja do życia w ciągłym pośpiechu
  13. Zaniedbywanie własnych potrzeb (m.in. sen, odżywianie)
  14. Zaniedbywanie bliskich (brak czasu dla rodziny i przyjaciół)
  15. Rezygnowanie z urlopu

Chociaż pojęcie karoshi zapewne nie mówi zbyt wiele przeciętnemu człowiekowi, ten japoński termin wymyślony został na potrzeby nazwania zjawiska… śmierci z przepracowania. Brzmi irracjonalnie? Szacuje się, iż rocznie z przepracowania umiera ponad 10 tys. Japończyków. Choć to zjawisko o wschodnim rodowodzie, znane są przypadki karoshi również w naszym kraju. Nie bagatelizuj tematu! Jeśli widzisz niepokojące objawy, nawet te delikatne, u siebie lub swoich bliskich, zgłoś się o pomoc do specjalisty.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo