Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Dramat wcześniaków i ich mam. ,,Urodziłam 6 tygodni temu i do tej pory nie widziałam synka’’. 

7 października 2020 / Monika Pryśko

Lockdown mocno nas doświadczył.

Do tej pory odczuwamy skutki zamknięcia, część z nas dopiero staje emocjonalnie na nogi, część nadal szuka pracy, a część na hasło ,,edukacja domowa’’ dostaje tików nerwowych. Ale przez ostatni tydzień mój punkt widzenia się diametralnie zmienił. Bo żadna nasza niewygoda związana z pandemią, nie może równać się z dramatem mam wcześniaków, mam dzieci, które musiały zostać w szpitalu - same. 

Mamy wcześniaków protestują przeciwko separacji ze swoimi dziećmi. Mamy wcześniaków, z powodu Covid-19, w części szpitali w Polsce mają utrudniony bądź ograniczony kontakt ze swoimi walczącymi o życie dziećmi. 

 

Jak to dobrze, że nie o moje dziecko chodzi. Ufff, jak dobrze, że mnie to nie dotyczy. Jak dobrze, że moje dziecko jest całe i zdrowie. Jak dobrze, że to nie ja…

 

Przyznaj, że tak właśnie pomyślałaś. Bo ja tak. I pewnie moja reakcja ograniczyłaby się tylko do szerowania postów na Instagramie dotyczących walczących matek wcześniaków, ale nie tym razem. Bo tym razem bliska mi kobieta – nasza redakcyjna Gosia, nasza pani excel, matka założycielka The Mother MAG – jest tą kobietą z opowieści, jest tą mamą czekającą, cierpiącą, odchodzącą od zmysłów. To nie dzieje się ,,gdzieś tam’’, to dzieje się tu, obok mnie. 

 

Kilka dni temu opublikowałyśmy wpis Gosi. Były to słowa wsparcia dla mam protestujących w Łodzi, ale też publiczne i intymne wyznanie. Nie spodziewałyśmy się takiego wsparcia od naszych Czytelniczek. Nie spodziewałyśmy się aż takich emocji. 

 

Dzisiaj mija 6 tygodni, gdy ostatni raz widziałam swojego synka. Jest wcześniakiem, leży na oddziale neonatologii w Gdańsku.⠀⠀⠀

Mam na imię Małgosia. Na co dzień zajmuje się technicznymi aspektami The Mother MAG, mało mnie w social mediach. Dzisiaj jednak chcę Wam opowiedzieć moją historię.⠀⠀

Jestem mamą czwórki dzieci. W sierpniu, w 28. tygodniu ciąży urodziłam synka. Nie widziałam go od tamtego momentu.⠀⠀

Dostaję raz w tygodniu zdjęcie od pielęgniarek i za każdym razem zastanawiam się, czy to na pewno mój syn. Bardzo chcę poczuć falę miłości, a czuję tylko żal, złość, rozczarowanie. Mam w sobie tyle sprzecznych emocji, często się ich boję, takie są mocne. A to wszystko z tęsknoty. I z bezsilności.

Pomyśl, że przez wiele tygodni nie możesz przytulić swojego dziecka, nie możesz go nakarmić, zaśpiewać, pogłaskać. Dotknąć. Choć zerknąć, czy spokojnie śpi.

Nie mogę być dzisiaj w Łodzi z innymi protestującymi mamami wcześniaków, ale mogę być tutaj i powiedzieć, wykrzyczeć, wypłakać, że oddzielenie mamy od dziecka i dziecka od mamy to niewyobrażalna trauma dla walczących małych wojowników i ich mam, które zaraz po często nagłych porodach wypisywane są ze szpitala do domu. Bez dziecka. Z burzą hormonów. I pustym brzuchem.

Dlaczego nie mogę zobaczyć mojego synka? Lekarze i pielęgniarki codziennie wychodzą z pracy do domu, chodzą do Biedronki, tankują samochody, przytulają swoje dzieci, które odebrali ze szkoły, gdzie jest setka innych dzieci i setka innych rodzinnych historii. I to jest ok, to jest bezpieczne.

A ja, mama mojego synka? Dlaczego nie mogę choćby zerknąć?

Wiecie… za każdym razem, gdy widzę zdjęcie mojego synka, boję się, że nie poczuję z nim takiej więzi, jak z pozostałą trójką. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było szeptania do małego, czerwonego uszka, nie było masowania po brzuszku, ani karmienia po kilkanaście razy na dobę. Boję się, bo nie wiem, jak pachnie mój synek. Boję się, że straciliśmy na zawsze coś bardzo cennego..

Dziś przytulam wszystkie mamy wcześniaków, które tak jak tęsknią, bezgłośnie z bezsilności płaczą pod prysznicem. Jestem z Wami, jestem jak Wy.

 

_

 

Na reakcje Czytelniczek nie musiałyśmy długo czekać. Bardzo dziękujemy Wam – w imieniu Gosi – za takie wsparcie, za tysiące miłych słów. 

 

Poniżej kilka komentarzy. To drobny ułamek wszystkich, które przyszły do nas na Instagramie oraz Facebooku. Dziękujemy za Waszą szczerość i za chęć dodania Gosi otuchy swoimi historiami. 

 

,,Pracuje w jednej ze śląskich klinik na oddziale noworodkowym i powiem szczerze – samej jest mi ciężko. Jestem świadkiem ostatnich rozmów, jakie mamy odbywają z maluszkami zanim wyjdą do domu. Noworodki potrzebują ciepła inkubatora, pokarmu, leków i nierzadko tlenu, ale nie istnieje jeszcze maszyna, która zastąpi im mamę. Boli mnie sytuacja, jaka panuje na tym oddziale. Jedyne co mogę zrobić to wysyłać mamom zdjęcia, chociaż sama wiem, że będąc na ich miejscu byłoby to kropla w morzu matczynych potrzeb. Czekam aż „to” się skończy i oddział noworodkowy kojarzony będzie jako miejsce, gdzie dzieci wraz z mamami mają szansę dojrzeć do życia poza murami szpitala. Aktualnie jest to smutne miejsce, gdzie jedynie położne i pielęgniarki, które jeszcze nie wypaliły się zawodowo, mogą okazać minimum ciepła i miłości noworodkom. Pozdrawiam wszystkie mamy, bądźcie silne! Ja robię co mogę, żeby waszym pociechom było dobrze.’’

 

,,To jest niewyobrażalny ból. Przeżyłam to na początku pandemii, udało mi się pożegnać synka i ostatnie 14 minut jego życia byłam z nim. Wcześniej 6 tygodni widywałam go tylko na zdjęciach. Przesyłam dużo sił.’’

 

,,Też jestem mamą wcześniaka i wprawdzie nie tak długo, ale też byłam rozdzielona z córeczką przez 3 tygodnie, z czego tydzień będąc jeszcze w szpitalu, mogłam do niej zaglądać raz dziennie na 5-10 min. Dla pocieszenia napiszę, że ta więź jest do odbudowania. Początki beda ciężkie, ale na pewno wszystko się ułoży. Przytulam mocno!’’

 

,,Serce mi pęka, jak to czytam. Ponad dwa lata temu urodziłam wcześniaka, przez trzy doby nie mogłam go wziąć w ramiona i poczuć, wyłam z bólu. Przykro mi, bardzo mi przykro, że takie piekło przeżywasz. ❤️ Życzę Wam siły z całego serca ❤️’’

 

,,Mam znajomą, która urodziła wcześniaka. 2 miesiące była z dzieckiem w szpitalu (maj tego roku) . Opowiadała, że jak jedna mama wyszła na chwilę z oddziału, pielęgniarki już ją spakowały i nie pozwoliły wrócić na oddział, a jej maleństwo urodziło się w 29 tygodniu. Także bardzo wam współczuję i mam nadzieję że w końcu rodzice będą mogli być ze swoimi dziećmi.’’

 

,,Straszne. U nas było to jedynie 14 dni i mogliśmy być z małym 12h na dobę. A i tak po wyjściu o 20:00 był płacz i tęsknota. Niewyobrażalne cierpienie.’’

 

,,Serce mi pęka. Ja miałam „tylko” doświadczenie miesięcznego, codziennego samotnego powrotu do domu bez synka, który był w inkubatorze… Nie wiem, jak przetrwałam tę straszną pustkę, jaka mi towarzyszyła. Żyłam każdym dniem, że jak dojdzie do 2 kg, to go zabiorę ze sobą… ale widziałam go codziennie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, co czujesz. :(‘’

 

,,Więź będzie jeszcze silniejsza. Trzymaj się! Ściskam Cię mocno. Jestem mamą wcześniaka z 35 tygodnia. Rozdzielili nas tylko na 8 dni, ale wyobrażam sobie, co czujesz. To niewyobrażalna tęsknota i troska. Dziecko, które przeżywa tak totalny szok, jakim jest poród, zostaje samo. Na zawsze to już pozostawia skutki, odseparowanie. To naprawdę paranoja, by tak postępować. Matka i dziecko toż to NAJWIĘKSZA miłość na świecie. Nie ma większej miłości i potrzeby bliskości. To musi się zmienić!!! Tak nie da się żyć, gdy serce rozpada się nieustannie na nowo! Już coraz bliżej i będziecie nadrabiać te stracone chwilę.’’

 

,,Leżałam kilka dni przed porodem na patologii ciąży, poznawałam takie historie, które były już przesądzone, że będzie ciąża rozwiązana przez cc nawet już w 32 tc. I te dziewczyny będą do wyjścia, a dzieci zostaną. Biedne już siedzą tam same, bez możliwości odwiedzin, a jeszcze wyjdą bez dzieci. Cały czas zadaję sobie te same pytania, że zespół medyczny wychodzi i później normalnie żyje i on może wchodzić do tych maleństw, a najważniejsza dla niego matka – nie. Chore! Nie mogłam się uwolnić od takich myśli leżąc tydzień w szpitalu i nawet jak miałam już swoją przy sobie, to cały czas myślałam o tych maleństwach i rodzicach. ’’

 

,,Ja urodziłam synka w 28 tc w czerwcu 2020 roku. Pierwszy raz widziałam go dzień po porodzie przez 10 minut, drugi raz widziałam go miesiąc po urodzeniu. Nie mogłam go dotknąć, przytulić, pocałować… W szpitalu spędził 89 dni, widywałam go raz w tygodniu przez 2h.’’

 

Z tych właśnie emocji powstał ten artykuł. 

A także, by pokazać dramat tych rodzinnych historii, by Was uwrażliwić, podkreślić, co jest w życiu najważniejsze.

 

I jednocześnie poprosić Tych-Którzy-Decydują, by spojrzeli na sytuację rodziców wcześniaków z empatią. Po ludzku.  

 

Oczywiście jako redakcja zdajemy sobie sprawę, że procedury mają nas chronić. Wiemy też, że personel medyczny przestrzega zasad ustalonych przez swoich przełożonych i nie on jest odpowiedzialny za separację mam i dzieci. Natomiast apelujemy, by znaleźć złoty środek. Fakt, państwo chroni nasze zdrowie fizyczne, stara się zminimalizować liczbę zachorowań na Covid-19, natomiast zdrowie psychiczne jest równie ważne. A tu stawka jest naprawdę wysoka. I wciąż brak zrozumienia, empatii i wsparcia.  

 

__

 

Musisz wiedzieć, że nasza Gosia to twardzielka. Nigdy się nie skarży, jest konkretna, twarda, nie rozczula się nad sobą. Poprosiłam ją, by napisała mi kilka zdań o dniu narodzin jej najmłodszego synka. Czytałam i z każdym zdaniem byłam mocniej poruszona. Nie zdawałam sobie sprawy…

 

To jest historia narodzin małego Leosia. To wydarzyło się 7 tygodni temu. I teraz widzę dokładniej, że to nie tylko trauma Gosi i jej najmłodszego synka, to tragedia taty, męża Gosi, a także wszystkich dzieci. 21 sierpnia już zawsze będą wspominać z przestrachem. 

 

_

 

21 sierpnia był ostatni piątek wakacji. Było strasznie gorąco. Dzieci biegały po ogrodzie, a ja modliłam się o chłodny wieczór. Pamiętam, jak pisałam SMS-a do męża, że jak wróci, skoczę pod zimny prysznic. Nie czułam się tego dnia najlepiej, ale sądziłam, że to przez upał.

 

W końcu przyszedł upragniony wieczór. Przygotowywaliśmy pokoik dla naszej 2-letniej córeczki, zdejmowaliśmy jej szczebelki w łóżku, montowaliśmy nową lampkę. To był też dzień jej urodzin, następnego dnia miało się odbyć przyjęcie urodzinowe. Balony nadmuchane helem czekały ukryte w sypialni, tort zamówiony, prezenty spakowane. 

W trakcie kolacji, zamówionej pizzy, wydarłam się na dzieci za to, że kręcą się przy jedzeniu. Bardzo rzadko zdarza mi się krzyczeć, więc mąż spojrzał na mnie zdziwiony, ja sama byłam zaskoczona swoją reakcją. A to były już początki wstrząsu. 

 

Poszłam położyć córeczkę, nie chciała zasnąć, a ja byłam mocno zdenerwowana. Śpiewając jej kołysanki poczułam, jak coś nagle cieknie mi po nogach. Zanim doszłam do włącznika światła, zostawiałam już za sobą krople krwi na podłodze. Nie zastanawiałam się ani sekundy, zaczęłam krzyczeć do męża, żeby wzywał karetkę, bo dzieje się coś złego. 

 

Córka zaczęła płakać, nasi starsi chłopcy również. Starałam się zachować spokój. W myślach jedno zdanie: oby tylko dzieci nie zobaczyły krwi. Ale zanim przyjechała karetka, krew płynęła nieprzerwanie. 

 

Pamiętam, jak sanitariusz zapytał męża, czy jedzie ze mną. Nie mógł. Musiał zostać z dziećmi. Jechałam więc sama, przerażona. Najpierw do jednego szpitala, w którym nas nie przyjęto, gdyż w mieście obok był szpital z wyższą referencyjnością i oddziałem neonatologicznym. Wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę porodu. Było dużo za wcześnie, miałam termin dopiero na 8 listopada. W drugim szpitalu przyjęto nas od razu. Kilka dokumentów i podpisanie zgód. 

 

Zanim położyłam się do badania USG, zostawiałam za sobą już spore plamy krwi na podłodze i krześle. Badanie trwało może 30 sekund. Lekarz przyłożył głowicę USG do brzucha, sekundę wpatrywał się w obraz, chyba zaskoczony tym, co widzi, po czym krzyknął: Bradykardia, pełno krwi! I wybiegł z gabinetu, aby zwołać zespół.

 

Sytuacja potoczyła się bardzo szybko – stół operacyjny, wkucie, cewnikowanie, usypianie. Nie było czasu na sentymenty, a ja trzęsłam się ze strachu. Lekarze nie mieli nawet czasu, aby powiedzieć mi, co się dzieje. Otrzymałam tylko informację, że musimy ciąć.  

 

4 minuty. Tyle trwał zabieg ratujący życie Leona i moje. 4 minuty, które zaważyły na całym moim obecnym życiu. 

 

,,Proszę się obudzić!’’ To pierwsze, co usłyszałam. Pierwsza myśl? Żyję. Pierwsze pytanie? Co z moim dzieckiem?

 

Obudziłam się, nie wiedząc, gdzie jestem i zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Obok mnie w sali leżała jeszcze jedna kobieta. 

 

Musiałam jak najszybciej skontaktować się z mężem, który od wyjazdu karetki nie miał ode mnie żadnych informacji. Podobno dzwonił na SOR, ale trwała operacja. Nikt wtedy nie myślał o tym, żeby powiadomić męża. Nie było czasu. Mąż powiedział mi, co z naszym dzieckiem, na jakim oddziale jestem. Dzwonił jeszcze wielokrotnie do szpitala, aby dowiadywać się na bieżąco co z synkiem. Leon urodził się w 28. tygodniu, z wagą 1080 g, mierząc 37cm. Za mały, żeby samodzielnie przebywać poza moim bezpiecznym brzuchem. Za mały, żeby sam oddychać. Przed operacją nie było czasu na podanie sterydów przyspieszających dojrzałość płuc. 

 

Od samego początku był sam. Beze mnie, a ja bez niego. 

 

Leżałam obolała, w szoku. Resztki znieczulenia mnie usypiały. Nie wiem, o której nad ranem do pokoju wszedł lekarz. Powiedział kobiecie obok, że jej dziecko zmarło. Do mnie zajrzał przez kotarę i rzucił bez emocji: ,,Pani dziecko jest w stanie krytycznym”. I wyszedł…

 

Szok. Kobieta obok mnie płacze. Ja nie wiem, co zrobić. Boję się rozmawiać przez telefon, chcąc uszanować prywatność sąsiadki. Piszę SMS-y do Pawła, żeby koniecznie dzwonił na oddział neonatologiczny. 

 

Było źle. Pierwsze dni wcześniaków to ciągły stan krytyczny. Nasz stan krytyczny, a później ciężki stabilny trwał 35 dni. Dopiero w 35 dniu Leon mógł opuścić inkubator, dalej jednak pozostając na dziecięcym OIOM-ie. 

 

Ja zostałam wypisana do domu w 7. dobie po operacji. Mówię ,,po operacji’’, gdyż moja głowa nie zarejestrowała porodu. Nie pamiętam tej sytuacji jako rodzenia dziecka. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było pierwszego płaczu. Nie było bólu porodowego i późniejszego szczęścia. Był tylko plastik inkubatora. 

 

Pielęgniarka mówi mi, że to mój synek. Ten malutki człowieczek podłączony do miliona kabelków. Przyjechałam do szpitala z brzuchem i wyszłam do domu bez brzucha. Bez dziecka. Jednak on tam był. Walczył o życie. I był sam. 

 

Podczas pobytu w szpitalu mogłam do niego chodzić w każdym momencie, zanosić odciągnięte mleko. Po wypisie ze szpitala – raz dziennie telefon i jedno zdjęcie na tydzień. Tylko tyle i aż tyle. W szpitalu nikt mnie nie poinformował, że mogę zostać przy dziecku. Nie wiem, czy była taka możliwość. Byłam w szoku. Wszyscy byliśmy. Do dzisiaj mam zespół stresu pourazowego, chodzę do psychologa. W szpitalu proponowali mi rozmowę z psychologiem, ale był tylko jeden. Jeden na cały szpital i w dodatku na urlopie.

 

Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że miałam krwotok wewnętrzny wywołany oddzielaniem się łożyska. Sama byłam w dość nieciekawym stanie. Szybkie cięcie zostawiło trwały ślad na brzuchu, kilkukrotne transfuzje krwi, litrowe kroplówki z antybiotykami i przeciwzakrzepowe zastrzyki w brzuch. Nie było łatwo. 

 

Strach o własne życie, strach o pozostawione dzieci, strach o nowo narodzone dziecko. Natężenie strachu ścięło mnie z nóg. 

 

Pamiętam, jak podczas mojego pobytu w szpitalu przychodziły pielęgniarki i lekarze zdziwieni, że przeżyłam. Z medycznego punktu widzenia powinno mnie już nie być. Ani mnie, ani Leona. Wtedy, jakkolwiek to zabrzmi, byłam wdzięczna przede wszystkim za to, że jestem, bo w domu zostawiłam trójkę dzieci. Bałam się, że już nie wrócę.

 

Ciężko jest mi opisać, co czuję teraz. Co czułam przez te długie 7 tygodni, kiedy on był tam, a ja tutaj. Z jednej strony martwisz się o życie dziecka, które ciągle jest w stanie krytycznym stabilnym. Słuchasz lekarzy, którzy mówią, że dzisiaj jest źle, a jutro będzie może dobrze, a często na odwrót. Z drugiej przytulasz dzieci, do których myślałaś, że już nie wrócisz. To tak wielki koktajl emocjonalny, że sama przestajesz wiedzieć, co czujesz. Przeżywasz połóg, hormony wariują. Nikt nie jest w stanie Cię zrozumieć. Nikt nie może zapełnić pustki w brzuchu. Gdzie mój brzuch? 

 

Nigdy jeszcze nie dotknęłam mojego synka. Jest dla mnie zdjęciem w telefonie. To bardzo trudne do zaakceptowania, zrozumienia. Jak mam wytworzyć więź z synkiem, którego nigdy nie trzymałam na rękach. Uwierzcie mi, że to trudniejsze niż się wydaje. 

 

Nie stałam pod szpitalem, nie pisałam pism i petycji, nie kontaktowałam się z prawnikiem. Bałam się, że moje działania wpłyną negatywnie na opiekę nad Leonem. Zabiorą mi w miarę miły kontakt telefoniczny z lekarzami i pielęgniarkami. 

 

Ja rozumiem, że moje wizyty mogłyby zagrażać zdrowiu synka, jak i innych dzieci. Rozumiem. Tylko, że gdy jesteśmy w ciąży, mówią nam, że mamy mówić do brzucha, śpiewać piosenki, bo dziecko nas słyszy. Jednocześnie medycznie jest udowodnione, że bliskość mamy pomaga dzieciom zdrowieć, lepiej przybierać na wadze. A z jeszcze innej strony, czy panie pielęgniarki nie chodzą po pracy do sklepu? Nie mają dzieci, które wracają ze szkoły? Jestem taka sama jak one. 

 

Nie da się przeżyć raz jeszcze utraconych chwil. Wierzę, że można zbudować więź, jednak to, co przeszliśmy, na zawsze zostawi traumatyczną historię. Przez te 7 tygodni, uwierzcie mi, nie dało się nie myśleć, że moje dziecko jest tam samo. Ta myśl po prostu rozdziera serce, odchodzi się od zmysłów.  

 

Zbudowałam sobie obronny mur, za którym schowałam wszystkie emocje. Czuję się jak wydmuszka. Zostałam obdarta z najpiękniejszych chwil z maleństwem. Nic i nikt mi ich nie zwróci. A to nie tak, że nie mogłam tego przeżyć, bo moje dziecko odeszło. Ono tam jest. To system i regulaminy zawiodły. 

___

 

Historia Gosi obudziła inne mamy. Poniżej opowieść jednej z naszych Czytelniczek, która pragnie pozostać anonimowa. 

 

Miało być jak filmie. Odejdą wody, pojedziemy do szpitala i urodzi się nasza wymarzona córeczka. A jak było rzeczywiście? Minął 40 tc, a mała na uparciucha nie chciała wyjść z brzuszka. Według ustalonego wcześniej z lekarką prowadzącą planu, stawiłam się na szpitalną izbę przyjęć w celu wywołania porodu. Psychicznie byłam dobrze przygotowana na to, co mnie czeka.

Mąż zainstalował mi Skype w telefonie, od rana była ciągła relacja z nim przez wiadomości sms. Optymizm pełną gębą! Przecież mam zadanie do wykonania i jestem zdeterminowana. Idę rodzić, wracamy ze szpitala do domu i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I na początku faktycznie tak to wyglądało.

Komplikacje rozpoczęły się chwilę po tym, jak zostałam podpięta pod kroplówkę z oksytocyną. Tętno dziecka zaczęło spadać. Lekarka pełniąca dyżur tego dnia w moment podjęła decyzję o cesarskim cięciu. Szybka zgoda, papiery podpisywane drżącymi rękami już na szpitalnym wózku. W całym tym chaosie ekspresowy telefon do męża – ,,będzie cesarka”. Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. Anestezjolog zadecydował o tym, żeby nie tracić czasu i zamiast znieczulenia od razu mnie uśpić. Kilka sekund minęło, a ja już odpłynęłam.

Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Na początku nic nie pamiętałam i nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Obok pojawiła się pielęgniarka z informacją, że wszystko jest dobrze, ale córeczka od razu po urodzeniu trafiła na oddział patologii noworodka i nie mogę jej w tej chwili zobaczyć. Mam teraz leżeć i odpoczywać po operacji. Jedynie dzięki uprzejmości jednej z rezydentek pokazano mi zdjęcie córeczki z telefonu.

Moje małe, bezbronne dzieciątko z rureczkami w nosie i buzi i czapeczką na głowie. A więc to ta istota żyła sobie przez ostatnie 9 miesięcy w moim brzuchu Ciężko było mi się skupić. W głowie kłębiło się setki myśli…

W tamtej chwili jedyną prośbę, jaką miałam, to żeby szpital skontaktował się z moim mężem, bo ja nie jestem w stanie wykonać do niego telefonu z tymi informacjami. Suchość w gardle i rozchwianie emocjonalne wzięły nade mną górę.

Po kilku godzinach od przebudzenia przewieźli mnie na salę poporodową. Dowiedziałam się, kiedy będzie pionizacja, że guzikiem przy łóżku mogę wezwać położną w razie potrzeby, no i że aktualnie nie mogę jeść ani pić. Ani słowa na temat dziecka…

Mąż otrzymał przez telefon zlepek podstawowych informacji i zapewnienie, że jak tylko coś się zmieni, to dadzą znać. Na większość pytań otrzymał odpowiedź: ,,niestety, nie wiemy”. My nic nie wiemy i oni nic nie wiedzą…

Po jakimś czasie w sali, na której leżałam, pojawiły się dwie kobiety również po porodzie. Z dziećmi przy boku. Ciężkie przeżycie widzieć szczęście na twarzy innej kobiety, kiedy samemu przeżywa się wewnętrzną histerię. Wtedy obiecałam sobie, że się nie rozkleję i będę silna.

Lekarz przy wieczornym obchodzie zakomunikował, że teraz i tak nic nowego się nie dowiem na temat dziecka, bo jest noc, i rano na pewno dostanę jakieś informacje, bo on nic nie wie i to nie jego oddział. Noc minęła bezsennie. Rano dostałam w twarz informacją, że nie będę mogła zobaczyć dziecka, bo wszystkie oddziały są zamknięte i pracują według ściśle określonych wytycznych.

Dzięki uprzejmości położnej otrzymałam numer na oddział patologii noworodka, gdzie miałam zadzwonić i zapytać, co dalej. Na moją prośbę telefony w sprawie córki wykonywał już tylko mąż. Ja nie byłam w stanie. Wściekłość wymieszana z żalem i pustką była ogromna.

Według przekazanych wieści dziecko urodziło się z zapaleniem płuc i problemami z oddychaniem. Został włączony antybiotyk i córeczka była wspomagana tlenem. To tak w skrócie. Po dwóch dniach wśród matek z dziećmi wreszcie otrzymałam wypis do domu, a moja córeczka nadal pozostawała na patologii noworodka.

Problemy z dodzwonieniem się na oddział były ogromne. Co chwila ktoś nas zbywał i odkładał słuchawkę. Przekaz informacji przez telefon był totalnie chaotyczny.

O odwiedzeniu dziecka nie było żadnej mowy. Pisaliśmy pismo do dyrekcji szpitala, chcieliśmy zakupić specjalne ubrania ochronne, zrobić test na Covid. Zgody nie otrzymaliśmy. Obiecanych zdjęć nie było z powodu braku czasu. Nieprzyjemny lekarz grzmiał do słuchawki, że przecież na oddziale jest ponad 50 dzieci i co my sobie wyobrażamy.  

Codziennie, łącznie przez 10 dni w naszym domu atmosferę można było kroić nożem. Płacz z bezsilności był normą zarówno u mnie, jak i u męża. Zadzwonić na oddział można było tylko raz w ciągu dnia i graniczyło z cudem wstrzelić się w wolny czas lekarza na obchodzie. Codziennie słyszeliśmy, że malutka dostanie wypis ,,no może nawet jutro”.

Codziennie przed południem czekaliśmy na te magiczne słowa i codziennie z jakiegoś powodu ich nie było. Jedna Pani mówiła inaczej, a druga inaczej. Każdy miał swój plan leczenia, przez co informacje kompletnie się nie pokrywały.

Bardzo ciężko opisać, co tak naprawdę czułam w tamtych chwilach. Było to ogromne zagubienie pomieszane z żalem. Bałam się, że kiedy przyjdzie mi poznać moje dziecko, nie poczuję się tak, jak powinnam. Pierwszy dotyk, pierwsze karmienie i przewijanie, pierwszy płacz. Wszystko to zostało nam odebrane. Czy nie będzie między nami jakiegoś

dystansu? Jaka ona będzie? Czy będzie wiedziała, że to my jesteśmy jej rodzicami? Jak bardzo w ciągu tych dni się zmieniała, jak się zachowywała. Tego nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Po tym czasie nie udało mi się zacząć karmić piersią, co też było kolejnym ciosem. Tylko dzięki wspaniałej położnej środowiskowej udało mi się to przepracować w głowie. Szpital owszem uratował mi i dziecku życie, ale swoimi procedurami odebrał też jedną z najbardziej magicznych chwil w życiu. Zniszczył piękny obraz świeżego macierzyństwa.

Minęło już pół roku, a nadal boli. 

 

_

 

 

Dopiero teraz Gosia opowiedziała, dlaczego nie koczowała przed szpitalem, dlaczego nie poruszyła nieba i ziemi, by być przy swoim synku. Uważam, że osoba, która nie przeżyła tego, co Gosia, nie może tego oceniać. Uważam też, że każdy sam musi wybrać sposób reagowania. Każdemu ulgę przyniesie co innego. 

 

Gosia nie walczyła tak, jak wielu uważa, że powinna, bo nie chciała pogarszać sprawy. Nie chciała, by personel medyczny – nawet podświadomie – z mniejszą uwagą i ostrożnością opiekował się jej synkiem. Wydaje mi się, że miała podstawy do tych obaw. Choć też rozumiem, że te słowa dla wielu oddanych specjalistów mogą być krzywdzące. Gdy w grę wchodzą emocje, trudno być obiektywnym. 

 

Położne w szpitalu, w którym leży synek Gosi, dostały zakaz wypowiadania się w tej sprawie, dlatego nie mogę przedstawić stanowiska drugiej strony.

 

 

_

 

 

Dzięki wpisowi Gosi poznałam prawnika Katarzynę Włodarczyk. Rozmawiałyśmy o prawach mam i ich dzieci. Kasia podpowiedziała, że na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku widnieje cała rozpiska na temat praw pacjenta: https://www.rodzicpoludzku.pl/prawa-pacjenta.html

 

Niestety teraz, w dobie pandemii, żadne zasady nie obowiązują, bo wszystko można tłumaczyć Covid-19.  Jest specustawa  z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem Covid-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

http://g.ekspert.infor.pl/p/_dane/akty_pdf/DZU/2020/47/374.pdf#zoom=90

 

 

,,Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma jednomyślności. Uważam, że sprawa byłaby znacznie prostsza, gdyby te zasady były jednolite i stałe albo zmieniane nie aż tak dynamicznie. Bo ani odwołanie porodów rodzinnych, ani brak odwiedzin, nie jest nigdzie nakazany wprost. To jest wyłącznie kwestia dowolnej interpretacji. ‘’

 

Katarzyna dodaje jeszcze, że ,,z punktu widzenia zarządzających szpitalami trudno się dziwić. Na pewno to bezpieczniejsze, kiedy nie ma odwiedzin. Niemniej straty długofalowe poznamy za wiele lat. Uważam, że te kwestie powinny być uregulowane odgórnie i odpowiedzialność, mimo wszystko powinni za to przejąć rządzący. Jednolitość w tej dziedzinie to podstawa! W przeciwnym razie, to szukanie kozła ofiarnego, czyli lekarzy i pielęgniarek. ‘’

 

 

Jeśli jesteś mamą, która nie może zobaczyć swojego dziecka, które leży w szpitalu, skorzystaj proszę z formuły przygotowanej przez Katarzynę Włodarczyk. Wystarczy, że skopiujesz tekst i uzupełnisz dane. 

 

 

 

Pismo do Dyrektora Szpitala, w którym leży maluch o mniej więcej takiej treści:

 

Szanowny Panie!

W dniu ….. urodziłam w Państwa Szpitalu.

Od x tygodni nie mam kontaktu ze swoim dzieckiem.

Stanowczo wnoszę o umożliwienie mi sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem, w trakcie jego hospitalizacji.

Zgodnie z wytycznymi obowiązującymi w okresie pandemii, skierowanymi do wszystkich szpitali w Polsce, zgodnie z przysługującymi nam prawami pacjenta i prawami dziecka, stanowczo wnoszę, jak na wstępie.

 

 

z poważaniem

……………….

 

 

W wiadomości e-mail skierowanej do szpitala, dołącz jako adresatów również:

– Rzecznika Praw Pacjenta

– Rzecznika Praw Dziecka

– Helsińską Fundację Praw Człowieka 

– Fundację Rodzić Po Ludzku

 

 

___________

 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiła petycję: https://www.petycjeonline.com/wobronienoworodkow

 

Podpisz i wesprzyj inne mamy! 

 

____________

 

Ten artykuł jest bardzo lapidarny. Ale nie dziw się, proszę, pisany jest w emocjach. Trudno być obiektywnym, przyjmującym rzeczywistość na zimno dziennikarzem, gdy u przyjaciół świat stanął w miejscu. 

 

Ten artykuł powstał ze wspomnień. Ale też daje nadzieję. Bo dziś Gosia pojechała zabrać swojego małego synka do domu. Po 7 tygodniach od porodu, w końcu będzie mogła sprawdzić, jak pachnie jej dziecko. Czekałyśmy na to!

 

 

Ciało

KLAPS. Historia niejednego przypadku.

7 sierpnia 2020 / Emilia Musiatowicz

Klapsy to zjawisko od pokoleń istniejące i nadal dość powszechnie akceptowane, stosowane jako element wychowania w rodzinie.

Społeczeństwo oddziela jednak bardzo grubą kreską klapsy od bicia.

Klaps to przecież klaps – to zupełnie autonomiczne pojęcie, które nie mieści się w zbiorze przemocy czy agresji. Klaps ma przecież czegoś nauczyć, zwrócić uwagę dziecka na złe zachowanie czy na zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Ma uchronić przed guzem, szwem czy oparzeniem, ma zapobiec zdzieleniu siostry czy rówieśnika łopatką przez łeb, ma uchronić przez potrąceniem przez samochód, ucięciem palców schodami ruchomymi lub wyperswadować skok z trzeciego piętra na główkę. Tak pojęty klaps to samo dobro i przejaw miłości. Czy zatem uprawniona jest teza, że kapsy są niezbędne w wychowaniu?

 

Statystyki mówią, że tak

Ostatnie badania wykonane na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wskazały, że istnieje ogólna społeczna aprobata dla klapsów – aż 43% badanych podało, że są takie sytuacje, kiedy trzeba dziecku dać klapsa (z czego większość badanych , bo aż 39 % odpowiedziała na to pytanie „raczej tak”, zaś „zdecydowanie tak” odpowiedziało jedynie 4% ankietowanych). Odsetek osób bezwzględnie dezaprobujących takie zachowanie wyniósł 23% („zdecydowanie nie”), zaś „raczej nie” odpowiedziało 34% osób. 

 

Powyższe liczby stanowią pewien punkt odniesienia, jednak zdają się mówić ostatecznie bardzo niewiele. Skoro bowiem badani rodzicie uważają, że dawanie klapsa jest w wychowaniu czasem konieczne, to oznacza, że nie uznają klapsa za bicie. Podobnie, uważają też, że pomiędzy „daniem w skórę”  a „biciem” nie można postawić znaku równości . By rozstrzygnąć, jak to z tym klapsem naprawdę jest, zrobiłam swój własny reserach. 

 

Klaps miłości

Tak twierdzi Zbigniew Stawrowski. Jego zdaniem „Klaps właściwie rozumiany i odpowiednio stosowany, może być wyrazem najlepiej pojętej rodzicielskiej troski, zaś jego wymierzenie, czasem wręcz moralnym obowiązkiem rodziców. Jego zdaniem „odpowiedzialni i normalnie myślący rodzice dobrze wiedzą, że klaps nie jest żadnym biciem, nie jest nawet czymś szkodliwym, lecz – przeciwnie – jest czynem o wysokiej wartości wychowawczej i dlatego zasługuje wręcz na pochwałę. Oczywiście, pod jednym koniecznym warunkiem: że jest tym, czym jest, i niczym innym – właśnie klapsem”. 

Nie pochwala on jednak klapsów, które są przejawem wyładowania frustracji i agresji na dziecku. Za to otwarcie  powtarza, że „klaps w cuchu miłości rodzicielskiej jest wyrazem najgłębszej odpowiedzialności za dziecko.

 

Profesor Stawrowski odróżnia dwie kategorie przemocy – przemoc bezsensowną i bezwzględnie złą oraz przemoc usprawiedliwioną. Jako przykład tej drugiej, podaje wymiar sprawiedliwości, który stosuje przymus wobec obywateli naruszających prawo, w celu wyegzekwowania orzeczeń czy wyroków.  Jednocześnie wskazuje, że „oprócz przemocy sprawiedliwej stosowanej przez władzę państwową istnieje inna i to jeszcze bardziej podstawowa wspólnota i instytucja, która ze swej natury również posiada oczywiste uprawnienie stosowania usprawiedliwionej przemocy – to rodzina i instytucja władzy rodzicielskiej. […]. Racją i celem przemocy stosowanej przez państwo jest sprawiedliwość, uzasadnieniem siły stosowanej przez rodziców jest ich pełna miłości troska. O ile przestrzenią państwa jest przestrzeń sprawiedliwości, o tyle przestrzeń rodzicielska jest przestrzenią miłości.  

 

Stawrowski podkreśla, że klaps, jako wyjątkowy środek wychowawczy, używany w drastycznych, niebezpiecznych i ważnych momentach, stanowi najlepszą formą reakcji rodzica na niedopuszczalne zachowanie dziecka. Nadto dodaje, że „użycie przemocy w formie klapsa stanowi równocześnie formę socjalizacji dzieckauświadamia mu, w zrozumiałej dla niego formie, elementarną zasadę, która rządzi życiem dorosłych członków wspólnoty. Owa zasada brzmi: normalną i właściwą reakcją na zachowanie kogoś, kto narusza pewne nieprzekraczalne w społeczeństwie granice, jest przemoc władzy państwowej, która powstrzymuje sprawcę przed kontynuacją zakazanego działania oraz zmusza go, by w formie sprawiedliwej kary poniósł konsekwencje swojego czynu.” Na koniec dodaje „kto w ekstremalnych sytuacjach nie daje owego wyraźnego sygnału i nie uczy swych dzieci tej właśnie zasady, prawdopodobnie, chcąc nie chcąc, wychowuje przyszłych przestępców.

 

Ten bardzo szeroko dyskutowany oraz jeszcze szerzej krytykowany i wielokrotnie rozkładany na czynniki pierwsze pogląd profesora UKSW to jeden z najbardziej skrajnych głosów w tej sprawie. Po przeczytaniu całego Internetu trzy razy, oczywistym stało się dla mnie, że zdania odnośnie dopuszczalności klapsów w wychowaniu są bardzo podzielone. Dla zobrazowania skali kontrowersji w omawianej kwestii,  zacytuję niektóre wypowiedzi.

 

Fora internetowe, stanowią kopalnię wypowiedzi wszelkich (wiedzy już niekoniecznie) na każdy temat, a już szczególnie związany macierzyństwem i wychowaniem. Na jednym z wątków Kafeterii zastałam takie oto wpisy odnośnie klapsów: „Rodzice bijący swoje dzieci albo nawet dający klapsy są patologiczni i popełniają przestępstwo. Klapsy to jest przemoc w rodzinie!”; „Dziecko czasami musi dostać klapsa, żeby wiedziało ze to rodzica trzeba się słuchać.”;  „Te moje klapsy są wymierzane wtedy, gdy dziecko ma poczuć że zrobiło coś co mnie bardzo rozgniewało. To nie jest oznaka słabości a skrajnego gniewu i dziecko ma zapamiętać ten gniew, żeby pojąć przyczynę. Jestem zwolenniczką wychowywania zgodnego z naturą. W naturze młode mają respekt do rodzica bo czasem oberwą tak, że się przestraszą. I o to chodzi.”. 

 

Na forum gazeta.pl jedna z użytkowniczek zadała pytanie „dałyście kiedyś klapsa/lanie swoim dzieciom? zastanawia mnie czy tylko ja jestem taką wyrodną matką”. Odpowiedzi były oczywiście skrajnie różne: „klapsa dałam i to nie raz. Syn ma 4 lata. Krzyki, prośby i groźby nie pomagają. Klaps też czasem nie, ale częściej jest skuteczny niż pozostałe perswazje”; „nie bardzo widzę różnicę między laniem a klapsem – jedno i drugie bezsensowna przemoc. dający jedynie dowód jak bardzo dorosły nie potrafi poradzić sobie ze swoimi emocjami, a od małego dziecka oczekuje, że będzie sobie radziło ze wszystkim. Nigdy nie uderzyłam dziecka, mimo, że czasem była bardzo trudna (obecnie 3,5 roku)”. 

 

Zaskakujące porównania obrazujące kontrowersje związane z klapsów w wychowaniu znalazłam w jednym z wątków na trójmiasto.pl: „Kasiu a czy widzisz różnicę miedzy daniem klapsa a biciem? Bo ja widzę, to tak samo jakbyś nazwała osobę która wypije jednego drinka alkoholikiem”; „Piwo to nie alkohol, klaps to nie bicie… Ot, paradoksik taki :D”. Oprócz wypowiedzi o zabarwieniu satyrycznym znalazło się też kilka bardziej merytorycznych: „Nie biję. Widać mam bardzo grzeczną, nie zbuntowaną dwulatkę. Albo działają moje metody wychowawcze, czyli pozwalanie dziecku wybrać, uczenie konsekwencji wyboru, mówienie o planach żeby nie czuła się zaskoczona, rozmawianie o jej uczuciach, tłumaczenie moich decyzji – traktowanie jak człowieka”. 

 

Instagram również nie pozostał wobec klapsów obojętny. Na profilu Sonii Bohosiewicz zawrzało pod zdjęciem otagowanym #kochamniebije . Aktorka zwróciła uwagę, że w naszych głowach ułożyło się już, że bicie jest naganne, zaś klapsy nadal wzbudzają mieszane uczucia. Swoim obserwatorom zadała  też kontrowersyjne pytanie –„ czy nadal klaps, pociągnięcie za uszko, uszczypnięcie, wykręcanie rączki są akceptowalne?”.  Odpowiedzi były oczywiście bardzo skrajne: „bądź co bądź, ale klaps wyprowadził mnie na ludzi. Nie mówię  ostrym laniu. Nie mam rodzicom tego za złe. Dopiero po klapsie wiedziałam, że nabroiłam i wyciągałam wnioski. Bywają takie wyjątki jak ja”;  „Zgadzam się, że bicie, że poniżanie słowne, że wykręcanie rączek, walenie po plecach, głowie itp itd. to przemoc. I tylko przemoc. Ale stawianie na równi z KATOWANIEM klapsa małego, albo podniesienia głosu to chyba przesada”; „psychicznie katuje się klapsem”;  „ za każdym razem jak dziecko wyprowadzi Cię z równowagi, zamiast klapsa – pocałuj je. Działa!”; „tak…jak dziecko napluje Ci w twarz to je pocałuj w nagrodę, jak wybiegnie na ulicę, też pocałuj… przez takie głupie matki później obserwuje się dzieci wychowane bezstresowo i jestem załamana, bo te dzieci myślą, że mogą wszystko bo mama i tak pocałuje”.  

 

Powyższy post Sonii Bohosiewicz był jedną z wielu odpowiedzi na burzę wywołaną na Twitterze po wpisie Sylwii Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która podzieliła się na swoim koncie najnowszym wynikiem sondażu przeprowadzanego dla rp.pl, sugerując, że „prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Na wpis surowo zareagował polityk Krzysztof Bosak, odpowiadając „Proszę nie wprowadzać w błąd. W sondażu było pytanie o „stosowanie klapsów”, a nie o „bicie dzieci”. To dwie różne rzeczy, co jest zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka”. 

 

By rozstrzygnąć powody wzburzenia młodego polityka na słowa pani Rzecznik, jedna z telewizji śniadaniowych zaprosiła go na wywiad . Broniąc swojego stanowiska, szef Ruchu Narodowego wskazał, że wpis Pani Rzecznik stanowił manipulację socjologiczną, bowiem pytanie w wykonanym badaniu opinii społecznej dotyczył akceptacji klasów w wychowaniu, a nie bicia dzieci. Według niego, postawienie znaku równości między biciem a klapsami, stanowiłoby wyraz nurtu całkowicie eliminującego klapsy i inne kary cielesne z wychowania , co jest nieuprawnione wobec różnych modeli wychowawczych stosowanych przez rodziców. Uznał, że klaps jest bardzo delikatną formą przemocy, która może mieć uzasadnienie wychowawcze. W odpowiedzi na taki dyskurs, zaproszona do studia pani psycholog  wskazała, że klaps nie ma żadnej wartości wychowawczej. Podkreśliła, że najczęściej klapsy są wyrazem bezradności rodziców. Według niej, klaps daje bardzo szybki efekt, bo dziecko jest w szoku, bowiem od osoby od której spodziewa się miłości, dostaje coś, co jest niemiłe i przekracza jego granice intymności. 

 

Spór gości oczywiście nie został żadną miarą rozstrzygnięty. Co więcej, niecałe trzy miesiące później, wątek klapsów był na nowo podjęty w tej samej telewizji . Zwrócono tam uwagę na ostatnie badania naukowe, które wskazują na brak pozytywnego wpływu klapsów na wychowanie dzieci. Chodzi o opublikowaną w 2016 r. w „Journal of Family Psychology metaanalizę badań prowadzonych przez ostatnie 50 lat na grupie 160 tys. dzieci. Elizabeth Gershoff z University of Texas, koordynatorka projektu, podkreśla: „ Zaobserwowaliśmy, że klapsy powodują wiele długotrwałych i zupełnie niezamierzonych efektów w rozwoju dziecka, a zupełnie nie wpływają na wzrost posłuszeństwa, choć takiego właśnie efektu oczekują rodzice.”. Dodaje także: „Społeczeństwo nie kwalifikuje klapsów jako przemocy fizycznej. Nasz raport pokazuje jednak, że klapsy dają takie same negatywne efekty w psychice dziecka jak przemoc fizyczna, tle tylko że mniejszym natężeniu”. Zwraca także uwagę na cel badania: „Mamy nadzieję, że badanie zwróci uwagę rodziców na potencjalne szkody jakie może przynieść dawanie klapsów dzieciom oraz skłoni ich do używania innych, metod wychowania”.  

 

Po przebrnięciu przez wszystkie powyższe wypowiedzi , głosy, badania, statystyki i stanowiska, doszłam do przekonania , że aby móc przeprowadzić studium nad klapsem, muszę stworzyć własną grupę badawczą i posłuchać jaki jest stosunek rodziców do klapsów w prawdziwym, nie medialnym, nie psychologicznym i nie naukowym świecie. Wygląda to następująco

 

Zdarzyło mi się…

To w rozmowach słyszałam najczęściej. I to od osób, które na moje dalsze pytanie o to, czy klapsy ich zdaniem są skuteczną metodą wychowawczą, odpowiedziały stanowczym nie. 

 

Dlaczego? 

Najczęściej z bezsilności, ze względu na brak reakcji dziecka na prośby i na wszelkie inne metody perswazji.

 

Zdarzało się to też w sytuacjach ekstremalnych: „Córce dałam klapsa w momencie według mnie zagrażającym życie i zdrowie jej rodzeństwa – córka leżała całym ciałem na niemowlaku, a za drugim razem przyciskała głowę niemowlaka do puszystego dywanu”. „Chciałam ostrzec dziecko przed podejmowaniem niebezpiecznych zachowań, jakimi było wstawanie i skakanie na stojąco w wannie pełnej wody, bałam się, że uderzy się o kran, przewróci, utopi, a nie reagowało nie słowo nie”.

 

Czasem klapsy są reakcją na napady złości i wybuchy agresji dziecka. „Absolutnie nic nie działało. Mała miała taki okres, że wielokrotnie w ciągu dnia wymuszała na nas różne zachowania i buntowała się przed narzuconym rytmem dnia poprzez histerie i wrzaski. Najczęściej, jako efekt końcowy, rzucała się na podłogę. Jej ataki były albo z bardzo błahych powodów lub zupełnie bez powodu. Nie pomagały rozmowy, tłumaczenia, zostawianie w pokoju do wypłakania się, zagadywanie, rozśmieszanie, tulenie, totalnie nic. Po dwóch miesiącach takiego zachowania dzień w dzień, raz straciłam cierpliwość.”

 

Czy klaps przyniósł zamierzony rezultat?

W bardzo niewielu przypadkach klaps przyniósł posłuch. Z wielu wypowiedzi wynikało, że był to szok i strach przed nowym, nieznanym i niepokojącym zachowaniem rodzica. Bardzo często szok był chwilowy i klaps nie uchronił przed powtórzeniem przez dziecko tych samych nagannych zachowań, za które otrzymało klapsa.  „Widziałam po minie dziecka  zdziwienie, czasem strach. Gdy sytuacja jest napięta to powiedziałabym ,że to tylko dolewa oliwy do ognia i dziecko jest czasem bardziej agresywne.”

 

Czy pamiętasz swoje odczucia po daniu klapsa?

Odczucia po „danym klapsie” są podobne. Dla tych, którzy nie uznają klapsów za dobrą metodę wychowawczą, jej zastosowanie budzi wyrzuty sumienia i smutek.  

 

„Czułam się bezradna i zdenerwowana.  Potem przyszedł też smutek,  wstyd przed sama sobą i było mi przykro, że zawiodłam swoje dziecko i jego zaufanie oraz siebie jako matkę”. 

 „Przeprosiłam córkę za swoje zachowanie. Wstydzę się tego,  ale mówię o tym, bo w ten sposób słyszę co zrobiłam i to mnie hamuje przed powtórką”. 

„Zobaczyłam w jej oczach takie smutne zdziwienie. Odwróciła się ode mnie i cicho załkała, a moje serce absolutnie się rozpadło i popłakałam się razem z nią. Wiedziałam, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam jej klapsa ”. 

 „Było mi źle oczywiście, dziecko nie zrozumiało do końca, co chcę przy pomocy tego działania osiągnąć. Ale ja od razu się otrząsnęłam z własnego gniewu”. 

„Moje odczucia są zawsze takie same – mam wyrzuty sumienia i pretensję do siebie, że nie powinnam, że może są inne sposoby. Niby używam tego jako ostateczność…ale moje jednak mogłabym zrobić jeszcze coś więcej/ coś innego…”.  

„Wyrzuty sumienia, przeprosiny powiedziane głośno i wyraźnie. I moje ciche palenie się ze wstydu w milczeniu”. 

 

Czy klaps to przemoc?

W opinii moich rozmówców zdecydowanie tak. Niektórzy zwracali jednak uwagę na to, by go nie demonizować. Klaps z zasady nie boli („toż pupa jest miękka”).  Inni podkreślali, że klaps jednak boli, ale bardziej psychicznie. „Klaps to forma przemocy wobec dziecka, to poniżająca forma wyegzekwowania u dziecka zachowań, które są według rodzica właściwe”. A czasem trudno było o jednoznaczną odpowiedź: „w sumie to niewinne klapsy, ale jak by nie patrzeć to jest to przemoc”. 

 

Jakie metody wychowawcze i dyscyplinujące stosujesz? 

Z odpowiedzi stworzyłam następującą listę: 

  • rozmowa stanowczym głosem; 
  • informowanie o konsekwencjach jakie poniesie na skutek swojego zachowania; 
  • odbieranie przywilejów: skrócenie czasu bajki lub brak bajki/ ograniczenie lub brak zabawy czymś, na czym dziecku zależy/ nieotrzymanie słodyczy,   zakaz korzystania z komputera;
  • w momencie najwyższych emocji u dziecka wyprowadzam je w spokojne miejsce, bez zbędnych bodźców, gdzie może się wykrzyczeć, wyrazić swoją złość, następnie  oferuję dziecku przytulanie, a na koniec po uspokojeniu rozmowę – wspólnie szukamy powodów wcześniejszego zachowania i staramy się unikać tych bodźców w przyszłości;
  • odesłanie dziecka do pokoju z poleceniem zastanowienia się nad swoim zachowaniem i jego skutkami, a następnie rozmowa na ten temat;
  • nazywam emocje – mówię córce: „jesteś wściekła wiem, widzę”, dzięki temu córka często też już nazywa sprawy po imieniu: jest mi smutno! Jest mi przykro;
  • mówienie dzieciom o wszystkim wprost: moich odczuciach (wszystkich – pozytywnych, ale i negatywnych, mówię o tym, że czuję zmęczenie, zniecierpliwienie czy pozytywne odczucia gdy jest między nami pełna współpraca ), oczekiwaniach, planach;
  • metoda liczenia do 3 – jak wypadnie 3 to zawsze jest tego konsekwencja (np. odebranie możliwości grania na xboxie, brak oglądania telewizji lub zakaz spotykania z kolegami);
  • konsekwencja – „jeśli grożę dziecku, że jak się nie ubierze to pojedzie w piżamie do przedszkola , to właśnie tak się dzieje – żeby dziecko traktowało nas poważnie, szanowało i wiedziało, że nie żartujemy”.  

Wielokrotnie padało też wskazanie na rozmowę. To nie jest kara, ani żaden środek dyscyplinujący. Ale czy faktycznie za wszystko trzeba karać albo nagradzać ? Metodą kar i nagród nie uczymy dziecka narzędzi do tego, by sobie przemyślało i przeanalizowało swoje zachowanie. „Czasami naprawdę wystarczy pogadać, żeby osiągnąć pożądany efekt bez karania. Najlepiej rozmawiać nie od razu, tylko np. wieczorem tego samego dnia, jak dziecko i rodzic trochę się zdystansują do sprawy. W momencie, gdy coś się dopiero stało, czasami można coś chlapnąć w emocjach. Poza tym, jeśli rozmawia się z dzieckiem, na takiej zasadzie, że ono jest przekonane, że na jakąś „mądrość życiową” wpadło samo, to daje lepsze efekty niż jak dziecko po prostu wysłucha przemowy rodzica w roli autorytetu. Czasami lepiej zadać jakieś pytania pomocniczo naprowadzające, żeby dziecko doszło do własnych wniosków.”

 

Klaps? Nigdy!!

Dlaczego nigdy, przenigdy nie zdarzyło ci się dać klapsa?

„Po prostu uderzenie dziecka, w jakikolwiek sposób, mieści się w moim (szerokim) pojęciu przemocy”. 

„Nie chcę, żeby moje dziecko patrzyło na mnie ze strachem w oczach. Jesteśmy dla dziecka autorytetami, opoką, do której mogą się zwrócić, gdy ktoś sprawi im ból. Gdzie się zwrócą, gdy to my zadamy im ból?

„Dziecko chłonie nasze zachowania jak gąbka. Jak wytłumaczyłabym mu, że nie wolno bić rówieśników, swojej partnerki/partnera, skoro sama robię dokładnie na odwrót?”

„Klapsy wywołują tylko bezrefleksyjny strach przed tym, jak na zachowanie zareagują rodzice. Jedyną metodą jest wytłumaczenie dziecku, dlaczego zabraniasz mu danych zachowań, a jeśli nie umiesz wytłumaczyć dlaczego, to nie zabraniaj”. 

„Staram się traktować dzieci jak sama chciałabym być traktowana. A nie chcę, by ktoś mnie bił”

„Uważam, że klapsy nie przynoszą żadnych rezultatów. Po klapsie dziecko się ewentualnie  uspokoi, ale nie wyciągnie żadnych wniosków na przyszłość, bo bardziej będzie skupione na swojej krzywdzie”.  

 

Klaps może mieć sens 

Niektórzy z moich rozmówców stosują lub stosowali klapsy w wychowaniu, bardziej jako element wyjątkowy, nigdy „na co dzień”. W rozmowach potwierdzili, że widzą efekty. Klaps nie jest silny, jest tylko zaakcentowaniem złego postępowania dziecka. Nigdy zaś nie ma na celu sprawiania bólu czy też wzbudzania lęku. „Uważam, że w pewnym wieku takie fizyczne zwrócenie uwagi dziecka  (ale naprawdę klaps musi być taki bardziej dotknięciem/muśnięciem) nie jest złem samo w sobie. Jeżeli obserwujemy nasze dziecko i widzimy, że to mu pomaga poradzić sobie też z jego emocjami, to ta metoda może stać się czymś przydatnym”. 

„Zauważyłam, że takim klapsem dziecko koduje, że przegięło. Te kilka klapsów w wychowaniu wystarczyło, by  syn ostatecznie poznał granice swojego zachowania”. 

 

Klapsy poza prawem?

W mojej ankiecie znalazło się też pytanie – czy klapsy są zgodne z prawem? Odpowiedzi były różne – niektórzy mówili, że nie, ale być powinny. Inni, że bicie oczywiście tak, ale że lekkie klapsy już nie.  

 

Zadając to pytanie wydawało mi się, że jako „praktykujący” prawnik z łatwością uda mi się rozstrzygnąć, jak wygląda kwestia klapsów w prawie. Okazało się jednak, że sprawa prosta nie jest i wymaga szczegółowej analizy prawnej. 

 

Zgodnie z art. 96[1]Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (KRO) „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”. Taka regulacja miała na celu zmianę postaw społeczeństwa poprzez zaakcentowanie innych metod wychowawczych. Ponadto wprowadzenie art. 96[1] KRO było wynikiem uwzględnienia wytycznych z prawa międzynarodowego.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ustawodawca zakazuje stosowania przez rodziców wszelkich kar cielesnych. Rygoryzm tej konstrukcji łagodzi brak sankcji przewidzianej w przypadku stosowania przez rodziców takich metod wychowawczych. Z tych względów, powołany wyżej przepis z KRO, zakazujący stosowania kar cielesnych nie ma przewidzianej sankcji, staje się jedynie wskazówką, wytyczną, a nie realnym zakazem. Dopiero, gdy kara cielesna wypełni znamiona przestępstw z Kodeksu karnego (KK)– np. znęcania się z  art. 207 KK lub naruszenia nietykalności cielesnej  z art. 217 KK, lub też będzie mogła być zakwalifikowana jako przemoc w rodzinie, zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, wtedy można uznać, że jest ona prawnie zakazana. 

 

Podkreśla się jednak, że zakaz ten nie jest bezwzględny i doznaje ograniczeń na skutek istnienia kontratypów. Na przykład rodzic lub opiekun mogą naruszyć nietykalność cielesną dziecka, gdy będąc w stanie wyższej konieczności,  bronią go przed bezpośrednim niebezpieczeństwem (np. matka szarpie małego chłopca, powstrzymując go przed wbiegnięciem na ulicę) lub w obronie koniecznej (np. ojciec rozdziela siłą bijące się rodzeństwo). Istnieje również możliwość wyłączenia winy rodzica, gdy ratuje on dobro, nieprzedstawiające wartości oczywiście wyższej od nietykalności cielesnej dziecka (np. wówczas, gdy ojciec wyszarpuje córeczce z ręki smartfona, który chciała wrzucić do wody)

 

Zauważa się także, że niektóre bezprawne czyny zabronione, polegające np. na naruszeniu nietykalności cielesnej dzieci przez rodziców, mogą nie stanowić przestępstwa z powodu znikomego stopnia społecznej szkodliwości (dajmy na to lekkie „klapsy”) – choć co do tego poglądu nie ma jednolitości. 

 

Natomiast, ze względu na pojawienie się w KRO przepisu art. 96 [1] KRO, został wyrażony pogląd przez M. Morawską, że „ustawodawca w bardziej dobitny sposób chyba nie mógł zasugerować, że nawet tzw. klaps nie stoi w zgodzie z obowiązującym prawem. Ta sama autorka uważa też, że w chwili obecnej prawo do karcenia „swymi granicami nie obejmuje karcenia cielesnego w żadnej postaci”. Podobnie twierdzi R. Krajewski: „po prostu nie jest już możliwe obejmowanie jego zakresem stosowania wobec małoletnich kar cielesnych”

 

Jak widać, powyższa analiza nie pozwala na jednoznaczne wskazanie, że klapsy są niezgodne z prawem, jeśli chodzi o niezgodność z normami prawa karnego . Zdaje się jednak, że zakaz stosowania kar cielesnych określony w art. 96 [1] KRO obejmuje swym zakresem także klapsy, nawet te „lekkie”. 

 

Zamiast podsumowania 

Celem tego artykułu nie było dokonanie żadnej oceny – ani klapsów jako metody wychowawczej ani nas jako rodziców – zarówno tych, którym się zdarza jak i tych którym się to nigdy nie zdarzyło (a tych drugich pod sąd wziąć trzeba, bo przecież nie można wykluczyć, że wychowują pod swoim dachem kryminalistów). 

 

Ocena musi zajść w nas samych. Każdego dnia na nowo. Podczas każdej próby wychowawczej  – na nowo. Przy każdej awanturze – na nowo. Z każdym rzuceniem się na ziemię w sklepie – na nowo. W czasach słabości, w czasach trudności, w czasach dzieci małych i w czasach dzieci dojrzewających. Ocena pierwotna, czasem ocena następcza. A jej dokonywanie zdaje się być wpisane w definicję bycia rodzicem. 

 

Ps. Dziękuję wszystkim rozmówcom za szczerość i wypowiedzi prosto z serca. Ten artykuł powstał dzięki Wam!

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo